a

a

wtorek, 6 listopada 2018

Mrówka octowa

Dziś był dzień octów. Niczym mróweczka przelewałam, wyparzałam i odcedzałam. Uzyskałam kilka dobrych litrów domowych octów. W kuchni śmierdziało starymi skarpetami, blaty zawalone były kawałkami gaz i papierowymi filtrami do kawy, pomarszczyły mi się od wody opuszki palców, ale kilkanaście butelek żywego octu wyniosłam do piwnicy. Czynności dnia nie były, jak powinno by się było wydawać, upierdliwe, lecz wręcz ekscytujące, ponieważ domowy ocet robiłam po raz pierwszy w życiu.

Zaczęłam wczesnym latem. W związku z wybitnym urodzajem jabłek dostałam całe wiadro lekko przejrzałych już papierówek. Jeść ich za bardzo się nie dało, bo miały smak, nomen omen, papierowy. Zrobiłam kilka jabłeczników,jeden ryż z jabłkami i garnek kompotu, lecz owoców zostało jeszcze pół wiadra. Nie chciało mi się bawić ze słoikami [bo wiedziałam, że na mojej jabłonce zbiory będą bardzo udane] a żal było wyrzucić. U którejś z blogowych koleżanek znalazłam wpis o octach i zainspirowałam się nim- tego właśnie podświadomie szukałam!

Pokroiłam jabłka na cząstki, zalałam posłodzoną wodą i ...już! Teraz wystarczyło już tylko dać działać siłom Natury. Do boju ruszyły bakterie i drożdże. W słoiku przykrytym kilkoma warstwami ręcznika papierowego nastąpił proces fermentacji, jabłka zaczęły buzować a w kuchni zapachniało tanim winem. Po jakichś trzech tygodniach zbrązowiałe owoce opadły na dno, odcedziłam jabola i rozpoczęła się fermentacja octowa- czyli marnej jakości alkohol zaczął zamieniać się w wysokiej jakości ocet. 
Po miesiącu ocet był gotowy, a po kolejnym zużyty ;) Do picia z wodą, do galaretki z kurczaka, do różnych winegretów, ale też do płukania włosów, przemywania twarzy i umycia mikrofalówki. Nikogo więc pewnie nie zdziwi, że gdy sezon jabłkowy zaczął się naprawdę, ponownie nastawiłam ten cudowny płyn. Teraz jednak, jako doświadczona mrówka octowa, postanowiłam zaszaleć. Nastawiłam ocet z jabłek, zielonych winogron i jesiennych malin. Jabłka i maliny zalałam osłodzoną wodą, a z winogron postanowiłam zrobić ocet winny na bazie samego soku. 
Słoje stały sobie pod zlewem, buzowały, fermentowały, podśmierdywały i dochodziły. Po odcedzeniu zostawiłam je nieco dłużej w słojach i to był bardzo dobry pomysł. Ocet malinowy cudownie pachnie i jest przejrzyście klarowny. Ocet winny wyszedł nieco mętny, ale zarąbisty w smaku. Kwaśno-słodki, aromatyczny zostawia w ustach posmak świeżych owoców. A w słoju z octem jabłkowym czekała mnie niespodzianka. Podczas przelewania coś plasnęło na sito. Przezroczysta, galaretowata masa- skarb octowników i dowód, że ocet jest naprawdę doskonały- matka octowa.


Pieczołowicie włożyłam ją do małego słoika, zalałam octem i odłożyłam na przyszły rok produkcyjny, bo z całą pewnością będę bawiła się w te klocki ponownie. 
Podobno żywy ocet można robić ze wszystkiego; owoców, warzyw, ziół, kwiatów [czarnego bzu, czeremchy, nagietka]. Można też mieszać różne składniki [np. owoce róży i tymianek] i wytwarzać octy jedyne w swoim rodzaju, według własnego smaku i gustu. Ogranicza nas chyba jedynie własna wyobraźnia.
Flaszki z octem wyniosłam do piwnicy, mogą stać nawet kilka lat. W mniejsze buteleczki przelałam ilość potrzebną na kilka dni i ustawiłam na honorowym miejscu. A co, niech patrzą i podziwiają! ;)


Wiem, że wiele z Was robi przeróżne cudeńka, a Wasze blogi są dla mnie nieocenionym źródłem pomysłów. Z jakich dzieł jesteście szczególnie dumne?

piątek, 2 listopada 2018

Hipokryta w lustrze

Mimo że zaczął się już listopad pogoda wciąż sprzyja spacerom. Słonko świeci, widoki przecudne i te liście szeleszczące tajemniczo przy każdym kroku... Chyba właśnie z powodu tego szelestu na spacerową trasę najchętniej wybieram teraz drogę prowadzącą do lasu. Idę sobie, szuram, wdycham jesienne zapachy i obserwuję ostatnie klucze odlatujących żurawi. Gdy nie chce mi się już patrzeć w obłoki, opuszczam wzrok i wypatruję brązowych łebków podgrzybków. Czasem trafi się kilka pysznych kapeluszy, innym razem w koszyku lądują kolorowe liście, szyszka, kilka żołędzi, ciekawa gałązka, czy inne skarby, które nie wiadomo po co tacham do domu. Nie raz i nie dwa oprócz grzybów i kasztanów niosę puszkę po piwie, pustą butelkę czy porwaną reklamówkę. 

Oczywiście w spacerze towarzyszą mi psy, które w nosie mają moje znaleziska, i węsząc z zapałem w przetrzebionych z liści krzaczorach, szukają własnych. Nie chcecie wiedzieć jakich... 
Szłyśmy więc sobie wszystkie trzy przez las, każda z nosem skierowanym w inną stronę, gdy nagle zatrzymał mnie niezadowolony i rozkazujący głos: 
- Ja tam nie mam nic przeciwko psom, ale te kupy to proszę sprzątnąć! 
Z niewielkiego młodniaka wynurzyła się pańcia z kilkoma grzybami w koszyku i niezadowoloną miną na twarzy. – Gdyby każdy tak lekceważąco podchodził do tych spraw, to utonęlibyśmy w morzu nieczystości i udusili ze smrodu!- Zbulwersowała się, zmarszczyła z obrzydzeniem nos i głęboko zaciągnęła się trzymanym w ręku papierosem. Przyznam- zrobiło mi się głupio. Faktycznie- własne podwórko sprzątam z psich kup, ale o podwórku Matki Natury to już nie pomyślałam a tłumaczenie, że lisich odchodów też raczej nikt nie sprząta byłoby raczej żenujące. Wstyd się przyznać, ale gdy jakaś psia mina trafi się bezpośrednio na drodze to po chamsku wykopywałam ją w pole lub na pobocze. Już miałam rzucić się w krzaki gdzie któraś z moich suk pewnie wygięła grzbiet w pałąk i choćby gołymi rękami zakopać dowody zbrodni, gdy kobieta zgasiła papierosa o pień starego dębu, wzięła zamach i wyrzuciła peta wprost w młodnik, z którego wyszła. Jeszcze raz zmierzyła mnie wzrokiem, z dezaprobatą pokręciła głową i odeszła wyciągając z koszyka paczkę czipsów. Stanęłam jak wryta. Przeszło mi przez myśl, że chyba wiem gdzie znajdzie się puste opakowanie i na złość kobiecie postanowiłam zostawić psie kupy własnemu losowi, przekonana że i tak zutylizują się szybciej niż beztrosko wyrzucony niedopałek. 
Kolejne minuty spaceru upłynęły mi na wymyślaniu inwektyw na babsko. Że wścibska, wredna, chamska, a nade wszystko hipokrytka! Jak można upominać ludzi, pouczać ich i krytykować a samemu robić tak samo, albo jeszcze gorzej.

Gdy już się nawściekałam, przyszedł czas na lekką konsternację. Cóż... jeszcze kilka lat temu sama paliłam i zdarzało się, że pet lądował na chodniku lub w jakichś krzakach... 
Odkryłam smutną prawdę: tak naprawdę wszyscy jesteśmy w większym, lub mniejszym stopniu hipokrytami! Ilu z nas krzyczy na dzieci za coś co sami robimy nagminnie? Krytykuje innych za czyny, które sam popełnia? Publicznie wypowiada słowa, których wstydzi się w domowym zaciszu? Bo tak wypada, tak bezpieczniej, tak mówią inni...

Sami się oszukujemy. Wegetarianin kupuje buty lub torebkę ze skóry. Bojowniczka o prawa zwierząt wklepuje w policzki krem testowany na laboratoryjnych myszach. Wróg myślistwa chętnie skosztuje kiełbasy z dzika a przeciwnik przemysłowych hodowli obżera się parówkami. 
Kandydat na wójta przed wyborami zakłada fanpejdża na fejsbuku i zaprasza do znajomych całą wieś, po wyborach zapomina o nowych znajomych, a strona znika. Ksiądz wyklina dzieci, które chodzą po domach prosząc o cukierka i obiecując psikusa, a nie widzi nic złego we własnym kolędowaniu. Przykłady można mnożyć bez końca. Każdy z nas zna jakiegoś hipokrytę, był świadkiem popełnionej hipokryzji i hipokryzję pewnie popełnił.
Więc może warto pomyśleć, zanim kogoś obsmarujemy i obrzucimy błotem? Ściągnąć maskę politycznej poprawności i spojrzeć najpierw na siebie? Zastanowić się co jest belką, a co źdźbłem i którą z tych rzeczy hołubimy pod własną skórą?


niedziela, 29 lipca 2018

Jak to wół w cielaka się bawił...

Karty kalendarza zmieniają się w mgnieniu oka, wiosny zamieniają się w zimy, a zimy w kolejne lata na karku. Przybywa zmarszczek i kilogramów, ubywa za to sprawności. Czasem zdarza się, że do głowy wpadają świetne, wydawałoby się, pomysły, ich realizacja jednak skłania do nieciekawych przemyśleń i wyciągnięcia interesujących wniosków.

Jako że wakacje w pełni na kilka nocek przyjechały do mnie siostrzenice. Aby atrakcji było co niemiara, rozłożyłam w ogrodzie namiot, jadłyśmy śniadania wprost z trawnika, obserwowałyśmy gwiazdy w środku nocy i robiłyśmy kupę fajnych rzeczy, których rodzice zazwyczaj zabraniają.


Gdy dziewczynki pojechały, wpadłam na genialną myśl- tę noc spędzę w namiocie jak za starych dobrych czasów! 
Z nostalgią i łezką w oku wspomniałam sobie nasze biwaki, spontaniczne wyjazdy nad jezioro, zapach spalonych kiełbasek i opowieści snute przy ognisku- im więcej gadającej wody, tym ciekawszych i bardziej niesamowitych ;) 
Dodatkowym plusem tego pomysłu był fakt, że nie musiałam od razu składać namiotu i sprzątać pobojowiska ;) 
Oczami wyobraźni widziałam jak przez okienko w dachu namiotu mrugają do mnie gwiazdy a świerszcze śpiewają kołysanki. Maciejka słodkim zapachem otula mnie do snu, a śpiew ptaków budzi o świcie. Noo... o świcie to przesada- o ósmej gdzieś tak. 
Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Do betów w namiocie dorzuciłam ulubionego jaśka i gdy przyszła pora wtarabaniłam się do środka. Ułożyłam się wygodnie i spojrzałam w niebo. Gwiazdy mrugały, świerszcze śpiewały, maciejka otulała... Coś kłuło w tyłek i gniotło pod łopatką... Zmieniłam pozycję. Usłyszałam niuchanie i drapanie w ściankę namiotu. Sońka. Wpuściłam psinę do środka. Ułożyła się grzecznie w nogach i pochrapywała leciutko. Słuchając jej oddechu, cykania świerszczy i cichych odgłosów nocy czułam jak Morfeusz zaczyna kołysać mnie w swych szerokich ramionach. Już miałam oddać się w całości bogu snu, gdy tuż przy moim uchu odezwało się upierdliwe bzzzzz, bzzzzzzz... O żesz! Gdy wpuszczałam Sonię nie zaciągnęłam do końca zamka w drzwiach i cholerny komar wprosił się na nockę. Na wyżerkę właściwie. Wymacałam latarkę i po kilku chwilach ubiłam dziada. No, znów błoga cisza. Korzystając z zamieszania Sonia podpełzła do góry i wpakowała łeb na mojego jaśka. Nawet byłabym skłonna podzielić się z nią poduszką, gdyby nie to, że z upału ziajała całą paszczą prosto w moją twarz. Jezu! Wywaliłam bydlę z namiotu. Obrażona poszła do swojej budy, przylazła za to babka Saba. Udałam że mnie nie ma. Po kilku minutach też się chyba obraziła, bo poszła na swoje legowisko, wysikawszy się najpierw tuż obok mojej głowy. Mało brakowało bym wydarła się na maksa, gdy coś obrzydliwego przelazło mi po lewym policzku. Świerszcze darły się jak opętane, jakiś walnięty kundel wył do księżyca, na ogródkach działkowych nieopodal domu ruda tańczyła jak szalona, a Sławomir imprezował w Zakopanem. Rany! Na domiar złego znów coś wlazło na moje czoło, a pod tyłkiem zmaterializowała się jakaś szyszka. 
O nie! Za jakie grzechy mam tak cierpieć? Zabrałam kołdrę, wpakowałam pod pachę jaśka i wróciłam do wygodnego łóżeczka. Zasłoniłam roletę, żeby gwiazdy razem ze swoim łysym kumplem w pełni nie dawały mi po oczach, zamknęłam okno, aby odgrodzić się od hałasów i ,w końcu szczęśliwa, usnęłam w jednej sekundzie.


Jaki z tego wniosek, moi mili? 
Co pasuje smrodom- nie zawsze na dobre wyjdzie wojewodom!

piątek, 22 czerwca 2018

Ostatnie pożegnanie

Wszyscy wiemy, że nie jesteśmy wieczni. Że kiedyś musimy odejść z tego świata. Dokąd? To już zależy od wiary i światopoglądu. Jedni odchodzą do Nieba, drudzy do innego wymiaru, kolejni reinkarnują się w ciałach różnych istot, a jeszcze inni nigdzie nie odchodzą, a po prostu umierają. Bez żadnych teologiczno-filozoficzno-duchowych dywagacji zamykają oczy, ich ciała zamieniają się w proch i koniec pieśni. 
Nie wiem komu jest łatwiej. Czy tym, którzy wierzą w życie po śmierci i nieśmiertelną duszę, czy raczej tym, którzy za życia nie martwią się sądem ostatecznym? Tak całkiem szczerze powiedziawszy, sama do końca nie jestem przekonana do której grupy ja się zaliczam. W trwodze wyciągam ręce po pomoc do jakiejś wyższej siły, obiecuję poprawę i proponuję ofiarę [przysięgam, nigdy więcej nie przekroczę prędkości, tylko niech ten policjant nie wlepia mi mandatu...], lecz gdy wszystko dzieje się po mojej myśli szybko zapominam o swej pobożności. 
Chyba jednak mam nadzieję, że po ziemskim życiu coś, gdzieś mnie jeszcze czeka.



Tak się złożyło, że w przeciągu kilku zaledwie dni uczestniczyłam w ostatnich drogach dwóch osób. Obu zmarłych znałam dość dobrze. Pierwszy z nich, ponad osiemdziesięcioletni mężczyzna, był katolikiem i pewnie wierzył, że obudzi się gdzieś tam po drugiej stronie. Drugi był ateistą i nie łudził się mrzonkami o wieczności. 
Rodzina pierwszego, również wierząca, zorganizowała tradycyjny pogrzeb. Jak na ironię losu pogoda była przepiękna. Słonko świeciło, a ptaki prześcigały się w namiętnych trelach, nie zwracając w ogóle uwagi na stojącą obok trumny żonę staruszkę, żałobników z wieńcami, ani monotonny występ księdza. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz... Żegnamy umiłowanego męża, ojca, dziadka... Chryste pociesz pogrążoną w żalu rodzinę... Obyś spoczywał w pokoju... Znałam zmarłego dość dobrze. Nie był dobrym człowiekiem, choć słuchając słów księdza mogłoby się wydawać, że był to anioł wcielony. Pił, a po pianemu bił, wyzywał, poniżał i obrażał. Według mnie nie zasługuje na spoczynek w pokoju, nie był ukochanym mężem, ani ojcem, a rodzina nie pogrążyła się w żalu, lecz w końcu odetchnęła z ulgą. Ale... co ja tam wiem. 
Na końcu ceremonii rodzina podziękowała księdzu za jego posługę. Ksiądz przyjął podziękowania i mało dyskretnie napomknął, że w brzuchu mu burczy, więc wdowie nie pozostało nic innego niż zaprosić go na stypę.

Drugi pogrzeb był ceremonią świecką. Bez księdza, kwiatów i zawodzącego żałobnie organisty. Lał deszcz. Nieliczna rodzina stała przy urnie z prochami zmarłego, liczni znajomi trzymali w dłoniach zapalone znicze, a całe stado ciekawskich, z wypiekami na twarzy oglądało niecodzienne w małym miasteczku „widowisko”. Mistrz ceremonii wspominał zmarłego. Opowiadał o jego dobrych i złych cechach. O jego pasjach i zainteresowaniach. O jego błędach. O wyborach - zarówno tych dobrych, jak i złych. Przytoczył kilka zabawnych anegdot. 
Łzy ciurkiem płynęły po mojej twarzy. Czułam, że żegnam konkretnego człowieka, a nie uczestniczę w kolejnej sztampowej, żałobnej uroczystości. Gapie za moimi plecami również umilkli, a na ich twarzach malowały się autentyczny smutek i współczucie. Żegnając się, mistrz ceremonii podziękował rodzinie za zaszczyt, jakim było dla niego pożegnanie zmarłego. Postawiliśmy znicze, złożyliśmy kondolencje i rozeszliśmy się do domów.

Długo jeszcze myślałam o tym pogrzebie. Bez konwenansów i rytuałów. Bez manier.
Może czasem tak właśnie trzeba? Prosto i od serca. Bez klepania wyświechtanych regułek, sztywnego trzymania się przyjętych zwyczajów i liturgicznych ceremoniałów? Czy ksiądz może być mistrzem ceremonii, a nie zwykłym wyrobnikiem? Czy stać go na prawdziwe współczucie lub chociaż odrobinę empatii? Nie wiem. Wiem za to, że choć dalej nie potrafię określić swego wiaropoglądu, ten świecki pogrzeb poruszył moją duszę i skierował myśli do Boga, a  katolicki wzbudził niechęć do Kościoła i oddalił od wszelkich mistycznych refleksji.

sobota, 5 maja 2018

Gumno

Obijam się ostatnio. Nie piszę, nie zaglądam na blogi, neta odpalam przed snem. Dom zarasta kurzem, góra ciuchów do prasowania urosła prawie pod sufit, a na obiad serwuję zupę i kanapki. Ale co tam, wiosna przecież! Wszystko wywabia mnie na zewnątrz. Podłoga niezmyta? Olał podłogę-trzeba najpierw skosić trawę. Drzwi tarasowe znowu umorusane psimi nosami? Trudno- najpierw mus ogłowić tulipany i zajrzeć czy pękają już pąki piwonii. Telewizor? A kto ma na niego czas? Trzeba sprawdzić, czy rzepaki pachną tak samo oszałamiająco jak w zeszłym roku lub pospacerować wśród kwitnących bzów. Przecież jeszcze tylko chwila i już ich nie będzie.


Obsadzone doniczki napawają dumą, choć to tylko zwykłe stokrotki i bratki.



Truskawkowy obelisk z zeszłego toku niezbyt się sprawdził, więc w tym będzie obsadzony kwiatami.



Rozsada pomidorów rośnie sobie pomalutku.



Kilka egzemplarzy posadziłam w workach- zobaczymy jak wyjdzie eksperyment. W związku z tym, że w nocy temperatura dochodzi do kilku zaledwie stopni, pomidorze dzieci jadą spać do szopy ;)


I tak łażę po obejściu cały dzień. Coś podleję, przytnę, wyrwę, wsadzę, powącham - jest super. I tylko dziewczyny patrzą na mnie jak na czuba;)


sobota, 7 kwietnia 2018

Wiosenna psychoza

No i się zaczęło! 
To było oczywiste, że wraz z dłuższymi dniami, pierwszymi ciepłymi powiewami wiatru i pierwszą pszczołą szukającą nektaru w nieśmiało otwierających się kielichach krokusów dopadnie mnie psychoza maniakalno- obsesyjna. 
Z uporem maniaka obsesyjnie szukam pierwszych objawów, sorry- oznak chciałam rzec, albo zwiastunów, wiosny. Wsadzam łeb w krzaki i poszukuję pierwszych pąków. Dokładnie przeglądam gałązki magnolii i forsycji. Obserwuję niebo i wypatruję kluczy dzikich gęsi i żurawi. Nasłuchuję ptasich pieśni: czy to jeszcze zimowe ”daj jeść” czy to już wiosenne godowe trele. Parapety zapełniają się rozsadą pomidorów i papryk a ja coraz tęskniej wypatruję słonka. 
I w końcu jest! Chociaż tydzień temu z nieba sypał się biały puch i pizgało nie jak na zajączka, lecz co najmniej na gwiazdkę, od dwóch dni niepodzielnie zapanowała wiosna. W ciągu kilku wręcz godzin rozwinęły się wszystkie krokusy, lada moment pojawią się żonkile, a tulipany podskoczyły o jakieś pięć centymetrów. Na miejskim bazarku zakwitły hurtowe ilości bratków, stokrotek i pierwiosnków. Nie da się, po prostu nie da się przejść obok nich obojętnie.


Najpierw jest planowanie: 
W te duże donice wsadzę po trzy bratki, w mniejsze po jednym i ze trzy w ten wydrążony pień kasztanowca. W zeszłym roku było na żółto, w tym zrobię na biało-niebiesko. Niezapominajki sobie odpuszczę, bo pewnie same się nasiały z zeszłorocznych sadzonek. Prymule też oleję, bo jakoś nie udaje mi się ich przezimować, a kupować na miesiąc nie ma sensu... 
Z gotowym planem i wizją w głowie wsiadam na rower [postanowienie noworoczne] i ruszam do Choszczna. Zasapana i zapocona, bo po zimie kondycji mniej niż zero, wpadam na rynek i... przepadam. Całe planowanie na nic, bo nie wiadomo jak i kiedy wracam do domu z całym koszykiem kolorowych sadzonek, a na kierownicy roweru majtają się jeszcze ze dwie reklamówki. Z zaplanowanego wydatku rzędu stu złotych robi się dwieście, ale co tam, najwyżej na kolację przez kilka dni z rzędu będzie twaróg. Trza się odchudzać, o! 
Przymierzam, dopasowuję, odchodzę i patrzę jak dana kompozycja będzie się prezentować. Od furtki, od tarasu, z prawa, z lewa... Z wniebowziętą miną mieszam w taczce piasek z kompostem i ziemią, jakbym co najmniej miksturę wiecznej młodości tworzyła. Po robocie krążę dookoła i podziwiam swe dzieło, jakbym nigdy w życiu bratka nie widziała. Tak, moi drodzy- jak nic psychoza, ale jaka przyjemna... 
Jakiś mądry człowiek powiedział, że nieważne co twierdzi psychiatra, grunt to być szczęśliwym. Zgadzam się z tym bez dwóch zdań ;)
A jak tam u Was? Czy z początkiem wiosny też chorujecie?

sobota, 17 marca 2018

Szura

Ja wiem, że to już się robi nudne, tylko psy i psy, ale dzisiaj zdarzyła się taka historia, że muszę Wam o niej opowiedzieć. 
Właściwie nie będzie to opowieść o psach, tylko o sile mediów społecznościowych. 
Kto by pomyślał, że Internet będzie miał aż tak wielką siłę przebicia i moc sprawczą. A jednak... Kiedyś ludzie umawiali się na randki w realu. Od razu wiedzieli czy chemia jest, czy nie ma, czy z tej mąki będzie chleb, czy co najwyżej zakalec. Teraz na portalach randkowych każdego wieczoru można zaliczyć choćby ze stu partnerów, a suma sumarum i tak pozostanie się dziewicą [prawiczkiem]. Na zakupy ruszało się z pełnym portfelem i w wygodnych butach. Dzisiaj siadamy przed netem, szast-prast i zakupy zrobione. Nie dość, że kilka kliknięć wystarczyło, to jeszcze same do domu się dostarczą. Brak wiedzy nie jest już [hm...] żadnym problemem, bo wujek Gugiel na każde pytanie odpowie i dodatkowo ze szczegółami na obrazkach pokaże. Języków obcych znać nie trzeba, bo słownik przetłumaczy, funkcja autokorekty eliminuje błędy ortograficzne i tak dalej. A największym chyba przebiciem cieszy się fejsbuk. Ileż osób dzięki niemu zostało odnalezionych [nawet wbrew swej woli], sprzedanych samochodów i rowerów, wymienionych książek i swetrów, odszukanych znajomych i wrogów... Niezmiennie zadziwia mnie moc udostępnień. Ktoś- coś, jeden, drugi, dziesiąty i już pół Polski wie, że dwa małe kotki szukają domu, zgubiła się czarna suczka w czerwonej obroży, a złoty retriever tęskni za swoim właścicielem. 

Na swych stronach schroniska dla zwierząt publikują zdjęcia wychowanków, a życzliwi ludzie posyłają w wirtualny świat wołanie o pomoc. Nierzadko zdarza się, że wołanie zyskuje odzew w świecie realnym i jakiś biedak wygrywa nowy dom. Lub odwrotnie- zmartwiony opiekun odzyskuje pupila.

Dostałam dziś maila na messengerze. 
Zaczynał się kilkoma zdjęciami. Otworzyłam plik i nie mogłam uwierzyć własnym oczom- na fotkach była moja Sonia! Młodsza, szczuplejsza, w obcym dla mnie, ludzko-psim towarzystwie.



Zamarłam. Po przeczytaniu kilku pierwszych zdań zachciało mi się ryczeć. Jak to- właściciele? Jak to – zaginiona? Odnaleziona? Przeraziłam się, że chcą mi odebrać moją dziewczynkę! Teraz? Jak ją pokochałam? Jak zaaklimatyzowała się w nowym domu, zapomniała o traumatycznych przeżyciach? Przez chwilę chciałam zignorować maila, zamknąć laptopa i udać, że nic się nie zdarzyło. Ale sumienie podgryzało mnie uporczywie: przecież mają prawo, martwili się, kochali, szukali, znaleźli... Na szczęście okazało się, że mogę zatrzymać moją dziewczynkę. Odezwała się do mnie wnuczka nieżyjących właścicieli Soni. Naświetliła sytuację i opowiedziała historię. Okazało się, że po niefortunnych narodzinach na stacji paliwowej i ciężkich pierwszych tygodniach życia dwie małe sunie trafiły do dobrych domów. Szura do dziadków, Ała do rodziców. Przez pięć lat wychowywały się w pełnych miłości domach. Niestety śmierć zabrała właścicieli Szury, a pies znalazł się u kolejnego Pana. Nie wiadomo co się stało, że pewnego razu przeskoczyła przez płot i nie wróciła już do nowego domu. Nie wiadomo gdzie się błąkała i jakie były jej losy, dopóki nie trafiła do choszczeńskiego schroniska. Z moich obliczeń wynika, że cały rok musiała jakoś radzić sobie sama. W marcu 2017 roku podpisałam dokumenty adopcyjne, a rok później wnuczki zmarłego państwa odnalazły Szurę w jednym ze schroniskowych postów. Jakże wielka była ich radość z odkrycia, że Szura jest zdrowa i szczęśliwa! Jakże się ucieszyłam na wieść, że moja Sonia miała spokojną i pełną miłości młodość! Wymieniłyśmy kilka mailów, ja dowiedziałam się o przeszłości Soni, one o przyszłości Szury. Portal rozwiał tajemnice dwóch epok i uspokoił kilka rodzin.


Globalna cyfryzacja i wirtualny ekshibicjonizm mają- jak się okazuje- również swoje dobre strony ;)