a

a

poniedziałek, 9 września 2019

Przejażdżka rowerowa

Ludzie są coraz dziwniejsi. 
Mój dorosły syn zapodał focha, bo nie usmażyłam mu naleśników, a chłop obraził się na śmierć, bo wezwałam elektryka do ciemnej piwnicy, a przecież chłop obiecał dwa tygodnie temu, że naprawi awarię!

Ludzie są dziwni albo to ja jestem jakaś dziwna i ograniczona do tego, bo nie nadążam za tymi ewolucyjnymi wręcz zmianami. 
To, że jesteśmy egoistami, kombinatorami, leniami a czasem zwykłymi głupkami to wiadomo od dawna, ale że aż tak bardzo zmieniają się zasady i normy człowieczeństwa, to nie wiedziałam. Bo jeśli dziesięciu patrzy a jeden robi, to znaczy że normą jest nierobienie. Jeśli stu syfiarzy wywozi śmieci do lasów, a dziesięciu zbiera i segreguje, znaczy ta dziesiątka nie jest do końca normalna. Jeśli 90% pasażerów autobusu wgapia się w komórki, a tylko kilkoro czyta książkę to...no wiecie już o co mi chodzi. 
Ale do rzeczy. Mówią wszem wobec, że jazda na rowerze to samo zdrowie, relaks i w ogóle, wybrałam się więc na przejażdżkę. Pogoda w miarę, ja na urlopiku, zdrowie i humor dopisują, koła napompowane, bidon z wodą gotowy, kask na łeb, kamizelka na grzbiet i ahoj przygodo! 
Najpierw przez miasto. Jadę ostrożnie omijając dziury w jezdni i wystające studzienki. Ruch spory, jak to w mieście, więc co rusz wymijają mnie samochody dmuchając spalinami w nos. Co bardziej niecierpliwi trąbią i pchają się na trzeciego, doprowadzając me serce do palpitacji. Zjeżdżam więc na chodnik. W miarę możliwości trzymam się jednej strony, jadę powoli, bo nie wiadomo kto, co ani skąd wleci mi pod koła. Wleciał ogryzek jabłka, kilka petów, i jeden bachor.  Aby ominąć dzieciaka musiałam gwałtownie skręcić i rozjechałam przednim kołem okazałe psie gówno leżące na środku chodnika. Bosko! Garścią trawy i nawilżoną chusteczką usiłowałam zmyć śmierdzącą maź z opony i wmawiając sobie, że wciąż jest fajnie wyjechałam za miasto. Skręcając w lewo na mało uczęszczaną drogę omal nie straciłam roweru i życia, gdy jakiś idiota, nie zważając na moją wyciągniętą rękę, wyminął mnie z lewej strony. Dobra, odetchnęłam głęboko, łyknęłam z bidonu i dziękując wszystkim mocom, że wciąż żyję postanowiłam relaksować się dalej. Pięknie. Wiaterek szumi, słonko zagląda zza chmur, na ścierniskach przyuważyłam stado saren, gdzieś zaśpiewał skowronek, kicnął zając... Sama rozkosz.



Po jakiejś godzince zachciało mi się siku, więc zatrzymałam się na przydrożnej stacji benzynowej. Kupiłam białkowego batonika, żeby czasem nie schudnąć za dużo i poszłam tam, gdzie nawet król piechotą chodzi, a nie bicyklem, niczym karocą zajeżdża. I znów zadziwił mnie gatunek ludzki. Nie sądziłam, że ludzie mogą być tacy namolni i nie uszanować najbardziej nawet intymnej sfery życia. Ustawiam ja się w pozycji narciarza, obowiązkowo napinam kilka razy mięśnie Kegla, już, już mam się rozluźnić, gdy z sąsiedniej kabiny słyszę głos:
-Cześć.
-Cześć- odpowiadam nieco zdziwiona.
-Co słychać?
-W porządku.
Leciutko popuściłam, jednak muszę mocniej ćwiczyć swoje Kegle.
-Co robisz?
No, cholera jasna, chyba słychać, co robię!
-Chyba to samo co ty- silę się na nędzny dowcip.
Głos zza ściany zirytował się:
-Dlaczego mnie olewasz?!
Jezu! W panice zerknęłam. No sorry! Ta irytacja jest zupełnie nie na miejscu, olewam tylko to, co służy do olewania. Wkurzyłam się i też podniosłam głos.
-Nie zmyślaj! Wcale cię nie olewam!
Zapadła pełna konsternacji cisza. Po dobrej chwili głos rozległ się ponownie.
-Wiesz co, zadzwonię do ciebie później, bo jakaś kretynka z sąsiedniego kibla odpowiada na każde moje pytanie!
Boże! Jaka siara! Stałam w tym kiblu i stałam, aż upewniłam się na sto procent, że moja rozmówczyni mimo woli opuściła nie tylko kibel, ale i stację. Jezu!

Wróciłam do domu i schowałam rower w najciemniejszym kącie kanciapy, bo ten odpoczynek tak mnie zestresował, że do tej pory mnie telepie na samo jego wspomnienie. Wezmę się chyba za jakieś gary czy sprzątanie, to choć trochę się zrelaksuję po tym relaksie...

niedziela, 8 września 2019

Koło czasu

Jedyne co pewne w życiu to powtarzalność Matki Natury. 
Może nie co do dnia, nie co do miesiąca nawet, lecz wiadomo, że po zimnych dniach przyjdą ciepłe, po burzy wyjdzie słońce, zielone liście poczerwienieją, zszarzeją i opadną, lecz wiosną powrócą jako wyczekiwane pączki na nagich, zmarzniętych po zimie gałęziach. Miedze i pobocza ścieżek zażółciły się nawłociami. Ogród zakwitł rozchodnikami i zimowitami.





Zamiast wodą z lodem i listkiem mięty coraz częściej raczymy się ciepłą herbatą. Niby mamy jeszcze lato, lecz ustrojona koralami z jarzębiny, głogu i owoców dzikich róż jesień stoi u bram. Mało tego, ona już wali w te bramy zaciśniętymi kułakami, rzuca pociskami z kasztanów, żołędzi i orzechów. Smaga po twarzach babim latem i śpiewa klangorem odlatujących żurawi przeplatanym klekotem spóźnionych bocianów. 
Do domów ciągną z pól i lasów jej szpiedzy. Tarantule o metrowych odnóżach przebiegają bezczelnie przez środek pokoju. Tak zapierdzielają na tych długaśnych girach, że prawie słychać stukot ich stóp i nie wiadomo: zwiewać, wołać o pomoc, lecieć za dziadem z klapką, czy po prostu zaakceptować fakt, że idzie jesień i wznosić modły, aby jesienny gość nie wlazł nam nocą do otwartej paszczy. 
Idzie jesień, a wraz z nią pająki i biedronkopodobne harlekiny. Nie śpiewajmy im jednak żeby leciały do nieba i nie oczekujmy, że przyniosą kawałek chleba. Jeśli już to ugryzą i nasmrodzą przed śmiercią. 
Częstymi jesiennymi gośćmi są też myszy i nornice. Z nimi zazwyczaj robi porządek moja kociczka. Kaszanka ma zwyczaj przynosić na taras różne swoje krwawe łupy. A to mysz z przegryzionym gardłem, a to jaszczurkę, zdarzyła się nawet biedna jaskółeczka. Cóż- prawo natury. Gdy więc zobaczyłam leżącą na progu zdechłą mysz, nie zdziwiłam się zbytnio, pchnęłam ją czubkiem buta, aby nie wypadła do pokoju i chciałam iść po szufelkę, aby usunąć tę wątpliwą dekorację. Zdążyłam zrobić pół obrotu, gdy mysz ożyła! Z ponadświetlną prędkością wpadła do domu i zakitrała się za komodą. Jeeezu! Zamiast szufelki złapałam za miotłę na długim kiju i próbowałam wypłoszyć intruza. Po kilku próbach niechciany gość wybiegł na szczęście na taras, choć „szczęście" nie jest w tym wypadku trafionym słowem, bo tam czekała już Kaszanka z gościnnie rozwartymi pazurami i kłami.

Pewnie nie ostatnia to mysz i nie ostatnie pająki w tym roku. Jesienne migracje dopiero się zaczęły. Lecz choć pożyteczna biedronka może okazać się drapieżnym harlekinem, a martwa nornica żywą myszą jedno jest pewne- jesień idzie...


wtorek, 20 sierpnia 2019

Koń by się uśmiał

Wiemy wszyscy, że przepisy prawne bywają dziwne. Że regulaminy spółek, towarzystw, czy innych organizacji bywają tak skomplikowane, że czasem sam twórca nie do końca je rozumie. Wiadomo też powszechnie, że grabie grabią do siebie i tak jak chętnie przyjmowane są wszelkie ubezpieczeniowe składki, tak wypłacanie należności to już droga przez mękę, wybrukowana dodatkowo cierniami i gwoździami. Co dziwniejsze, wszelkie czynności mające na celu wydojenie klienta odbywają się w majestacie prawa. Gdy człowiek spóźni się z opłatą jeden dzień otrzymuje natychmiastowe ponaglenia, często okraszone miłą wzmianką o komornikach i innych windykatorach. Na wypłatę świadczeń czeka się za to często miesiącami. 
No, ale po co ja to w ogóle piszę- toż to czysty banał i oczywista oczywistość. Niby tak- lecz gdy sprawa zaczyna dotyczyć osobiście, banał i oczywistość stają się zmorą i człowiek tylko coraz szerzej otwiera oczy, z niedowierzaniem czytając kolejne maile od towarzystwa ubezpieczeniowego, które to jeszcze nie tak dawno temu obiecywało jasność, przejrzystość, uczciwość i inne gwiazdki z nieba.
Miałam stłuczkę. Klient jednego z marketów zapatrzył się nie tam gdzie trzeba i przyłożył mi zderzakiem w zderzak. Poszła lampa, nieco wgniotek i zarysowań, sporo nerwów, ale nic poważnego ani mnie, ani jemu się nie stało. Przyjechała policja, wydmuchali, wlepili klientowi mandacik, spisali protokół- standardowa kolizja drogowa i zwyczajowe postępowanie. Wysłałam do towarzystwa ubezpieczeniowego odpowiednie dokumenty, sympatyczny pan przyjechał i ocenił szkody, dostałam nawet auto zastępcze, bo z powodu zbitej lampy dowód rejestracyjny auta został zatrzymany. No i okej. 
Okej do czasu, aż dostałam odpowiedź. I tu zagwozdka- sympatyczny pan wycenił koszty naprawy na 5 tysięcy, a ubezpieczalnia proponuje mi... cały 1 tysiąc i pół! No więc ja się pytam: o co chodzi?! Jakim cudem mam naprawić auto? Skąd mam wyszarpać te pozostałe 3,5 tysiąca? Oburzona wystosowałam kolejne pismo, na które uzyskałam następną dziwną odpowiedź. Po kilkukrotnym przeczytaniu domyśliłam się, że zaoferowano kwotę za którą mogę kupić używane lub zastępcze części i nimi mam naprawić samochód. Cóż, odpisałam ponownie, że nie chcę podróbek, tylko oryginały, bo takie właśnie zostały uszkodzone podczas kolizji. W odpowiedzi dowiedziałam się że to jest standardowa procedura. No chwila! Jeśli to jest standard, to dlaczego konfiskuje się pirackie płyty i książki? Skąd te naloty na handlarzy podrabianymi ciuchami? Jakim prawem zwijają gości za fajki czy alkohol bez akcyzy? Przecież takimi niefirmowymi też można się nieźle najarać i ubzdryngolić!
Zmęczona idiotyczną wymianą maili osobiście pofatygowałam się do siedziby ubezpieczalni. Jezu! Tam dopiero usłyszałam opowieści, przy których moje ukochane fantasy wydają się całkiem realistycznymi i prawdopodobnymi historiami. Podobni do mnie pechowcy chętnie dzielili się swoimi doświadczeniami. Jeden z nich walczy w sądzie już dwa lata, drugi zaczął się leczyć u psychiatry, trzeci stwierdził że chyba jest jakimś medium przemieszczającym się pomiędzy światami równoległymi, bo ubezpieczalnia stwierdziła, że żadnego wypadku nie miał, gdyż uszkodzenia biorących udział w stłuczce aut nie są ze sobą kompatybilne. Rany! Jednak proszę- jacy kreatywni ludzie pracują w ubezpieczalniach- a ja, naiwniara, myślałam że to zwykli urzędnicy!
Summa summarum, podpowiedziano mi, żebym sprzedała wierzytelności którejś z wielu instytucji, zajmujących się zawodowo odzyskiwaniem od firm ubezpieczeniowych należnych klientowi pieniędzy. Swoją drogą jakie to polskie niestety, że powstają legalne firmy zajmujące się legalnym wydzieraniem kasy innym legalnym firmom. Sorry- nie pojmuję tego swoim małym rozumkiem! 
Cóż, ten nie ma stłuczek, który nie jeździ, jednak nie chciałabym ponownie wędrować tą cierniową drogą. Życzę Wam- wszystkim kierowcom, szerokich dróg, rozsądnych współuczestników ruchu i życzliwych policjantów, bo na uczciwe ubezpieczalnie nie macie co liczyć!

I źle nam było kiedyś? Gdy człek konno przestrzenie nieśpiesznie przemierzał?
I przyjemniej, i zdrowiej, taniej, smrodu mniej, że o nerwach nie wspomnę. A jak jeden drugiemu w zad wjechał, to worek owsa i butelka gorzałki załatwiały sprawę. I co ważniejsze- bez wnerwiających pośredników. Baa... Chciało nam się postępu- to mamy! ;)
Koń by się uśmiał!


wtorek, 6 sierpnia 2019

Klęska urodzaju

Ręce mi odpadają, oczy się zamykają i w ogóle zdechła jakaś dziś jestem, pójdę więc na łatwiznę i co się u mnie dzieje pokażę Wam na zdjęciach. 
Jak co roku o tej porze mój czas absorbują dary natury. Wracam z pracy, zbieram opadłe jabłka lub obrywam ogórki, siadam na schodach i strugam, obieram, wycinam zgniłki, myję, przebieram itd. Dzień świstaka normalnie. Grzech narzekać, bo zimą będzie jak znalazł. Nie tylko zresztą zimą, bo i teraz zajadamy się małosolnymi i z rozkoszą pijemy świeżo wyciśnięte soki. No, a samo się nie zrobi. Zresztą szczerze mówiąc,  nawet lubię tę nieskomplikowaną, choć nudnawą, robotę, a zapełniające się w piwnicy półki napawają mnie gospodarską dumą ; )

Nastawiony w połowie czerwca ocet malinowy jest już zdatny do spożycia, choć jeszcze delikutaśny bardzo.






Zaprawiony zeszłoroczną matką octową doszedł idealnie i wytworzył kolejną matkę, która na dniach powędruje do słoja z octem jabłkowym.



Po kompotach czereśniowych i wiśniowych przyszła kolej na ogórki.



Kiszone, korniszony, w zalewie curry [uwielbiamy] i przeciery na zupę.




Sezon ogórkowy jest w tym roku wielce łaskaw, więc zaczyna mi już brakować słoików! 
A tu już straszą pomidory! Dopiero co były zielone niczym szczypiorek na wiosnę,



później zżółkły,



i nagle nabrały soczystych, apetycznych barw.




Jessu, śliwa też ugina się od owoców! 




Zaraz przyjdzie czas na gruszki... 
W międzyczasie jakieś ciacho [buraczkowe],



czy pierogi z borówkami...





A dupsko rośnie!

Tak więc przełom letnich miesięcy obfituje u mnie i w owoce, i w warzywa, i w... jerzyka.
Dzikus Kaszaneczka robi się coraz mniej dzika. Można powiedzieć, że jedną łapeńką już domowa ;)



Hm... może dlatego, że swym czułym nochalem wywąchała kolejnego biedaka, który trafił do mnie na podkurowanie. Szanowne Panie, tamtaradam, przedstawiam Wam Tomaszka.



Zaplątał się nieborak w żyłkę i zranił skrzydło wędkarskim haczykiem. Znalazła go moja siostrzenica o wrażliwym serduszku i w te pędy przyniosła do ciotki ;) Na szczęście wet mówi, że za dwa, trzy dni powinno być okej. Siedzi na razie wystraszony, chlipnął trochę wody, ale jak cztery, wrzucone do klatki muchy leżały, tak leżą nadal. Zobaczymy jak będzie jutro.





 Trzymajcie kciuki!

Edit: Niestety. Po powrocie z pracy ptak już nie żył ;[

czwartek, 25 lipca 2019

Miejskie wieści

Moje miasto jest niewielką, powiatową miejscowością. Mieszka tu nie więcej niż 16 tys. głów, z czego niestety, jak w coraz większej ilości polskich miast, większość tychże głów oprószonych jest siwizną. Młodzież wyjechała, wyjeżdża, lub ma wyjazd w planach. Na studia, w poszukiwaniu lepszej pracy [lub w ogóle jakiejś pracy] i ciekawszego życia. Fakt- życie płynie tu leniwie i spokojnie, choć oczywiście różne ekscesy też się czasem zdarzają. Zaciukają bezdomnego za flaszkę wódki, okradną jubilera, pozostawione bez opieki dzieciaki rozpalą grilla w dużym pokoju i zjarają pół dachu czteropiętrowego bloku... Życie.

Jednakże na wakacje miasto me się obudziło. Wyrwało z letargu, otrzepało z kurzu i odziało w kolory. 
Od końca czerwca co weekend oferuje mieszkańcom i przyjezdnym najróżniejsze atrakcje. Może nie jakichś najwyższych lotów, nie za największe pieniądze, lecz w końcu coś się dzieje. W sobótkową noc zajechały food trucki. Spragnieni nowoczesności mieszkańcy rzucili się na wołowe pastrami za trzy dychy, które okazały się zwykłymi kanapkami z mięsem i ogórasem ;) 


Włodarze miasta zaprosili gwiazdy znane z tv. Future Folk z przesympatycznym Stanisławem Karpiel-Bułecką występowało jako support przed... Sławomirem! Serio! I tak jak Stasiu z chłopakami dali z siebie wszystko, tak gwiazdor Sławomir uraczył nas „Kolorowymi kredkami” i „Mydełkiem Fa”! No cóż... jakoś musiał zapełnić tę godzinę, za którą aż boję się pomyśleć ile zainkasował kasiory!


Kolejny weekend poświęcony był najmłodszym. Teatrzyk, pokaz i uczestnictwo w robieniu baniek mydlanych, ciekawe zabawy z animatorami z choszczeńskiego domu kultury. Dzieciaki były zachwycone. Następna atrakcja, która po raz pierwszy zagościła w naszym mieście to Holi- Festiwal Kolorów. Generalnie nie było tu nic specjalnie inteligentnego ani kreatywnego, właściwie było całkiem głupkowate, bo polegało na równoczesnym sypnięciu w górę [na siebie i wszystkich dookoła] kolorowym proszkiem [w skład którego wchodzi mąka ziemniaczana, talk i odrobina barwnika spożywczego], ale możliwość bezkarnego usmarowania się od stóp do głów wywoływała euforię u dzieci i młodzieży i lekko skrępowaną radochę dorosłych. Za magicznym proszkiem w cenie 10 zł za 75 gram. [czyli jak łatwo policzyć najdroższą mąką świata: 133 zł za kilogram], ustawiały się kolejki niczym w sklepach monopolowych w latach 80-tych.


Odbył się również Choszczno Graffiti Jam, na którym ośmiu malarzy na 300-u metrach kwadratowej ściany stworzyło mural przedstawiający historię miasta. I choć moim skromnym, dyletanckim zdaniem woj Choszcz wygląda jakby spadł z kosmosu, jest moc, a ozdobiona malunkami ulica Krótka stała się popularnym miejscem spacerów.


Ostatnia sobota wybrzmiała rytmem miejscowego zespołu rockowego. I choć rytm czasem gdzieś się gubił, młody wokalista zapominał tekst i w międzyczasie wyłączono prąd, na dobrą chwilę uciszając tak gitary jak i mikrofony, publiczność bawiła się znakomicie. Mam tylko szczerą nadzieję, iż słowa które wyartykułował wokalista na melodię „Autobiografii” Perfectu: „W hotelu fan mówi- na taśmie mam to jak w gardłach im rodzi się śmiech” nie będzie złą wróżbą dla zespołu.

Wspomnę jeszcze o rowerowym maratonie dookoła jeziora, zawodach wędkarskich, mistrzostwach w kajak polo, czytelniczych popołudniach w bibliotece i otwartym spotkaniu z Choszcznianinem, który zagrał epizod w słynnej na cały świat produkcji „Gra o tron”.
Fajnie, że coś się dzieje i każdy z łatwością znajdzie coś dla siebie. Mniej fajnie, że i tak znajdą się mieszkańcy, którzy będą zrzędzić i marudzić, narzekać i psioczyć, jęczeć i krytykować. Ale widocznie taka to już jest ta nasza polska, małomiasteczkowa natura, że naprawdę zadowoleni jesteśmy dopiero wtedy, gdy możemy coś i kogoś porządnie skrytykować.

wtorek, 9 lipca 2019

Mistrzowie riposty

Dlaczego coraz częściej komunikujemy się na piśmie- np. poprzez maila, SMS, messengera itp. a coraz rzadziej rozmawiamy twarzą w twarz i okiem w oko? Mało tego- posuwamy się wręcz do pisma obrazkowego. Aby opisać swoje emocje używamy emotikonów, a na pożegnanie wklejamy machającą rączkę. 
Ja również wolę pisać, niż mówić, a jak już muszę się wysłowić, szczególnie publicznie, to lubię wcześniej przygotować sobie na piśmie jakąś „spontaniczną” mowę. Oczywiście nie zawsze jest to możliwe i zdarza się, że interlokutor zapędzi nas słownie w kozi róg. Po fakcie przerabiamy w myślach daną sytuację, wyobrażając sobie jakby to było gdybyśmy na denerwujący tekst innej osoby zareagowali zupełnie inaczej.  W takich chwilach, gdy już zdążymy ochłonąć i mamy odrobinę czasu na przemyślenie sprawy, nagle do głowy wpadają najlepsze riposty. Dlatego właśnie pisanie jest łatwiejsze. Zawsze można wrócić, przeczytać jeszcze raz, poprawić, coś dopisać lub usunąć. Choć i tu czyhają pułapki. Napisałam kiedyś w SMS-ie, że Jurek stał za drzwiami. Niestety pomyliłam klawisze i odbiorca zdziwił się bardzo, a pewnie nawet lekko zaszokował, czytając, że Jurek srał za drzwiami ; ) Jedna mała literka, a Jerzy miał przerąbane przez dobry miesiąc.

Sztuka ciętej riposty to sztuka bardzo subtelna. Nie polega ona tylko na tym, aby wiedzieć co w danej chwili powiedzieć. Trzeba jeszcze to zrobić w odpowiedni sposób. Niedawno byłam świadkiem rozmowy dwóch młodych ludzi przeciwnej płci.

Ona-Obejrzałabym jakiś dobry horror lub komedię. Polecasz coś?
On-Jak chcesz horroru spojrzyj w lustro.
 Ona- A ty jak chcesz komedii zajrzyj sobie w gacie.

Gościu lekko się oburzył i spojrzał na mnie spod byka, bo nie opanowałam się i parsknęłam śmiechem. Według mnie punkt dla dziewczyny. Być może riposta była trochę chamska, lecz taka sama była odpowiedź chłopaka. Walczysz mieczem- od miecza zginiesz, jak mówi stare, mądre przysłowie. Sytuacja ta przypomniała mi inną rozmowę utrzymaną w podobnym tonie. Nie pamiętam co powiedział całkiem przeciętny facet do babeczki o rozmiarze XXL, ale jej odpowiedź zasługiwała na oklaski i brzmiała: wiesz, ja mogę schudnąć, ale tobie już nie urośnie. 
Spalony- zatopiony. Wiadomo, co dla każdego chłopa jest najczulszym punktem ;) 
I tu dochodzimy do pewnego dylematu. Super, że obie kobiety były asertywne i przynajmniej na zewnątrz nie okazały że komentarze mężczyzn jednak je zraniły, bo z kolei czułym punktem kobiet jest ich wygląd. I choćby nie wiem ile same żartowałyby z siebie, gdy skrytykuje je ktoś inny pozostaje pewien zgrzyt.

Sztuka konwersacji nie polega na obrzucaniu się epitetami. Nie zawsze wygrywa ten, kto ma ostatnie słowo. Słuchałam kiedyś kłótni małolatów:

-Jesteś zakręcona jak słoik po ogórkach.
-A ty jak sanki w maju!
-A ty jak chiński termos!
-Ty jak śledź po sztormie!
-Ty jak gówno w przeręblu!
I tak dalej, i tak dalej...

Czy koniecznie musimy być mistrzami riposty? Za wszelką cenę mieć ostatnie słowo? Nie potrafimy rozmawiać bez ustnych przepychanek? Mam nadzieję, że nie i wszystkim Wam życzę ciekawych, satysfakcjonujących rozmów.



Jednak na wszelki wypadek, na pytanie: hej, co słychać?, nie odpowiadajcie: a, leci pomalutku, bo jakiś złośliwy mistrz riposty może odpowiedzieć: oj, to źle, idź do urologa...

niedziela, 23 czerwca 2019

Każdy żyje tak jak chce

Usłyszałam dziś, że jestem zramolała. Że siedzę tylko w domu, grzebię w ogródku, czytam książki wylegując się na hamaku i brakuje jedynie, żebym z „matką pasjanse zaczęła stawiać”. No cóż, skoro tak mówią to pewnie tak jest. Faktycznie wolę wypić kawę na tarasie niż w jakiejś kawiarni. I smaczniejsza, i tańsza, i w towarzystwie które sama sobie wybiorę. Od skwaru i ścisku na plaży zdecydowanie przedkładam miły cień we własnym ogrodzie. Zamiast pasjonować się rzęsami i paznokciami koleżanki lub nieudaną fryzurą sąsiadki, z ciekawością obserwuję jak sikora karmi swoje wiecznie głodne pisklęta. I rzeczywiście- zamiast seriali czy polityki zdecydowanie wolę książkę. No, taki ze mnie zgred, cóż zrobić.

Znudziło mnie imprezowanie z ludźmi, którym jak się okazuje za bardzo się ufało. Przejadły mi się słowne dogryzki i złośliwości. Zniechęcił fakt, że brak kultury stał się rutyną. Więc okej- mogę być ramolem, mam na to wywalone. I owszem, gdyby mama wyraziła taką chęć, z przyjemnością ułożyłabym z nią pasjansa ;)
Zanim jednak położę się do trumny, podzielę się z Wam moimi apatycznymi zajęciami i monotonnymi widokami.














Nie wiem, kto z kogo brał przykład ale koty też jakieś takie...



I superowo!
Oby każdy mógł żyć tak, jak chce i lubi. 
Ramole wszystkich krajów- łączmy się!