a

a

sobota, 15 czerwca 2019

Końce świata

I znów się zaczęło! 
Niektórzy prorokują, że jesteśmy ostatnim pokoleniem na Ziemi, inni dają nadzieję że jeszcze trochę pożyjemy. Co prawda marne to będzie życie, bo w suszach, huraganach, ulewach i pożarach na zmianę. Jedni zapewniają że roztopią się lodowce i zniknie większość lądu, inni że upały i wiatry wysuszą wszelkie wody i umrzemy z powodu jej braku.

Kilka końców świata już przeżyłam. 
Pierwsza godzina 2000 roku miała spowodować że komputery zdurnieją i wystrzelą bomby nuklearne. Starożytni Majowie zakończyli swój kalendarz 21.12.2012 r. i to wystarczyło żebyśmy zaczęli panikować. Koniec świata miał też zwiastować krwawy księżyc z 27.09.2015. Najnowsza prognoza to asteroida Apophis, która ma uderzyć w Ziemię 15.06.2019, czyli dziś. No, ma jeszcze szansę przez 1,5 godziny.



Jeśli czytacie ten tekst, to znaczy, że chybiła. 
Tak czy siak, zgodzić się musimy, że źle się dzieje. Ponad 30-stopniowe upały, gwałtowne wyładowania atmosferyczne: burze, grad wielkości klusek śląskich, trąby powietrzne i inne kataklizmy zdarzają się coraz częściej.  Przyczyną efektu cieplarnianego jest nadmierne gromadzenie się gazów cieplarnianych w atmosferze Ziemi. Wbrew obiegowym opiniom nie jest to tylko dwutlenek węgla, ale również para wodna i metan, więc za globalne ocieplenie odpowiada też sama Matka Natura. 
Wszyscy wiemy, że powinniśmy oszczędzać wodę i energię, segregować śmieci, kupować i używać jak najmniej plastiku, nie palić w piecach byle czym. Wiemy ale czy robimy? Niby to kropla w morzu potrzeb, bo potentatami w tej dziedzinie są przemysł i transport, ale skoro nie możemy nic poradzić na światowe potęgi, to może  dorzućmy choć tę kropelkę?
Byłam dziś na zorganizowanej przez jednego z choszczeńskich radnych akcji oczyszczania ze śmieci brzegu naszego, mieszczącego się w środku miasta, jeziora. Piękne, z malowniczymi plażami, szumiącymi trzcinami i licznymi kładkami, z których wędkarze łowią płotki i szczupaki. Pływają po nim łabędzie i kaczki, ale też kajaki, żaglówki, a jeszcze nie tak dawno statek wycieczkowy. Można by powiedzieć- duma miasta. Niestety, nie można. Wraz z grupą mieszkańców wyciągnęliśmy z wody kilka worków puszek, szklanych i plastikowych butelek, słoików, opakowań po czipsach, starych ciuchów, zapalniczek, reklamówek, że o koszu na śmieci i jakimś innym złomie nie wspomnę. Wstyd i hańba!

Być może nasza matka Ziemia umiera, lecz czy musi umierać w brudzie? Tym, który sami robimy dookoła siebie. Z lenistwa, wygodnictwa, głupoty, braku elementarnego wychowania i kompletnego braku wyobraźni? Nie wiem. Rodzice tak mnie wychowali, że wyrzucenie przysłowiowego papierka na drogę jest dla mnie nie do pomyślenia- szczególnie gdy obok stoi kosz na śmieci. Owszem, przyznam się bez bicia, że czasem przez okno samochodu wyleciał ogryzek jabłka lub skórka po bananie, lecz nigdy w życiu puszka, butelka czy inny plastikowy szajs.
Tego samego starałam się nauczyć mojego syna. Opowiadał kiedyś, jak to na jakimś wypadzie z przyjaciółmi jeden z uczestników wypił browara i wyrzucił puszkę do wody. Dziecię me bez słowa weszło do wody, wyłowiło puszkę i wyrzuciło do śmietnika. Tam też znalazły się wszystkie pozostałe pojemniki po plenerowej imprezce, a rumieniec wstydu na policzku syfiarza utrzymywał się długo. I może tego właśnie nam potrzeba? Przykładu? Publicznego zawstydzenia?



Bo przecież tak naprawdę każdy z nas chciałby kąpać się w czystej wodzie i oddychać niezanieczyszczonym powietrzem. Przestańmy liczyć na innych i dorzućmy własną kroplę do morza. Skończmy gadać a zacznijmy działać. Nie tłumaczmy się brakiem czasu, bo w końcu rzeczywiście tego czasu nam zabraknie.

piątek, 31 maja 2019

Empatia, asertywność i kultura osobista

Różnie plecie się na świecie. 
Raz wszystko idzie jak po maśle: lwy baranieją, barany potulnieją i nawet róże z własnej woli ochoczo przygładzają swe ostre kolce. 
Innym razem los chichocze. Proste staje się trudnym, oczywiste okazuje się kontrowersyjnym, to co miało być słodkie zmienia smak na gorzko-kwaśny, a wszystkie zdarzenia kończą się odwrotnie proporcjonalnie do zamierzonych finałów. 
Gdy mamy z górki łatwo jest być grzecznym, empatycznym i kulturalnym, a asertywność staje się pojęciem abstrakcyjnym. Gorzej gdy banalna, wydawałoby się sprawa, rośnie do rangi lodowej góry, a ty czujesz się jak ten biedny Titanic. Kminisz ostro skąd ta góra, skoro przed chwilą były tu jedynie łagodne fale, zastanawiasz się gorączkowo jak wybrnąć z niespodziewanej sytuacji, choć ostatecznie doskonale zdajesz sobie sprawę, że obojętne co postanowisz i czego nie zrobisz i tak zdarzy się spektakularna katastrofa.

Jedzie sobie na przykład gość samochodem. Gra muzyczka, pełny bak, w domu czeka pyszny obiad, albo inne przyjemności. Kierowca odprężony, uśmiechnięty, pełen dobrych emocji. I nagle jakaś baba perfidnie i po chamsku wymusza pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Nic się nie stało, zmieszana kobieta przeprasza, ale dobre emocje diabli wzięli. Facet wyskakuje z auta, rzuca wiązankę, wspina się na wyżyny elokwencji wypluwając obrazowe inwektywy, od głupiej krowy począwszy, na ślepej małpie skończywszy. Wraca do domu, poklnie jeszcze trochę i zapomina. Dwa dni później idzie na umówioną wizytę stomatologiczną. Tak- zgadliście! Głupia krowa wita go zjadliwym uśmiechem, sadystycznie eksponuje narzędzie tortur i zaprasza gościa na fotel. No- Titanic przy tym to pryszcz!


Albo odwrotnie. 
Pani doktor zmęczona długim dyżurem niecierpliwie zerka na zegar — jeszcze kwadrans. Myślami jest już w innym świecie: w domu sajgon, obiad nieugotowany, dzieci trzeba na angielski, basen, tańce porozwozić... Wskazówki przesuwają się miarowo... Jedną nogą kobieta jest już w drzwiach, gdy do gabinetu pakuje się jakiś pacan. Jęczy. Tu go boli, tam strzyka, spać się nie da, może skierowanie na tomograf?, może do specjalisty?, recepta chociaż? Pani doktor wyprasza pacjenta i zamyka drzwi. No, bez przesady! Co to? Misja? Czy ona jedna w tej przychodni pracuje? Przecież na drzwiach wyraźnie są wypisane godziny przyjęć. Tłustym drukiem trzeba, żeby zrozumieli? Nie mógł wcześniej zachorować? 
Wraca do domu, ogarnia niecierpiące zwłoki tematy, wieczorem siada przed tv z kieliszkiem wina w dłoni, a tu pech! Prądu nie ma, telewizor odmówił współpracy, lodówka nie chłodzi, zamrażarka... No tragedia! Łapie kobieta za telefon, dzwoni na pogotowie energetyczne, czeka niecierpliwie przestępując z nogi na nogę, bo ulubiony serial właśnie się zaczyna. Dzwonek do drzwi. Leci pędem, otwiera... W drzwiach stoi odesłany pacjent i poprawiając wiszącą na ramieniu torbę uśmiecha się z mściwą satysfakcją.




Empatia to bardzo pożądana cecha. Wrażliwość i współczucie nigdy nie powinny wyjść z mody. Asertywność, którą mogę chyba określić mianem autoempatii, jest równie ważna. W świecie pełnym cwaniaczków, wykorzystywaczy i manipulantów umiejętność powiedzenia słowa „nie” jest niezbędna do zachowania zdrowych zmysłów. Jednak bez kultury osobistej, tej najzwyklejszej, polegającej na umiejętności prowadzenia grzecznej rozmowy, używaniu słów „dziękuję” i „przepraszam”, odrobinie cierpliwości i zwykłej, ludzkiej życzliwości, stajemy się po prostu banalnymi, prymitywnymi chamami.

piątek, 10 maja 2019

Robota nie.. hm... Golgota

Krótko dziś będzie i węzłowato, gdyż chcę się podzielić z Wami moją radością. Radością z tego, iż na moje rancho przyjechali dziś nowi pracownicy. Darmowi. No, za żarcie. 

Co tu kryć, do najpracowitszych to ja niestety nie należę. Lubię mieć zrobione, lecz jeśli wiąże się to z jakimś wielkim wysiłkiem, wyrzeczeniami i bolącym krzyżem- to dziękuję, obejdzie się. Nie jestem też, hm... również niestety?, specjalnie pedantyczna. Niektórzy być może powiedzieliby nawet po chamsku, że bałaganiara ze mnie. Ale co tam, to też mam w nosie ; ) Nie przeszkadza mi mniszek w trawniku ani kępy pokrzyw pod płotem. Nie dostaję palpitacji serca, gdy na wyjściowym płaszczu znajduję kocie [nie psie jeszcze, niestety] kłaki. Uważam, że kwiaty ostów są przepiękne, a z koniczyny robię bukiety do wazonów. Hrehrehre- wiem, nie komentujcie ; ) 
No, ale wracając do sprawy mej pracowitości. Własna marchewka i buraczki, nie wspominając o ogórkach, byłyby jednak wskazane. Dlatego też popełniłam- tzn. zleciłam do popełnienia, grządki warzywne w skrzyniach. Takich porządnych skrzyniach- prawie do kolan. Służą mi już trzeci rok i sprawdzają się genialnie. Nie trzeba przekopywać ani grabić, plewienia tyle co nic, czasem zlać wodą, a gotowe plony można zbierać lekko tylko ugiąwszy kolana. Jedyny mankament to ubytki ziemi. Skrzynie nie są jakieś wielkie: 1.5 m / ok. 3m, lecz głębokie. Pomimo ściółkowania i dorzucania jesienią, hm... umówmy się że średnio przerobionego kompostu, ziemia bardzo osiada. Musiałabym chyba ze dwieście worków z ziemią kupić, a i tak pewnie nie zapełniłabym skrzyń do pełna. Zresztą co to za ziemia z worków- pozbawiona robaczków i ogólnie rzecz biorąc- jałowa. Przydałoby się więcej własnej naprodukować. Odpadki z kuchni, trawa z koszenia, opadłe jesienią liście... Surowca jest dużo, tyle tylko, że kompost robi się dużo wolniej, niż bym chciała i potrzebowała. Dwa lata temu wpuściłam do grządek kilkanaście zakupionych w sklepie wędkarskim, wyratowanych od niechybnej śmierci w rybich pyskach dżdżownic, ale oczywiście nie mam nad nimi kontroli. 
Teraz postanowiłam iść na całość. 

Uwaga- dla niektórych Czytelników zdjęcia, choć marnej jakości, mogą być drrrraaastyczne ;) 
Dziś, jakąś godzinkę temu przyjechał kurier. Wręczył mi pakuneczek.



A w pakuneczku? 






1000 sztuk- a co! 
Chwilę po wpuszczeniu dżdżownic na nową chatę wyglądało to tak. 



Dwie minuty później wiły się tylko pojedyncze spóźnialskie, 



a po kolejnej chwili wszystkie Madzie zakopały się w przygotowanym podłożu. Sezon wegetacyjny dopiero się zaczyna, mam więc nadzieję, że jesienią cudnego kompostu mi nie zabraknie. Dodatkowo żarłoczne kalifornijki zutylizują masę biologicznych odpadków, a w bonusie otrzymam płynny biohumus- cudowny eliksir do podlewania kwiatów w doniczkach. No, przynajmniej taki jest plan. A na razie lecę zobaczyć, czy pracownicy nie rozleźli mi się po garażu...

edit 13.05.
Tak to wygląda dzisiejszego wieczoru ;)


poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Męskim okiem

Pisarz powinien być kreatywny. Raz romans, raz kryminał, dziś paplać optymistycznie, jutro zakrakać jak wrona. 
Tym razem postanowiłam zrobić sobie genderowskie ćwiczenie i zmienić płeć. Uogólniam, generalizuję i przesadzam, więc wszystkich panów proszę o przymrużenie oka ;)

To, że kobiety są z Wenus, a my z Marsa wiadomo nie od dziś. Inaczej myślimy, inaczej postrzegamy, inaczej rozumiemy i całkowicie inaczej reagujemy. Różnie bywa; gruchamy sobie niczym dwa gołąbki, ona spija słowa z mych ust i patrzy z uwielbieniem w oczy, aż tu nagle, nie wiadomo skąd, kiedy ani dlaczego, gołębica zmienia się w sępa i tylko patrzy gdzie wbić dzioba, żeby najbardziej zabolało. No, ale po tylu latach już się człowiek do tego rollercoastera przyzwyczaił. 
Jednak gdy zbliżają się jakiekolwiek święta, to baby już nie są z Wenus. One nie są nawet z Neptuna. Bardziej prawdopodobne, że pochodzą z planety znajdującej się gdzieś na samym krańcu jakiejś całkiem innej, odległej galaktyki. 
Ja rozumiem, że dom trzeba ogarnąć [gdy zamierzają zwalić się goście], coś tam do jedzenia uszykować, jakieś pisanki pomazać, no, ale ludzie!, bez przesady! Lata toto od rana do wieczora, jakby miała motorek w dupie. Zmywa, psika jakimiś chemikaliami, znowu zmywa, przesuwa, drze się żeby jej pomóc, bo nie daje rady. Rzucasz wszystko, lecisz, a ta pyszczy, że podłogę tu dopiero zmyła a ja lezę jak bezrozumny baran i mam stąd spieprzać i to już! To po cholerę woła!? Kudły nastroszone, twarz czerwona, ręce w żółtych rękawicach uzbrojone w jakieś dziwne szczoty i inne narzędzia służące bóg wie do czego. Wczoraj  widziałem jak szczoteczką do zębów fugi w kiblu szorowała. Mało tego, to była moja szczoteczka! 
Żal mi się w końcu kobiety zrobiło, zaproponowałem że chociaż okna oblecę. Ucieszyła się. Wymyłem je w kilka minut- teraz taka chemia dobra, że wystarczy psiknąć, przetrzeć i gotowe. I po co te całe dramaty? W jeden dzień całą chatę bym opierdzielił. Wołam kobietę, niech przyjdzie i się czegoś nauczy. Przyszła, patrzy z dziwną miną... I zamiast się zachwycać, znowu mordę pruje: to są umyte okna?, ramy brudne, parapety uświnione, żaluzji w ogóle nie ruszyłeś, na karniszach firanki pajęczyn... Czy ty w ogóle coś tu umyłeś?! No jak nie- szyby, cholera, umyłem. W końcu przez szyby się patrzy, a nie przez jakieś głupie ramy. No, ale babie nigdy nie dogodzisz. Wkurzyłem się. Idę do lodówki- jedzenie zawsze trochę mnie uspokaja. Drze się! Tego nie rusz, bo na święta, tamto do sałatki, sramto do sernika. Łaskawie pozwoliła jajecznicę zrobić. Ledwo zdążyłem rozbić na patelnię sześć sztuk, leci z wrzaskiem: no i które jajka wziąłeś, ośle! Mówiłam, że te z białymi skorupkami są do malowania! Rany, kto normalny parzy na kolor skorupki głupiego jajka do głupiej jajecznicy? No właśnie, a propo ozdóbek. Wchodzę dziś do salonu, a tu śmierdzi jakby kot dywany olał. Chodzę, szukam, wącham... I co? Rzeżucha! Poustawiała zielsko na parapetach, na stole, przy kominku, w doniczkach, moich lampkach do koniaku... Jezu, jak ja nie lubię zapachu kiełkującej rzeżuchy! Już miałem kota na dwór wywalić, a okazuje się, że muszę żonę, z jej ogrodowymi zapędami! Ogród- następna kość niezgody. Umówiłem się ze Stachem na ryby. Wieczorem nakopałem przynęty, przykryłem wiadro, odstawiłem do kanciapy i poszedłem wcześnie spać, bo skoro świt zaplanowliśmy wyprawę nad jezioro. Wstaję o czwartej, szykuję się cicho, żeby styranej kobity nie obudzić, biorę wiadro, wsiadam w auto... Cóż za wspaniała perspektywa- żyć, nie umierać! Na miejscu szykuję wędki, wkładam rękę do wiadra, macam... Co za cholera, uciekły? A nie! To żona moja, ekolożka cholerna, na grządki warzywne dżdżownice wypuściła. I jeszcze mi się oberwało, że sadysta bez serca jestem i jak chcę, to ona mi taką żelazną trumienkę zafunduje, i zobaczę, jak się będę czuł, gdy nockę w niej przeleżę. Czuł! Że niby te rosówki taką traumę we wiadrze przeżyły? No, błagam! Przecież to zwykłe prymitywne skąposzczety, a nie lumbricus sapiens!



Ale przecież kobiecie nie przetłumaczysz. Uprze się jak wół i żadne argumenty do niej nie trafiają, jakby miała klapki na mózgu. 
I tak tu męcz się człowieku w imię spokoju i rodzinnej sielanki. Wysłuchuj, potakuj, przyklaskuj, i choć męska duma krzyczy w sprzeciwie basem, ciebie stać jedynie na cienki falset. Właśnie- z seksem też cienko. Tydzień przed świętami i tydzień po, o bzykanku mogę sobie jedynie pomarzyć. Zmęczona, głowa boli, pracy ma jeszcze dużo, goście... A ty człowieku weź se i usychaj. Święta, cholera...

Jednak gdy święta w końcu nadejdą, usiądzie człowiek przy pięknie przybranym stole, podje pysznego żarełka, wypije kielicha z rodziną i przyjaciółmi, spojrzy na tę swoją połowicę, piękną i radosną, to nie żałuje że tak się namęczył. Warto jednak było aż tak się poświęcić!

sobota, 16 marca 2019

Zwykły weekend

Znacie pewnie stare, chińskie życzenie: obyś żył w ciekawych czasach. I bynajmniej nie jest to życzenie wszystkiego najlepszego, lecz czegoś dokładnie odwrotnego. 
Na dworze jeszcze ni to zima, ni to wiosna. Chwilami przyświeci słonko, częściej pada, a wicher duje jak głupi jakiś. Zdmuchnął mi karmnik- czy to znak, że koniec z dokarmianiem sikor? 
W domu jakoś obywa się bez większych spięć, może dlatego, że Jerzy zaniemógł, leży bidok z termometrem pod pachą i sprawdza o ile kresk podniosła się ciepłota jego ciała w porównaniu do poprzedniego kwadransa. Nieee... wredna jestem, chłop naprawdę się przeziębił ;[ 
Wena twórcza chwilowo [mam nadzieję] ustąpiła miejsca lenistwu. Jednym słowem nuda. 
Zapraszam więc Was dzisiaj na nudnawy post ilustrowany zwyczajnymi zdjęciami ;)

Rączki świerzbią mnie już wiosennie, więc parapet zapełnia się sadzonkami.



W ziołowym korytku na tarasie zieleni się już szczypiorek siedmiolatka,




posadziłam cebulę na szczypior.

W trumnie też zaczyna się dziać. Czosnek ma już całkiem niezłe łodyżki, puszcza się zeszłoroczna pietruszka.



Posiałam rzodkiewkę, szpinak i groszek cukrowy. Jednak większość warzywnych skrzyń wygląda jeszcze mało atrakcyjnie ;]



Codziennie spędzam kilka chwil na poszukiwaniu wiosny w ogrodzie. Uwielbiam obserwować jak zielone pędy wychodzą z ziemi, zawiązują pąki, kwitną i przekwitają, robiąc miejsce kolejnym sezonowym roślinom.









Jak umiałam, tak opitoliłam winogron- mam nadzieję, że go nie zabiłam...?



No i żeby weekend był całkowicie [tzn. jak dalece się da] bezstresowy, po czterech dniach nieobecności wrócił kotto- Kaszotto, kocurek przychodzący do nas podjeść, pogrzać się i pokokosić. Choć nie mogę uzurpować sobie do niego żadnych praw, chłopak ma już swoją miskę i ulubioną podusię, a w lodówce zawsze czeka saszetka, puszka czy inny przysmak. Zjawił się dziś rano, poobijany, nastroszony, z poranionymi uszami, obdartym noskiem i dwoma kleszczami [!!!], ale chyba nic poważnego mu nie dolega, bo wrąbał saszetę, wymusił parówkę, korzystając z chwili nieuwagi zlizał pasztet z mojej kanapki, po czym walnął się na sofę i śpi już chyba czwartą godzinę.




No, musiał być facet na niezłej imprezie! 
I tak sobie siedzę, stukam w klawisze i mam nadzieję że ciekawe czasy nadejdą jak najpóźniej, bo że nadejdą to niestety jest pewne. W garnku pyrka i pachnie rosół, na sofie pryka i smrodzi Kaszo...



Taki zwykły weekend... ;)

wtorek, 5 marca 2019

Propozycja-akwizycja


My- Polacy, jako naród, mamy najróżniejsze opinie w świecie. Niemcy żartują nieśmiesznie, że przyjeżdżają do nas na wakacje pociągami, bo ich auta już tu są. Czesi nabijają się, że upijamy się częściej od nich, choć statystycznie na jednego Polaka przypada o wiele mniej napojów wyskokowych rocznie, niż na Czecha. Ale cóż- kto próbował czeskiego piwa i porównał jego moc z naszym, ten wcale się temu nie dziwi. Włosi uważają, że jesteśmy bardzo pobożnym narodem- pewnie za przyczyną nieodżałowanego Jana Pawła Drugiego, a dla odmiany Anglicy krytykują Polaków za rasizm i nietolerancję. Wszyscy jednak zgadzają się, że nasza gościnność nie ma sobie równych.

Natchniona wolnym popołudniem i piękną, prawie wiosenną pogodą postanowiłam zrobić porządki. Oprócz pogody natchnął mnie również fakt, że ponad godzinę szukałam w szufladach jakiegoś dokumentu. Nie mogłam go znaleźć, więc mamrocząc pod nosem przekleństwa wyrzuciłam ze złością wszystkie papiery na środek pokojuChcąc nie chcąc, musiałam je posegregować, a przy okazji powstał wielki stos papierzysk do wyrzucenia. Oprócz starych faktur i rachunków, w stosie tym znalazła się cała fura zapomnianych zaproszeń, które przeglądałam z coraz większym zdumieniem i rozbawieniem.
Było tam zaproszenie na pokaz niesamowitych garnków w niewiarygodnie niskiej cenie- 3000 nowych złotych polskich. Za sztukę. Chyba były to garnki- samowarki ;) Na degustację żywności przechowywanej w tajemniczych pojemnikach, które to wydłużały trzykrotnie świeżość włożonych weń produktów. Na prezentację cudownej pościeli, która leczy ciało i duszę podczas snu. Najciekawsze było zaproszenie od firmy medycznej, która namawiała do kupna fotela masującego, bezzwłocznie usuwającego wszelkie bóle kręgosłupa, zapobiegającego osteoporozie i leczącego bezsenność. Każdy uczestnik pokazu miał otrzymać w prezencie pieluchomajtki w odpowiednim rozmiarze- od S do XXL. Domyślam się, że fotel ten tak doskonale relaksował, że masowany osobnik ignorował nawet fizjologiczne potrzeby. Do kosza na śmieci trafiły też zaproszenia na degustację pieczywa bezglutenowego upieczonego w maszynie do robienia chleba i sałatek owocowo-warzywnych z produktów krojonych specjalnym, niezabijającym witamin nożem. Nie skorzystałam również- o głupia ja!- z kosmetyków na bazie naturalnego kollagenu. A szkoda, bo przy kupnie towaru za minimum 500 złotych, dostałabym w prezencie piękny, plastikowy grzebień do włosów. Nie rozumiem, jak mogłam przegapić taką okazję!
Siłą rzeczy, podczas przeglądania tony makulatury, pomyślałam o zaproszeniach i ofertach składanych telefonicznie. Zaproszeniach do banku, gdzie specjalnie dla mnie przygotowano umowę kredytową. Propozycjach pomocy przy uzyskaniu odszkodowania. Za co? A nieważne- za coś się zawsze znajdzie ;) Ofertach ubezpieczenia od wszelkich wypadków- najbardziej inspirująca była polisa na wypadek pogryzienia przez wściekłego psa! Najkorzystniejszych ofertach pakietów internetowo-komórkowo-tabletowo-smartphonowo-palmtopowo-icotamjeszcze
Dziś  jestem konkretna - dziękuję i się rozłączam, ale zanim się nauczyłam, każdy telefon, dzwoniący zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie, był zmorą. Kilka minut upływało, zanim przepraszając i tłumacząc, czekając aż akwizytor zrobi przerwę na wzięcie oddechu, udało mi się wejść w słowo elokwentnego rozmówcy, by z lekkim wyrzutem sumienia stwierdzić, że nie jestem zainteresowana nabyciem saturatora ze źródlaną wodą. I nie, naprawdę nie chcę pieniędzy, które mi proponuje.
Swoją drogą współczuję pracownikom tych akwizytorskich firm- ciężki kawałek chleba. Kilka razy na minutę ktoś posyła ich do diabła, nie raz i nie dwa słyszą pewnie rynsztokowe bluzgi.



Białe nie zawsze jest białym, a czarne czarnym.
Gościnność i hojność. Cechy kojarzące się jak najbardziej pozytywnie, a jednak umiejące utrudnić życie a nawet doprowadzić do szewskiej pasji. Kultura osobista- wypada ją mieć, okazuje się jednak, że czasem przeszkadza. Z kolei odrobina egoizmu, a nawet chamstwa, wychodzi niekiedy człowiekowi na dobre.  

środa, 23 stycznia 2019

Natura próżni nie lubi

Fatalnie zaczął się dla mnie ten rok. Prawie równie fatalnie, jak zakończył zeszły. Ale to już wiecie. 
Dzień po świętach Saba zakończyła swe życie, a w kolejny wieczór Sonia dała susa przez płot i, pomimo wielkiej pomocy ludzi-znajomych i całkiem obcych, wszelki ślad po niej zaginął. Nie będę pisała o tym co przeżyłam i wciąż przeżywam. Ile łez wylałam i nie przespałam nocy. Każda z Was wie to doskonale i równie doskonale rozumie. Nie dziwicie się więc pewnie wcale, że nie mam chęci ani do pisania, ani czytania, ani w ogóle do niczego. Snuję się jak jakieś zombie, a dni mijają prawie nie różniąc się od siebie. 
Paradoksalnie najgorsze są te dni słoneczne, z rześkim, zimowym powietrzem, bielą i iskrzeniem śniegu, zapraszające do spaceru. Patrzę przez okno i wspominam jak łaziłyśmy sobie po polach, ganiałyśmy po lesie, czy po prostu bawiłyśmy się na własnym podwórku. Patrzę przez okno, a łzy same ciekną mi po policzkach. Jerzy zerka na mnie ze współczuciem, proponuje spacer, czy jakąś wyprawę za miasto, lecz wiem, że to nic nie da. Spróbowałam raz- przez całą drogę wyłam jak syrena. Każde miejsce przypominało mi jakąś sytuację z którymś z psów w roli głównej. Brakowało mi ich zimnych nosów, merdających ogonów, odciśniętych w śniegu łap, wesołego szczekania i w ogóle... Do dupy z takim spacerem. 

Stoję więc w oknie i obserwuję ptaki. Choć zima nie jest u nas jakoś szczególnie śnieżna ani mroźna, ptaki przylatują całymi stadami. W przeważającej ilości sikorki i mazurki. Czasem trafi się kos z żółtym dziobem, zięba błyśnie niebieską czapeczką czy rudzik wypnie pomarańczową pierś. Na pniu starej węgierki kilka razy przysiadł dzięcioł. Regularnie odwiedzają mnie też sroki- ciekawe czy któraś z nich to Klara?[pamiętacie sroczkę "wypadniętą" z gniazda?] Odkąd nie ma psów śmielej siadają na trawie i szukają jakichś smakołyków. Nie raz i nie dwa widzę jak podrywają się do lotu trzymając w dziobach niezauważonego przeze mnie, lub zapomnianego orzecha włoskiego. Amatorów orzechów jest zresztą więcej. Któregoś razu wypatrzyłam szczura, który spokojnie, bezstresowo, z orzechem w pyszczku maszerował do swej kryjówki wśród opałowego drewna. Stałe widoki, przewidywalne dni. A jednak... 

Dzisiejszego poranka odwiedził mnie jeszcze ktoś. Siedzę sobie przy stole, popijam kawę i usiłuję wmówić sobie, że te otręby z jogurtem są naprawdę zajebiste, gdy nagle w karmniku zapanował popłoch. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie ptaki poderwały się równocześnie i zgodnie przeniosły na czubek śliwki.



Zaintrygowana, wyostrzyłam zmysł wzroku. Pod ptasią stołówką zauważyłam jakiś podejrzany ruch. Nie znam się na kotach, moją miłością zawsze były psy, wiem jednak, że trójkąt: pies, kot i ptak, niekoniecznie musi być udany, poderwałam się więc z krzesła, aby w lodówce poszukać czegoś smaczniejszego niż sikorka. Z kawałkiem smażonej piersi z wczorajszego obiadu wyszłam na taras. Szaro-rudy cień śmignął za choinkę. Postałam chwilkę, pomachałam kąskiem, aby smakowita woń rozeszła się po okolicy i próbowałam przywołać gościa zachęcającym: kici- kici. Żadne z moich działań nie przekonały futrzastego gościa do ujawnienia się. Położyłam więc kąsek na podłodze tarasu, wróciłam do domu i, łapiąc po drodze komórkę, zajęłam strategiczne miejsce przy drzwiach balkonowych. Po kilku chwilach kot przycupnął sobie jak gdyby nigdy nic, na podłodze altanki.



Jednak zapach kusił ;



Zachęcony bezruchem przysiadł sobie na tarasie, udając, że ten kawałek kurczaka w ogóle go nie rusza, w każdej chwili gotowy zwiać.



W końcu chapnął smakołyk i popatrzył mi prosto w oczy. 



Chciałam poczęstować go jeszcze jedną porcyjką, wstawałam z podłogi bardzo powoli, ale na mój pierwszy ruch kot zniknął bezszelestnie niczym duch i tylko tłusty ślad po kurczaku świadczył o jego niedawnej obecności. 
Ciekawe czy jeszcze wróci.

Mimochodem, rozmyślając i wybierając  zdjęcia na których cokolwiek widać, naszły mnie dwie wiekopomne i odkrywcze myśli:

Po pierwsze- natura próżni nie lubi. Wystarczyło kilka raptem tygodni i już miejsce psa próbuje zagarnąć kot. 
Po drugie- muszę umyć okno...