a

a

środa, 29 listopada 2017

Odpoczynek na łonie

Zima zbliża się wielkimi krokami. Drzewa pozbyły się już większości liści, piec pracuje całą parą a na gałązkach jabłonki zamiast owoców zawisły smakowite kule dla sikorek. Lada dzień zapowiadają pierwsze śniegi i lekki mrozik, dzisiaj jednak pogoda była prawie wiosenna. 
Miałam umówioną wizytę u weta. Wracając z Choszczna postanowiłam skorzystać więc z okazji i zatrzymałam się w niewielkim lasku położonym tuż pod miastem, bezpośrednio sąsiadującym z dwoma sporymi osiedlami. Zaparkowałam samochód, wypuściłam czworonogi i napawając się rześkim powietrzem ruszyłam przed siebie. Psy zadowolone z odmiany ruszyły w krzaki poszukując nowych zapachowych doznań, a ja spacerkiem przemierzałam leśną dróżkę. Im dłużej szłam, tym bardziej byłam zachwycona. Pod nogami chrzęściły mi igły, szyszki i foliowe torebki. Gdzieniegdzie trafił się jednorazowy kubek, butelki po coli i innych napojach gazowanych, zgniecione puszki, kilka ulotek z marketów. W krzakach wypatrzyłam dziurawe wiadro, prawie dobrą miskę i dwie opony. Ciepło pomyślałam o mieszkańcach pobliskich domów. Jacy serdeczni ludzie! Podzielą się z innymi tym co wyprodukowali. Może jakaś sarna skusi się na łyk fanty? Wiewiórce przyda się wiadro a lis z pewnością będzie wdzięczny za opnę. Zając poczyta sobie, w którym dyskoncie jest najtańsza marchewka a z kubka po kawie dzięcioł zrobi sobie czapeczkę na zimę. Ujrzawszy kilka butelek po „Kubusiach” wzruszyłam się prawie do łez. Jak to dobrze, że młode pokolenie uczy się od rodziców. Mówią, że dzieci tylko w domach przed komputerami siedzą, a tu proszę! Wyjdzie jednak jedno z drugim na spacer do lasu i zostawi dowód na swoją w nim obecność, żeby nie zarzucili mu gnuśności i obiboctwa. W pewnym momencie musiałam zawołać psy i zapiąć smycze, bo obawiałam się, że krwawymi śladami zepsują arcydzieło stworzone przez jakaś większą grupkę miłośników lasu. Pod drzewami, wśród hałd potłuczonego szkła, artystycznie udrapowane, pyszniły się butelki. Naprawdę, było na co popatrzeć- sama wysoka półka. Część zachowała się w całości, mogłam więc odczytać etykiety. Był tam Sobieski i Chopin, Poniatowski i Paderewski. No, pomyślałam z dumą, byle kto tu nie imprezował. Kilka kroków dalej spotkałam resztki obozowiska wielbicieli Żołądkowej Gorzkiej i Soplicy o smaku wiśni. Zapijali winogronowym Tymbarkiem i HoopColą. Chyba z gwinta, bo w przeciwnym razie z całą pewnością znalazłabym resztki kubków. Pod starymi dębami pasło się duże stado Żubrów, pod opieką Kasztelanów i Harnasiów. Psy zaczęły się nudzić, bo co to za radocha po takim lesie łazić, i to w dodatku na smyczy, zawróciłam więc na parking. Byłam zdegustowana zachowaniem moich niewdzięcznych zwierząt. Tyle atrakcji, tyle woni, a one nosami kręcą. Tu aluminium, tam plastik, z jednej strony pachnie paprykowymi czipsami, z drugiej srebrzy się i zachęca do zjedzenia paczka po delicjach szampańskich. Jak to w lesie. 



Odpalając auto z jeszcze większą sympatią myślałam o mieszkańcach osiedli. Wspaniali ludzie. Kochają przyrodę. Przecież wychodzą relaksować się na jej łonie. Z całą pewnością są przeciwni wycinaniu Puszczy Białowieskiej, podpisują petycje Zielonych, adoptują pszczoły, może nawet należą do Greenpeace, lub innej instytucji tego typu. Nienawidzą zabijania zwierzyny leśnej, współczują bezdomnym kotom i psom... 
A że ta biedna natura pod samym nosem... Oj tam, nie ma co się czepiać drobiazgów. Przecież za kilka tysięcy lat te śmieci same się rozłożą.

wtorek, 14 listopada 2017

Satyra na świra

Ostatnimi dniami Choszczno i okolice żyją skandalem, który rozgrywa się tuż za płotem. Otóż facet podał psa do sądu za szczekanie. I wygrał!!! Sąd nakazał eliminację 90 decybeli zagrażających ludzkiemu życiu, poprzez usunięcie psa z sąsiedztwa. Swoją drogą, gość wykazał niezłą inicjatywę, stojąc i mierząc hałas wywołany szczekaniem. Mam nadzieję, że wyniku nie zafałszował warkot silnika jego samochodu... 
Dziewięcioletni owczarek, wyrokiem sądu, ma opuścić swój dom, swoją rodzinę, miejsce w którym mieszka od szczeniaka i w którym jest traktowany jak pełnoprawny członek rodziny.


Wyrok jest prawomocny. Właściciele są załamani, sąsiedzi oburzeni, a reszta może sobie co najwyżej nóżkami potupać. Więc wybaczcie mi głupoty, które napiszę, bo tupię. Tupię z całych sił.

Satyra na świra:

Postanowiłem wyprowadzić się na wieś. Nikt mnie nie zmuszał, sam chciałem. Wiecie, dość miałem miasta, szumu i tłoku, hałasu i życia w biegu, wyścigu szczurów, ciągłych kłótni, smogu i niezdrowego żarcia. 
Wyczaiłem działkę pod lasem, kupiłem przyczepę i zamieszkałem wśród wieśniaków. Pięknie było. W rogu działki rosła sosna, kilka świerków po których hasały wiewiórki, śpiewały ptaki. Świeże powietrze i wiejskie jadło. Wioska bezpieczna, na każdym podwórku pies pilnujący, aby żadne mendowate elementy nie wbiły noża w brzuch, ani nie okradły z majątku. Czułem się bezpiecznie, nawet nie musiałem zamykać na klucz drzwi od kempingu. Jeden z sąsiadów hoduje pszczoły, inny ma krowę. Miodek zamiast cukru, zamiast UHT-ej zupy z kartonu mleko do kawy- wiadomo, samo zdrowie. Dwa domy dalej kilka kur grzebało w ziemi, już się cieszyłem na myśl o codziennej dostawie świeżych jaj. Ludzie uśmiechnięci, mówią dzień dobry i do widzenia. Raj normalnie- pomyślałem sobie naiwnie! 
Nawet nie wiecie w jakim byłem błędzie. To nie raj, nie czyściec nawet. To piekielne piekło, a dookoła same diabły!
Najpierw na złość zaczęły robić mi koguty. Pieją cholery od białego świtu. A tuż po nich zaczynają drzeć się kury. Ko, ko, koooooo, kokoko... no jasna cholera! Święty by się wściekł. Nie mogą tych jaj w ciszy znosić? Czy ja, jak się zesram, to na cały świat obwieszczam, że oto moje flaki właśnie się oczyściły? Ano nie obwieszczam. A przynajmniej nie tak głośno, jak te zryte ptaszyska. Podałem babę na policję, no, każdy by tak zrobił, co nie? A wiecie co ona na to? Powiedziała, że mi już więcej jajek nie sprzeda. Bladź jedna! Ludzie to jednak podli są. Później ześwirował ten od pszczół. Sam widziałem jak dosypywał coś do uli. Mówił, że to cukier, ale nie ze mną takie numery. Narkotyki pewnie jakieś albo inne dopalacze, bo jak tylko wiosna nastała i człowiek w końcu mógł sobie na dworze posiedzieć, to te pszczoły jak szalone zaczęły latać. Dobra, niech latają na jego podwórku, ale po co na moje się pchają? Zapraszałem je, czy jak? Bzyka taka nad głową, wkurwia człowieka, raz mi jedna menda do kawy wpadła. No masakra jakaś! O właśnie. Ten od krowy też pojebany. Czarną muszę pić albo znów z zupą z kartona bo się, burak jeden, obraził, jak mu powiedziałem, że gównem krowim śmierdzi. A przecież śmierdział! Jak można paradować po wsi w takim stanie? Gumiaki upaprane po same kolana, kapota poplamiona, widły na ramieniu, to przecież wstydu trzeba wcale nie mieć. Weź tu się człowieku relaksuj przy kawie, jak takie menele pod nosem ci się kręcą. Przecież to obraza dla każdego normalnego człowieka jest. A te wsiowe bachory? Idę sobie z rana śmieci wyrzucić. Parasol rozłożyłem, bo nawet pogoda na złość mi robi i leje z nieba. Pochylam się, patrzę, a tu przy koszu leży zdechła glizda. Pogrzebałem butem, a tu jeszcze więcej glizd, tylko żywych. Wiją się, kręcą... obrzydlistwo! Aż mnie na pawia zebrało. Doskonale wiem, kto mi je podrzucił. Dzieciary tej baby co mieszka w domu z zielonym dachem. O nie! Biorę auto i jadę na policję. Myśli sobie, że na taką jak ona nie ma mocnych? Już ja ją i te jej bachory załatwię!
Ale najgorszy był ten pies z naprzeciwka. Szczekał, jak ktoś do płotu podchodził. Zmierzyłem- 90 decybeli z mordy bydlę wydobywało. Nie mógł jakoś ciszej dać znać? W drzwi łapą zaskrobać, esemesa wysłać, zagwizdać dyskretnie... To nie! Darł japę z całej siły i to czasami nawet po dwudziestej drugiej, dacie wiarę!? Na szczęście z tym już zrobiłem porządek. Założyłem sprawę w sądzie i sędzia, mądry, wykształcony człowiek, przyznał mi rację. No bo kto to słyszał, żeby pies, stróżujący na gospodarstwie, szczekał!? 
Z resztą też sobie poradzę. Spalę te pieprzone ule, podtruję krowę, kogutom ukręcę łby. Wytnę sosnę i świerki, bo złośliwie szyszkami i igłami zaśmiecają moje podwórko. Nie będzie niczego! I bardzo dobrze, w końcu będę miał spokój. A jak się komuś nie podoba, to niech się wyprowadzi. Jutro podam do sądu samą Naturę, a co! Ja sroce spod ogona nie wypadłem i nie pozwolę, żeby mi tu jakieś swoje własne, chore prawa narzucała. Prawo- to JA!

                                                 Koniec.

Ps1. Foto przedstawia rzeczywistego oskarżonego.
Ps2. W "satyrze" znajduje się link do artykułu.
Ps3. Oświadczam, że wszelkie podobieństwa do rzeczywistych postaci i autentycznych zdarzeń są jak najbardziej zamierzone.
J.K.

środa, 1 listopada 2017

Rozwiane złudzenia

Dzień Wszystkich Świętych dobiegł końca. 
W mojej rodzinie tradycją jest, że po mszy i wizytach na grobach naszych bliskich spotykamy się na rodzinnym obiedzie. Trochę powspominamy, pooglądamy stare zdjęcia, porozmawiamy, po prostu pobędziemy razem. 
W tym roku stało się inaczej. Zamiast jeść obiad w miłej atmosferze, znalazłam się na posterunku policji, bynajmniej nie w sympatycznym nastroju.

Zaczęło się jak zwykle. Na mieście korki, zawalone parkingi, niedzielni kierowcy wykonujący nadzwyczajne manewry- normalka. Na głównych skrzyżowaniach i w pobliżu cmentarza niebiesko od policyjnych kogutów. Panowie policjanci kierują ruchem, pilnują bezpieczeństwa, starają się aby ten dzień minął bez większych nieprzyjemności. Niestety, w moim przypadku stało się odwrotnie...

Może to niemodne, ale do tej pory miałam bardzo dobre zdanie o choszczeńskiej policji. W dużym stopniu pewnie wynika to z racji kilkupokoleniowej już tradycji. Mój Tata był policjantem, jego Brat, teraz kuzynostwo tak po mieczu, jak i po kądzieli. Jednym słowem- policja to nasi ;)

Jako że pogoda była pod, notabene, przysłowiowym psem, Dawid wysadził nas przy cmentarzu i pojechał poszukać miejsca do zaparkowania samochodu. Dziewczyny z dziećmi poszły na groby a ja, czekając na syna, chcąc nie chcąc obserwowałam policjanta pilnującego porządku przy jednym z wjazdów na cmentarz.
Rozumiem, że praca w taki dzień to nic przyjemnego. Jestem w stanie pojąć, że ktoś ma zły humor. Mogę sobie wyobrazić, że nie było jak się odstresować, bo na przykład żonę z rana głowa bolała, ale wyładowywanie swoich frustracji na przypadkowych kierowcach jest dla mnie nie do przyjęcia. Najpierw w niegrzeczny sposób pogonił kilku z nich, chcących zaparkować zbyt blisko wjazdu. Gdy nadjechało kolejne auto, na władcze machnięcie ręką kierowca zareagował pytaniem: „Dlaczego? Miejsca dużo, zakazu nie ma...” No i rozpętała się furia. Policjant podbiegł do samochodu, gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi, zaczął wyzywać i straszyć bezczelnego kierowcę.



Nie widziałam finału, bo przyszedł Dawid i weszliśmy na cmentarz. Zapaliliśmy znicze, pomodliliśmy się, zrobiliśmy obchód grobów. Lało jak z cebra i dziewczynki zaczęły marudzić, więc postanowiliśmy się zbierać. Młody poszedł po auto, a my z powrotem na parking. Sfrustrowany policjant był tam nadal. Akurat zwierzał się jakimś swoim znajomym, że taki jego pieski los. I wiecie co? Sama bluznę. Czasami nawet publicznie. Lecz gdy słyszy się niecenzuralne słowa z prędkością strzałów z karabinu maszynowego wydobywające się z ust ubranego w mundur i będącego na służbie w publicznym miejscu policjanta, robi się tak jakoś nieprzyjemnie. Korki i zwiększony ruch spowodowały, że czekałyśmy na Dawida dobre dwadzieścia minut. Przez ten czas nieszczęśliwy, ubrany na niebiesko pan pogonił kilku kierowców, opierniczył idącą zbyt wolno starszą panią i pogroził pięścią grupie nastolatków. Zmęczone dziewczynki przestępowały z nogi na nogę, gdy w końcu nadjechało nasze auto. Zwinęłyśmy parasolki i z westchnieniem ulgi wpakowałyśmy się do samochodu. Dawid już ruszał, gdy powstrzymało nas wściekłe walenie w okno.
-Ty gówniarzu! Zabroniłem ci się zatrzymywać!
-Ale przecież pasażerowie nie dadzą rady wskoczyć w biegu. Rozejrzałem się. Nic za mną nie jedzie, nikt nie wyjeżdża z parkingu, przecież nie tamuję ruchu.
-TY GÓWNIARZU! Będziesz ZE MNĄ dyskutował? Zakazałem stawać, a mimo to TE dalej PAKUJĄ SIĘ do środka!
I dawaj, huzia na Józia. Rzucał inwektywami, darł się jak opętany, straszył zabraniem prawa jazdy, nie bacząc na obecne w aucie dzieci, ani na korek, który tworzył się za nami. Jedynie wzgląd na dziewczynki i Dawida powstrzymał mnie przed zrobieniem natychmiastowej awantury. Roztrzęsieni pojechaliśmy do domu, wypakowaliśmy towarzystwo i wróciliśmy. Prosto na komendę. 

Nigdy w życiu na nikogo nie naskarżyłam. Nigdy nawet przez myśl nie przemknęło mi, że pójdę na komendę złożyć skargę. W najgorszych koszmarach nie wyobrażałam sobie, że takie traktowanie spotka mnie ze strony policjanta! Człowieka, który zawsze był dla mnie godny zaufania, do którego czułam szacunek, który był dla mnie, może naiwnie, wzorem do naśladowania.
I wiecie co dołuje mnie najbardziej? To, że na instytucję patrzy się jednak przez pryzmat jednostki. Jeden człowiek potrafi zniszczyć prestiż całej grupy zawodowej. Jest jak kret, który podkopuje zaufanie, będące przecież podstawą współpracy policji z resztą świata. Bez zaufania i szacunku społeczeństwa praca policjanta po prostu mija się z celem.

Jeden człowiek podkopał moją wiarę w całą policję. Wiem, że wciąż pracują tam ludzie tacy jak mój Tato, jego Brat, moi kuzyni. Policjanci, którzy są dla ludzi, a nie przeciw nim. 
A jednak nie jest już tak, jak było jeszcze dziś rano.

wtorek, 24 października 2017

Jesienne obrazki

Zima jest wymagająca, wiosna wyczekiwana, lato pracowite a jesień spokojna. Nie trzeba jeszcze palić w piecu [wystarczy nagrzać wieczorem w kominku], skończyły się walki ze słoikami, przetwory [choć w tym roku biednawe z powodu zimnej i deszczowej aury] siedzą w piwnicy gotowe do skonsumowania. Kolejna książka czeka u wydawcy na druk, a ja siedzę sobie przy kompie popijając herbatę z malinami i mam jakoś za dużo czasu ;)

Po chwilowej demolce buda Soni jest już gotowa na nadejście zimy.



Jak widać lokatorka jest bardzo zainteresowana ;)



Resztki jeżyn i malin dojrzewają na krzakach,


i kończą na talerzu ;)


Niecierpki dają jeszcze radę,



w odróżnieniu od hm... to chyba były smagliczki.



Podobnie pomidorek koktajlowy, który miał się puścić na półtora metra.


Truskawka też się nie puściła, pięknie się za to przebarwiła.



Czekoladowa papryka w doniczce zdążyła wydać kilka owoców, 



w odróżnieniu od mini papryczki, która już raczej nie zdoła dojrzeć.



Obok lawendy, lawendowo kwitną wrzosy.



W komórce na węgiel zamieszkał taki oto gość.



Jak widać Sonia bardzo się nim przejęła ;)


Spacerowe plenery w żółto-brązowych tonacjach,



lecz wciąż pełne zapachów.




 Jesiennie...

piątek, 20 października 2017

Głową muru nie przebijesz

Różne przeszkody stają na naszej drodze. Niektóre można przeskoczyć, inne da się jakoś inteligentnie ominąć, jeszcze inne trzeba potraktować niczym węzeł gordyjski i brutalnie dziabnąć mieczem, zamiast starać się rozwiązać za wszelką cenę. Są jednak mury w które możesz walić głową do usranej śmierci, strzelać fochem, ciąć ironią, rozbierać logiką. Nic z tego, nie przebijesz.




Pierwszy groźny mur to ludzka głupota. 
Najgorsza jest ta na samej górze, słodko pierdząca, jedną ręką dająca, a drugą odbierająca sto razy tyle. I nieważne jak wysoka jest ta góra: na szczeblu krajowym, samorządowym, zawodowym czy rodzinnym. Ryba psuje się od głowy i jeśli w głowie znajduje się jedynie siano, to nic dziwnego że cała reszta w końcu ląduje na klepisku. Indywidualnych przykładów głupoty nie będę nawet wymieniać, bo z całą pewnością każdy z nas potrafi wymienić ich bez liku. I każdy z nas na skutek czyjejś głupoty kiedyś ucierpiał.

Drugi mur to ludzka mentalność. 
Często jest to mur tożsamy z głupotą, czasami jednak wręcz przeciwnie. Z wyrachowaniem i egoistycznym sprytem danego przedstawiciela homo sapiens. Taka jadaczka na przykład. Wszyscy stoją karnie w kolejce do kasy w jakimś, dajmy na to markecie, przychodzi krzykacz i drze się, żeby kolejną kasę otworzyć dla niego. Nieważne, że kasjerka dwoi się i troi, że pozostałe pracują przy układaniu asortymentu na półkach, przyjmują towar, lub po prostu mają chwilę przerwy. Krzykacz robi awanturę i po chwili zazwyczaj dostaje to co chciał. Idzie do urzędu i straszy wezwaniem kierownika, idzie do lekarza i szantażuje wysłaniem pisma do NFZ. W końcu leci na opinii [wiecie, to ten awanturnik, zróbcie co mówi i niech będzie święty spokój] I bezproblemowo wymusza wszystko na wszystkich. Obrasta w piórka, czuje się coraz ważniejszą personą i coraz głębiej ma szeregowych pracowników i niekrzyczących frajerów.
Albo taki życzliwy. Tu szepnie słówko, tam doniesie. Anonim wyśle, sąsiada podpierdzieli, napuści na siebie znajomych. Siedzi później w oknie przy nieznacznie podniesionej firance lub zerka przez dziurkę od klucza radując się awanturą. A gdy już ponapawa się wynikiem swoich manipulacji idzie do zmanipulowanych, szczerze, z głębi serca im współczuje, pociesza i zastanawia głośno co za bydlę taką świnię podrzucić mogło!

Trzeci mur to nepotyzm. 
Dziadostwo było, jest i cholera, zawsze pewnie będzie. Dobra, rozumiem że inaczej traktuje się rodzinę niż obcych. To naturalne, a nawet prawidłowe. Mając jedną, niepodzielną rzecz oddamy ją raczej komuś bliskiemu, niż obcemu. Swojego czasu głośno było [w negatywnym kontekście] o pewnym, miejscowym policjancie, który wlepił mandat własnemu ojcu za jakieś niewielkie przewinienie. Nadgorliwość i zbytnia służbistość nikomu nie służą, powinny być jednak chyba jakieś granice nepotyzmu? 
Coś mi na starość kolano dokucza. Ortopeda dał mi skierowanie na rezonans magnetyczny, pojechałam więc do wielkiego miasta zapisać się na badanie. Odczekałam swoje w kolejce do rejestracji. W końcu nadeszła moja kolej i znalazłam się w gabinecie. Po obejrzeniu skierowania, dowodu ubezpieczenia i stu innych papierków wyznaczono mi termin za dwa miesiące. Już zbierałam się do wyjścia, gdy weszła pewna kobieta w białym fartuchu, prowadząc ze sobą dystyngowanego pana w średnim wieku.
-Dziewczyny, pan X ma skierowanie na rezonans. Wynik chcę mieć jutro o ósmej.
Trochę mnie zatkało. Aż tak? Nawet pomimo pacjenta stojącego obok? Tak bez żadnej żenady?Kamuflażu chociaż?
-No wiecie, przecież tak wiele panu zawdzięczamy...
Uśmiechnęła się do mnie, złapała X pod rękę i wyszła. Nawet technikom wykonującym badanie zrobiło się głupio.
-Ja tam wiele o więcej zawdzięczam temu szewcowi, którego musiałam umówić za trzy tygodnie.-Mruknęła pod nosem jedna z nich.
Podziękowałam i wyszłam, bo co innego mogłam zrobić? Hm... właściwie dużo mogłam. Mogłam zacząć krzyczeć, żeby otworzyli drugą kasę. Mogłam zagrozić, że napiszę skargę. Mogłam powiedzieć, że wszystko nagrałam telefonem i zaraz będą kolejne taśmy prawdy. Ale wiecie co? Jakoś nie przeszło mi przez gardło. Przez dwa miesiące jakoś wytrzymam, bo co innego, oprócz moralnych siniaków przyszłoby mi z idiotycznego walenia w ten nieśmiertelny mur?

poniedziałek, 25 września 2017

Słodkie nieróbstwo

Jak ja lubię być sama w domu. 
Nikt nie marudzi, nie zrzędzi, nie pyta gdzie jest masło ani czy wyschły skarpetki. Nikt nie drze się do telewizora: no strzelaj, strzelaj durniu! No patrz Mariolka- ja nie mogę pojąć jak można było spieprzyć takie podanie! 
Z pokoju Dawida nie dobiegają wstrząsające jęki, które on nazywa muzyką. Nawet psy są jakieś takie wyciszone. Bosko.

Mając w perspektywie cały, długi, samotny, spokojny dzień, zaplanowałam sobie nicnierobienie. W końcu raz na ruski rok należy mi się. Kawa z mlekiem, kąpiel z pianą, kanapka na obiad i ewentualnie spacer ze zwierzami.



Chłopaki pojechali zaraz po śniadaniu. Wzruszyli się moją o nich troską [kanapki macie? picie wzięliście?, dokumenty zapakowane?] i patrząc na mnie, stojącą w drzwiach, z lekkim rozbawieniem machali przez okno odjeżdżając samochodem. Tak naprawdę chciałam się tylko upewnić, że niczego nie zapomnieli i nie wrócą nagle, obracając w niwecz moje słodkie plany. Wróciłam do domu, usiadłam na sofie i przez chwilę napawałam się ciszą i wolnością. Po jakiejś minucie znudziło mnie napawanie i postanowiłam zrobić sobie kawkę. Podeszłam do zlewu. Zanim zdołałam nalać wody do czajnika, musiałam umyć ze sto kubków, dziesięć talerzy, kilogram sztućców i patelnię ubabraną resztkami jajecznicy. Aż dziw, że mieszkamy tu tylko we trójkę!
Z gotową, pachnącą cynamonem kawą poszłam do łazienki. Zebrałam rozrzucone mokre ręczniki, wstawiłam pralkę, wytarłam zalaną podłogę i napuściłam wody do wanny. Pławiąc się w rozkosznie ciepłej i pachnącej magnolią wodzie, już miałam sobie zamruczeć z rozkoszy, gdy mój wzrok padł na przeciwległy rant wanny. Boszsz..., kapieli mi się zachciało! Z perspektywy prysznica tego zakamarka w rogu wcale nie widać! Spłukałam włosy, wypuściłam wodę i wyciągnęłam z szafki pod zlewem środek grzybobójczy. Po jakiejś godzince wanna wyglądała jak nowa. Przy okazji wypucowałam zlew i kibel.
Usiadłam sobie z książką, łyknęłam zimnej kawy i właśnie zaczynałam nowy rozdział, gdy zapipkała pralka. Odłożyłam książkę tłumiąc przekleństwo, bo akurat miałam się dowiedzieć, czy ten książę na białym koniu jest faktycznie księciem, czy też może zwykłym żebrakiem. Jasny gwint! Żeby móc powiesić ręczniki, musiałam zebrać i poukładać w szafach pranie od przedwczoraj wiszące na suszarce. Gdy już kończyłam, Saba i Sońka zaczęły drapać w drzwi tarasowe. Spojrzałam na zegarek. O matko! Już ta godzina? Jak na złość psia karma wczoraj się skończyła, trzeba coś ugotować. Nie wytłumaczysz przecież psom, że dzisiaj nie ma żarcia, bo pańcia ma wolne. Wstawiłam ryż i wrzuciłam na wrzątek kilka gnatów. No dobra. Za jednym zamachem upichcę jakąś zupę. Chłopaki wrócą w nocy umęczeni, to coś ciepłego wrzucą na ruszt. Gdy pomidorowa pyrkała na gazie a psy opierdzielały mięsną wkładkę, narzuciłam na plecy polarek i walnęłam się na hamak. Jesień, moi drodzy. Jesień pełną gębą. Bujając się obserwowałam zachmurzone niebo. Klucze żurawi prześcigały się w swej corocznej podróży na południe. Nie licząc specjalnie, odprowadziłam wzrokiem chyba z dziesięć gęgających i klangorujących stad. Aż im pozazdrościłam tej wyprawy do ciepłych krajów. U kresu czeka na nie słonko, ciepło i drinki z palemką, podczas gdy u nas już za chwilę będzie zimno, mokro i w ogóle do dupy. Spojrzałam na wielkiego orzecha rosnącego w rogu posesji. Przez gałęzie prześwitywał horyzont. Sroki kłóciły się o nieliczne orzechy zwisające smętnie z nagich gałęzi. Zaraz, zaraz... Nagie gałęzie? To gdzie liście? Wciąż jeszcze zielona trawa pokryta była  dywanem z liści. I to nie ślicznym, żółtym, jak w zeszłym roku, tylko obrzydliwym, suchym i poskręcanym od nadmiaru wilgoci. Z cierpiętniczym westchnieniem poszłam po grabie... 
Dodam jeszcze na koniec, że gdy wieczorem przyszło do rozpalania kominka, w koszyku na drobne drwa do rozpałki nie było nawet drzazgi.

To już chyba gruba przesada! Chłopy pojechały sobie w świat i pewnie świetnie się bawią w jakimś McDonaldzie albo w innym KFC, a tutaj wszystko na mojej głowie. Chamstwo, skandal i poruta! A miało być tak pięknie...

wtorek, 22 sierpnia 2017

O przydatności luster

O gustach się nie deliberuje. Dla jednego coś jest piękne, innego to samo przyprawia o pawia. Jeden się zachwyca, drugi z przerażeniem zamyka oczy. To jest tak pewne i udowodnione, że zakrawa wręcz na banał. 
Ale że to samo można powiedzieć o wielkości, doszłam dopiero po głębokich przemyśleniach i kilku przykładach ;). 
Owszem, biorąc pod uwagę wzrost lub proporcje to zrozumiałe. 
Na przykład kałuża dla człowieka, a kałuża dla mrówki, schody dla koszykarza, a schody dla Tyriona Lanistera, czy też pierdnięcie kota a konia. 
Wiadomo, że z pomocą kilku plotek i pomówień z człowieka wielkiego można zrobić idiotę, a mentalnego kurdupla uczynić wodzem narodu. Pewnie każde z nas zamiotło pod dywan jakąś ważną sprawę, która po jakimś czasie, zazwyczaj w najmniej sprzyjającym momencie, wylazła na wierzch złośliwie szczerząc zęby, i robiło widły z malutkiej igły. Zdumiewa mnie jednak, że tak często ciało nie zgadza się z umysłem. 
Anorektyczka patrzy w lustro i widzi otłuszczonego potwora. Inna...hm, nie będę wskazywać palcem, kupuje sobie w necie kostiumik w rozmiarze 44, kalkulując w myślach, że najwyżej tu się skróci a tam zwęzi. Wyobraża sobie, że błyśnie klasą na służbowym lunchu z szefem swojego męża, w wielkich męczarniach, wciągając brzuch i napinając poślady, wciąga na siebie turkusowe cudo i słyszy jak cholerstwo pęka w szwach! Boszsz, jakich marnych materiałów teraz używają... Znam też faceta, dumnego ze swych szerokich, wyćwiczonych, odwrotnie proporcjonalnych do długości szyi barków, kupującego koszule, których ramiona musiałby chyba wypychać onucami, żeby leżały jak należy.

Przypadłość ta dotyka nie tylko ludzi. 
Miałam psa, sięgającego czubkiem głowy prawie do mojej kostki, który rzucał się do gardeł wilczurom i dogom. Mam wielkoluda, który pakuje swoje 35 kilogramy na moje kolana, myśląc chyba, że jest malutkim chihuahua. Ten sam chihuahua kilka dni temu wcisnął swój pusty łeb i część łopatek pomiędzy pręty płota, co zakończyło się dewastacją ogrodzenia fleksem i wizytą u weterynarza. Na szczęście żebra całe, choć boczki posiniaczone i obolałe.

Najbezpieczniejszy jest realizm i lustro na każdej ścianie. Wiadomo czego się spodziewać, na co liczyć i co raczej omijać. Racjonalnie rozważyć co, jak, kiedy, w czym i z kim. Pomniejszanie własnej wartości nie jest niczym dobrym, prowadzi do zaklinowania się w płocie z własnych kompleksów. Jednak egocentryzm i megalomania, choć na pierwszy rzut oka wydawałyby się bardziej przyjazne dla ego, prędzej lub później prowadzą do gorzkiego rozczarowania. 
Prędzej lub późnej okazuje się, że jednak pępek świata jest całkiem gdzie indziej.


sobota, 15 lipca 2017

Zwierzęcy folwark, czyli mów do mnie suko

Podobno mowa jest srebrem a milczeniem złotem. No, nie wiem. Czasami, gdy ktoś nas strasznie zdenerwuje, zachowuje się podle i obrzydliwie stwierdzamy jednak, że pal licho to całe złoto. Z naszych ust płynie całe morze... co tam morze, cały ocean srebra. Ty palancie, kretynie, idioto, durniu... Te wyzwiska jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Cóż, z moich własnych ust też wymknęły się niejednokrotnie. Lecz gdy słyszę określenie, że ktoś zachowuje się jak zwierzę, to nie kumam.

Jak zwierzę, czyli jak? Zwierzęce potrzeby- to pogardliwe określenie czegoś prymitywnego i poniżej godności. Zachłannie wykonywane czynności; jedzenia, picia, seksu. Hm... Czy ktoś widział dzikie zwierzę tak nażarte, że nie mieści się prawie w swojej skórze? Tak napite, że zatacza się z prawa w lewo i nie jarzy kompletnie co jest co? Czy ktoś zna zwierzę sutenera, czerpiące zysk z nierządu samic? Słyszał o napastowaniu, gwałtach, perwersji w wykonaniu jakiegoś obdarzonego fallusem przedstawiciela fauny? No, poza człowiekiem oczywiście.
Ty brudna, śmierdząca świnio, głupi baranie, skretyniały ośle... Tak naprawdę są to oksymorony. Świnia jest bardzo czystym zwierzęciem. Częste kąpiele w błocie są elementem higieny. A jeśli śmierdzi w chlewie- to już sorry, ale nie świni wina, że oddaje kał i mocz. Jeśli całymi dniami siedzi w zamknięciu, to nie ma wyjścia i robi gdzie stoi, a jeśli człowiek nie sprząta-to śmierdzi. Proste i logiczne. Nie mam wiedzy o baranach z autopsji, ale oglądałam kiedyś program o naszych polskich Bieszczadach. Taki baran szefuje całemu stadu owiec, broni przed wilkami i zdziczałymi psami, szuka najlepszej, najbardziej soczystej trawy i zawsze sprowadzi swe żony do domu, nawet z najodleglejszych pastwisk. No moi drodzy- każda owca marzy o takim baranie. Z autopsji znam za to kozy i powiedzenie „wielki jak brzoza a głupi jak koza” jest wybitnie nieudanym zlepkiem rymów, choć z drugiej strony „śmierdzisz jak cap” jest akurat adekwatne do rzeczywistości ;) Osioł? Wspomnę tylko, że Jezus na osiołku ponoć jeździł, więc chyba nie wybrałby sobie durnia na wierzchowca, prawda?
Mówiąc „ty szczurze, karaluchu” dajemy odczuć wyzywanemu, że jest nic niewart. Że nie ma koneksji ani opiekunów i można go zgnieść obcasem zwykłego trampka. Tymczasem właśnie szczury i karaluchy przetrwałyby wybuch bomby nuklearnej i podczas gdy my- ludzie zamienilibyśmy się w tuman mgły, one żyłyby sobie spokojnie dalej. Pewnie jeszcze spokojniej niż za czasów panowania Homo sapiens.
Oślizgły wąż, żmija, pijawka... Węże mają cudowną w dotyku, aksamitną skórę. Pijawka napije się ile musi i odpada z chwilowego żywiciela, podczas gdy jej ludzki odpowiednik będzie doił i doił, aż nie wydoi wszystkiego do ostatniej kropli.
Złośliwa małpa. Ponad 95% genów mamy wspólnych, więc może i tak...



Albo stara krowa. Jak dla mnie, stara krowa nie różni się specjalnie od młodej krowy- obie mają takie same cycki. Więc określenie to, w odniesieniu do starszej wiekiem kobiety należy chyba potraktować jako komplement?
Pies- jak by nie było jeden z najwcześniej udomowionych gatunków- doczekał się całej masy przymiotników, czasem przeciwstawnych. Niby najlepszy przyjaciel człowieka, ale można nienawidzić jak psa. Albo życzyć „żebyś zdychał jak pies pod płotem”. Wierny jak pies i fałszywy jak pies. Kundel- jako złodziej i cwaniak i pies jako policjant. Swoją drogą, dlaczego pies? Bo taki czuły węch, że jak wpadnie na trop to nie popuści? Czy może raczej o pałkę chodzi? Idąc dalej tym tokiem myślenia wychodzi mi że kobieta policjantka to suka... 
Suka. To jest dopiero nietrafione wyzwisko. Suką nazywa się kobietę wredną, podłą, puszczalską i wyrodną matkę. Mam dwie suki. Owszem, pokłócą się czasem, powarczą, nawet rzucą do gardeł [zazwyczaj z powodu jakiegoś starego gnata], lecz pięć minut później leżą obok siebie, merdają ogonami i nie pamiętają o niedawnej kłótni. Nie wypominają jej sobie przez kolejnych dziesięć lat ani nie używają jako argumentu do przeforsowania własnego zdania. A jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie? Suka przyjmuje panów raz, góra dwa razy w roku- kiedy ma cieczkę. I to nie dla przyjemności ani zysku, lecz w celach prokreacji. A matką jest najczulszą, najbardziej opiekuńczą i gotową do poświęceń ze wszystkich możliwych.

Jak wyglądamy my ludzie, w tych obraźliwych połączeniach? Czy te zwierzęce epitety rzeczywiście są obraźliwe? Jeśli chcesz komuś dowalić, komuś, kto naprawdę zachował się po chamsku i zaszedł ci za skórę, powiedz mu, że postąpił bardzo po ludzku. Nazwij go człowiekiem, nie ma gorszego wyzwiska.
A do mnie spokojnie możecie mówić- ty suko. Uważam, że to bardzo wielki i niezasłużony wciąż komplement. Ale będę się starać.

wtorek, 27 czerwca 2017

Jak sroczce kaszkę gotowałam.

No, moi drodzy. To były dwa dni pełne emocji.
W niedzielę w porze obiadowej rozszalała się zawierucha. W jednej chwili świeciło słońce, a już w drugiej czarne chmury kotłowały się po niebie, a deszcz chlustał jak z przysłowiowego cebra. Całe szczęście, że podwiązałam róże, bo jak nic poleciałyby na przeciwny koniec wsi, po drodze rozkładając dywan żółtych płatków wichurze pod nogi. Zawierucha nie trwała długo, okazało się jednak, że wyrządziła bardzo poważne szkody. Nie tyle na moim ogródku, ile u rodziny srok, mieszkającej po sąsiedzku tuż za płotem. Od dłuższego czasu obserwowałam czarno- białą parkę. Niechybnie miały młode, bo krzątały się pracowicie całymi dniami. Ciężko było odszukać wzrokiem gniazdo. Sroki mają to do siebie, że lubią na świat patrzeć z góry, więc na lokalizację domostwa wybrały jedną z najwyższych gałęzi pokaźnego głogu.


Po obiedzie Jurek poszedł do auta dolać oleju, czy tam jakiego innego płynu i prawie potknął się o pisklaka leżącego tuż przy aucie. Żył na szczęście, bo umknął w krzaczory za śmietnikiem. Pisklak naturalnie, nie Jurek. Jurkowi pokrzywy przeszkadzają... ;) 
Przyleciałam oczywiście natychmiast, gotowa do... sama nie wiedziałam do czego. Pisklak wyglądał zdrowo, nie miał złamanego skrzydła, nie utykał, a wręcz przeciwnie. Zostawiliśmy go więc w spokoju. Spokój jednak opuścił mnie. Co kilkanaście minut zaglądałam przez okno,  aby wypatrzeć co się dzieje w śmietnikowych rejonach, nic jednak nie udało mi się zaobserwować. Cisza, spokój, żadnego ratunku z góry, żadnych pomocnych dłoni ani skrzydeł. I tylko maluch ćwierkał żałośnie co chwilę, wzywając rodziców. Rodzice ogłuchli, nie ogłuchły jednak koty. Z przerażeniem obserwowałam, jak bure cienie schodzą się z różnych zakamarków. Wieczór się zbliżał, stwierdziłam więc, może źle, że nie ma co czekać, trzeba bidoka ratować. Zaczaiłam się, narzuciłam małego ręcznikiem i przyniosłam do domu. Skulił się w kącie pudła i udawał, że go nie ma. Próbowałam ośmielić malucha jedzeniem, ale moje próby spełzły na niczym. Przytachałam z garażu starą klatkę po wiewiórze, z budy Sońki podkradłam trochę słomy i uwiłam sroczce prowizoryczne gniazdko. 
Już późnym wieczorem udało mi się wcisnąć do dzioba kawałek jajka, ale Bogiem a prawdą było to nader żałosne. Więcej jajka było na pisklaku, dywanie, słomie i wszystkim dookoła, niż w ptasim dzióbku. Postanowiłam dać spokój. 
Drugiego dnia z rana, okazało się, że moje działania przyniosły jednak jakiś skutek, bo na mój widok sroczka od razu rozwarła paszczę w oczekiwaniu na coś pysznego. Dostała jajka i twarożku. Gdy nakarmiłam żarłoczka, poszłam się zorientować jakby tu podrzucić go z powrotem na górę, bo jednak co to za życie w niewoli, a tu szok!!! Sroki zniknęły! Cicho, nic nie skrzeczy, nie skacze po gałązkach... Trudno, pomyślałam. Wychowamy jak swoją. W międzyczasie poczytałam, pooglądałam itp. Sroki bardzo szybko się oswajają i przyzwyczajają do człowieka. Ciężko późnej dorosłemu ptakowi wrócić do natury. A jeśli w ogóle się uda, to zdany jest na śmietniki i padlinę, bo sam nie potrafi zdobyć pożywienia. Załamałam się. Nie takiego losu chciałabym dla małej sroczki. Jasne, z jednej strony to byłby niezły szpan, mieć oswojoną biało-czarną pięknisię. Przychodziliby, podziwiali, zazdraszczali... Ale czy takie życie byłoby lepsze dla sroki? Z całą pewnością nie.
Dlatego, gdy pod wieczór usłyszałam znajomy skrzek i ćwierkanie młodych momentalnie podjęłam decyzję. Ryzyk- fizyk [nie mylić z Rydzykiem].
Złapałam przygotowane wcześniej ustrojstwo, które Jurek zmajstrował z dwóch kijów od szczotki, Dawid pobiegł do garażu po drabinę i całą procesją ruszyliśmy pod głóg, starając się zrobić jak najmniej hałasu. 
Może i dobrze, że z rana się nie udało, bo mała sroczka już się do nas częściowo przyzwyczaiła. Przeskoczyła sprytnie z mojego palca na kij od szczoty, Dawid wszedł najwyżej jak się dało, podniósł kij i poczekał, aż mała przeskoczyła na gałąź. Strasznie to wysoko było. We łbie mi się kręciło, gdy zadzierałam głowę, by nie uronić ani sekundy z tego doniosłego, acz równocześnie przerażającego widowiska. Dawid kolebał się na drabinie, gałęzie kolebały się pod pisklakiem, a kamera, o której kompletnie zapomniałam, kolebała się na moim ramieniu nagrywając trawę, niebo i kawałek płota.

Młody zabrał sprzęt i poszedł do domu a ja zostałam pod drzewem, usuwając się jedynie dyskretnie, ale nie spuszczając wzroku ze sroczki. A ta bidula siedziała jak zamurowana. Pozostałe pisklaki zaczęły skakać po gałęziach, ale do malutkiej nie zbliżał się nikt. Minął kwadrans, później drugi. Nic się nie działo.

Zaczęłam żałować podjętej decyzji. Tak już było fajnie. Brała jedzenie, próbowała fruwać po pokoju, wdrapywała się śmiesznie po nodze albo ramieniu. A teraz co? Nie ma szansy na ściągnięcie jej z powrotem. Rodzeństwo ją ignoruje, rodziców nie widać. Z załzawionymi oczami poszłam do domu. Po godzinie znów mnie poniosło pod drzewo. Siedziała dalej, tyle że jakby trochę wyżej. Dawid i Jurek, który w międzyczasie wrócił do domu, klepali się w czoło, ale Wy mnie rozumiecie, prawda? Też by Was nosiło, jestem pewna. 
Późnym wieczorem oględziny zaczęłam od chaszczy. Prawie pewna, że mała leży gdzieś tutaj nieżywa, zadziobana, zagłodzona, odrzucona zarówno przez matkę biologiczną, jak i zastępczą. Czułam się podle. Na szczęście nie znalazłam żadnego małego ciałka. Usłyszałam natomiast hałas dobiegający z korony głogu. Nie mogłam wypatrzeć co się tam dzieje, ale sam fakt, że sroczki na tamtej gałęzi [ani oczywiści pod gałęzią, dzięki Bogu] nie było, pozwolił mi mieć nadzieję, że sytuacja się poprawia.
Co zrobiłam dzisiaj z samego rana? Zgadza się. Dokładnie to samo jak wieki temu, gdy wypuściliśmy Wiewióra. Poleciałam pod głóg. I o radości przeogromnej, zauważyłam całe stadko małych sroczek hasających w pobliżu gniazda. Nie mogłam rozpoznać mojej, ale żadna nie odstawała jakoś od reszty, więc wszystkie znaki na niebie, ziemi i drzewie sugerują, że mała szczęśliwie wróciła na łono rodziny. I wszystkim mocom świata niech będą za to dzięki!!!
Oczywiście drzewo będzie jeszcze inwigilowane przez jakiś czas. Nie mam też żadnej pewności, czy na pewno wszystko skończyło się dobrze, ale wolę myśleć, że tak. W końcu i tak nie mam żadnego wpływu na losy sroczej rodzinki, a natura rządzi się własnymi prawami. I tak chyba powinno być. 

Ps. Jakby ktoś nie widział to fotki w poprzednim poście ;)


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Post sroczy, bardzo roboczy...

Cześć wszystkim. Padam na pysk z nerw, czuwania, obserwowania i ciągłej niepewności,czy robię dobrze, czy źle. Więc dziś tylko obiecane fotki. Sorry, że nędzne, ale robione telefonem. Posta napiszę jutro, więc kto ciekawy sroczej historii, to zapraszam.






sobota, 24 czerwca 2017

Na stresy- najlepsze piesy ;)

Remedium na smutki i stresy mogą być różne rzeczy. Sen, książka, film, porządne trzaśnięcie garami, albo stłuczenie kilku talerzy. 
Dla mnie najlepszym lekiem są moje psy. Gdy mam doła wystarczy trochę przytulasów, liźnięcie czy dwa po dłoni i już mi lepiej. Gdy krew gotuje się w moich żyłach i w myślach układam epitafium na nagrobku Jurka, które zazwyczaj kończy się słowami- „uduszony przez własną żonę”, biorę smycz i idę na długi spacer do lasu. Po drodze wyżalę się, wybluzgam czasami, wygadam od serca i, co najlepsze, nie muszę wysłuchiwać żadnych dobrych rad czy krytyki własnego zachowania. Choć kiedy jedna albo druga spojrzy na mnie z wyrzutem, to zaczynam się zastanawiać, czy czasem one nie rozumieją aby zbyt dużo...?

Babcia Saba jest z nami już czternaście lat i nie raz i nie dwa ryczałam w jej futro. Sońka jest od marca i już nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej z nami nie być. 
A przecież to był czysty przypadek. Mogłam jej nie zauważyć, mogła być na spacerze z którymś z wolontariuszy, mogłoby być jeszcze wiele innych przeszkód. O naszym spotkaniu możecie poczytać tutaj.


Przez pierwsze kilka dni była zastraszoną, zabiedzoną kupką nieszczęścia.



Ileż cierpliwości wykazała, gdy wyczesywałam jej skołtunione od nie wiadomo ilu lat kudły. Grzebieniem, szczotą, nożyczkami... Nigdy nawet nie warknęła, choć ja na jej miejscu sama siebie z pewnością bym pogryzła. Raz tylko napędziła mi niezłego stracha, gdy zniknęła. Z jakiegoś powodu przeskoczyła przez płot. Gdy załamana i pełna wyrzutów sumienia wróciłam z bezowocnych poszukiwań, siedziała pod furtką i na mój widok lekko machnęła ogonem. Gdy tylko wytuliłam ją z wielką ulgą, chciałam dać jej wychowawczą reprymendę, ale na mój podniesiony głos i zamarkowane klapnięcie w tyłek tak się skuliła, tak wielkie przerażenie i smutek pojawiły się w jej oczach, tak panicznie stuliła uszy i przypadła do ziemi, że tylko się rozryczałam i zabrałam za głaskanie i przepraszanie. Nie wiem, jakie były jej losy, ale z pewnością poznała co to jest krzyk i ból. Co znaczy uniesiona ręka albo noga. Pewnie dlatego nie lubi aportować, a zamach ręką nie kojarzy jej się z zabawą. Zabiłabym gnoja, który zrobił jej krzywdę!

Przez pierwsze dni Saba oprowadzała nową koleżankę po włościach.


Już wyobrażam sobie ich rozmowy: 
-Tu pod tą sosną niby jest kibel, ale gdy pańcia nie widzi, to sram wszędzie... ;)

Dziewczyny jakoś nie zaprzyjaźniły się specjalnie. Ich wzajemne stosunki nazwałabym nieagresywną akceptacją. Sikają w te same miejsca i obwąchują te same krzaczki, ale ani jednej, ani drugiej nie ciągnie do wspólnej zabawy. Sądzę, że to z powodu wieku. Schroniskowy weterynarz ocenił Sonię na dwa lata, ale wg mnie ma ich co najmniej pięć. Oczywiście nie ma to najmniejszego znaczenia.

Sońka jest taka jak ja. No... trochę bardziej owłosiona. Obie uwielbiamy żonkile


i nie tolerujemy suchej karmy. Gdy widzę jak Jurek albo Dawid zalewają chińską zupkę, a potem siorbią ze smakiem... Brrr.
Mogłoby się wydawać, że Sońka, jako pies schroniskowy będzie nienażarta i niewybredna. Nic bardziej błędnego. Suchej nie ruszy, mokrą tak sobie, drób zje jak jest bardzo głodna. Taka hrabianka mi się trafiła ;)

Tak jak ja, nie lubi burzy. Podejrzewam, że cichaczem podgląda przez okno telewizję i jak widzi w prognozie zapowiedź burzy układa się pod tarasowymi drzwiami. Ma jakiś siódmy zmysł, bo nigdy się nie pomyliła- jak Sońka leży pod drzwiami to na bank w nocy będzie grzmiało i lało. Zabieram więc z dworu co wrażliwsze kwiaty, chowam hamak, dobrze zamykam drzwi od pomieszczeń gospodarczych, a gdy Jurek idzie spać [udając, że nic nie wie] wpuszczam moją pogodynkę do domu. Kładzie się grzecznie na starym kocu i kima spokojnie całą noc.


Choć raptem minęły zaledwie trzy miesiące Sonia już jest innym psem.





Wciąż wycofana i ostrożna, ale jej pysk się śmieje, a w oczach ma spokój. Nie wywija szaleńczo ogonem, gdy wracamy z miasta, ale podchodzi bez strachu i swoim zwyczajem wtula głowę pod pachę albo przytula się ufnie do kolan. Nie jest chętna do wygłupów ani nie umie sztuczek, ale każdym swym gestem pokazuje, że kocha mnie bezgranicznie.

Schroniska na całym świecie pełne są takich pięknych dusz. Skrzywdzonych, zagubionych, czekających aby obdarować kogoś swoją miłością i wiernością.
Nie kupuj- przygarnij.

środa, 14 czerwca 2017

Kopniak na rozpęd

Po długiej, bardzo długiej zimie nastało od razu lato. Wiosna zapodziała się gdzieś w czasie i postanowiła, że w tym roku zastrajkuje. Naturze jednak nic nie może przeszkodzić. Rośliny muszą wykiełkować, zakwitnąć, wydać owoce i nasiona, nie bacząc czy wiosna jest, czy jej nie ma. 
W marcu posiałam pierwsze nowalijki i kilka razy dziennie latałam do grządek, wypatrując kiełków i listków. Z uporem maniaka fotografowałam pierwszego krokusa, tulipana, stokrotkę niechętnie wystawiającą swą główkę spośród nędznej trawy. Wszystko czekało. Szczypior kiełkował jedynie na parapecie, rzodkiewka miała mnie gdzieś, pomidory i papryki rosły z animuszem równym zapałowi pracownika huty w poniedziałkowy poranek. 
Magnolia i migdałek wezbrały pąkami, zanim jednak te zdążyły zamienić się w kwiaty zima postanowiła chuchnąć jeszcze raz zimnym dechem i wszystko pomarzło. W ich ślady poszły czereśnie i wiśnie. Nie będzie w tym roku nalewek ani kompotów.
I tak do połowy maja. Zimno, mokro i do doopy.

I nagle coś się ruszyło. 
Ni z gruszki, ni z pietruszki zakwitły rzepaki. Ledwie zdążyłam powąchać je kilka razy, gdy zniknęły. Lilaki na chwilkę otuliły się fioletową i białą peleryną a nastepnego dnia już pojawiły sie słodko pachnące baldachy dzikiego bzu. Łąki zakwitły makami i chabrami. Białe rumianki już mrugają żółtym okiem, a na faceliowych polach huczą miliony pszczół, które jeszcze wczoraj ospale szukały nektaru w nielicznych kwiatach. Cukrowy groszek, który uparcie odmawiał wzrostu nagle ma już smakowite strąki. Sałata wyłazi z grządki, czerwienią się truskawki. Zresztą co wam będę pisać, zobaczcie sami.




                                       Jakimś cudem udało się złapać obie ;) 









                         Mogłaby się podzielić. Co za bydlę niewychowane...

                    Udławię się, ale i tak nie oddam!



Tak jakby natura dostała kopa na rozpęd. Wszystko gna, pędzi, spieszy się...
Zaraz,  już za chwilę zakwitnie nawłoć. Jesień? O nie!!!