a

a
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 września 2021

Ludzie i parapety

 Właśnie trwa licytacja na rzecz choszczeńskiego schroniska i przy tej okazji naszła mnie refleksja, którą muszę (bo się uduszę) się z Wami podzielić. Aukcja idzie świetnie! Spodziewałam się jakichś pięciu dyszek, za które byłabym wdzięczna, bo to już kilka puszek karmy, a tu proszę…!

Ostatnio usłyszałam historię z życia wziętą, i niczym o betonowy mur, rozbiła się moja naiwna wiara w ludzkość. Młody chłopak stracił pracę i wyjechał za chlebem za granicę. Znalazł zatrudnienie u Polaka, prawie sąsiada z miasteczka tuż obok, który kilka lat temu wyjechał do jednego z nadbałtyckich krajów. Facet założył firmę i z prostego robotnika zmienił się w szefuńcia pełną gębą. No i dobrze. Wziął pewnie byka za rogi, nie było mu łatwo, natyrał się i tym podobne. Tyle, że gdy już się dorobił, z fajnego znajomego zmienił się w kawał krwiożerczego kapitalisty. Oszukiwał, okradał, wyzyskiwał… A wszystko z pewnością bezkarności, bo przecież pracownicy niedoświadczeni, bez znajomości języka ani przysługującym im praw. Suma summarum, rozgoryczony chłopak wrócił do domu, a na jego miejsce pojechał kolejny ledwo opierzony kogut, gotowy do oskubania. Ktoś może powie: szkoła życia, co nas nie zabije… Pewnie i tak. Ale czy naprawdę życzymy takich doświadczeń naszym dzieciom i wnukom? I tak sobie myślę, skąd biorą się tacy ludzie? Biznes biznesem, lecz czy wraz z grubością portfela zawsze maleje morale? Stąd mój apel, do wszystkich młodych, szukających pracy za granicą. Sprawdźcie swego pracodawcę. Upewnijcie się, że nie jest to człowiek typu „ dam, albo nie dam”. Zaoszczędźcie sobie rozczarowań i nerwów.

 Akcja w schronisku wróciła mi wiarę. To wspaniale, że są ludzie, którzy myślą nie tylko o sobie. Że kupują książkę za kilkakrotność jej wartości, choć za tydzień będą mogli wypożyczyć ją w bibliotece za darmo, lub kupić w księgarni za cenę rynkową. Ale tu przecież wcale nie chodzi o zakup rzeczy materialnej, tylko o chęć pomocy. O chęć zafundowania jakiemuś czworonożnemu biedakowi miski jedzenia, lub koca, który ogrzeje go podczas coraz zimniejszych jesiennych nocy. I dziękuję każdemu, komu chciało się wejść na stronę i kliknąć w post. Być może ktoś przejrzy zdjęcia psów i kotów, zakocha się w jakiejś słodkiej mordce i kolejny bezdomniak trafi na swojego człowieka.

I pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że tych „dobrych” jest jednak więcej…

wtorek, 1 czerwca 2021

Pisze się...

 Jak ja lubię spokojne popołudnia! Gdy nie ma zaplanowanej roboty, a żadna niezaplanowana nie wyskakuje z kątów niczym filip z konopi. Gdy pogoda jest w sam raz, nie za ciepło, nie za zimno, żaden sąsiad nie warczy kosiarką a z pobliskiego zakładu nie dobiegają denerwujące odgłosy spawania, cięcia i hałaśliwego rzucania złomem do celu. Siadam sobie wtedy na tarasie w wygodnym, rattanowym krześle, na stoliku stawiam dzbanek wypełniony wodą z miętą, ogórkiem i cytryną, na kolanach kładę laptop i biorę się za pisanie. Już po kilku chwilach przenoszę się w świat wykreowany w mojej własnej głowie i zamieniam w bohaterkę kolejnej powieści. No więc… kanapkę z ogórkiem, tak, niech sobie zje na śniadanie kanapkę z ogórkiem… Hm, a ciekawe jak moje ogórki? Zimne noce i poranki nie sprzyjają im za bardzo. Co prawda wykiełkowało kilka marnych sztuk, z pożółkłymi listkami i ogólnie rzecz biorąc nie rokujących dobrze. Trzeba będzie dokupić sadzonek i dosadzić. Dobra, wracamy… Po śniadaniu jakiś spacerek. Może do ogrody botanicznego? Akurat kwitną rododendrony… W moim przydomowym ogrodzie kwitną również. Mam dwa piękne egzemplarze, różowy i fioletowy. Okazałe kwiaty widać już z daleka. Cieszą oko i napawają ogrodniczą dumą. Kurczę, dawno nie dostały odżywki, trzeba je podlać, niech kwitną jak najdłużej. No, a przy okazji przydałoby się zasilić borówki. Ich kwiaty nie są tak okazałe, lecz ilość drobnych, białych dzwoneczków sugeruje niezłe zbiory za kilka miesięcy. No i pomidory… Po godzinie udaje mi się zasiąść z powrotem do lapka. Co to ja miałam…? A, do ogrodu botanicznego. Jakiś zabawny motyw. Może się wyrżnie? O!, albo ptak ją osra? Tak na szczęście… Mnie zdarzyło się to wczoraj i w sumie nie było zbyt zabawne…  Niezbyt zabawny był też komentarz rozweselonego tym zdarzeniem Chłopa o nielatających na szczęście krowach…  A propo ptaków… Zerknęłam na dach kanciapy. Parka mazurków zrobiła sobie gniazdko w gąsiorze. Nie wiem doprawdy, jakim cudem wciskają się do środka przez mikroskopijną szparkę, ale jakoś sobie radzą. Co kilka chwil z dziobem pełnym owadów przylatują do czekających cierpliwie piskląt. Nawet gdybym nie wypatrzyła kiedy skrzydlaty rodzic wraca do gniazda, nie dałoby się nie usłyszeć donośnego pisku głodnych maluchów. Z gąsiora dobiega wówczas odgłos podobny do dzwonienia srebrnych, drobnych dzwoneczków. Po kilkuminutowej obserwacji uwijających się ptaków moja głowa automatycznie obróciła się w stronę kolejnego gniazda. Mazurki wybrały bezpieczne miejsce na dom, w odróżnieniu od parki niezbyt mądrych kopciuszków, które uwiły gniazdo pod dachem altanki, tuż nad legowiskiem kotów. 

One również uwijają się jak w ukropie, łowiąc i przynosząc małym żarłoczkom smakowite muchy i inne latające przysmaki. Na chwilę przysiadają na rosnącej obok starej śliwie, lub na pałąku od hamaka, rozglądają się dookoła popiskując niczym zardzewiałe drzwi i pikują pod dach altanki, skąd po chwili rozlega się perliste ćwierkanie małych kopciuszków. Dobra. No więc idzie do tego ogrodu i…? Zanim wymyśliłam co dalej wróciły z eskapady koty. Jeszcze ich nie widać, lecz kopciuszek zaczyna wydawać odgłosy jakby ktoś małym młoteczkiem wbijał gwoździe w drewnianą deskę. To nieomylny znak, że nadciąga niebezpieczeństwo. I owszem. Po kilku sekundach przez pręty ogrodzenia przecisnął się Kaszotto. Zerknął na zdenerwowanego kopciuszka, lecz leniwy kocur jest ponad to. Po co wysilać się dla takiej odrobiny upierzonego mięska, skoro w misce za chwilę pojawi się gotowe danie? Co innego Kaszanka. Nie raz i nie dwa z obawą przyglądałam się, jak czai się  w trawie czyhając na błąd skrzydlatego posiłku. Na widok Kaszanki kopciuszki rozkrzyczały się na dobre. Kląskając i stukając, błyskając rudym niczym u wiewiórki ogonkiem wymyślały jej od najgorszych. Kocica jednak nie miała czasu na kłótnie z ptakami. Z dumą weszła na taras, złożyła pod moimi stopami zdobycz w postaci małej ryjówki, zasiadła obok Kasza i z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku zajęła się toaletę. Wzięłam ryjówkę i wyrzuciłam za płot. Chyba miałam ją skonsumować, lecz jakoś nie wyglądała zbyt apetycznie. Z pewnością jednak nie pogardzą małym truchełkiem sroki, które skrzecząc i pokrzykując, niczym biało-czarne błyskawice co chwila przecinają niebo. One też mają młode. Od kilku już lat mają gniazdo na wielkim głogu rosnącym tuż przy płocie. Kiedyś nawet ratowałam małego, sroczego nielota przed śmiercią w kocich zębach. Oprócz myszy i nornic sroki nie gardzą też kocią karmą. Na własne oczy widziałam, jak kręcąc głową na wszystkie strony jedna z nich podkradała z kociej miski pozostawione kąski, podczas gdy jej partner, lub partnerka siedziała na czujce. Dobra… idzie więc do tego ogrodu… Zniecierpliwiony Kaszo wskoczył na klawiaturę laptopa i z wyrzutem spojrzał mi w oczy. Jezu! No dobra, idę, idę… Wypiłam resztkę wody, zapisałam plik, zamknęłam komputer i popędzana miauczeniem weszłam do domu. Kaszo i Kaszanka zgodnie usiadły pod lodówką. No i jak tu pracować? Jak pisać, skoro wszyscy wokoło przeszkadzają? Skoro dookoła dzieje się tyle pasjonujących historii?

Słońce zaszło nie wiadomo kiedy. Mazurki i kopciuszki odpoczywały w swoich gniazdkach, najedzone koty zaległy na poduszkach, może teraz? Odpaliłam lapka. No więc… idzie do tego ogrodu…

- Mariolka! Może jakąś kolację byśmy zjedli?

Matko z córką!

środa, 19 maja 2021

Inspiracja

 

Każdego inspiruje coś innego. Lub ktoś inny. Czasem jest to jakiś zapierający dech w piersiach widok, woń przynosząca wspomnienie pięknego dnia z przeszłości, czasem przeczytany wiersz, lub poruszająca proza.

Korzystając z pięknej pogody i niezbyt absorbującego dnia w pracy wyruszyłam moim wiernym rowerem na polne dróżki w poszukiwaniu inspiracji. Przy okazji zaplanowałam zbiory majowej pokrzywy, młodych liści czarnej porzeczki i dzikich jeżyn, kwiatów kasztanowca i innego dobra, które wpadnie mi w oczy i ręce. Ciepły wietrzyk przyozdobił błękitne niebo kosmatymi obłoczkami, które podświetlone na brzegach promieniami słońca wyglądały jak pucharki śmietankowych lodów. Hm… fluorescencyjne lody? Kurczę, to nie brzmi apetycznie… Dobra, nieważne. Jechałam sobie niespiesznie zachwycając się roztaczającymi się po obu stronach ścieżki widokami i ostrożnie omijałam kałuże pozostałe po wczorajszym deszczu. Wbrew pozorom nie była to wcale taka prosta sprawa. Dookoła brunatnozielonych jeziorek kwitło życie towarzyskie. Jeden z rozgrzanych kamieni okupowała szarozielona, nakrapiana drobnymi plamkami jaszczurka zwinka. Rozłożyła szeroko uzbrojone w długie pazurki łapki, a długi, zgrabny ogon drgał nerwowo na mój widok. Wyglądała jak miniaturowy krokodyl, czekający cierpliwie na jakiegoś nieuważnego pływaka. Hm… na wszelki wypadek szybko się odsunęłam. Na brzegu relaksowały się całe stada winniczków. Ich różnokolorowe muszle połyskiwały w blasku słońca niczym drogocenne kamienie. Soczystoczerwone rubiny poznaczone prawoskrętnymi spiralami, jadeitowe paciorki z drobnymi, ciemnymi piegami, butelkowozielone szmaragdy z idealnymi, jakby wyrysowanymi cyrklem okręgami… Niektóre z nich wysunęły swe zakończone wypukłymi gałkami ocznymi różki i miałam dziwne wrażenie, że patrzą na mnie jak na czubka. Kilka centymetrów dalej pomrowy i śliniki wygrzewały swe gąbczaste, tłuste brzuchy. Jezu… fuj! Nad kałużami unosiły się całe stadka komarów. Krążyły nad ciemnym lustrem wody wykonując niezwykle skomplikowany taniec, złożony z wirujących piruetów, delikatnych uniesień i  nagłych zwrotów kierunku. Jeden z maleńkich tancerzy, wygrywając przezroczystymi skrzydełkami odwieczną arię swego gatunku przysiadł na mojej dłoni w poszukiwaniu chwili odpoczynku i odrobiny strawy. Bezduszne klapnięcie sprawiło, że jego pieśń urwała się gwałtownie.

Dobra, może już wystarczy…

W me dłonie wpadła cudowna, magiczna książka – „Moja rodzina i inne zwierzęta” Geralda Durrella. Według opinii czytelników doskonała na doła, depresję i zniechęcenie. Przeczytałam ją jednym tchem. Pożarłam! Autor niesamowicie poetycko, lecz równocześnie bezpretensjonalnie i z humorem opisuje przyrodę. Miłość i pasję do fauny i flory. Do najmniejszego, choćby najpaskudniejszego przedstawiciela świata, który nas wszystkich otacza. Postanowiłam napisać tak samo jak On.

Cóż, czytelnicy mieli rację. Ta powieść jest idealna na doła, depresję i zniechęcenie. Po lekturze powyższego tekstu złapałam i doła, i depresję, i zniechęcenie…  


 

wtorek, 10 grudnia 2019

Duchowe odwiedziny

„Życie po życiu”, „Życie po śmierci”, jakieś „Czerwone linie”, dowody, tajemnice, przepowiednie, spekulacje, objawienia i tak dalej- każdy znajdzie coś dla siebie na temat pośmiertnego istnienia, czy też nieistnienia. 
Nie powiem, że nigdy nie zastanawiałam się nad tymi sprawami, chyba każdy z nas poświęcił kiedyś chwilę lub dwie na takie przemyślenia. Jednak nie wgłębiałam się za bardzo w temat i szczerze mówiąc, nie wiem czy chciałabym znać odpowiedzi na te mistyczne pytania. Nigdy nie udało mi się wywołać ducha, choć pamiętam, że w czasach dzieciństwa uskuteczniało się takie seanse, nigdy żaden mnie nie nawiedził, nie przekonały mnie opowieści znajomych, tym bardziej że opowieści te snute były zazwyczaj po kilku głębszych. Filmy o duchach- cóż... są też filmy o kosmitach albo o tym, że żyli bez kłótni od ślubu do śmierci. 
W każdym razie ja nigdy nigdzie nic.

Aż do wczoraj... 

Dzień minął normalnie. Bez żadnych nostalgicznych wspominek, oglądania zdjęć czy czegoś w tym stylu. Ogarnęłam chatę, coś tam upichciłam, wieczorem naszło mnie na pieczenie pierniczków i tak zeszło do późnych godzin. Zanim doszła ostatna blacha zrobiła się noc. Pozostali domownicy chrapali już głośno, więc nie chcąc budzić Chłopa pościeliłam sobie w salonie. Pierniki pachniały, w kominku gasły ostatnie iskry, kot drzemał na poduszce „świństwem do góry"... 
Już, już miałam odlecieć w senny niebyt, gdy coś wyrwało mnie z objęć Morfeusza. Może było to niespokojne prychnięcie kota, a może trzask wypalonego polana. Usłyszałam cichutkie stukanie pazurków o panele. Lekko ugiął się materac, gdy jakiś ciężar wskoczył na wersalkę. Poczułam jak stworzenie obraca się kilka razy, po czym z zadowolonym westchnieniem zalega w nogach kanapy. Uśmiechnęłam się pod nosem. Saba. I jej odwieczny rytuał. Kładzie się spać na swoim legowisku, a nocą wskakuje na łóżko, wierci się jak fryga, mości i śpi z nami do białego rana, pochrapując pod czarnym nochalem. Czasem powarkuje, innym razem przebiera łapami, jakby biegła gdzieś zapamiętale. Z powrotem zamknęłam oczy i zaczęłam odpływać. Włoski stanęły mi na przedramionach, gdy ocknęłam się z nagle odzyskaną świadomością, że przecież moja Saba nie żyje! Minął prawie rok odkąd odeszła za Tęczowy Most. Zapaliłam światło i wrażenie psiej obecności zniknęło. Nie byłam spanikowana. Nie byłam nawet zdenerwowana. I pewnie potraktowałabym to wszystko jako zwykły sen, gdyby nie fakt, że Kaszotto siedział na swej poduszce, szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w miejsce w nogach kanapy i nerwowo kiwał ogonem.

Czy zwierzęta mają duszę? Czy gdzieś... tam... jest miejsce, do którego udają się po śmierci? Czy naprawdę odwiedziła mnie moja sunia, czy to ja znalazłam się w jakimś miejscu pomiędzy?


Nie wierzę, że tylko człowiek zasługuje na poczesny byt gdzieś tam. Jeśli istnieje sprawiedliwość, to biegamy tam razem. Sześć nóg, dwie głowy i jedno serce.


niedziela, 8 września 2019

Koło czasu

Jedyne co pewne w życiu to powtarzalność Matki Natury. 
Może nie co do dnia, nie co do miesiąca nawet, lecz wiadomo, że po zimnych dniach przyjdą ciepłe, po burzy wyjdzie słońce, zielone liście poczerwienieją, zszarzeją i opadną, lecz wiosną powrócą jako wyczekiwane pączki na nagich, zmarzniętych po zimie gałęziach. Miedze i pobocza ścieżek zażółciły się nawłociami. Ogród zakwitł rozchodnikami i zimowitami.





Zamiast wodą z lodem i listkiem mięty coraz częściej raczymy się ciepłą herbatą. Niby mamy jeszcze lato, lecz ustrojona koralami z jarzębiny, głogu i owoców dzikich róż jesień stoi u bram. Mało tego, ona już wali w te bramy zaciśniętymi kułakami, rzuca pociskami z kasztanów, żołędzi i orzechów. Smaga po twarzach babim latem i śpiewa klangorem odlatujących żurawi przeplatanym klekotem spóźnionych bocianów. 
Do domów ciągną z pól i lasów jej szpiedzy. Tarantule o metrowych odnóżach przebiegają bezczelnie przez środek pokoju. Tak zapierdzielają na tych długaśnych girach, że prawie słychać stukot ich stóp i nie wiadomo: zwiewać, wołać o pomoc, lecieć za dziadem z klapką, czy po prostu zaakceptować fakt, że idzie jesień i wznosić modły, aby jesienny gość nie wlazł nam nocą do otwartej paszczy. 
Idzie jesień, a wraz z nią pająki i biedronkopodobne harlekiny. Nie śpiewajmy im jednak żeby leciały do nieba i nie oczekujmy, że przyniosą kawałek chleba. Jeśli już to ugryzą i nasmrodzą przed śmiercią. 
Częstymi jesiennymi gośćmi są też myszy i nornice. Z nimi zazwyczaj robi porządek moja kociczka. Kaszanka ma zwyczaj przynosić na taras różne swoje krwawe łupy. A to mysz z przegryzionym gardłem, a to jaszczurkę, zdarzyła się nawet biedna jaskółeczka. Cóż- prawo natury. Gdy więc zobaczyłam leżącą na progu zdechłą mysz, nie zdziwiłam się zbytnio, pchnęłam ją czubkiem buta, aby nie wypadła do pokoju i chciałam iść po szufelkę, aby usunąć tę wątpliwą dekorację. Zdążyłam zrobić pół obrotu, gdy mysz ożyła! Z ponadświetlną prędkością wpadła do domu i zakitrała się za komodą. Jeeezu! Zamiast szufelki złapałam za miotłę na długim kiju i próbowałam wypłoszyć intruza. Po kilku próbach niechciany gość wybiegł na szczęście na taras, choć „szczęście" nie jest w tym wypadku trafionym słowem, bo tam czekała już Kaszanka z gościnnie rozwartymi pazurami i kłami.

Pewnie nie ostatnia to mysz i nie ostatnie pająki w tym roku. Jesienne migracje dopiero się zaczęły. Lecz choć pożyteczna biedronka może okazać się drapieżnym harlekinem, a martwa nornica żywą myszą jedno jest pewne- jesień idzie...


wtorek, 6 sierpnia 2019

Klęska urodzaju

Ręce mi odpadają, oczy się zamykają i w ogóle zdechła jakaś dziś jestem, pójdę więc na łatwiznę i co się u mnie dzieje pokażę Wam na zdjęciach. 
Jak co roku o tej porze mój czas absorbują dary natury. Wracam z pracy, zbieram opadłe jabłka lub obrywam ogórki, siadam na schodach i strugam, obieram, wycinam zgniłki, myję, przebieram itd. Dzień świstaka normalnie. Grzech narzekać, bo zimą będzie jak znalazł. Nie tylko zresztą zimą, bo i teraz zajadamy się małosolnymi i z rozkoszą pijemy świeżo wyciśnięte soki. No, a samo się nie zrobi. Zresztą szczerze mówiąc,  nawet lubię tę nieskomplikowaną, choć nudnawą, robotę, a zapełniające się w piwnicy półki napawają mnie gospodarską dumą ; )

Nastawiony w połowie czerwca ocet malinowy jest już zdatny do spożycia, choć jeszcze delikutaśny bardzo.






Zaprawiony zeszłoroczną matką octową doszedł idealnie i wytworzył kolejną matkę, która na dniach powędruje do słoja z octem jabłkowym.



Po kompotach czereśniowych i wiśniowych przyszła kolej na ogórki.



Kiszone, korniszony, w zalewie curry [uwielbiamy] i przeciery na zupę.




Sezon ogórkowy jest w tym roku wielce łaskaw, więc zaczyna mi już brakować słoików! 
A tu już straszą pomidory! Dopiero co były zielone niczym szczypiorek na wiosnę,



później zżółkły,



i nagle nabrały soczystych, apetycznych barw.




Jessu, śliwa też ugina się od owoców! 




Zaraz przyjdzie czas na gruszki... 
W międzyczasie jakieś ciacho [buraczkowe],



czy pierogi z borówkami...





A dupsko rośnie!

Tak więc przełom letnich miesięcy obfituje u mnie i w owoce, i w warzywa, i w... jerzyka.
Dzikus Kaszaneczka robi się coraz mniej dzika. Można powiedzieć, że jedną łapeńką już domowa ;)



Hm... może dlatego, że swym czułym nochalem wywąchała kolejnego biedaka, który trafił do mnie na podkurowanie. Szanowne Panie, tamtaradam, przedstawiam Wam Tomaszka.



Zaplątał się nieborak w żyłkę i zranił skrzydło wędkarskim haczykiem. Znalazła go moja siostrzenica o wrażliwym serduszku i w te pędy przyniosła do ciotki ;) Na szczęście wet mówi, że za dwa, trzy dni powinno być okej. Siedzi na razie wystraszony, chlipnął trochę wody, ale jak cztery, wrzucone do klatki muchy leżały, tak leżą nadal. Zobaczymy jak będzie jutro.





 Trzymajcie kciuki!

Edit: Niestety. Po powrocie z pracy ptak już nie żył ;[

niedziela, 23 czerwca 2019

Każdy żyje tak jak chce

Usłyszałam dziś, że jestem zramolała. Że siedzę tylko w domu, grzebię w ogródku, czytam książki wylegując się na hamaku i brakuje jedynie, żebym z „matką pasjanse zaczęła stawiać”. No cóż, skoro tak mówią to pewnie tak jest. Faktycznie wolę wypić kawę na tarasie niż w jakiejś kawiarni. I smaczniejsza, i tańsza, i w towarzystwie które sama sobie wybiorę. Od skwaru i ścisku na plaży zdecydowanie przedkładam miły cień we własnym ogrodzie. Zamiast pasjonować się rzęsami i paznokciami koleżanki lub nieudaną fryzurą sąsiadki, z ciekawością obserwuję jak sikora karmi swoje wiecznie głodne pisklęta. I rzeczywiście- zamiast seriali czy polityki zdecydowanie wolę książkę. No, taki ze mnie zgred, cóż zrobić.

Znudziło mnie imprezowanie z ludźmi, którym jak się okazuje za bardzo się ufało. Przejadły mi się słowne dogryzki i złośliwości. Zniechęcił fakt, że brak kultury stał się rutyną. Więc okej- mogę być ramolem, mam na to wywalone. I owszem, gdyby mama wyraziła taką chęć, z przyjemnością ułożyłabym z nią pasjansa ;)
Zanim jednak położę się do trumny, podzielę się z Wam moimi apatycznymi zajęciami i monotonnymi widokami.














Nie wiem, kto z kogo brał przykład ale koty też jakieś takie...



I superowo!
Oby każdy mógł żyć tak, jak chce i lubi. 
Ramole wszystkich krajów- łączmy się!

piątek, 10 maja 2019

Robota nie.. hm... Golgota

Krótko dziś będzie i węzłowato, gdyż chcę się podzielić z Wami moją radością. Radością z tego, iż na moje rancho przyjechali dziś nowi pracownicy. Darmowi. No, za żarcie. 

Co tu kryć, do najpracowitszych to ja niestety nie należę. Lubię mieć zrobione, lecz jeśli wiąże się to z jakimś wielkim wysiłkiem, wyrzeczeniami i bolącym krzyżem- to dziękuję, obejdzie się. Nie jestem też, hm... również niestety?, specjalnie pedantyczna. Niektórzy być może powiedzieliby nawet po chamsku, że bałaganiara ze mnie. Ale co tam, to też mam w nosie ; ) Nie przeszkadza mi mniszek w trawniku ani kępy pokrzyw pod płotem. Nie dostaję palpitacji serca, gdy na wyjściowym płaszczu znajduję kocie [nie psie jeszcze, niestety] kłaki. Uważam, że kwiaty ostów są przepiękne, a z koniczyny robię bukiety do wazonów. Hrehrehre- wiem, nie komentujcie ; ) 
No, ale wracając do sprawy mej pracowitości. Własna marchewka i buraczki, nie wspominając o ogórkach, byłyby jednak wskazane. Dlatego też popełniłam- tzn. zleciłam do popełnienia, grządki warzywne w skrzyniach. Takich porządnych skrzyniach- prawie do kolan. Służą mi już trzeci rok i sprawdzają się genialnie. Nie trzeba przekopywać ani grabić, plewienia tyle co nic, czasem zlać wodą, a gotowe plony można zbierać lekko tylko ugiąwszy kolana. Jedyny mankament to ubytki ziemi. Skrzynie nie są jakieś wielkie: 1.5 m / ok. 3m, lecz głębokie. Pomimo ściółkowania i dorzucania jesienią, hm... umówmy się że średnio przerobionego kompostu, ziemia bardzo osiada. Musiałabym chyba ze dwieście worków z ziemią kupić, a i tak pewnie nie zapełniłabym skrzyń do pełna. Zresztą co to za ziemia z worków- pozbawiona robaczków i ogólnie rzecz biorąc- jałowa. Przydałoby się więcej własnej naprodukować. Odpadki z kuchni, trawa z koszenia, opadłe jesienią liście... Surowca jest dużo, tyle tylko, że kompost robi się dużo wolniej, niż bym chciała i potrzebowała. Dwa lata temu wpuściłam do grządek kilkanaście zakupionych w sklepie wędkarskim, wyratowanych od niechybnej śmierci w rybich pyskach dżdżownic, ale oczywiście nie mam nad nimi kontroli. 
Teraz postanowiłam iść na całość. 

Uwaga- dla niektórych Czytelników zdjęcia, choć marnej jakości, mogą być drrrraaastyczne ;) 
Dziś, jakąś godzinkę temu przyjechał kurier. Wręczył mi pakuneczek.



A w pakuneczku? 






1000 sztuk- a co! 
Chwilę po wpuszczeniu dżdżownic na nową chatę wyglądało to tak. 



Dwie minuty później wiły się tylko pojedyncze spóźnialskie, 



a po kolejnej chwili wszystkie Madzie zakopały się w przygotowanym podłożu. Sezon wegetacyjny dopiero się zaczyna, mam więc nadzieję, że jesienią cudnego kompostu mi nie zabraknie. Dodatkowo żarłoczne kalifornijki zutylizują masę biologicznych odpadków, a w bonusie otrzymam płynny biohumus- cudowny eliksir do podlewania kwiatów w doniczkach. No, przynajmniej taki jest plan. A na razie lecę zobaczyć, czy pracownicy nie rozleźli mi się po garażu...

edit 13.05.
Tak to wygląda dzisiejszego wieczoru ;)



edit2 21.08
Minęły trzy miesiące. W pojemniku mam już następne pokolenia. Madziunie małe jak paznokieć, białe niteczki i żółciutkie jajeczka- czyli chyba spodobała się im robota u mnie ;)
A wermikompost... miodzio! Grudkowaty, wilgotny i pachnący wiosenną ziemią.
To była dobra myśl! ;) 

sobota, 16 marca 2019

Zwykły weekend

Znacie pewnie stare, chińskie życzenie: obyś żył w ciekawych czasach. I bynajmniej nie jest to życzenie wszystkiego najlepszego, lecz czegoś dokładnie odwrotnego. 
Na dworze jeszcze ni to zima, ni to wiosna. Chwilami przyświeci słonko, częściej pada, a wicher duje jak głupi jakiś. Zdmuchnął mi karmnik- czy to znak, że koniec z dokarmianiem sikor? 
W domu jakoś obywa się bez większych spięć, może dlatego, że Jerzy zaniemógł, leży bidok z termometrem pod pachą i sprawdza o ile kresk podniosła się ciepłota jego ciała w porównaniu do poprzedniego kwadransa. Nieee... wredna jestem, chłop naprawdę się przeziębił ;[ 
Wena twórcza chwilowo [mam nadzieję] ustąpiła miejsca lenistwu. Jednym słowem nuda. 
Zapraszam więc Was dzisiaj na nudnawy post ilustrowany zwyczajnymi zdjęciami ;)

Rączki świerzbią mnie już wiosennie, więc parapet zapełnia się sadzonkami.



W ziołowym korytku na tarasie zieleni się już szczypiorek siedmiolatka,




posadziłam cebulę na szczypior.

W trumnie też zaczyna się dziać. Czosnek ma już całkiem niezłe łodyżki, puszcza się zeszłoroczna pietruszka.



Posiałam rzodkiewkę, szpinak i groszek cukrowy. Jednak większość warzywnych skrzyń wygląda jeszcze mało atrakcyjnie ;]



Codziennie spędzam kilka chwil na poszukiwaniu wiosny w ogrodzie. Uwielbiam obserwować jak zielone pędy wychodzą z ziemi, zawiązują pąki, kwitną i przekwitają, robiąc miejsce kolejnym sezonowym roślinom.









Jak umiałam, tak opitoliłam winogron- mam nadzieję, że go nie zabiłam...?



No i żeby weekend był całkowicie [tzn. jak dalece się da] bezstresowy, po czterech dniach nieobecności wrócił kotto- Kaszotto, kocurek przychodzący do nas podjeść, pogrzać się i pokokosić. Choć nie mogę uzurpować sobie do niego żadnych praw, chłopak ma już swoją miskę i ulubioną podusię, a w lodówce zawsze czeka saszetka, puszka czy inny przysmak. Zjawił się dziś rano, poobijany, nastroszony, z poranionymi uszami, obdartym noskiem i dwoma kleszczami [!!!], ale chyba nic poważnego mu nie dolega, bo wrąbał saszetę, wymusił parówkę, korzystając z chwili nieuwagi zlizał pasztet z mojej kanapki, po czym walnął się na sofę i śpi już chyba czwartą godzinę.




No, musiał być facet na niezłej imprezie! 
I tak sobie siedzę, stukam w klawisze i mam nadzieję że ciekawe czasy nadejdą jak najpóźniej, bo że nadejdą to niestety jest pewne. W garnku pyrka i pachnie rosół, na sofie pryka i smrodzi Kaszo...



Taki zwykły weekend... ;)