a

a

piątek, 8 lipca 2016

Jak dobrze mieć sąsiada...

Opowiem Wam historię. 
Choć trudno uwierzyć, zdarzyła się naprawdę.
Była sobie pewna babcia. Nazwijmy ją na przykład Franciszką. Krzyżyków na plecach nosi Frania całkiem sporo. Dzieci dawno poszły w Polskę, a wnuki wyemigrowały za granicę. Mąż odszedł już lata temu. Do niedawna miała sąsiadkę, przyjaciółkę, z którą mogła porozmawiać o dziwnym świecie, codziennych kłopotach i drobnych radościach. A to, że wnuk z Anglii kartkę przesłał, a to, że czubatka znowu jajka znosi, że marchewka obrodziła...
Czas zabrał jednak, równie jak nasza bohaterka, sędziwą sąsiadkę i biednej Franusi do rozmów został jedynie stary Burek, wyliniały Mruczuś i niewielkie stadko kurek. Smutno było starowince, więc kiedy za jakiś czas  za płotem zaczął się ruch, bardzo się ucieszyła. Siedząc na starym, wiklinowym fotelu, obserwowała jak ciężkie machiny zrównują z ziemią stare drzewa, jak rozwalają stodołę i zdzierają dach z domu. Zastanawiała się: kto kupił dom po starej Kowalskiej? 
Remont trwał kilka miesięcy. Przeszkadzał jej trochę wieczny hałas, łączący podwórka płot został zdemolowany, zestresowane kury znów dawały mniej jajek. Mimo wszystko Frania była uradowana. Cieszyła się, że znów będzie miała sąsiadów. Wyobrażała sobie jak pije herbatę z nową sąsiadką i już wybierała przepis na powitalne ciasto.
Późną wiosną wprowadziła się para małżonków w średnim wieku. On jeździł błyszczącym autem, a ona miała paznokcie długie na pięć centymetrów, czerwone i zaostrzone niczym szpony. Podwórze pokryło się trawnikiem z rolki. W wielkich donicach zakwitły hortensje i begonie. Jakże arystokratycznie wyglądały przy nagietkach i malwach... Codziennie o dziesiątej nowy sąsiad wystrojony w garnitur wsiadał do samochodu i jechał do pobliskiego miasta, a sąsiadka siadała na leżaku i bawiła się z małym, białym maltańczykiem. Och, jaki śmieszny był ten psiaczek- jak zabaweczka. W niczym nie był podobny do prawdziwego, wiejskiego psa, jakim był Burek. Podobnie jak i właścicielka, nie był też, niestety, towarzyski. Gdy Burek chciał się z nim zaprzyjaźnić, obwąchać pod ogonem jak chłop chłopa, choćby przez płot, wystraszył się i z krzykiem pobiegł do swej pani. Przerażona pańcia przytuliła go do serca, a w Burka rzuciła podniesionym z ziemi kamieniem. Trzy dni później Frania dostała pierwszy mandat- za agresywnego psa. Tłumaczyła, przepraszała, obiecywała... Nic nie pomogło. Z nędznej emerytury ubyło sto złotych, a Burek dostał kojec, w którym siedział, ilekroć pańcia wychodziła na swoje włości. Drugi mandat groził jej za pryzmę kompostową. Była ułożona w samym rogu ogródka (sąsiadującego niestety z działką obok), podobno jednak śmierdziała, była wylęgarnią much i wszelkiego robactwa i obniżała walory estetyczne. Trzy dni zajęło Frani przeniesienie pryzmy w przeciwległy kąt.
Załamała się przy kolejnej wizycie policjanta. Dostała następny mandat, bo jej kogut budził sąsiadów. Bezczelnie piał o świcie, jakby nie mógł zrozumieć, że sąsiad dopiero na dziesiątą godzinę jedzie do pracy i o piątej trzydzieści ma jeszcze ochotę pospać! W końcu para nowobogackich nie po to wyprowadziła się z gwarnego miasta, aby teraz znosić takie ekscesy! Kogut poszedł na rosół, bo nijak nie mogła mu Frania przetłumaczyć słusznych żądań sąsiadów, a zakneblować się nie dał.



I wiecie co mnie najbardziej doprowadza do szału? Że pańcia ma czelność brać od Frani jajka, wiśnie na kompot, czy marchewkę do zupy. A Frania daje, bo przecież „jakże to- nie dać sąsiadce”?
Czy ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć, po jakiego ch...a tacy ludzie wyprowadzają się na wieś?

23 komentarze:

  1. Bo się naoglądali Werand i Country i sielskości im się zachciało. A sielskość to wieś po photoshopie. Tak by ślicznie było "do patrzenia". Na nowym stoliku zrobionym "na staro" w salaterce z Galerii udającej rodową tak układać czereśnie by malowniczo zwisały obok twarożku z koziego mleka i bułeczek, ślicznie akcentując centrum fotki wstawionej na facebooka. Wyprowadzka na wieś jest teraz trendi, sloow life, slow food. Eko. A o tym, że aby ten twarożek był na śniadanie to trzeba trzymać kozę, która wytwarza obornik który śmierdzi w gazetach nie piszą. I śmierdzącego capa trzymać. I po wykoceniu, często ślicznego koziołka ubić i zjeść bo kupiec się nie znalazł a stada nie da się powiększać w nieskończoność. A to przecież BARBARZYŃSTWO i absolutny brak serca, nieprawdaż? "Miastowi" wyprowadzający się na wieś nie maja pojęcia zielonego czym jest wieś. Nie zawsze oczywiście ale w przewadze. I dlatego niewielu na dłuższą metę zostaje i wrasta w nią. Większość jest już za bardzo odcięta od rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć:) Ja tu często bywam ale po cichutku;)

      Usuń
    2. Więc świetnie, że wyjszłaś z cienia ;)))

      Usuń
  2. I pewnie nie wiedzą, że szczęśliwe jajka wychodzą szczęśliwym kurom z tyłków, zazwyczaj razem z kupą, bo by nie zjedli. Fuuj, obrzydliwość...

    OdpowiedzUsuń
  3. Bo taka moda nastala, wiec i panstwo sie przenioslo. Bo ich stac na zrobienie w chalupie lazienki z wodotryskiem. Bo maja wypasione auto, ktorym zawsze moga dojechac do miasta. Bo... bo... bo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niech się, cholera, wyprowadzają, ale czy od razu muszą wszystko przerabiać na swoją snobistyczną modę???

      Usuń
    2. To chyba nie tak, że chcą przerabiać na swoją modę... Po prostu nie potrafią dostrzec innej rzeczywistości, są na nią zamknięci. To trochę tak jak z kolonizacją Ameryki. Tak ma być, bo JA WIEM że tak powinno być bo tak jest lepiej. Odwieczny problem styku kultur. W antycznym Rzymie, jak pisał Pliniusz Młodszy, jedynie rolnictwo było pracą fizyczną którą mogła parać się arystokracja. A teraz u nas "wieśniak" to często synonim zacofania i braku obycia. I Szanowne Państwo przenosząc się na wieś czuje się nośnikami "kultury". Takiej jak oni postrzegają. Ale nie demonizuję- konflikt nowych i rdzennych wieśniaków to często wina obu stron.

      Usuń
    3. Zasada jest prosta- kto boi się ubrudzić rączki, bądż złamać paznokietek, niech trzyma się daleko od wiejskiego "sloow life"
      Swoją drogą, jakoś nie zauwazyłam tego sloow u mnie. Raczej baaardzo fast! ;)

      Usuń
  4. To Frania prawdziwa jest??? Mariolka, mnie kurwica bierze, bo ja mam też na swoim odludziu podobny problem, ale od dupy strony. To jam miastowa, która nie może patrzeć, jak miejscowe, inteligentne i wykształcone ludzie (od kilku lat na wsi) traktują ten raj, paląc w ognisku syf, katując psa krótkim łańcuchem i pustym garnkiem i jeszcze doprowadzają mnie kilkoma innymi rzeczami do szału. I się dziwię, po co qrnwa na tą wieś się przywlekli. Kidyś dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałam na wsi miałam koleżankę, a ona kilka sióstr. Pracowały cięzko na gospodarce, bo ojciec nie spłodził syna tylko kilka córek. Nie obce im było wywalanie gnoju i inne prace. Moja rówieśnica na zabawach ręce chowała, bo miała je zniszczone i paznokcia nie uświadczyłaś. Miała wzięcie na tych zabawach, bo nadrabiała tańcem i dobrą figurą. Umiała się też fajnie ubrać, babci chustka z frędzlami, jakieś kiecki wydarte siostrom, tam tak było, która pierwsza ciuch złapała to był jej. Bardzo wcześnie wyszła za mąż - 18 lat miała. Wydała się dobrze, bo w tych czasach jej mąż wyjechał do Libii, a jak wrócił to przywiózł kupę kasy i kupili segment w mieście. Nie trzeba było długo czekać... jak przyjeżdżała w odwiedziny to wysztafirowana, odszczelona w skóry, obcasy do nieba, złoto na kazdym palcu, paznokcie, jak ta, co piszesz i było...a feee, jak tu śmierdzi, jesu, jesu cholerne krowy sraja po ulicy itd. w tym temacie. Po latach wróciła na wieś...ale ja nie mam teraz kontaktu i nie wiem, czy dalej jej śmierdzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym przypadku to chyba kompleksy z dzieciństwa i wsiofobia, jaka z nich wynikła. Najgorsze sa pozerki, udające kogoś całkiem innego, niż są w rzeczywistości.
      A jeśli chodzi o traktowanie zwierząt i natury, to Ty Mnemo po prostu normalna jesteś ;)
      A Frania prawdziwa, choć inaczej ma na imię. Sąsiedzi też... ;(

      Usuń
  5. A ta policja, to też chyba jakaś z miasta, proszę pani Mariolki? Bo lokalny, rozsądny policjant chyba by umiał temu Państwu wytłumaczyć, że na wsi koguty pieją, a nawóz śmierdzi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak- oczywiście, że miastowa. I to jest wlaśnie absurdalne, że policjant musi przyjąć takie debilne zgłoszenie i zareagować. Pewnie nawet wtedy, gdy prywatnie myśli inaczej. To jest Polska właśne ;(

      Usuń
    2. Nie wiem, czy musi -zareagować w taki sposób.

      Usuń
    3. Musi. Z każdego wyjazdu notatka i spowiedź. Paragrafy się muszą zgadzać a nie logiczne myślenie. Moja młodziutka wychowana w mieście siostrzenica też marzyła o wsi, własnych kurach i czereśniach. Zabrałam ją pewnego jesiennego weekendu na Prawdziwą Wieś, ale tak do życia nie na wypoczynek. Przenosin na wieś się jej odechciało, mimo iż nic jej nie śmierdziało a i ze skubaniem kury jakoś sobie poradziła, bo to mądra kobieta jest. Całość jednak skwitowała jednym zdaniem- Ciocia co to p... zapierdziel na tej wsi jest, na 5 minut usiąść nie można. A zimy nawet jej nie pokazałam, ani wykopków :):)

      Usuń
    4. Prawdziwe życie weryfikuje wyobrażenia ;)

      Usuń
  6. Mariolko,a czy spotykasz czasami doktorka?😉

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej Zuzanno ;)
    Owszem, nawet całkiem często ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. ...a czy Dawid jest z Zuzanna?😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czy ktoś jest w stanie za młodymi nadążyć? ;)))

      Usuń
  9. Mariolka,jesteś niesamowitą kobietą,taka z "jajem".Fajnie kiedyś byloby usiąść z Wami(tzn.z Tobą,Anną i Aleksandra) usiąść na tarasie i napic się drinka.I przy okazji ponabijac się z doktorka i Jerzego:-)

    OdpowiedzUsuń