a

a
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 kwietnia 2021

Nie wszystko złoto, co się świeci

 Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ba, pszczoła też jeszcze nie, lecz powietrze już pachnie wiosną.

Przynajmniej w te, jeszcze nieliczne, ciepłe, słoneczne dni. W ogródku zaczęły wschodzić rzodkiewki i szpinak, cebula wyhodowała sobie na głowie zieloną czuprynę a ziemniaki w piwnicy w te pędy zaczęły puszczać pędy. Wciąż trzeba posiłkować się sokami i kompotami, lecz pojawiły się już pierwsze zioła. Można powoli żegnać się z zeszłorocznym suszem i cieszyć się nowymi skarbami Matki Natury. A wszystko jurne, jędrne, prężne jak… no, jak szczypiorek na wiosnę. Już suszy się pierwsza porcja forsycji i cudownie pachnącego fiołka wonnego. 

Jasnota purpurowa ścieli się pod stopami i namawia: zerwij mnie, zjedz mnie w sałatce, wypij w naparze, szczególnie jeśli naparza cię głowa! No to rwę. Z czystą rozkoszą robię herbatki z młodziutkiej pokrzywy i toniki do twarzy z fiołków i ogrodowych bratków. Po wymieszaniu z octem jabłkowym toniki mają cudny, głęboki kolorek.

Piękna pogoda skłania do opuszczenia czterech ścian, wyjścia na świeże powietrze, słuchania ptasich treli  i delektowania się napitkiem na tarasie. Tak też było i dzisiejszego dnia. Słoneczko przygrzewało na tyle energicznie, że wraz z przybyłą w gościnę mamą rozwaliłyśmy się wygodnie na leżaczkach, wystawiłyśmy twarze do słońca i cieszyłyśmy się chwilą. Gorącą kawę postanowiłyśmy zamienić na jakiś wiosenny, orzeźwiający napój. W związku z tym, że mama niezbyt gustuje w ziołach, uszykowałam jej wody z sokiem malinowym, dzień wcześniej przyniesionym z piwnicy. Nalałam szczodrze, do ostatniej kropli- a niech se kobita ma! Siedzimy, gadamy, delektujemy się napitkiem… No, ja się delektowałam, bo mama wypiła kilka łyków, skrzywiła się z lekkim niesmakiem i odstawiła szklankę na stolik. Przeszło mi przez myśl, że może sok sfermentował? Ale raczej nie, przecież piłam go z rana - był pyszny i pachnący. No trudno, myślę sobie, nie to nie! W końcu każdy ma inny gust… Było super. Pogadałyśmy, pośmiałyśmy się, poszłyśmy na mały spacerek… No i oczywiście, jak to po miłym dniu, wieczór musiał być z jakąś akcją. Po wieczornych ablucjach szukam mojego wczoraj zrobionego toniku do twarzy. Nie ma! Na kuchennym stole, w łazience, na toaletce… Nie ma, jasna cholera! Już miałam zrobić awanturę Chłopu, bo jak coś ginie, to zazwyczaj jest to jego sprawka, gdy nagle odnalazłam słoiczek w lodówce. No prawda! Klepnęłam się w czoło, przecież sama go tam, durna, wstawiłam! Namoczyłam wacik… Kurde! Zapachniało malinami…

Zadzwoniłam z przeprosinami do mamy i obie dobrą chwilę ryczałyśmy ze śmiechu. Już posądzała mnie o kompletne beztalencie w szykowaniu owocowych przetworów. Całe szczęście, że w toniku, którym ją uraczyłam były tylko jadalne kwiatki, pokrzywa i ocet. W sumie, nawet na zdrowie jej to wyjdzie 😉

Jezu, przy kolejnej wizycie, będę musiała dobrze pochować wszelkie swoje naturalne, kosmetyczne "wynalazki”. A bo to ja wiem, co wypije mi mama następnym razem…?

sobota, 11 kwietnia 2020

Ale jaja!

Jakie mamy święta w tym roku- wszyscy wiemy. Sytuacja na świecie, przepisy i obostrzenia, a także zdrowy rozsądek każą nam zostać w domach. 
Nie będzie święcenia jajek, rodzinnych zjazdów, wspólnych spacerów ani radosnego rozgardiaszu, który zawsze towarzyszy świątecznym dniom. Spróbujmy jednak znaleźć jakieś dobre strony również w  takiej sytuacji. 
Święta bez panicznego sprzątania, bo co powie mama na takie pomazane okna? Bez nerwów, że pasztet nie będzie smakował teściowej. Na luzie, w gronie najbliższych, we własnych, nie do końca wypucowanych kątach.
Skoro już idę na łatwiznę to, zamiast wyskrobać coś nowego, przypomnę Wam post świąteczny sprzed kilku lat. 
Wesołych Świąt! Niech będą spokojne i zdrowe- dziś te proste życzenia nabierają głębszego sensu.

Z doniesień medialnych wynika, że rocznie produkuje się na świecie około 1,2 tryliona jaj spożywczych, a zgodnie ze statystyką przeciętny mieszkaniec ziemi zjada w ciągu roku około 173 jaj pod różnymi postaciami. Rzadko kto się nad tym zastanawia, ale przeciętna kura nioska znosi od 250 do 270 sztuk jaj rocznie. Niektóre gatunki są w stanie znieść jednego roku ponad 300 sztuk, a przekrój  wielkości jaj jest doprawdy imponujący.



Czasem zdarza się, że w jaju znajdują się dwa żółtka. To dlatego, że młode kury nie mają dobrze zsynchronizowanego cyklu produkcyjnego i zdarza się, że w jednym jaju znajdą się dwa zarodki, czyli dwa żółtka.

Największe znane człowiekowi jaja znosił mamutak- tzw. Ptak Słoń. Jest to wymarły gatunek, który żył na Madagaskarze. Jakiś czas temu, w londyńskim domu aukcyjnym Christie sprzedano zachowane w całości, częściowo skamieniałe, jajo mamutaka. Ma ono 30 centymetrów wysokości i 21 średnicy.


Z obecnie żyjących gatunków największe jaja składa struś północno-afrykański, którego jaja mierzą sobie średnio od 15 do 20,5 cm długości oraz 15 cm średnicy.



Z kolei najmniejsze jaja na świecie znosi koliberek hawański, mierzący zaledwie 6 cm. Przeważnie znosi 2 jaja o wadze 0,25 g i wielkości 6,35 mm.



Jednocześnie w stosunku do masy ciała, jajo kolibra jest największym jajem, zaś jajko strusia jest jajem najmniejszym ;)

Ubarwienie jaj może być przeróżne: od białego do czarnego przez różowe, zielone, błękitne. Z naszych ptaków różowe w ciemne kropki jaja składa np. zaganiacz, a piękne turkusowe — drozd śpiewak. Białe jaja składają ptaki gniazdujące w norach czy dziuplach albo ptaki bardzo silne, których jajom nie grozi niebezpieczeństwo. Z kolei ptaki składające jaja na otwartej przestrzeni mają jaja tak ubarwione, że ich prawie nie widać.


Jak długo może trwać proces wysiadywania jajka? Najkrócej u małych ptaków - 9-11 dni. U większości ptaków śpiewających są to 2 tygodnie, kura wysiaduje 3 tygodnie, kaczka - 28 dni, a większe ptaki zazwyczaj 30-32 dni. Ale są też ptaki, które wysiadują jaja przez 60 dni. Najszybciej jednak wysiaduje się jaja męskie. Czasem wystarczy kilka minut i już. Po ptokach...



No właśnie, bo przecież nie tylko ptaki znoszą jaja. Z jaj rozmnażają się gady, płazy, owady. Ba, ja sama co miesiąc znoszę jedno ;) Jeszcze...

W Kambodży, Wietnamie i Tajlandii popularnym fast foodem są smażone jajeczka mrówek, które ponoć mają maślany i lekko orzechowy smak.
W Norwegii i Wielkiej Brytanii popularnością cieszą się jaja mewie sprzedawane po bardzo wysokich cenach ze względu na ich ograniczoną podaż. Są one 2-3 razy większe od kurzych i mają wyjątkowe walory smakowe.
A jeśli już mowa o horrendalnie drogich jajkach konsumpcyjnych, to niekwestionowanym zwycięzcą jest ikra z bieługi, zwana czarnym złotem. Kilo rybich jajeczek kosztuje 34 tysiące dolarów.

Najczęściej jednak, mimo wszystko, zjadamy jaja kurze. Oprócz nich coraz większą popularnością na wielkanocnym stole, i nie tylko, cieszą się jaja przepiórcze.

Jeśli już jesteśmy przy kulinariach... Jajka w majonezie, faszerowane, omlety... nuda. A może by tak poszaleć? Może Azja...?
Wszyscy wiemy, że w Azji gusta kulinarne należą do dość specyficznych. Nic więc dziwnego, że to tu zjada się najdziwniejsze rodzaje jajek.

Balut to przysmak pochodzący z Azji południowo-wschodniej, zwłaszcza kuchni wietnamskiej. Jest to na wpół rozwinięty kaczy lub kurzy płód, który jest gotowany w skorupce jajka. Spożywa się go w całości, razem z kośćmi i dziobem. W Wietnamie i Laosie balut jest bardziej popularny niż hamburgery i pizza, a na Filipinach jest uważany za potrawę narodową. W Azji uważa się także, że danie to jest afrodyzjakiem.


Albo stuletnie jajko. Jest charakterystyczną potrawą kuchni chińskiej. Jest to zakonserwowane i przechowywane od kilku tygodni do kilku miesięcy jajo. Proces tworzenia dania rozpoczyna się od włożenia jajek do blaszanego naczynia wypełnionego roztworem z gliny, niegaszonego wapna, soli, herbaty, łusek ryżowych i wody. Jajko robi się brązowe lub czarne i nabiera galaretowatej konsystencji, żółtko jest natomiast brązowozielone. Potrawa jest jak wino: im starsza, tym lepsza. Często podawane są osobom chorym i będącym na diecie. Macie ochotę?


I na koniec prawdziwy rarytas rodem z Chin. Jajka w moczu. Podobno musi spróbować tego każdy młody chłopiec. By je zrobić, najmłodsi mieszkańcy miasta mają obowiązek oddać mocz do wiadra. Mocz zgromadzony w wielkim kotle jest podgrzewany do wrzenia, po kilku minutach jajka są do niego wkładane i gotowe.


Ach, czujecie ten aromat?

Ps.- Po lekturze tego, co sama (przy pomocy neta oczywiście) napisałam, stwierdzam, że jajka w majonezie są jednak zajebiste... ;)))

wtorek, 6 sierpnia 2019

Klęska urodzaju

Ręce mi odpadają, oczy się zamykają i w ogóle zdechła jakaś dziś jestem, pójdę więc na łatwiznę i co się u mnie dzieje pokażę Wam na zdjęciach. 
Jak co roku o tej porze mój czas absorbują dary natury. Wracam z pracy, zbieram opadłe jabłka lub obrywam ogórki, siadam na schodach i strugam, obieram, wycinam zgniłki, myję, przebieram itd. Dzień świstaka normalnie. Grzech narzekać, bo zimą będzie jak znalazł. Nie tylko zresztą zimą, bo i teraz zajadamy się małosolnymi i z rozkoszą pijemy świeżo wyciśnięte soki. No, a samo się nie zrobi. Zresztą szczerze mówiąc,  nawet lubię tę nieskomplikowaną, choć nudnawą, robotę, a zapełniające się w piwnicy półki napawają mnie gospodarską dumą ; )

Nastawiony w połowie czerwca ocet malinowy jest już zdatny do spożycia, choć jeszcze delikutaśny bardzo.






Zaprawiony zeszłoroczną matką octową doszedł idealnie i wytworzył kolejną matkę, która na dniach powędruje do słoja z octem jabłkowym.



Po kompotach czereśniowych i wiśniowych przyszła kolej na ogórki.



Kiszone, korniszony, w zalewie curry [uwielbiamy] i przeciery na zupę.




Sezon ogórkowy jest w tym roku wielce łaskaw, więc zaczyna mi już brakować słoików! 
A tu już straszą pomidory! Dopiero co były zielone niczym szczypiorek na wiosnę,



później zżółkły,



i nagle nabrały soczystych, apetycznych barw.




Jessu, śliwa też ugina się od owoców! 




Zaraz przyjdzie czas na gruszki... 
W międzyczasie jakieś ciacho [buraczkowe],



czy pierogi z borówkami...





A dupsko rośnie!

Tak więc przełom letnich miesięcy obfituje u mnie i w owoce, i w warzywa, i w... jerzyka.
Dzikus Kaszaneczka robi się coraz mniej dzika. Można powiedzieć, że jedną łapeńką już domowa ;)



Hm... może dlatego, że swym czułym nochalem wywąchała kolejnego biedaka, który trafił do mnie na podkurowanie. Szanowne Panie, tamtaradam, przedstawiam Wam Tomaszka.



Zaplątał się nieborak w żyłkę i zranił skrzydło wędkarskim haczykiem. Znalazła go moja siostrzenica o wrażliwym serduszku i w te pędy przyniosła do ciotki ;) Na szczęście wet mówi, że za dwa, trzy dni powinno być okej. Siedzi na razie wystraszony, chlipnął trochę wody, ale jak cztery, wrzucone do klatki muchy leżały, tak leżą nadal. Zobaczymy jak będzie jutro.





 Trzymajcie kciuki!

Edit: Niestety. Po powrocie z pracy ptak już nie żył ;[

wtorek, 6 listopada 2018

Mrówka octowa

Dziś był dzień octów. Niczym mróweczka przelewałam, wyparzałam i odcedzałam. Uzyskałam kilka dobrych litrów domowych octów. W kuchni śmierdziało starymi skarpetami, blaty zawalone były kawałkami gaz i papierowymi filtrami do kawy, pomarszczyły mi się od wody opuszki palców, ale kilkanaście butelek żywego octu wyniosłam do piwnicy. Czynności dnia nie były, jak powinno by się było wydawać, upierdliwe, lecz wręcz ekscytujące, ponieważ domowy ocet robiłam po raz pierwszy w życiu.

Zaczęłam wczesnym latem. W związku z wybitnym urodzajem jabłek dostałam całe wiadro lekko przejrzałych już papierówek. Jeść ich za bardzo się nie dało, bo miały smak, nomen omen, papierowy. Zrobiłam kilka jabłeczników,jeden ryż z jabłkami i garnek kompotu, lecz owoców zostało jeszcze pół wiadra. Nie chciało mi się bawić ze słoikami [bo wiedziałam, że na mojej jabłonce zbiory będą bardzo udane] a żal było wyrzucić. U którejś z blogowych koleżanek znalazłam wpis o octach i zainspirowałam się nim- tego właśnie podświadomie szukałam!

Pokroiłam jabłka na cząstki, zalałam posłodzoną wodą i ...już! Teraz wystarczyło już tylko dać działać siłom Natury. Do boju ruszyły bakterie i drożdże. W słoiku przykrytym kilkoma warstwami ręcznika papierowego nastąpił proces fermentacji, jabłka zaczęły buzować a w kuchni zapachniało tanim winem. Po jakichś trzech tygodniach zbrązowiałe owoce opadły na dno, odcedziłam jabola i rozpoczęła się fermentacja octowa- czyli marnej jakości alkohol zaczął zamieniać się w wysokiej jakości ocet. 
Po miesiącu ocet był gotowy, a po kolejnym zużyty ;) Do picia z wodą, do galaretki z kurczaka, do różnych winegretów, ale też do płukania włosów, przemywania twarzy i umycia mikrofalówki. Nikogo więc pewnie nie zdziwi, że gdy sezon jabłkowy zaczął się naprawdę, ponownie nastawiłam ten cudowny płyn. Teraz jednak, jako doświadczona mrówka octowa, postanowiłam zaszaleć. Nastawiłam ocet z jabłek, zielonych winogron i jesiennych malin. Jabłka i maliny zalałam osłodzoną wodą, a z winogron postanowiłam zrobić ocet winny na bazie samego soku. 
Słoje stały sobie pod zlewem, buzowały, fermentowały, podśmierdywały i dochodziły. Po odcedzeniu zostawiłam je nieco dłużej w słojach i to był bardzo dobry pomysł. Ocet malinowy cudownie pachnie i jest przejrzyście klarowny. Ocet winny wyszedł nieco mętny, ale zarąbisty w smaku. Kwaśno-słodki, aromatyczny zostawia w ustach posmak świeżych owoców. A w słoju z octem jabłkowym czekała mnie niespodzianka. Podczas przelewania coś plasnęło na sito. Przezroczysta, galaretowata masa- skarb octowników i dowód, że ocet jest naprawdę doskonały- matka octowa.


Pieczołowicie włożyłam ją do małego słoika, zalałam octem i odłożyłam na przyszły rok produkcyjny, bo z całą pewnością będę bawiła się w te klocki ponownie. 
Podobno żywy ocet można robić ze wszystkiego; owoców, warzyw, ziół, kwiatów [czarnego bzu, czeremchy, nagietka]. Można też mieszać różne składniki [np. owoce róży i tymianek] i wytwarzać octy jedyne w swoim rodzaju, według własnego smaku i gustu. Ogranicza nas chyba jedynie własna wyobraźnia.
Flaszki z octem wyniosłam do piwnicy, mogą stać nawet kilka lat. W mniejsze buteleczki przelałam ilość potrzebną na kilka dni i ustawiłam na honorowym miejscu. A co, niech patrzą i podziwiają! ;)


Wiem, że wiele z Was robi przeróżne cudeńka, a Wasze blogi są dla mnie nieocenionym źródłem pomysłów. Z jakich dzieł jesteście szczególnie dumne?

niedziela, 2 października 2016

Ptasie móżdżki

Nie będę pisać. 
Nie będę, bo po co mam siebie i Was denerwować!?
Nie będę pisać o kurduplach zakazujących badań prenatalnych. O facetach w czerni, których nie kręci spowiedź z in vitro. O idiotkach, które wołają głośno, że urodzenie chorego dziecka to dla matki wielki dar od Boga. Nie będę- bo po co? Podobno temat ustawy antyaborcyjnej jest tylko przykrywką i zasłoną dymną dla jeszcze podlejszych sztuczek- więc tym bardziej nie będę!

Będę natomiast musiała iść na czarny marsz. Według Anki podobno jestem, podobno myślę, podobno decyduję. No to ostatnie to już w ogóle fantasy! Pisałam już kiedyś tutaj, że podobne imprezy jakoś mnie nie podniecają, ale po rozmowie ze wzburzoną Anką nie mam wyjścia. Muszę iść albo zostanę wrzucona do jednego worka z moherami, społecznymi egoistami i pisuarami ;) Czyli- z tego wynika- zasłona dymna spełnia swą funkcję doskonale. 
Anka pół dnia truła mi o feminizmie i wyłącznym prawie do własnej macicy, musiałam więc ulec i chcąc nie chcąc jutro ubieram się w czerń i jadę do Choszczna. Wśród setek protestujących kobiet znajdzie się dziewczyna z dwójką dzieci, marząca o trzecim (Olka), dziewczyna w zaawansowanej ciąży (Anka. Pisałam już, że będą bliźniaki? ;))) Jeden to na pewno chłopiec, a drugie nie wiadomo, bo ściśle przytulone do braciszka pokazuje przy usg. tylko cztery litery;0) i dziewczyna, która najchętniej wyrzuciłaby do śmieci telewizor i radio i w ogóle nie udzielała się politycznie. Taki apolityczny laik- czyli ja. Niestety, nie da się! Polityka tak przeniknęła do naszych świadomości albo i nawet podświadomości, że pomimo iż wcale nie miałam takiego planu, pół posta poświęciłam właśnie jej. A niech to szlag!

Więc koniec na ten temat. W Rapsodii jesień. Po śniadaniu siadam sobie z kawką na tarasie i przez pół godziny nie ma mnie dla nikogo.


Sączę boski napój i obserwuję sikorkę, siedzącą na samym czubku wielkiego orzecha. Swoją drogą, gdzie sikorki podziewają się latem? No więc siedzi sobie i dziubie w wiszącego, ukrytego w poczerniałej skorupce orzeszka. Dziubie, dziubie, dziubie... W końcu siłą rzeczy (i upartego ptasiego dzioba) orzech spada. Zdziwiona sikorka odprowadza go wzrokiem, przez chwilę kręci z degustacją łebkiem w czarnym berecie, po czym robi mały skok i obrabia następnego. I dochodzę do wniosku, że określenie „ptasi móżdżek” ma jednak sens ;) Orzechów co niemiara. Każdego ranka zbieram dobre kilo jesiennych skarbów. Leszczyna dla odmiany nieudana w tym roku. Orzechów mało, co druga skorupka pusta, chyba trzeba będzie ją jakąś chemią jednak potraktować. Buraczki już w słoikach, jabłka w większości też, przyszła pora na gruszki. Kilka słoików gruch w miodowo- goździkowej zalewie czeka na wyniesienie do piwnicy, część na pasteryzację, a część na obranie. Chyba zrobię nalewkę.




Co wieczór palę w kominku. Bynajmniej, nie dlatego że jest zimno (choć czasami rzeczywiście jest;)) Spalam jedno, dwa drewka, a późnej w żar rzucam ziemniaki. I wciągamy na kolację z masłem i solą. Mniam...



A później zdziwko- znów spodnie w praniu się skurczyły...?

Poranki mgliste. Tajemnicze welony snują się nad polami. Tajemnicze pajęczaki atakują twarze, włosy i ręce gdy tylko wejdę do lasu. Wypuszczając kozy na łąkę, zachwycam się misterną koronką, w jaką przystroiły się przydrożne krzaki. Na ścianie koziarni zaczyna się czerwienić bluszcz. Jeszcze trochę i zacznę zbiory czarnego bzu. 
Jesień...

sobota, 18 czerwca 2016

Początek kołchozu

Rozpoczęły się pierwsze prace przetwórcze. Wiosna ma się ku końcowi, zaraz śmignie lato i jesień, a zimą z przyjemnością sięgniemy po zapachy i smaki zamknięte w słoikach i ukryte w piwnicy. Truskawki się kończą, czereśnie już gotowe do zbiorów, dojrzewają wiśnie i porzeczki. Truskawek nie miałam w tym roku za wiele. Rozsadzone jesienią krzaczki pięknie kwitły, ale owoców zawiązały mało. Kilka razy zrobiłam pierogi, ciasto z galaretką, trochę pojedliśmy prosto z krzaczka. Kupiłam dwa kilogramy z myślą o włożeniu w słoiki, ale nie zdążyłam, Jurek zalał je spirytusem, więc zamiast w słoiki pójdą do butelek ;)


Ścięłam i zamroziłam grządkę zielonego koperku. Zapach, jaki roznosił się w kuchni, zmusił mnie niezwłocznie do zrobienia pierwszych ogórków małosolnych. Ogórki z bazarku, ale reszta igrendencji z ogródka- z dumą wydziabałam spod płotu trochę chrzanu, z krzewów czarnej porzeczki oberwałam kilka pachnących listków, a spomiędzy truskawek wyrwałam trzy niewielkie czosnki. Zapakowałam do słoja, zalałam solanką i już buzują wesoło, ciesząc oczy i nosy. Kozy zjadły resztę sałaty, bo poszła w pędy kwiatowe, ale następna porcja rośnie i lada dzień będzie nowa zielenina. 
Zamroziłam kilka woreczków szpinaku. Cztery słoiki zasypanego solą szczawiu i kilka z mniszkowym miodem już od maja stoją w piwnicy. Wkrótce dołączą do nich wiśnie i porzeczki, później ogórki i pomidory, jabłka, gruszki, śliwki... I tak do późnej jesieni. 
O matko!!!

niedziela, 12 czerwca 2016

Polska- biało czerwoni...

Na początek proste pytanie: co robili Polacy dzisiaj mniej więcej w godzinach 17.30- 20.00? Oczywiście oglądali mecz Polska-Irlandia Pn. Muszę powiedzieć, że nie jestem fanką piłki nożnej i szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam, dlaczego wszyscy tak bardzo podniecają się grupką dorosłych facetów ganiających po murawie za okrągłym kawałkiem skóry. Teraz już wiem. Boże, jakież to emocje!

Euromania opanowała też moją rodzinę (tzn. męską jej część) i wszyscy zjechaliśmy się do Anki i Ajrona ( pewnie dlatego, że Ajron ma największy telewizor ;)), aby wspólnie kibicować naszym chłopcom, wylewającym tony potu na stadionie w Nicei.
Na rodzinny spęd zakupy wyjątkowo zrobił Jurek. Wrócił z miasta samochodem przystrojonym w biało-czerwone flagi. Jedna przy antenie i dwie przy lusterkach.
-Za darmo dawali. Przy czteropaku browarów- Oznajmił zadowolony. Hm... łatwo policzyć ile piwska zakupił ;)
We Wiatrakach zaparkowaliśmy obok równie ustrojonych samochodów Piotrka i Ajrona. Faceci usadowili się w salonie a my poszłyśmy do mniejszego pokoju, gdzie znajduje się drugi telewizor. Dzieci, z twarzami pomalowanymi narodowymi barwami, pałętały się po domu i obejściu, zadowolone że żaden z dorosłych nie zwraca na nich uwagi. Niestety w damskim gronie zabrakło czteropaków, gdyż ja musiałam jakoś odwieźć Jurka, siebie i Natana do domu, Anka jest w ciąży, a Olka postanowiła się z nami solidaryzować. Było natomiast kilka paczek czipsów (Ola przygotowała dla Anki- ku przerażeniu obdarowanej- zdrowe czipsy warzywne), miska popcornu i z dziesięć kilo truskawek. Przy okazji spotkania postanowiłyśmy, że zrobimy sobie wieczór piękności, więc na użycie czekały też różne naturalne maseczki. Z ziemniaka, banana, truskawki zmiksowane z mąką ziemniaczaną i tym podobne wynalazki, które może nie pomogą, ale na pewno nie zaszkodzą ;)
O 17.50 zaczął się mecz. Panowie otworzyli piwa, my wypaćkałyśmy się bananami, truskawkowym kompotem wzniosłyśmy toast za wygraną i rozpoczęły się komentarze.

Salon
-No leć, leć... podaj do Błaszczykowskiego baranie...
Gościnny
-Fajny ten Błaszczykowski, taki kilkudniowy zarost jest całkiem seksy...
Salon
-Dawaj Kapustka! Niezły jest, choć smarkacz jeszcze...
Gościnny
-A propo Kapustki. Mówiłam wam, że gołąbki z kaszą gryczaną zamiast ryżu są zarąbiście smaczne...
Salon
-Jak faul! Co za debil!
Gościnny
-Zobaczcie jak idiotycznie wygląda facet, który żuje gumę z otwartymi ustami...
Wspólnie
- Gooool!!!
Kuźwa, nie widziałam, bo akurat maseczkę zmywałam, ale dziewczyny darły się równie głośno co faceci.
Z salonu dobiegały dzikie wrzaski radości i odgłosy stukania się kuflami. My walnęłyśmy sobie po kolejnym kubku kompotu. W czasie przerwy ponownie napełniłyśmy salaterki orzeszkami i czipsami, bo wszelkie przekąski znikały w mgnieniu oka i w takim samym tempie przybywało pustych butelek.
Salon
-Karny! Powinien być karny. Irlandczyk przyjął ręką.
Gościnny
-Ach Lewandowski... Podobno będzie tatusiem, słyszałyście? Ciekawe czy Ania ma poranne mdłości. Ja rzygałam jak struty kot...
Salon
-Dziewczyny, przynieście z lodówki piwo, bo się skończyło!

Dodam, że z salonu jest zdecydowanie bliżej do lodówki niż z pokoju okupowanego przez nas, ale Ola postanowiła się poświęcić. Po straconej bramce Irlandczycy ruszyli do boju i co rusz darłyśmy japy, bo kilka razy pod bramką Szczęsnego robiło się gorąco. W międzyczasie do pokoju przyszły dzieci. Natan pociągnął mnie za spodnie:-Ciociu, a wujek powiedział kurwa.- To nieładnie, ale wiesz, czasem się wymknie. Wujek jest taki zaaferowany grą, że pewnie nawet nie wie co je, a co dopiero co mówi.-Usprawiedliwiałam Jerzego. Mały wrócił do Michaliny i coś tam wspólnie cichaczem knuli.
Szczęsny ledwie obronił strzał. Natan zerknął na mnie znacząco- Ciociu, znowu! Już miałam iść poprosić chłopaków aby pilnowali lepiej swoich jęzorów, ale dzieci na szczęście ponownie wyszły na dwór.

Po dwóch żółtych kartkach, jednym golu, kilogramach niezdrowego żarcia (zdrowe zostało nieruszone) i hektolitrach piwa mecz zakończył się zwycięstwem Polski. Och, jaka to była radość! Gratulowaliśmy sobie, jakbyśmy osobiście ganiali po murawie i własnoręcznie (nożnie właściwie) wbili gola.



Ajron wyłuskał po omacku jednego czipsa i zjadł ze smakiem. Jego pies- Sułtan spojrzał z zawiścią i oblizał paszczę. Anka zerknęła do salaterki.
- Jasna cholera, co wy jecie? 
Natan i Miśka zaczęli coś do siebie szeptać. Ajron głośno przełknął, po czym podążył wzrokiem za Anią.
-K...wa.
-Faktycznie ciociu. Miałaś rację.- uśmiechnął się Natan.

Kolejny mecz u nas. Muszę kupić większy zapas psiej karmy. Taniej wyjdzie, a skoro i tak nie widzą różnicy...

sobota, 30 kwietnia 2016

Majowe grillowanie

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że weekend majowy będzie całkiem ciepły. Po ostatnich śniegach i porannych przymrozkach w końcu świeci słońce, a temperatura jest przyjazna dla wszystkich. Ani za zimno, ani za gorąco. Weekend majowy to znakomita okazja do popisów kulinarnych, a przede wszystkim pichcenia pod chmurką. No i oczywiście wspólnego konsumowania. 

Choć na ruszcie możemy piec prawie wszystko, począwszy od owoców, warzyw, poprzez ryby, aż do różnego rodzaju mięs i kiełbas, większość Polaków nadal hołduje karkówce, żeberkom i kiełbasie. I chociaż również u mnie nie zabraknie tejże klasyki (już słyszę jęk zawodu Jurka i Piotrka, gdyby jej zabrakło), to chciałabym opowiedzieć Wam o moich ulubionych i prostych daniach, które zamierzam przygotować. Grill grillem, wiosna wiosną, i tradycja tradycją, ale centymetrów w pasie (i nie tylko) mam zdecydowanie dość, więc będą to dania lekkie i przyjemne ;)
Nie może się obejść bez szaszłyków warzywnych. Można wykorzystać niemal wszystkie warzywa: pomidory, ogórki, cebulę, paprykę, sałatę, czosnek. Źle smakuje grillowana rzodkiewka, więc jej należy unikać. Do szaszłyków można dołożyć ser feta.
Bardzo lubię grillowaną marchewkę (wcześniej trochę ją podgotowuję), posypaną cynamonem. Ma niepowtarzalny smak.
Wcześniej przygotowuję również jabłka. Podpiekam je w piekarniku, nadziane rodzynkami i orzechami, i tylko podgrzewam na ruszcie.
Do moich ulubionych dań z grilla należy też pokrojona wzdłuż cukinia. Rozgniatamy 2 ząbki czosnku i mieszamy go z 1/4 szklanki oliwy z oliwek, odrobiną pieprzu i soli. Nacieramy tym plastry cukinii i odstawiamy na 20-30 min, po czym grillujemy z obu stron.
Połówki pomidorów posypane solą, pieprzem i bazylią smakują równie wybornie.
No i doprawione ziołami prowansalskimi ziemniaki... Do dań dietetycznych może nie należą, ale uwielbiają je zarówno dzieciaki, jak i dorośli.
Grilluję też owoce. Przekrojone na pół i pozbawione pestek brzoskwinie smaruję lekko miodem i układam na ruszcie miąższem do dołu. Miód się karmelizuje, brzoskwinia mięknie i wprost rozpływa się w ustach. Podobnie przyrządzam plastry ananasa.


Do upieczonych owoców odrobina śmietany albo gałka lodów i lepszego deseru ze świecą szukać. Nie lubię, w odróżnieniu od reszty rodziny, grillowanych bananów. Można je przyrządzić na kilka sposobów. Albo po prostu położyć w skórce na ruszcie i wyjeść środek łyżeczką, albo przeciąć (nie do końca) i nadziać np. czekoladą.
Lubię natomiast suszone śliwki owinięte plastrem boczku. Lubię również lejącego się w środku pleśniaczka, ale ze względu na błogosławiony stan Anki (pleśniaki nie służą kobietom w ciąży), zaserwuję oscypka kupionego w Zakopku i leżakującego sobie dotąd w zamrażarce. Nie mam co prawda dżemu żurawinowego, ale z porzeczkowym smakują równie doskonale.
No a co na deser? Jak to co- raphacholin...

A jak tam u Was z majówkowym grillowaniem? Macie jakieś ulubione smakołyki, których absolutnie i bezapelacyjnie musicie zjeść jeszcze kawałeczek? ;)

środa, 13 kwietnia 2016

Luksus czasem jest kością w gardle

Któż z nas nie tęskni za wykwintnością? Nie marzy o pysznym daniu malowniczo udrapowanym na talerzu? Kto nie wzdycha z lubością, wciągając nosem oszałamiające zapachy i nie łyka olbrzymiej ilości własnej śliny atawistycznie zbierającej się w ustach, na samą myśl o niebiańskiej rozkoszy dla podniebienia? Kto z nas mógłby oprzeć się wykwintnym deserom, lekkim jak puch i przy pierwszym kęsie doprowadzających nas prawie do orgazmu? No, kto nie marzy?

Piotrek nie marzy. 

Jakiś czas temu pisałam Wam o mojej szwagierce i jej najnowszym pomyśle. Ola postanowiła wziąć udział w kastingu do popularnego kulinarnego show. Dostała listę dań, spośród których kandydaci będą losować danie konkursowe i ćwiczy namiętnie na własnej rodzinie. Musicie wiedzieć, że Aleksandra gotuje obłędnie. Mój mielony ma się do jej mielonego tak, jak cinquecento do rolls royce. 
Dziś w porze obiadowej miałam niespodziewanych gości. Lekko skrępowany Piotrek z bardzo rozżaloną Hanią przyjechali na obiad. Cały swój czas poświęcam ogrodowi, więc na obiad były zwykłe, smażone w plasterkach ziemniaki i sadzone jajko (kury zaczęły się nieść- hurra!) Prostota pokarmu nie przeszkodziła jednak gościom w konsumpcji, a nawet wręcz odwrotnie. Jedli jakby były to królewskie smakołyki. Po obiedzie Piotrek postanowił podzielić się ze mną swoją ogromną zgryzotą.

– Ja się chyba rozwiodę…
– Jezus Maria!- przeraziłam się.- Co się stało?
Piotr milczał długą chwilę.
– Olka postanowiła wszystkich nas wykończyć. – Hania kiwnęła głową, w pełni zgadzając się z ojcem. – Schabowy z ananasem w panierce z orzeszków piniowych był całkiem dobry. Polędwiczki cielęce z żurawiną i dziwnym miętowym sosem też były jeszcze do przełknięcia, ale jak podała te przegrzebki, to myślałem, że pawia puszczę… – zaczął swą smutną opowieść Piotrek.
– A ja myślałam, że pawia puszczę po tej wątróbce w czekoladzie… – Hania lekko pozieleniała na twarzy.
– Już ponad tydzień nie miałem w ustach normalnego jedzenia – żalił się dalej, ponurym głosem. – Jadłem jednak z uśmiechem na ustach i chwaliłem głośno, bo Ola tak bardzo się starała. Ale dzisiaj miały być na obiad ślimaki, z tym to już bym nie dał rady…
Z całych sił zacisnęłam usta.
– Ja też próbowałam jeść. – Dzielna dziewczynka miała łzy w oczach. – Ale jak mama nie widziała, to wypluwałam do doniczki albo w ręcznik papierowy, żeby później zanieść psu, ale on też tego nie chciał…
– Moje biedactwa…
Trzymałam jeszcze fason, ale czułam, że kolejne zdanie może być ostatnim i skończę z twarzą w kuchennej ścierze, próbując ukryć nieopanowany chichot.
– A jutro ma być komar… – Hania spojrzała na mnie z rozpaczą.
– Homar – poprawił córkę równie załamany ojciec.
– To ja mam pomysł – odpowiedziałam zduszonym głosem. – Ja zjem za was homara, a w zamian oddam tę mrożoną pizzę, która leży w moim zamrażalniku od stycznia. Może być?
– Dzięki, ciociu!
Z wielką ulgą Hanka rzuciła mi się na szyję. Przytuliłam na chwilę dziewczynkę, po czym poszłam do kuchni i złapałam pierwszy lepszy ręcznik.

Proszę- jak to z dobrobytu ludziom w doopach się przewraca... ;)))
Biedna Ola ;)

niedziela, 3 kwietnia 2016

Powitanie wiosny

Taaa,  impreza pod takim tytułem odbyła się dzisiaj w Rapsodii. Zwaliła się ekipa z Choszczna, z pełnymi wszelakich dóbr torbami. Dziewczynki wyprowadziły kozy (wszystkie pięć) na z wolna zieleniejącą się łąkę i z zapałem przystąpiły do poszukiwania jajek. Znalazły jedno, które wcześniej podrzucił (nie mylić ze "zniósł") cichaczem Jurek, gdyż kury jakoś nie chcą się nieść. Nie przejmuję się tym jednak za bardzo, bo pewnie muszą się zaaklimatyzować w nowym miejscu. A może koguta im trzeba? Na razie nie wypuszczam ich na większy wybieg. Przebywają w kurniku i wydzielonej wolierze, bo boję się, że czmychną gdzieś, gdy wypuszczę je luzem. Tak więc jajek na razie nie ma, ale jest za to wszystko pozostałe ;) Kiełbacha, kaszanka, pieczone ziemniaki i jabłka, oraz kiszone ogórasy z piwnicy. Trochę się zdenerwowałam, bo zamiast wody brzozowej wszyscy chlali wodę ognistą, ale cóż zrobić? Nie znają się, a o gustach się nie dyskutuje ;)

Towarzystwo postanowiło rozpalić ognisko, odkładając grillowane mięsiwa na niedaleką przyszłość. Piotrek- jak to Piotrek, z gałęzi i cegieł stworzył rusztowanie i kiełbaski piekły się same, pozwalając biesiadnikom na degustację średnio i wysokoprocentowych napojów.

Wśród wielkich pąków forsycji, zapowiadających mrowie żółtego kwiecia, krzątały się pracowicie pszczółki, zagłuszając prawie słowa Anki, która wyciągnęła mnie na babskie pogaduchy. No, właściwie to ja wyciągnęłam ją ;) Wczoraj wróciła z Kołobrzegu, gdzie "urzędowała" z gorącym doktorkiem. Na moje oko, zakochała się dziewczyna ;) Rozanielone uśmiechy, zamglone spojrzenie i nieskładna gadka mogą świadczyć albo o skretynieniu, albo o początkach wielkiego uczucia ;) Na moją propozycję, aby ominęła bzykanko i opowiedziała resztę, szczerze się zdziwiła, pytając- „Jaką resztę?” Hm... zastanawiam się więc, która opcja jest bardziej prawdopodobna... ;)



Olka natomiast zaskoczyła nas stwierdzeniem, że zamierza wziąć udział w castingu do znanego telewizyjnego, kulinarnego show. W związku z tym od jutra zaczyna serwować przegrzebki zamiast schabowego i panna cottę zamiast sernika. Zazdroszczę Piotrkowi, w życiu nie jadłam przegrzebek. Choć kiełbasa, dość mocno liźnięta przez jęzory ognia i lekko utytłana popiołem, też była całkiem smaczna.

Taa, woda ognista ośmiela i zachęca do zwierzeń. W związku z tym że ja również olałam dziś sok brzozowy, zakończę swój wpis, zanim wygadam Wam wszystkie moje sekrety! ;)
Pozdrawiam Was wiosennie- Mariolka ;).
Ps.- Jurek już śpi- męczące to powitanie  jednak było... ;)

środa, 30 marca 2016

Sok z brzozy i inne leśne dobra

Oj, wypiłoby się soku... Ale nie z kartonu czy butelki, ale takiego prościutko z sokowirówki- pysznego, pachnącego i zawierającego 100 procent soku w soku. Niestety na świeże owoce i soczyste warzywa musimy poczekać jeszcze kilka dobrych miesięcy. 
Na szczęście natura dba o nas również na przedwiośniu i właśnie teraz oferuje pyszne soki prosto z... drzew. Pamiętam z dzieciństwa, jak Ciotka Franka chodziła do lasu z małą siekierką, a wieczorem wracała z kankami pełnymi brzozowego soku- oskoły. 
Smak nie był jakiś rewelacyjny, ale posłodzony miodem sok dawał się wypić. Pamiętam też, że ciocia używała go do mycia włosów.

Korzystając z pięknej pogody, uzbrojona w te wspomnienia, świeżo nabytą wiedzę z Internetu, siekierkę, gumowe wężyki i 5-litrowe butelki po wodzie mineralnej, drugiego dnia świąt wybrałam się do lasu na rekonesans.
Soki zaczynają płynąć w drzewach na przedwiośniu, zwykle, gdy dzienna temperatura wynosi ok. 8 C. Jednak przy 8 C ciśnienie jest słabe. Lepiej zbierać soki, gdy temperatura wyniesie koło 15 C w słoneczny dzień. Nie wszystkie drzewa startują w tym samym czasie. Klony i jawory puszczają soki 1-2 tyg. przed brzozami. Warto o tym pamiętać: sok klonowy to bardziej marzec, a brzozowy raczej kwiecień. Soki najsilniej płyną w okolicach południa, kiedy jest najcieplej. I płynie ich więcej po nagrzanej stronie pnia. Najsłodszy, czyli najlepszy sok płynie na początku sezonu, więc dla zainteresowanych jest już ostatni dzwonek na przygotowania. Najsłodszy sok ma klon pospolity, potem klon jawor i klon polny. Mają zwykle do 4% cukru. Klon pospolity ma sok tak słodki, jak klon cukrowy w Kanadzie. Brzozy są prawie o połowę mniej słodkie, a graby o połowę mniej słodkie od brzóz. Wielu ludzi wyobraża sobie, że takie soki są tak gęste jak syrop klonowy kupiony w sklepie. O nie! Soki drzewne są wodniste. Zawierają cukry, kwasy organiczne i sole mineralne, ale głównie wodę!

Postanowiłam zebrać trochę soku z klonu i sprawdzić, czy już obudziły się brzozy. Z niemałym, a nawet całkiem sporym wysiłkiem wydziabałam na korze nacięcie w kształcie litery V. Od dołu wbiłam metalową rurkę z nałożoną gumową końcówką, a drugą część owej końcówki umieściłam w butelce. Sok zaczął kapać prawie od razu. Z klonu pomalutku, kropelkami, a z brzozy wąskim strumyczkiem. Przyznam się szczerze, że czynności te zajęły mi ze dwie godziny ;) Wzięłam jednak ze sobą Zarazę i Mandarynkę, więc przynajmniej dziewczynki poskubały sobie do woli młodziutkich pączków i gałązek. Cytryna z maluchami została w sadzie pod opieką ,wystraszonych jeszcze nieco, pięciu zielononóżek.
Oczywiście nie mogłam się pohamować i pierwsze krople zlizałam prosto z drzewa, raniąc sobie łakomy jęzor o postrzępioną 
korę pni ;) Rzeczywiście, sok z klonu jest lepszy. Brzozowa woda smakowała jak... woda ;) Wieczorem wróciłam po zebrane owoce mojej (a właściwie to drzew) pracy. Oskoły naleciało prawie półtora litra, a soku klonowego niecały litr. Klonowy wypiliśmy od razu, a sok z brzozy wstawiłam do lodówki. Można go przechowywać do czterech dni, lecz już dzisiaj nie ma ani kropelki;) Z plasterkiem cytryny i odrobiną miodu smakuje świetnie. Lepiej niż pamiętam z dzieciństwa.

Pogoda popsuła mi szyki, bo sok zbiera się w słoneczne dni, a z nieba co rusz lecą wiadra deszczu. Zapowiadają jednak, że weekend ma być słoneczny, więc już upatrzyłam sobie kolejnych darczyńców. Aby nie zaszkodzić drzewom, trzeba przestrzegać kilku zasad. Drzewa nie mogą być zbyt młode. Średnica pnia musi mieć wielkość co najmniej równą grubości męskiego uda. Z jednego drzewa pobiera się sok tylko z jednego nacięcia, które później można zabezpieczyć maścią p. grzybiczą lub żywicą, choć zazwyczaj drzewa radzą sobie z tym same.
O właściwościach oskoły i innych soków nie będę pisać, bo jest tego w Internecie cała masa. Można je również przetwarzać. Robić syropy, destylaty, nawet wina. Warto też zajrzeć do Łukasza, który na ten temat wie wszystko i którego wiedzą posiłkowałam się w tym poście.

A więc drogie Panie, siekierki w dłoń i idziemy w lasy. I nie obawiajcie się, że skrzywdzicie drzewo. Tradycja pozyskiwania soku sięga prehistorycznych czasów. No, prawie... ;)