a

a

piątek, 22 czerwca 2018

Ostatnie pożegnanie

Wszyscy wiemy, że nie jesteśmy wieczni. Że kiedyś musimy odejść z tego świata. Dokąd? To już zależy od wiary i światopoglądu. Jedni odchodzą do Nieba, drudzy do innego wymiaru, kolejni reinkarnują się w ciałach różnych istot, a jeszcze inni nigdzie nie odchodzą, a po prostu umierają. Bez żadnych teologiczno-filozoficzno-duchowych dywagacji zamykają oczy, ich ciała zamieniają się w proch i koniec pieśni. 
Nie wiem komu jest łatwiej. Czy tym, którzy wierzą w życie po śmierci i nieśmiertelną duszę, czy raczej tym, którzy za życia nie martwią się sądem ostatecznym? Tak całkiem szczerze powiedziawszy, sama do końca nie jestem przekonana do której grupy ja się zaliczam. W trwodze wyciągam ręce po pomoc do jakiejś wyższej siły, obiecuję poprawę i proponuję ofiarę [przysięgam, nigdy więcej nie przekroczę prędkości, tylko niech ten policjant nie wlepia mi mandatu...], lecz gdy wszystko dzieje się po mojej myśli szybko zapominam o swej pobożności. 
Chyba jednak mam nadzieję, że po ziemskim życiu coś, gdzieś mnie jeszcze czeka.



Tak się złożyło, że w przeciągu kilku zaledwie dni uczestniczyłam w ostatnich drogach dwóch osób. Obu zmarłych znałam dość dobrze. Pierwszy z nich, ponad osiemdziesięcioletni mężczyzna, był katolikiem i pewnie wierzył, że obudzi się gdzieś tam po drugiej stronie. Drugi był ateistą i nie łudził się mrzonkami o wieczności. 
Rodzina pierwszego, również wierząca, zorganizowała tradycyjny pogrzeb. Jak na ironię losu pogoda była przepiękna. Słonko świeciło, a ptaki prześcigały się w namiętnych trelach, nie zwracając w ogóle uwagi na stojącą obok trumny żonę staruszkę, żałobników z wieńcami, ani monotonny występ księdza. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz... Żegnamy umiłowanego męża, ojca, dziadka... Chryste pociesz pogrążoną w żalu rodzinę... Obyś spoczywał w pokoju... Znałam zmarłego dość dobrze. Nie był dobrym człowiekiem, choć słuchając słów księdza mogłoby się wydawać, że był to anioł wcielony. Pił, a po pianemu bił, wyzywał, poniżał i obrażał. Według mnie nie zasługuje na spoczynek w pokoju, nie był ukochanym mężem, ani ojcem, a rodzina nie pogrążyła się w żalu, lecz w końcu odetchnęła z ulgą. Ale... co ja tam wiem. 
Na końcu ceremonii rodzina podziękowała księdzu za jego posługę. Ksiądz przyjął podziękowania i mało dyskretnie napomknął, że w brzuchu mu burczy, więc wdowie nie pozostało nic innego niż zaprosić go na stypę.

Drugi pogrzeb był ceremonią świecką. Bez księdza, kwiatów i zawodzącego żałobnie organisty. Lał deszcz. Nieliczna rodzina stała przy urnie z prochami zmarłego, liczni znajomi trzymali w dłoniach zapalone znicze, a całe stado ciekawskich, z wypiekami na twarzy oglądało niecodzienne w małym miasteczku „widowisko”. Mistrz ceremonii wspominał zmarłego. Opowiadał o jego dobrych i złych cechach. O jego pasjach i zainteresowaniach. O jego błędach. O wyborach - zarówno tych dobrych, jak i złych. Przytoczył kilka zabawnych anegdot. 
Łzy ciurkiem płynęły po mojej twarzy. Czułam, że żegnam konkretnego człowieka, a nie uczestniczę w kolejnej sztampowej, żałobnej uroczystości. Gapie za moimi plecami również umilkli, a na ich twarzach malowały się autentyczny smutek i współczucie. Żegnając się, mistrz ceremonii podziękował rodzinie za zaszczyt, jakim było dla niego pożegnanie zmarłego. Postawiliśmy znicze, złożyliśmy kondolencje i rozeszliśmy się do domów.

Długo jeszcze myślałam o tym pogrzebie. Bez konwenansów i rytuałów. Bez manier.
Może czasem tak właśnie trzeba? Prosto i od serca. Bez klepania wyświechtanych regułek, sztywnego trzymania się przyjętych zwyczajów i liturgicznych ceremoniałów? Czy ksiądz może być mistrzem ceremonii, a nie zwykłym wyrobnikiem? Czy stać go na prawdziwe współczucie lub chociaż odrobinę empatii? Nie wiem. Wiem za to, że choć dalej nie potrafię określić swego wiaropoglądu, ten świecki pogrzeb poruszył moją duszę i skierował myśli do Boga, a  katolicki wzbudził niechęć do Kościoła i oddalił od wszelkich mistycznych refleksji.

sobota, 5 maja 2018

Gumno

Obijam się ostatnio. Nie piszę, nie zaglądam na blogi, neta odpalam przed snem. Dom zarasta kurzem, góra ciuchów do prasowania urosła prawie pod sufit, a na obiad serwuję zupę i kanapki. Ale co tam, wiosna przecież! Wszystko wywabia mnie na zewnątrz. Podłoga niezmyta? Olał podłogę-trzeba najpierw skosić trawę. Drzwi tarasowe znowu umorusane psimi nosami? Trudno- najpierw mus ogłowić tulipany i zajrzeć czy pękają już pąki piwonii. Telewizor? A kto ma na niego czas? Trzeba sprawdzić, czy rzepaki pachną tak samo oszałamiająco jak w zeszłym roku lub pospacerować wśród kwitnących bzów. Przecież jeszcze tylko chwila i już ich nie będzie.


Obsadzone doniczki napawają dumą, choć to tylko zwykłe stokrotki i bratki.



Truskawkowy obelisk z zeszłego toku niezbyt się sprawdził, więc w tym będzie obsadzony kwiatami.



Rozsada pomidorów rośnie sobie pomalutku.



Kilka egzemplarzy posadziłam w workach- zobaczymy jak wyjdzie eksperyment. W związku z tym, że w nocy temperatura dochodzi do kilku zaledwie stopni, pomidorze dzieci jadą spać do szopy ;)


I tak łażę po obejściu cały dzień. Coś podleję, przytnę, wyrwę, wsadzę, powącham - jest super. I tylko dziewczyny patrzą na mnie jak na czuba;)


sobota, 7 kwietnia 2018

Wiosenna psychoza

No i się zaczęło! 
To było oczywiste, że wraz z dłuższymi dniami, pierwszymi ciepłymi powiewami wiatru i pierwszą pszczołą szukającą nektaru w nieśmiało otwierających się kielichach krokusów dopadnie mnie psychoza maniakalno- obsesyjna. 
Z uporem maniaka obsesyjnie szukam pierwszych objawów, sorry- oznak chciałam rzec, albo zwiastunów, wiosny. Wsadzam łeb w krzaki i poszukuję pierwszych pąków. Dokładnie przeglądam gałązki magnolii i forsycji. Obserwuję niebo i wypatruję kluczy dzikich gęsi i żurawi. Nasłuchuję ptasich pieśni: czy to jeszcze zimowe ”daj jeść” czy to już wiosenne godowe trele. Parapety zapełniają się rozsadą pomidorów i papryk a ja coraz tęskniej wypatruję słonka. 
I w końcu jest! Chociaż tydzień temu z nieba sypał się biały puch i pizgało nie jak na zajączka, lecz co najmniej na gwiazdkę, od dwóch dni niepodzielnie zapanowała wiosna. W ciągu kilku wręcz godzin rozwinęły się wszystkie krokusy, lada moment pojawią się żonkile, a tulipany podskoczyły o jakieś pięć centymetrów. Na miejskim bazarku zakwitły hurtowe ilości bratków, stokrotek i pierwiosnków. Nie da się, po prostu nie da się przejść obok nich obojętnie.


Najpierw jest planowanie: 
W te duże donice wsadzę po trzy bratki, w mniejsze po jednym i ze trzy w ten wydrążony pień kasztanowca. W zeszłym roku było na żółto, w tym zrobię na biało-niebiesko. Niezapominajki sobie odpuszczę, bo pewnie same się nasiały z zeszłorocznych sadzonek. Prymule też oleję, bo jakoś nie udaje mi się ich przezimować, a kupować na miesiąc nie ma sensu... 
Z gotowym planem i wizją w głowie wsiadam na rower [postanowienie noworoczne] i ruszam do Choszczna. Zasapana i zapocona, bo po zimie kondycji mniej niż zero, wpadam na rynek i... przepadam. Całe planowanie na nic, bo nie wiadomo jak i kiedy wracam do domu z całym koszykiem kolorowych sadzonek, a na kierownicy roweru majtają się jeszcze ze dwie reklamówki. Z zaplanowanego wydatku rzędu stu złotych robi się dwieście, ale co tam, najwyżej na kolację przez kilka dni z rzędu będzie twaróg. Trza się odchudzać, o! 
Przymierzam, dopasowuję, odchodzę i patrzę jak dana kompozycja będzie się prezentować. Od furtki, od tarasu, z prawa, z lewa... Z wniebowziętą miną mieszam w taczce piasek z kompostem i ziemią, jakbym co najmniej miksturę wiecznej młodości tworzyła. Po robocie krążę dookoła i podziwiam swe dzieło, jakbym nigdy w życiu bratka nie widziała. Tak, moi drodzy- jak nic psychoza, ale jaka przyjemna... 
Jakiś mądry człowiek powiedział, że nieważne co twierdzi psychiatra, grunt to być szczęśliwym. Zgadzam się z tym bez dwóch zdań ;)
A jak tam u Was? Czy z początkiem wiosny też chorujecie?

sobota, 17 marca 2018

Szura

Ja wiem, że to już się robi nudne, tylko psy i psy, ale dzisiaj zdarzyła się taka historia, że muszę Wam o niej opowiedzieć. 
Właściwie nie będzie to opowieść o psach, tylko o sile mediów społecznościowych. 
Kto by pomyślał, że Internet będzie miał aż tak wielką siłę przebicia i moc sprawczą. A jednak... Kiedyś ludzie umawiali się na randki w realu. Od razu wiedzieli czy chemia jest, czy nie ma, czy z tej mąki będzie chleb, czy co najwyżej zakalec. Teraz na portalach randkowych każdego wieczoru można zaliczyć choćby ze stu partnerów, a suma sumarum i tak pozostanie się dziewicą [prawiczkiem]. Na zakupy ruszało się z pełnym portfelem i w wygodnych butach. Dzisiaj siadamy przed netem, szast-prast i zakupy zrobione. Nie dość, że kilka kliknięć wystarczyło, to jeszcze same do domu się dostarczą. Brak wiedzy nie jest już [hm...] żadnym problemem, bo wujek Gugiel na każde pytanie odpowie i dodatkowo ze szczegółami na obrazkach pokaże. Języków obcych znać nie trzeba, bo słownik przetłumaczy, funkcja autokorekty eliminuje błędy ortograficzne i tak dalej. A największym chyba przebiciem cieszy się fejsbuk. Ileż osób dzięki niemu zostało odnalezionych [nawet wbrew swej woli], sprzedanych samochodów i rowerów, wymienionych książek i swetrów, odszukanych znajomych i wrogów... Niezmiennie zadziwia mnie moc udostępnień. Ktoś- coś, jeden, drugi, dziesiąty i już pół Polski wie, że dwa małe kotki szukają domu, zgubiła się czarna suczka w czerwonej obroży, a złoty retriever tęskni za swoim właścicielem. 

Na swych stronach schroniska dla zwierząt publikują zdjęcia wychowanków, a życzliwi ludzie posyłają w wirtualny świat wołanie o pomoc. Nierzadko zdarza się, że wołanie zyskuje odzew w świecie realnym i jakiś biedak wygrywa nowy dom. Lub odwrotnie- zmartwiony opiekun odzyskuje pupila.

Dostałam dziś maila na messengerze. 
Zaczynał się kilkoma zdjęciami. Otworzyłam plik i nie mogłam uwierzyć własnym oczom- na fotkach była moja Sonia! Młodsza, szczuplejsza, w obcym dla mnie, ludzko-psim towarzystwie.



Zamarłam. Po przeczytaniu kilku pierwszych zdań zachciało mi się ryczeć. Jak to- właściciele? Jak to – zaginiona? Odnaleziona? Przeraziłam się, że chcą mi odebrać moją dziewczynkę! Teraz? Jak ją pokochałam? Jak zaaklimatyzowała się w nowym domu, zapomniała o traumatycznych przeżyciach? Przez chwilę chciałam zignorować maila, zamknąć laptopa i udać, że nic się nie zdarzyło. Ale sumienie podgryzało mnie uporczywie: przecież mają prawo, martwili się, kochali, szukali, znaleźli... Na szczęście okazało się, że mogę zatrzymać moją dziewczynkę. Odezwała się do mnie wnuczka nieżyjących właścicieli Soni. Naświetliła sytuację i opowiedziała historię. Okazało się, że po niefortunnych narodzinach na stacji paliwowej i ciężkich pierwszych tygodniach życia dwie małe sunie trafiły do dobrych domów. Szura do dziadków, Ała do rodziców. Przez pięć lat wychowywały się w pełnych miłości domach. Niestety śmierć zabrała właścicieli Szury, a pies znalazł się u kolejnego Pana. Nie wiadomo co się stało, że pewnego razu przeskoczyła przez płot i nie wróciła już do nowego domu. Nie wiadomo gdzie się błąkała i jakie były jej losy, dopóki nie trafiła do choszczeńskiego schroniska. Z moich obliczeń wynika, że cały rok musiała jakoś radzić sobie sama. W marcu 2017 roku podpisałam dokumenty adopcyjne, a rok później wnuczki zmarłego państwa odnalazły Szurę w jednym ze schroniskowych postów. Jakże wielka była ich radość z odkrycia, że Szura jest zdrowa i szczęśliwa! Jakże się ucieszyłam na wieść, że moja Sonia miała spokojną i pełną miłości młodość! Wymieniłyśmy kilka mailów, ja dowiedziałam się o przeszłości Soni, one o przyszłości Szury. Portal rozwiał tajemnice dwóch epok i uspokoił kilka rodzin.


Globalna cyfryzacja i wirtualny ekshibicjonizm mają- jak się okazuje- również swoje dobre strony ;)

środa, 7 marca 2018

Tropienie

Myli się ten, kto sądzi, że podwórko czy ogród przy domu zwalniają z obowiązku wyprowadzania na spacer swoich czworonożnych, szczekających przyjaciół. Te kilka, czy nawet kilkanaście arów wokół domu są dokumentnie wywąchane, oznaczone i do bólu poznane. W jakiejś prasie doczytałam nawet, że takie podwórko pies traktuje jak jeden wielki kibel. Hm, coś w tym jest. 
Przyznam szczerze, że nie zawsze mi się uda, ale przynajmniej co drugi dzień staram się wyprowadzić dziewczyny na świeże łono. Niewywąchane, nieoznaczone i nie... no sami wiecie ;) W zależności od ilości wolnego czasu, pogody i chęci mamy opracowanych kilka tras. Piętnastominutowa na lenia, godzinna na co dzień i piękna, urozmaicona krajobrazowo i prawie dwugodzinna na weekendy. Dzisiaj z nieba prószył mokry śnieg na zmianę z deszczem, udając więc, że to nie lenistwo a rozsądek, wybrałam krótką piętnastominutówkę dookoła pola. Prawdę mówiąc nie chciało mi się wybitnie, lecz czy ktoś oparłby się tym spojrzeniom?




Zakutana w kaptur szłam powoli i dumałam o niebieskich migdałach, a spuszczone ze smyczy psy zajmowały się swoimi sprawami. Gdzieś pomiędzy menu na jutro a wybieraniem fasonu wiosennej kurtki zorientowałam się, że oprócz własnych kroków nic nie słyszę. Ani szurania Saby, ani podskoków Sońki. Żadnych szelestów w krzakach, odgłosu węszenia, że o szczekaniu nie wspomnę. Odwróciłam się gwałtownie. Za sobą widziałam tylko ślady własnych kaloszy. Z ciężkim westchnieniem, bo dom, ciepła herbata i wygodny fotel były już za jakieś cztery minuty, zawróciłam własnym tropem. Nawet pacjent z ostrą jaskrą zauważyłby miejsce, w którym psy postanowiły zejść ze ścieżki. Niczym Winnetou pochyliłam się nad plątaniną śladów. Śniegowce nr 40 poszły beztrosko dalej. Trop prowadził lekkim wężykiem, jakby ich właściciel [ka] był na lekkim rauszu. Większe psie łapy, głębiej zapadnięte i z wyraźnie odbitymi pazurami, krążyły chwilę pod krzakiem dzikiej róży, po czym zniknęły. Mniejsze łapki krążyły w tych samych miejscach i idąc ich śladem znalazłam się na środku pola. Tu też nagle zmaterializowały się łapy większe. Jako doświadczony tropiciel doszłam do wniosku, że albo Sonia potrafi się teleportować, albo- żeby mnie zmylić, wlazła na grzbiet Saby i w ten sposób tutaj się znalazła. Klnąc coraz głośniej, bo z piętnastu minut zrobiło się trzydzieści, ruszyłam tropem ośmiu łap. Podczas gdy śniegowce były tylko lekko narąbane, poduszeczki z pazurami były wcześniej na grubo zakrapianej imprezie, bo rysowały na śniegu elipsy, ósemki, wolty i półwolty, zawracały, przecinały się, znów biegły prosto, jakby nie mogły się zdecydować dokąd mają prowadzić i gdzie znajduje się meta. Wyprowadziły mnie na miedzę, po czym oba tropy zniknęły. Saba jest głucha, więc darowałam sobie wykrzykiwanie jej imienia. Okazało się, że przypadłość ta jest niestety zaraźliwa, bo wrzask –Sonia!, Soooniaaa!, też nie przyniósł żadnych rezultatów. 
Z lekkim niepokojem, ale też nadzieją iż psy są już w domu, zawróciłam. Pod furtką pusto. Weszłam do korytarza aby wziąć rękawiczki, bo nie planując aż tak długiego spaceru ubrałam się byle jak i byle w co. W coraz większej panice stałam w drzwiach i zastanawiałam się, którą trasę mogły obrać te moje cholery i gdzie mam lecieć ich szukać, gdy na podwórko wpadła, kręcąca ogonem jak gdyby nigdy nic, uśmiechnięta Sońka.


Odczekałam chwilę dając szansę Sabie, ale babcia z niej nie skorzystała. Rozejrzałam się dookoła, zmusiłam do pracy szare komórki i wykoncypowałam żeby iść śladami Soni, bo pewnie gdzieś w tym samym kierunku znajduje się Saba. Może coś jej się stało, w coś wpadła, zgubiła się, nie mogła dogonić młodszej o dziesięć lat Soni? Zdegustowałam się, że Sońka taka niekoleżeńska świnia, zamknęłam ją w domu i ruszyłam na misję ratowniczą. Śnieg zamienił się w deszcz i coraz trudniej było czytać ze śladów. Nie wiedziałam już, czy prowadziły w przód czy w tył, prawo czy lewo, czy to te sprzed pięciu minut, czy sprzed pół godziny? W końcu, w ferworze oględzin, tak je zadeptałam własnymi butami, że pozostała tylko obrzydliwa, błotnista breja, która już kompletnie nie chciała mi nic powiedzieć. Olałam tropienie i jeszcze raz zrobiłam tę samą trasę, tyle że od tyłu i przetrząsając po drodze wszystkie krzaki. Coraz bardziej spanikowana, prawie biegiem pokonałam ostatni odcinek. Czarne myśli wyparły nieważne menu i jeszcze mniej ważną kurtkę. Widziałam moją babinkę Sabinkę rozszarpaną przez dzikie zwierzęta, zabitą przez jeszcze dzikszych myśliwych, leżącą gdzieś z połamanymi nogami, albo całkiem bez życia. Boże! Jerzy mnie zabije!
Bez tchu wpadłam pod bramkę. Patrzę? Coś dziwnego kręci się pod płotem. Saba? Jakaś taka... To coś zaszczekało radośnie. Saba! Padłam na kolana i chwyciłam w objęcia moją sunię. Jezu! Rękawiczki prześliznęły się po sierści, a do mojego nosa dobiegł fetor świeżej gnojowicy. Szczęśliwa babka kręci ogonem i usiłuje wpakować mi się na kolana. Śmierdzi jakby tarzała się w sarnim gównie. Matko, ona się chyba tarzała w sarnim gównie...

Jak tylko przestały mi się trząść łapy [najpierw ze strachu, później ze złości], wpakowałam babkę do wanny i zmyłam perfumy, które tak ją zachwyciły, że o bożym świecie zapomniała.


Gdy kończyłam szorować wannę, zachciało mi się śmiać. Ślepa, głucha, prawie bezzębna, ale węch to dziewczyna jeszcze ma niezły! Ja niestety też. Ten węch znaczy, bo choć zęby już nie wszystkie, to wzrok i słuch jeszcze mi dopisują. Całe szczęście, że Sońki do złego nie namówiła. Jakby obie wróciły tak upierdzielone, to chyba byłby koniec spacerów. Przynajmniej na miesiąc!

środa, 14 lutego 2018

Komedyje traumatyczne

Walentynki to idealny czas na porównanie dwóch komedii romantycznych, o których w mediach ostatnio pełno, często i głośno. W mediach polsatowskich o „Narzeczonym na niby”, a tefałenowskich o „Podatku od miłości”. 
Nie jestem jakąś specjalną fanką tego gatunku ani w literaturze, ani kinematografii, życie jednak często okazuje się komedią, a lepiej już żeby była to komedia romantyczna, niż na przykład tragikomedia. Dałam się więc namówić dziewczynom i wybrałyśmy się do kina na obydwie rodzime produkcje.

Fabuła filmów – jak to w komedii romantycznej. 
Podatek od miłości: Ona-Klara, warszawski słoik z Kołobrzegu, kontrolerka urzędu skarbowego, wielbicielka śpiewu i boksu. On- Marian, Piotruś Pan pozujący na cwaniaka, z zawodu coach, bo trener to przecież brzmi jakoś głupio w polskim filmie, żyje z kasy, jaką otrzymuje od klientek za... no nie wiadomo dokładnie, za to całe coachowanie, brat wspomagający finansowo hippisowską siostrę. Na pierwszym spotkaniu spuszczają sobie łomot, ona go nienawidzi, on jej też. Z biegiem czasu magia i hormony robią swoje, na końcu żyją długo i szczęśliwie. 
Narzeczony na niby: Ona- Karina, kobieta sukcesu, uzależniona od serduszek na Instagramie, córka apodyktycznej matki i siostra ślubującej lada dzień siostry. On-Szymon, z zawodu taksówkarz, lekko narcystyczny, samotny ojciec. No i jeszcze ten Zły- Darek, forsiasty, dziwaczny reżyser telewizyjnego talent show, były Kariny. Film ten zaprzecza teorii o trzeciej randce, gdyż bohaterowie stukają się już przy pierwszym spotkaniu. Dokładniej rzecz biorąc, taksówka Szymona stuka auto prowadzone przez Karinę. W związku ze zbliżającym się ślubem, zerwaniem z Darkiem i zamknięciem buzi matce, dziewczyna namawia taksówkarza, aby przez kilka dni poudawał jej narzeczonego. Związek Kariny i Szymona przechodzi przez wszystkie typowe etapy filmowo-romantycznej relacji: od pragmatycznej umowy o współpracy przez podskórne rozwijanie się uczucia i obowiązkowy kryzys aż po finałowe zrozumienie, co się naprawdę w życiu liczy. 
Czyli wiecie już co i jak.
Plusem „Podatku od miłości” są nieograni bohaterowie. Klarę widziałam pierwszy raz w życiu, a Marian mignął mi w jakimś kryminale jako czarny charakter. Chociaż podczas napisów początkowych pojawiły się również znane nazwiska. Zamachowski grał jakieś pięć minut, Rosati trzy, a Gawryluk wypowiedziała ze cztery słowa. 
W „Narzeczonym” za to same gwiazdy. Obowiązkowo Karolak i Adamczyk. Kamińska, Kurdej-Szatan, Bohosiewicz... W epizodach Grabowski, Ewa Kasprzyk, a nawet Karpiel-Bułecka. Najlepsi z najlepszych, z najlepszych, z najlepszych.

Jak dla mnie, najważniejszym kryterium tego typu produkcji jest humor [no bo przecież nie fabuła] i tu się niestety zawiodłam. W „Podatku” królował humor genitalno-łaciński. Od lat wiadomo wszak, że najzabawniejszym słowem jest „kurwa” a najśmieszniejsza sytuacja to upadek z roweru, mordobicie albo męski tyłek w stringach. „Narzeczony” preferował inny poziom. Żart trochę zbyt ograny, oczywisty i przerysowany, lecz w związku z tym, że gustuję w czarnym humorze, jakoś częściej było mi do śmiechu. Swoją drogą znów się załamałam, bo momenty które mnie śmieszyły, jakoś nie śmieszyły pozostałych widzów i odwrotnie. Cóż, przyzwyczaiłam się że jestem trochę inna...

Reasumując:
Żadnej traumy po seansach nie miałam, czyli nie było tak źle. Kilka razy się zaśmiałam, ze dwa nawet na głos [głupio wyszło, bo tylko mnie było słychać]. Razy kilka po policzku mym łza słona spłynęła [bo nie mogłam się powstrzymać od szerokiego ziewnięcia], ale makijażu nie rozmazałam, więc spoko. 
Która produkcja wygrała? Która stacja telewizyjna okazała się miszczem? Która jest mądrzejsza, fajniejsza, prawdziwsza, z ludem i dla ludu? No oczywiście TVP! Tylko ona prawdę ci powie. Żaden film, żadna komedyja nie może się równać z „Koroną Króli” – serialem produkcji TVP. Serialem, zbierającym [według zamówionych sondaży] w fotelach więcej widzów niż „Niewolnica Isaura” i „Moda na sukces” razem wzięte. Serial, który starł w proch jedne programy, a inne, jak na przykład „Jeden z dziesięciu” przesunął na inne godziny. Polska produkcja porównywana do „Gry o tron”. Z pewnością dużo, dużo od wspomnianej lepsza!



No to po ca ja głupia się tyle naprodukowałam...

Ps. Obejrzałam ze dwa odcinki „Korony” aby sprawdzić czym się tak TVP chwali. Taaak. To jest  naprawdę polska „Gra o tron”. Tyle że ten tron jest z porcelany, przecieka, a do tego klapa mu się nie domyka.

niedziela, 4 lutego 2018

Pasja czy paranoja?

W niedzielę skoro świt [a skoro świt w niedzielę to tak około godziny dziesiątej] obudziło mnie pełne wyrzutu świergolenie ptaków. Spojrzałam na zegarek- no faktycznie, czas najwyższy na śniadanie. A tu tłuszczowe kule wydziobane, ziarna w karmniku skrupulatnie wyjedzone, te spod karmnika też posprzątane. Skandal panie, skandal! Wstałam więc posłusznie, szeroko ziewając podeszłam do okna, odsłoniłam roletę i zamarłam w zachwycie. 
Niby śnieg zimą to w końcu nic dziwnego, ale ostatnimi czasy nie jest to wcale takie oczywiste, stałam więc dobrą chwilę i napawałam się widokiem. Śnieg otulił peleryną drzewa i krzaki, niczym biały kocur zaległ na dachu altany i grubym, puszystym dywanem nakrył ziemię. Zakrył kiełkujące żonkile, krecie kopce i psie kupy, których wczoraj nie chciało mi się posprzątać. 
Skrząc się w promieniach zimowego słonka kusił do wyjścia z domu. Do odetchnięcia rześkim powietrzem, ulepienia śniegowej kuli i beztroskiego wyrzucenia jej wysoko w niebo. Do zagarnięcia pełnej garści zimnego puchu i patrzenia jak topnieje w zetknięciu z ciepłą dłonią. Przez chwilę przemknęła mi nawet myśl o zrobieniu orła na trawniku pod jabłonką, przypomniawszy sobie jednak wczorajsze zaniedbania postanowiłam zrezygnować z realizacji owego planu. 
Nie zrezygnowałam jednak ze spaceru i po szybkich porannych ablucjach, nakarmieniu głodnych paszcz i dziobów, kilku łykach kawy i wyciągnięciu z zamrażarki porcji rosołowej, wskoczyłam w kurtkę i wyszłam z domu. 
Psy czekały już przy furtce niecierpliwie merdając ogonami, więc bez zbędnego marudzenia ruszyłyśmy do lasu.



Znacie z pewnością to uczucie, gdy ma się wrażenie że cofnął się czas. Że nie liczy się wczoraj, nie mają znaczenia minione błędy, nie bolą zaznane przykrości. Że ważny jest krok, który dopiero uczynimy, a kierunek jaki wybierzemy zaważy nie tylko na naszym życiu. 
Tak właśnie się poczułam stając na skraju lasu. Droga przede mną była dziewicza. Ani śladu ludzkiej bytności, zero zwierzęcych tropów. Jak daleko okiem sięgnąć, aż po horyzont rozciągający się za pustymi polami i łąkami ,niczym nowa karta czekająca na zapis przyszłych wydarzeń, roztaczała się czysta, niepokalana biel. Cóż, psy nie były nastrojone równie filozoficznie. Nie zwracając uwagi na moje wiekopomne przemyślenia wparowały na drogę i pognały do przodu zostawiając za sobą szlak odbitych łap. Zdegustowana brakiem wrażliwości poszłam za nimi, wciąż jednak czułam się niczym Amundsen, Peary, Cook czy jakiś inny Vasco da Gama. Dziewczyny biegały od krzaka do krzaka, a ja myślałam o tych odkrywcach sprzed wieków. Jak się czuli, stojąc w miejscu nietkniętym do tej pory żywą stopą? Jak wiele byli w stanie poświęcić, aby uzyskać swój cel? Jaka siła pchała ich do przodu, wbrew niesprzyjającym wiatrom i przeciw zdrowemu rozsądkowi? Czy było warto, za wszelką cenę? 

Pasja. 
To słowo, w kontekście niedawnych wydarzeń na zboczu Nanga Parbat, zostało odmienione przez wszystkich i wszystko. Przez przypadki, osoby i czasy. Zyskało status poświęcenia i hartu ducha, lecz również egoizmu i głupoty. Jedni podziwiali i gloryfikowali pasjonata, inni płakali nad losem tych, których zostawił. Czy pasja prowadząca do samozagłady jest jeszcze pasją, czy jest to już czysta głupota? Czy wyzwanie, które wiąże się z ryzykiem zranienia innych jest w ogóle warte podjęcia? Z drugiej strony gdzie bylibyśmy dzisiaj, gdyby nie było ludzi z pasją? Ludzi, którzy nie bacząc na nic prą do przodu niczym lodołamacz aby zyskać dla świata nowy biegun. I czy na końcu drogi, po pierwszym momencie euforii, zawsze czeka ich rozczarowanie? Przekonanie, że osiągnięty cel jest jedynie polem podbiegunowym i po chwili odpoczynku coś, jakaś nieubłagalna siła, pcha ich znów na kolejną wyprawę. Czy to jeszcze pasja, czy już paranoja?



Ilu ludzi, tyle osądów. Nie wiem jak odpowiedzieć na własne pytania. Wiem jedno- każdy z nas wspina się czasem na własny Nanga Parbat i sami musimy zdecydować, kiedy przeć do przodu, a kiedy zrezygnować. I właśnie ta decyzja zazwyczaj jest tą najtrudniejszą.