a

a

piątek, 2 października 2015

Zimne noce i mrożący krew w żyłach dzień


Jesień zaczęła się na dobre. Bluszcz oplatający tył domu zaczyna się już pięknie przebarwiać, liściaste drzewa ubierają złoto-czerwone sukienki, a krzewy dzikiej róży ustroiły się w niezliczone, czerwone korale. Dni są jeszcze ciepłe, ale gdy tylko słońce znika za chmurami lub chowa się za horyzontem, temperatura spada o kilkanaście stopni. Nad ranem oscyluje wręcz koło zera. Zaczynam powoli sezon grzewczy. Wieczorem Jurek rozpala w kominku i napawamy się blaskiem ognia oraz rozleniwiającym ciepełkiem. Przyznam szczerze, że zanim ognisko zapłonie i stworzy miłą atmosferę, w salonie słychać warczenie i zduszone przekleństwa ;) Rozpalanie wciąż jest dla nas- do niedawna mieszczuchów- trudną sztuką, ale nauczymy się ;)

Wyczytałam w necie, że właśnie teraz jest najlepszy czas na zbiór owoców dzikiej róży, które po zimnych nocach i porankach mają najwięcej słodkich soków. Wybrałam się więc na brzeg lasu z dużym, wiklinowym koszem. Miałam już dobry kilogram owoców gdy zadzwonił dzwonek...

Przez tydzień nie rozstawałam się z telefonem. Z komórką w zasięgu wzroku jadłam, doiłam Cytrynę, kąpałam się i zbierałam jabłka. Na każdy dźwięk dzwonka podskakiwałam ze strachem, ale to zawsze dzwonił ktoś z rodziny z uspokajającymi wiadomościami. Sama rozmawiałam kilka razy z Marią, która wzruszona troską, naśmiewała się lekko z naszej nadgorliwości. Emilka też była spokojna i w długich rozmowach opowiadała mi o psocącej Toli.

Pomyślne wieści uśpiły moją czujność, więc głos roztrzęsionej Emilki zskoczył mnie i sparaliżował ciało.
– Ciociu… Ciociu, mamusia…
Telefon wypadł mi z ręki i w panice poszukiwałam go w kolczastych krzewach. Czułam, jak moje serce przestaje bić, a w gardle rośnie ogromna, zimna gula. Strach i ból w głosie mojej małej odebrały mi wszelki rozsądek. Matko jedyna, zanim dobiegnę do domu, minie z pięć minut… Szybko wybrałam numer Jerzego.
– Jerzy… Emilka… – tylko tyle udało mi się wykrztusić, gdy biegłam co tchu w kierunku domu.
Dobiegnąwszy do gospodarstwa, ujrzałam tylko kurz na drodze pozostawiony przez jadący z wielką prędkością samochód Jerzego. Wpadłam do domu i w ogromnym przerażeniu szukałam kluczyków do golfa. Zanim je zobaczyłam, leżące spokojnie w tym samym co zwykle miejscu, minęło dobrych dziesięć minut. Wsiadłam do samochodu i z piskiem opon ruszyłam za autem męża. Matko jedyna Matko jedyna…

Nigdy nie przyzwyczaję się do tego, że życie jest takie przewrotne. Wydaje się, że wszystko jest dobrze, że w końcu los wpadł we właściwe tryby i toczy się tak jak powinien, a tu nagle jakaś koleina, awaria, pech i lądujemy boleśnie na tyłku.
Na całe szczęście może też być odwrotnie. Dzień, który zaczął się burzą ze złowrogimi grzmotami, może skończyć się wieczorem pełnym słowiczych treli. I tego się trzymajmy!

3 komentarze:

  1. Oesssu, końcówka niesie nadzieję jednak.

    OdpowiedzUsuń
  2. A, i się trochę zgubiwszy. Życie, czy drugi tom?

    OdpowiedzUsuń