a

a
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 kwietnia 2021

Nie wszystko złoto, co się świeci

 Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ba, pszczoła też jeszcze nie, lecz powietrze już pachnie wiosną.

Przynajmniej w te, jeszcze nieliczne, ciepłe, słoneczne dni. W ogródku zaczęły wschodzić rzodkiewki i szpinak, cebula wyhodowała sobie na głowie zieloną czuprynę a ziemniaki w piwnicy w te pędy zaczęły puszczać pędy. Wciąż trzeba posiłkować się sokami i kompotami, lecz pojawiły się już pierwsze zioła. Można powoli żegnać się z zeszłorocznym suszem i cieszyć się nowymi skarbami Matki Natury. A wszystko jurne, jędrne, prężne jak… no, jak szczypiorek na wiosnę. Już suszy się pierwsza porcja forsycji i cudownie pachnącego fiołka wonnego. 

Jasnota purpurowa ścieli się pod stopami i namawia: zerwij mnie, zjedz mnie w sałatce, wypij w naparze, szczególnie jeśli naparza cię głowa! No to rwę. Z czystą rozkoszą robię herbatki z młodziutkiej pokrzywy i toniki do twarzy z fiołków i ogrodowych bratków. Po wymieszaniu z octem jabłkowym toniki mają cudny, głęboki kolorek.

Piękna pogoda skłania do opuszczenia czterech ścian, wyjścia na świeże powietrze, słuchania ptasich treli  i delektowania się napitkiem na tarasie. Tak też było i dzisiejszego dnia. Słoneczko przygrzewało na tyle energicznie, że wraz z przybyłą w gościnę mamą rozwaliłyśmy się wygodnie na leżaczkach, wystawiłyśmy twarze do słońca i cieszyłyśmy się chwilą. Gorącą kawę postanowiłyśmy zamienić na jakiś wiosenny, orzeźwiający napój. W związku z tym, że mama niezbyt gustuje w ziołach, uszykowałam jej wody z sokiem malinowym, dzień wcześniej przyniesionym z piwnicy. Nalałam szczodrze, do ostatniej kropli- a niech se kobita ma! Siedzimy, gadamy, delektujemy się napitkiem… No, ja się delektowałam, bo mama wypiła kilka łyków, skrzywiła się z lekkim niesmakiem i odstawiła szklankę na stolik. Przeszło mi przez myśl, że może sok sfermentował? Ale raczej nie, przecież piłam go z rana - był pyszny i pachnący. No trudno, myślę sobie, nie to nie! W końcu każdy ma inny gust… Było super. Pogadałyśmy, pośmiałyśmy się, poszłyśmy na mały spacerek… No i oczywiście, jak to po miłym dniu, wieczór musiał być z jakąś akcją. Po wieczornych ablucjach szukam mojego wczoraj zrobionego toniku do twarzy. Nie ma! Na kuchennym stole, w łazience, na toaletce… Nie ma, jasna cholera! Już miałam zrobić awanturę Chłopu, bo jak coś ginie, to zazwyczaj jest to jego sprawka, gdy nagle odnalazłam słoiczek w lodówce. No prawda! Klepnęłam się w czoło, przecież sama go tam, durna, wstawiłam! Namoczyłam wacik… Kurde! Zapachniało malinami…

Zadzwoniłam z przeprosinami do mamy i obie dobrą chwilę ryczałyśmy ze śmiechu. Już posądzała mnie o kompletne beztalencie w szykowaniu owocowych przetworów. Całe szczęście, że w toniku, którym ją uraczyłam były tylko jadalne kwiatki, pokrzywa i ocet. W sumie, nawet na zdrowie jej to wyjdzie 😉

Jezu, przy kolejnej wizycie, będę musiała dobrze pochować wszelkie swoje naturalne, kosmetyczne "wynalazki”. A bo to ja wiem, co wypije mi mama następnym razem…?

wtorek, 4 lutego 2020

Segregacja

Żywy organizm oddycha, rozmnaża się, je i wydala. Ludzki żywy organizm dodatkowo jeszcze śmieci. Produkuje ogromne ilości resztek, odpadów, opakowań, pozostałości, zanieczyszczeń, gruzu... Długo by wymieniać. Przeciętny Polak wytwarza rocznie ponad 300 kg odpadów komunalnych! Brzmi tragicznie, a to jeszcze nie jest najgorsza wiadomość. Według danych Eurostatu- Urzędu Statystycznego Unii Europejskiej jesteśmy czyścioszkami, bo mniej od nas śmiecą tylko Rumuni. Taki na przykład Duńczyk produkuje aż 781 kg w ciągu roku. Jeśli Unia Europejska liczy 513 milionów ludzi, a populacja światowa prawie 8 miliardów, to nie potrafię wyobrazić sobie jak wyglądałaby góra odpadków z jednego nawet dnia. Ba, z jednej godziny!

Od początku tego roku nie ma zmiłuj. Państwo nakazało segregację i basta. I dobrze. Przyznam się szczerze, że do tej pory nie przywiązywałam do tej sprawy większej wagi. Wyrzucałam plastikowe butelki do ustawionych w mieście „dzwonów”, kartony spalałam w kominku lub piecu, biologiczne odpadki lądowały w kompostowniku, lecz generalnie odbierano ode mnie śmieci zmieszane. Zmuszona sytuacją zakupiłam cztery nowiutkie pojemniki [na szczęście mam dużą kuchnię] wydrukowałam ulotkę co gdzie, i zaczął się cyrk. 
W jednej ulotce informują, że skorupki jajek idą do bio. No to sru. Od koleżanki dowiedziałam się, że w moim województwie nie mają czegoś tam do utylizacji i jednak do zmieszanych. Wracam więc do domu i, niczym mróweczka z bajki, wygrzebuję obślizgłe resztki i przerzucam do czarnego worka. Gumowe rękawiczki do zmieszanych. No, chyba że nie? W innej ulotce doczytałam, że do plastik-metal. Zeszyty, karton, codzienna prasa do niebieskich worków. Ale już paragony ze sklepów do zmieszanych. Szkło do zielonych, lecz obiadowa porcelana, stłuczona bombka czy kubek to już nie szkło. Mało tego, doszły mnie słuchy, że w ogóle stłuczonych rzeczy nie wrzucamy do szkła, tylko do zmieszanych. Matko- i bądź ty człowieku mądry, które szkło jest szkłem, który papier papierem, i czy kauczuk to metal, czy może plastik?
  
Zyskałam za to możliwość ćwiczenia własnej cierpliwości:

-Mariolka, karton po mleku to gdzie?
-Do plastiku.
-Przecież to jest karton.
-Ale zawiera też polietylenem i aluminium.
-To czemu nie do zmieszanych?

Jezu, skąd mam wiedzieć? Nie, bo nie! Każą do plastiku, to do plastiku.

-Mamo, a po soku gdzie?
-Do plastiku!
-A opakowanie po jogurcie?

Jezus Maria- oszaleję!

-Wszystkie plastikowe i metalowe opakowania do żółtego!

Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?

-A tę butelkę po oleju do plastiku?
-Nie!
-To gdzie?
-Do zmieszanych.
-Przecież mówiłaś, że wszystkie opakowanie do plastiku!

Żartowałam, kurna...

-Ale tłuste i po mięsie do zmieszanych!
-Bez sensu!

No może i bez sensu, ale co ja poradzę?

Teraz dopiero widzę ile plastiku kupuję i wyrzucam- chyba faktycznie te 300 kilo to nie jest przesada. Wszystkie worki zapełnione w niewielkim stopniu, a żółtych nazbierało się już trzy. Według rozpiski z mojej ulicy plastiki odbierają w poniedziałek, zmieszane we wtorek. Tacham więc te trzy wory i układam w widocznym miejscu. Po śniadaniu stały, po obiedzie stały, wieczorem już leżały, bo padał deszcz. Założyłam pelerynę i poszłam po nie z powrotem, nauczona bowiem doświadczeniem, nie miałam w porannych planach zbierania puszek rozwleczonych przez psy, koty czy inne lisy. Pomyślałam sobie- okej, pewnie nie zdążyli dojechać na moje zadupie. Rano wytachałam je znowu. Zapomniałam o zmieszanych. Przyjechali śmieciarze, zajrzeli do pustego pojemnika  i odjechali, zanim zdążyłam ich zatrzymać. Żółte zostały. Wieczorem wkładam więc pelerynę i znów tacham te cholerne wory! Jezu, ze trzy dni tak ganiałam, zanim w końcu się zlitowali i zabrali!

No cóż, taki mamy klimat. Zima nie zaskoczyła drogowców, ale za to śmieciowa ustawa zaskoczyła komunalkę. Miejmy nadzieję, że za jakiś czas nauczą się i segregujący i odbierający, każda zmiana musi się przecież uleżeć.

A póki co słyszę, że Chłop woła na kawkę.

-Mariolka, a opakowanie po śmietance to gdzie?

wtorek, 6 sierpnia 2019

Klęska urodzaju

Ręce mi odpadają, oczy się zamykają i w ogóle zdechła jakaś dziś jestem, pójdę więc na łatwiznę i co się u mnie dzieje pokażę Wam na zdjęciach. 
Jak co roku o tej porze mój czas absorbują dary natury. Wracam z pracy, zbieram opadłe jabłka lub obrywam ogórki, siadam na schodach i strugam, obieram, wycinam zgniłki, myję, przebieram itd. Dzień świstaka normalnie. Grzech narzekać, bo zimą będzie jak znalazł. Nie tylko zresztą zimą, bo i teraz zajadamy się małosolnymi i z rozkoszą pijemy świeżo wyciśnięte soki. No, a samo się nie zrobi. Zresztą szczerze mówiąc,  nawet lubię tę nieskomplikowaną, choć nudnawą, robotę, a zapełniające się w piwnicy półki napawają mnie gospodarską dumą ; )

Nastawiony w połowie czerwca ocet malinowy jest już zdatny do spożycia, choć jeszcze delikutaśny bardzo.






Zaprawiony zeszłoroczną matką octową doszedł idealnie i wytworzył kolejną matkę, która na dniach powędruje do słoja z octem jabłkowym.



Po kompotach czereśniowych i wiśniowych przyszła kolej na ogórki.



Kiszone, korniszony, w zalewie curry [uwielbiamy] i przeciery na zupę.




Sezon ogórkowy jest w tym roku wielce łaskaw, więc zaczyna mi już brakować słoików! 
A tu już straszą pomidory! Dopiero co były zielone niczym szczypiorek na wiosnę,



później zżółkły,



i nagle nabrały soczystych, apetycznych barw.




Jessu, śliwa też ugina się od owoców! 




Zaraz przyjdzie czas na gruszki... 
W międzyczasie jakieś ciacho [buraczkowe],



czy pierogi z borówkami...





A dupsko rośnie!

Tak więc przełom letnich miesięcy obfituje u mnie i w owoce, i w warzywa, i w... jerzyka.
Dzikus Kaszaneczka robi się coraz mniej dzika. Można powiedzieć, że jedną łapeńką już domowa ;)



Hm... może dlatego, że swym czułym nochalem wywąchała kolejnego biedaka, który trafił do mnie na podkurowanie. Szanowne Panie, tamtaradam, przedstawiam Wam Tomaszka.



Zaplątał się nieborak w żyłkę i zranił skrzydło wędkarskim haczykiem. Znalazła go moja siostrzenica o wrażliwym serduszku i w te pędy przyniosła do ciotki ;) Na szczęście wet mówi, że za dwa, trzy dni powinno być okej. Siedzi na razie wystraszony, chlipnął trochę wody, ale jak cztery, wrzucone do klatki muchy leżały, tak leżą nadal. Zobaczymy jak będzie jutro.





 Trzymajcie kciuki!

Edit: Niestety. Po powrocie z pracy ptak już nie żył ;[

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Męskim okiem

Pisarz powinien być kreatywny. Raz romans, raz kryminał, dziś paplać optymistycznie, jutro zakrakać jak wrona. 
Tym razem postanowiłam zrobić sobie genderowskie ćwiczenie i zmienić płeć. Uogólniam, generalizuję i przesadzam, więc wszystkich panów proszę o przymrużenie oka ;)

To, że kobiety są z Wenus, a my z Marsa wiadomo nie od dziś. Inaczej myślimy, inaczej postrzegamy, inaczej rozumiemy i całkowicie inaczej reagujemy. Różnie bywa; gruchamy sobie niczym dwa gołąbki, ona spija słowa z mych ust i patrzy z uwielbieniem w oczy, aż tu nagle, nie wiadomo skąd, kiedy ani dlaczego, gołębica zmienia się w sępa i tylko patrzy gdzie wbić dzioba, żeby najbardziej zabolało. No, ale po tylu latach już się człowiek do tego rollercoastera przyzwyczaił. 
Jednak gdy zbliżają się jakiekolwiek święta, to baby już nie są z Wenus. One nie są nawet z Neptuna. Bardziej prawdopodobne, że pochodzą z planety znajdującej się gdzieś na samym krańcu jakiejś całkiem innej, odległej galaktyki. 
Ja rozumiem, że dom trzeba ogarnąć [gdy zamierzają zwalić się goście], coś tam do jedzenia uszykować, jakieś pisanki pomazać, no, ale ludzie!, bez przesady! Lata toto od rana do wieczora, jakby miała motorek w dupie. Zmywa, psika jakimiś chemikaliami, znowu zmywa, przesuwa, drze się żeby jej pomóc, bo nie daje rady. Rzucasz wszystko, lecisz, a ta pyszczy, że podłogę tu dopiero zmyła a ja lezę jak bezrozumny baran i mam stąd spieprzać i to już! To po cholerę woła!? Kudły nastroszone, twarz czerwona, ręce w żółtych rękawicach uzbrojone w jakieś dziwne szczoty i inne narzędzia służące bóg wie do czego. Wczoraj  widziałem jak szczoteczką do zębów fugi w kiblu szorowała. Mało tego, to była moja szczoteczka! 
Żal mi się w końcu kobiety zrobiło, zaproponowałem że chociaż okna oblecę. Ucieszyła się. Wymyłem je w kilka minut- teraz taka chemia dobra, że wystarczy psiknąć, przetrzeć i gotowe. I po co te całe dramaty? W jeden dzień całą chatę bym opierdzielił. Wołam kobietę, niech przyjdzie i się czegoś nauczy. Przyszła, patrzy z dziwną miną... I zamiast się zachwycać, znowu mordę pruje: to są umyte okna?, ramy brudne, parapety uświnione, żaluzji w ogóle nie ruszyłeś, na karniszach firanki pajęczyn... Czy ty w ogóle coś tu umyłeś?! No jak nie- szyby, cholera, umyłem. W końcu przez szyby się patrzy, a nie przez jakieś głupie ramy. No, ale babie nigdy nie dogodzisz. Wkurzyłem się. Idę do lodówki- jedzenie zawsze trochę mnie uspokaja. Drze się! Tego nie rusz, bo na święta, tamto do sałatki, sramto do sernika. Łaskawie pozwoliła jajecznicę zrobić. Ledwo zdążyłem rozbić na patelnię sześć sztuk, leci z wrzaskiem: no i które jajka wziąłeś, ośle! Mówiłam, że te z białymi skorupkami są do malowania! Rany, kto normalny parzy na kolor skorupki głupiego jajka do głupiej jajecznicy? No właśnie, a propo ozdóbek. Wchodzę dziś do salonu, a tu śmierdzi jakby kot dywany olał. Chodzę, szukam, wącham... I co? Rzeżucha! Poustawiała zielsko na parapetach, na stole, przy kominku, w doniczkach, moich lampkach do koniaku... Jezu, jak ja nie lubię zapachu kiełkującej rzeżuchy! Już miałem kota na dwór wywalić, a okazuje się, że muszę żonę, z jej ogrodowymi zapędami! Ogród- następna kość niezgody. Umówiłem się ze Stachem na ryby. Wieczorem nakopałem przynęty, przykryłem wiadro, odstawiłem do kanciapy i poszedłem wcześnie spać, bo skoro świt zaplanowliśmy wyprawę nad jezioro. Wstaję o czwartej, szykuję się cicho, żeby styranej kobity nie obudzić, biorę wiadro, wsiadam w auto... Cóż za wspaniała perspektywa- żyć, nie umierać! Na miejscu szykuję wędki, wkładam rękę do wiadra, macam... Co za cholera, uciekły? A nie! To żona moja, ekolożka cholerna, na grządki warzywne dżdżownice wypuściła. I jeszcze mi się oberwało, że sadysta bez serca jestem i jak chcę, to ona mi taką żelazną trumienkę zafunduje, i zobaczę, jak się będę czuł, gdy nockę w niej przeleżę. Czuł! Że niby te rosówki taką traumę we wiadrze przeżyły? No, błagam! Przecież to zwykłe prymitywne skąposzczety, a nie lumbricus sapiens!



Ale przecież kobiecie nie przetłumaczysz. Uprze się jak wół i żadne argumenty do niej nie trafiają, jakby miała klapki na mózgu. 
I tak tu męcz się człowieku w imię spokoju i rodzinnej sielanki. Wysłuchuj, potakuj, przyklaskuj, i choć męska duma krzyczy w sprzeciwie basem, ciebie stać jedynie na cienki falset. Właśnie- z seksem też cienko. Tydzień przed świętami i tydzień po, o bzykanku mogę sobie jedynie pomarzyć. Zmęczona, głowa boli, pracy ma jeszcze dużo, goście... A ty człowieku weź se i usychaj. Święta, cholera...

Jednak gdy święta w końcu nadejdą, usiądzie człowiek przy pięknie przybranym stole, podje pysznego żarełka, wypije kielicha z rodziną i przyjaciółmi, spojrzy na tę swoją połowicę, piękną i radosną, to nie żałuje że tak się namęczył. Warto jednak było aż tak się poświęcić!

sobota, 16 marca 2019

Zwykły weekend

Znacie pewnie stare, chińskie życzenie: obyś żył w ciekawych czasach. I bynajmniej nie jest to życzenie wszystkiego najlepszego, lecz czegoś dokładnie odwrotnego. 
Na dworze jeszcze ni to zima, ni to wiosna. Chwilami przyświeci słonko, częściej pada, a wicher duje jak głupi jakiś. Zdmuchnął mi karmnik- czy to znak, że koniec z dokarmianiem sikor? 
W domu jakoś obywa się bez większych spięć, może dlatego, że Jerzy zaniemógł, leży bidok z termometrem pod pachą i sprawdza o ile kresk podniosła się ciepłota jego ciała w porównaniu do poprzedniego kwadransa. Nieee... wredna jestem, chłop naprawdę się przeziębił ;[ 
Wena twórcza chwilowo [mam nadzieję] ustąpiła miejsca lenistwu. Jednym słowem nuda. 
Zapraszam więc Was dzisiaj na nudnawy post ilustrowany zwyczajnymi zdjęciami ;)

Rączki świerzbią mnie już wiosennie, więc parapet zapełnia się sadzonkami.



W ziołowym korytku na tarasie zieleni się już szczypiorek siedmiolatka,




posadziłam cebulę na szczypior.

W trumnie też zaczyna się dziać. Czosnek ma już całkiem niezłe łodyżki, puszcza się zeszłoroczna pietruszka.



Posiałam rzodkiewkę, szpinak i groszek cukrowy. Jednak większość warzywnych skrzyń wygląda jeszcze mało atrakcyjnie ;]



Codziennie spędzam kilka chwil na poszukiwaniu wiosny w ogrodzie. Uwielbiam obserwować jak zielone pędy wychodzą z ziemi, zawiązują pąki, kwitną i przekwitają, robiąc miejsce kolejnym sezonowym roślinom.









Jak umiałam, tak opitoliłam winogron- mam nadzieję, że go nie zabiłam...?



No i żeby weekend był całkowicie [tzn. jak dalece się da] bezstresowy, po czterech dniach nieobecności wrócił kotto- Kaszotto, kocurek przychodzący do nas podjeść, pogrzać się i pokokosić. Choć nie mogę uzurpować sobie do niego żadnych praw, chłopak ma już swoją miskę i ulubioną podusię, a w lodówce zawsze czeka saszetka, puszka czy inny przysmak. Zjawił się dziś rano, poobijany, nastroszony, z poranionymi uszami, obdartym noskiem i dwoma kleszczami [!!!], ale chyba nic poważnego mu nie dolega, bo wrąbał saszetę, wymusił parówkę, korzystając z chwili nieuwagi zlizał pasztet z mojej kanapki, po czym walnął się na sofę i śpi już chyba czwartą godzinę.




No, musiał być facet na niezłej imprezie! 
I tak sobie siedzę, stukam w klawisze i mam nadzieję że ciekawe czasy nadejdą jak najpóźniej, bo że nadejdą to niestety jest pewne. W garnku pyrka i pachnie rosół, na sofie pryka i smrodzi Kaszo...



Taki zwykły weekend... ;)

niedziela, 23 grudnia 2018

Najlepsze prezenty

Uwielbiam przedświąteczny czas! 
Lubię zapach choinki, pieczonych pierników i obieranych mandarynek. No... może lekko marszczę nos gdy smażę ryby.



Nie przeszkadzają mi tłumy w marketach ani korki na ulicach. Stojąc w kilometrowej kolejce do kasy obserwuję ludzi i dziwi mnie, że tak się miotają, denerwują, przeklinają i krzywią. Skoro tak bardzo się męczą, dlaczego nie zrobili zakupów wcześniej? Nie zamówili online? W dzisiejszych czasach mamy mnóstwo możliwości. Słucham opowieści jak to jedna rąk nie czuje od lepienia pierogów, druga ma już dość i najchętniej przespałaby całe te święta, a trzecia jęczy, że brakuje jej jeszcze pięciu prezentów. Jezu! Po cholerę aż tak bardzo utrudniamy sobie życie? 
Nasza rodzina już dawno ogarnęła świąteczny temat i nie przejmujemy się faktem, że choć święta jeszcze się nawet nie zaczęły, w słoju z piernikami już widać dno.


Gospodarz domu zmienia się co roku. Żarciowo dzielimy się po równo a losowanie prezentów robimy na wspólnym obiedzie, na którym, też tradycyjnie, spotykamy się zawsze pierwszego listopada po wizycie na cmentarzu. I tak już od wielu lat. Bez spinki, zarabiania się i stresu.


Spotykamy się godzinkę wcześniej, dziewczyny szykują jedzenie, panowie rozkładają stół, dzieci nakrywają do uroczystej kolacji, psy kręcą się pod nogami czyhając na okazję. Skłamałabym twierdząc że wszystko idzie jak z płatka. Nie ma aż tak dobrze. Dwa razy posolona woda, spalone naleśniki, przewrócona choinka czy stłuczony talerz zdarza się prawie zawsze. Wrzaski na dzieci, gromy na mężów, czasem nawet jakaś łza spływająca po policzku... Wszystko jednak przestaje być istotne gdy zasiadamy przy stole. Dzieląc się opłatkiem zapominamy o krzywdach i wzajemnie życzymy sobie wszystkiego najlepszego. Po kolacji najmłodsze z dzieci- czyli u nas Michalinka, nurkuje pod choinkę i każdemu wręcza prezent od Mikołaja. Choć w zdecydowanej większości wiemy co znajdziemy w ozdobnym pudełku, ochoczo bierzemy udział w corocznej pantomimie. Zachwycona mina, okrzyk radości i gorące podziękowania dla hojnego świętego. Jest wesoło i gwarno. Na białym obrusie rośnie plama po czerwonym barszczu, w wodzie rozpada się zapomniany pieróg, dzieci wycierają umorusane czekoladą buźki w świeżo wyprane kuchenne ścierki, panowie rozsiadają się wygodne w sofach i włączają telewizor a panie nadrabiają zaległości w plotkach. No, po prostu zwyczajne święta ; ) 
W miarę możliwości od razu korzystamy z prezentów. Przelewamy herbatę do kubka z reniferem, zakładamy kapcie z kolorowymi pomponami, do przegródki nowego portfela wrzucamy łuskę z grzbietu świątecznego karpia. Otwarcie okazujemy radość z prezentu i cieszymy się patrząc na zadowoloną minę obdarowanego przez nas.
Bo nie rozumiem pojęcia; nietrafiony prezent. Co z tego, że nie potrzebny nam kolejny wyciskacz do czosnku? Że mamy całą szufladę skarpetek i krawatów? Nie nosimy plastikowej biżuterii ani nie lubimy perfum Calvina Kleina? Przecież to wcale nie o to chodzi! Nie chodzi o zwiększenie stanu posiadania, o porównanie co, kto i za ile, o domysły i domniemania. Chodzi o sam fakt, że ktoś zechciał nas czymś obdarować. Że istnieje ktoś, kto chciał nam zrobić przyjemność. Kto poświęcił chwilę, zastanowił się, zadał sobie trud, miał chęć i ją zrealizował. Bo smutną rzeczą jest uświadomienie sobie, że nie ma nikogo kto zechciałby wręczyć nam tę przysłowiową parę skarpet, ale jeszcze smutniejsze gdy sami nie mamy komu tych skarpet podarować.


Wesołych, rodzinno- przyjacielskich Świąt Bożego Narodzenia, kochani! Obyśmy zawsze mieli z kim świętować!

niedziela, 29 lipca 2018

Jak to wół w cielaka się bawił...

Karty kalendarza zmieniają się w mgnieniu oka, wiosny zamieniają się w zimy, a zimy w kolejne lata na karku. Przybywa zmarszczek i kilogramów, ubywa za to sprawności. Czasem zdarza się, że do głowy wpadają świetne, wydawałoby się, pomysły, ich realizacja jednak skłania do nieciekawych przemyśleń i wyciągnięcia interesujących wniosków.

Jako że wakacje w pełni na kilka nocek przyjechały do mnie siostrzenice. Aby atrakcji było co niemiara, rozłożyłam w ogrodzie namiot, jadłyśmy śniadania wprost z trawnika, obserwowałyśmy gwiazdy w środku nocy i robiłyśmy kupę fajnych rzeczy, których rodzice zazwyczaj zabraniają.


Gdy dziewczynki pojechały, wpadłam na genialną myśl- tę noc spędzę w namiocie jak za starych dobrych czasów! 
Z nostalgią i łezką w oku wspomniałam sobie nasze biwaki, spontaniczne wyjazdy nad jezioro, zapach spalonych kiełbasek i opowieści snute przy ognisku- im więcej gadającej wody, tym ciekawszych i bardziej niesamowitych ;) 
Dodatkowym plusem tego pomysłu był fakt, że nie musiałam od razu składać namiotu i sprzątać pobojowiska ;) 
Oczami wyobraźni widziałam jak przez okienko w dachu namiotu mrugają do mnie gwiazdy a świerszcze śpiewają kołysanki. Maciejka słodkim zapachem otula mnie do snu, a śpiew ptaków budzi o świcie. Noo... o świcie to przesada- o ósmej gdzieś tak. 
Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Do betów w namiocie dorzuciłam ulubionego jaśka i gdy przyszła pora wtarabaniłam się do środka. Ułożyłam się wygodnie i spojrzałam w niebo. Gwiazdy mrugały, świerszcze śpiewały, maciejka otulała... Coś kłuło w tyłek i gniotło pod łopatką... Zmieniłam pozycję. Usłyszałam niuchanie i drapanie w ściankę namiotu. Sońka. Wpuściłam psinę do środka. Ułożyła się grzecznie w nogach i pochrapywała leciutko. Słuchając jej oddechu, cykania świerszczy i cichych odgłosów nocy czułam jak Morfeusz zaczyna kołysać mnie w swych szerokich ramionach. Już miałam oddać się w całości bogu snu, gdy tuż przy moim uchu odezwało się upierdliwe bzzzzz, bzzzzzzz... O żesz! Gdy wpuszczałam Sonię nie zaciągnęłam do końca zamka w drzwiach i cholerny komar wprosił się na nockę. Na wyżerkę właściwie. Wymacałam latarkę i po kilku chwilach ubiłam dziada. No, znów błoga cisza. Korzystając z zamieszania Sonia podpełzła do góry i wpakowała łeb na mojego jaśka. Nawet byłabym skłonna podzielić się z nią poduszką, gdyby nie to, że z upału ziajała całą paszczą prosto w moją twarz. Jezu! Wywaliłam bydlę z namiotu. Obrażona poszła do swojej budy, przylazła za to babka Saba. Udałam że mnie nie ma. Po kilku minutach też się chyba obraziła, bo poszła na swoje legowisko, wysikawszy się najpierw tuż obok mojej głowy. Mało brakowało bym wydarła się na maksa, gdy coś obrzydliwego przelazło mi po lewym policzku. Świerszcze darły się jak opętane, jakiś walnięty kundel wył do księżyca, na ogródkach działkowych nieopodal domu ruda tańczyła jak szalona, a Sławomir imprezował w Zakopanem. Rany! Na domiar złego znów coś wlazło na moje czoło, a pod tyłkiem zmaterializowała się jakaś szyszka. 
O nie! Za jakie grzechy mam tak cierpieć? Zabrałam kołdrę, wpakowałam pod pachę jaśka i wróciłam do wygodnego łóżeczka. Zasłoniłam roletę, żeby gwiazdy razem ze swoim łysym kumplem w pełni nie dawały mi po oczach, zamknęłam okno, aby odgrodzić się od hałasów i ,w końcu szczęśliwa, usnęłam w jednej sekundzie.


Jaki z tego wniosek, moi mili? 
Co pasuje smrodom- nie zawsze na dobre wyjdzie wojewodom!

poniedziałek, 25 września 2017

Słodkie nieróbstwo

Jak ja lubię być sama w domu. 
Nikt nie marudzi, nie zrzędzi, nie pyta gdzie jest masło ani czy wyschły skarpetki. Nikt nie drze się do telewizora: no strzelaj, strzelaj durniu! No patrz Mariolka- ja nie mogę pojąć jak można było spieprzyć takie podanie! 
Z pokoju Dawida nie dobiegają wstrząsające jęki, które on nazywa muzyką. Nawet psy są jakieś takie wyciszone. Bosko.

Mając w perspektywie cały, długi, samotny, spokojny dzień, zaplanowałam sobie nicnierobienie. W końcu raz na ruski rok należy mi się. Kawa z mlekiem, kąpiel z pianą, kanapka na obiad i ewentualnie spacer ze zwierzami.



Chłopaki pojechali zaraz po śniadaniu. Wzruszyli się moją o nich troską [kanapki macie? picie wzięliście?, dokumenty zapakowane?] i patrząc na mnie, stojącą w drzwiach, z lekkim rozbawieniem machali przez okno odjeżdżając samochodem. Tak naprawdę chciałam się tylko upewnić, że niczego nie zapomnieli i nie wrócą nagle, obracając w niwecz moje słodkie plany. Wróciłam do domu, usiadłam na sofie i przez chwilę napawałam się ciszą i wolnością. Po jakiejś minucie znudziło mnie napawanie i postanowiłam zrobić sobie kawkę. Podeszłam do zlewu. Zanim zdołałam nalać wody do czajnika, musiałam umyć ze sto kubków, dziesięć talerzy, kilogram sztućców i patelnię ubabraną resztkami jajecznicy. Aż dziw, że mieszkamy tu tylko we trójkę!
Z gotową, pachnącą cynamonem kawą poszłam do łazienki. Zebrałam rozrzucone mokre ręczniki, wstawiłam pralkę, wytarłam zalaną podłogę i napuściłam wody do wanny. Pławiąc się w rozkosznie ciepłej i pachnącej magnolią wodzie, już miałam sobie zamruczeć z rozkoszy, gdy mój wzrok padł na przeciwległy rant wanny. Boszsz..., kapieli mi się zachciało! Z perspektywy prysznica tego zakamarka w rogu wcale nie widać! Spłukałam włosy, wypuściłam wodę i wyciągnęłam z szafki pod zlewem środek grzybobójczy. Po jakiejś godzince wanna wyglądała jak nowa. Przy okazji wypucowałam zlew i kibel.
Usiadłam sobie z książką, łyknęłam zimnej kawy i właśnie zaczynałam nowy rozdział, gdy zapipkała pralka. Odłożyłam książkę tłumiąc przekleństwo, bo akurat miałam się dowiedzieć, czy ten książę na białym koniu jest faktycznie księciem, czy też może zwykłym żebrakiem. Jasny gwint! Żeby móc powiesić ręczniki, musiałam zebrać i poukładać w szafach pranie od przedwczoraj wiszące na suszarce. Gdy już kończyłam, Saba i Sońka zaczęły drapać w drzwi tarasowe. Spojrzałam na zegarek. O matko! Już ta godzina? Jak na złość psia karma wczoraj się skończyła, trzeba coś ugotować. Nie wytłumaczysz przecież psom, że dzisiaj nie ma żarcia, bo pańcia ma wolne. Wstawiłam ryż i wrzuciłam na wrzątek kilka gnatów. No dobra. Za jednym zamachem upichcę jakąś zupę. Chłopaki wrócą w nocy umęczeni, to coś ciepłego wrzucą na ruszt. Gdy pomidorowa pyrkała na gazie a psy opierdzielały mięsną wkładkę, narzuciłam na plecy polarek i walnęłam się na hamak. Jesień, moi drodzy. Jesień pełną gębą. Bujając się obserwowałam zachmurzone niebo. Klucze żurawi prześcigały się w swej corocznej podróży na południe. Nie licząc specjalnie, odprowadziłam wzrokiem chyba z dziesięć gęgających i klangorujących stad. Aż im pozazdrościłam tej wyprawy do ciepłych krajów. U kresu czeka na nie słonko, ciepło i drinki z palemką, podczas gdy u nas już za chwilę będzie zimno, mokro i w ogóle do dupy. Spojrzałam na wielkiego orzecha rosnącego w rogu posesji. Przez gałęzie prześwitywał horyzont. Sroki kłóciły się o nieliczne orzechy zwisające smętnie z nagich gałęzi. Zaraz, zaraz... Nagie gałęzie? To gdzie liście? Wciąż jeszcze zielona trawa pokryta była  dywanem z liści. I to nie ślicznym, żółtym, jak w zeszłym roku, tylko obrzydliwym, suchym i poskręcanym od nadmiaru wilgoci. Z cierpiętniczym westchnieniem poszłam po grabie... 
Dodam jeszcze na koniec, że gdy wieczorem przyszło do rozpalania kominka, w koszyku na drobne drwa do rozpałki nie było nawet drzazgi.

To już chyba gruba przesada! Chłopy pojechały sobie w świat i pewnie świetnie się bawią w jakimś McDonaldzie albo w innym KFC, a tutaj wszystko na mojej głowie. Chamstwo, skandal i poruta! A miało być tak pięknie...

wtorek, 21 marca 2017

Darcie papy

Pierwszy dzień wiosny- taka data nie może przejść bez echa. 
Wyczekana, wymarzona, wytęskniona nie tylko przez ogrodników- w końcu przyszła, jest. Skąd wiem? 
Nie to, że krokusy kwitną a co niektóre nawet przekwitły,




że tulipany już zawiązują pąki, że trawa się zazielenia, a chwasty już się całkiem dobrze mają. Nie to nawet, że na parapecie wschodzi pięknie papryka a szczypiorek lada dzień można będzie kroić na kanapki.



Nie to, że żurawie i gęsi całymi kluczami po moim niebie latają, że ptaki świergolą radośniej a dzień jest coraz dłuższy [na marginesie- w weekend przestawiamy zegarki- pamiętacie?].

Wiem że jest wiosna po wszechobecnym darciu papy. 
Zaczyna się gdzieś tak około trzeciej w nocy. Imprezę inicjują koty. Drą się niemiłosiernie śpiewając swoje miłosne serenady i jak bum cyk, cyk każden jeden ma coś z uszami, bo ani to melodyjne, ani do rytmu, ani do tańca, ani do różańca! Do seksu, cholera, też nie! W odpowiedzi na darcie kotów zaczyna drzeć się Sonia. Chwilę później swe darcie zaczyna Saba, bo co to za porządki! Ona też już i natychmiast chce dołączyć do Soni i razem z nią zagłuszać kocie pieśni. Ze względu na swój sędziwy wiek i artretyczne stawy, Saba śpi w domu [w odróżnieniu od Soni], więc zaczyna drapać pazurami w tarasowe drzwi, ani na chwilę nie przerywając ujadania. Po jakiejś minucie zaczyna drzeć się Jurek.- Jasna cholera, ucisz te psy, bo pójdę po strzelbę!!! Dla uspokojenia Szanownych Czytelników dodam, że mój mąż żadnej strzelby nie posiada. No... chyba że ma na myśli swoją pukawkę, ale nią żadnej większej krzywdy raczej nie zrobi... W odpowiedzi na darcie Jerzego zaczynam drzeć się ja, że przecież od tego psy pyski mają, żeby się drzeć, więc niech przestanie się wygłupiać, bo to bez sensu kompletnie. Za chwilę zaczyna drzeć się Dawid, że tak się drzemy, że on nie może spać. I tak drzemy się wszyscy pospołu, dopóki koty nie postanowią, że koniec darcia. Wtedy zalega błoga cisza. Sonia zamyka paszczę i chowa się w budzie, Saba grzecznie idzie na swoje legowisko przy kominku, Jurek odwraca się w drugą stronę i zaczyna cicho pochrapywać. 
Cicho... cichutko...
A za chwilę... MIAAAAAUUUUUU... i impreza zaczyna się od początku.
Wiosna przyszła... ;)))





sobota, 11 marca 2017

Siła imienia

Był już post o sile spojrzenia, dziś muszę, po prostu muszę napisać o sile imienia. Albo się uduszę ;)

Od wczoraj jestem dumną i szczęśliwą posiadaczką nowego psa. Słodka jest. Mądra, piękna, pojętna, wrażliwa itd. Itp. Ale bezimienna. 
Aby zaradzić temu niedopatrzeniu, w Rapsodii odbył się rodzinny zjazd z noclegiem. Anka, Olka z dziewczynkami i ja zrobiłyśmy prawdziwą burzę mózgów, bo imię to imię. Może być zwykłe i proste, ale musi być przemyślane. Musi pasować do psa jak smycz, obroża czy buda [tymczasowa na razie]. 

Dziewczynki rzuciły świetną myśl, żeby imię zaczynało się na „S”- tak jak imię Saby. No to burza mózgów zawrzała. Sparta- bo już się pewnie w życiu nawalczyła, Szansa- bo wiadomo, Samba- bo jak biegnie to tak zalotnie kręci bioderkami, Sarna- bo takie nogi zgrabne i długie, Salami- bo pewnie lubi... 
Tu się oburzyłam. Nie będę psa truć solą i konserwantami. O nie! Niech Jurek i Dawid sobie jedzą! 
I tak leciały propozycje jedna za drugą. Dzieci dawno się znudziły i poszły z Bezimienną na spacer, a dziewczyny się rozochociły i propozycje stawały się coraz bardziej perwersyjne. Flaszka wina, w której już było widać dno, też pewnie miała jakiś niewielki wpływ na ten fakt. 

-Może Nefretete, bo tak się wyłoniła z tej brudnej piany po kąpieli niczym bogini jaka?- zaproponowała Anka.
-Durna jesteś, to była Afrodyta- uświadomiła nas Olka.- Poza tym miało być na „S”.
 – Oooo- ucieszyła się mitologiczna laiczka- w takim razie mam- Sulejka! Ona taka nieco czarniawa. 
Wybuchnęłyśmy śmiechem, bo pewien nasz znajomy poczuł po pięćdziesiątce drugą młodość, zostawił żonę, wyjechał na zgniły Zachód i ożenił się z Zulejką. Czarniawą. 
Durnowaty śmiech zerwał chyba wszystkie tamy przyzwoitości. Bardzo szybko Sulejka zamieniła się w Stulejkę. 
-Dlaczego Stulejka?- zbulwersowała się Anka- to już lepiej porządna Polucja. Albo nie. Jeszcze lepiej- Erekcja.
- No wiesz co...- Olka nie była przekonana.- Przecież to w końcu kobieta. Może Menstruacja? W skrócie będzie się wołać Ciotka. 
Boże!!! Padłyśmy na podłogę i tarzałyśmy się ze śmiechu. Nie usłyszałyśmy jak wróciły dzieci z lekko zziajanym psem. Hanka chwilę patrzyła na nas w milczeniu. Widząc, że nie reagujemy na jej potępiający wzrok lekko pociągnęła smycz.
- Choć Sonia. Pójdziemy do sadu. 
Do niedawna bezimienna machnęła ogonem i radośnie wytuptała za dziewczynkami a my zaniemówiłyśmy. Tak. Sonia. Pięknie, prosto i na „S”. Saba i Sonia- super sunie ;)



I tak jedna z wielu schroniskowych Miś przeistoczyła się w jedyną, wyjątkową Sonię ;).

Spragnionych fotek zapraszam na facebuka, bo tutaj coś nie chce się więcej wkleić ;/