a

a
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hahaha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hahaha. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 czerwca 2021

Pisze się...

 Jak ja lubię spokojne popołudnia! Gdy nie ma zaplanowanej roboty, a żadna niezaplanowana nie wyskakuje z kątów niczym filip z konopi. Gdy pogoda jest w sam raz, nie za ciepło, nie za zimno, żaden sąsiad nie warczy kosiarką a z pobliskiego zakładu nie dobiegają denerwujące odgłosy spawania, cięcia i hałaśliwego rzucania złomem do celu. Siadam sobie wtedy na tarasie w wygodnym, rattanowym krześle, na stoliku stawiam dzbanek wypełniony wodą z miętą, ogórkiem i cytryną, na kolanach kładę laptop i biorę się za pisanie. Już po kilku chwilach przenoszę się w świat wykreowany w mojej własnej głowie i zamieniam w bohaterkę kolejnej powieści. No więc… kanapkę z ogórkiem, tak, niech sobie zje na śniadanie kanapkę z ogórkiem… Hm, a ciekawe jak moje ogórki? Zimne noce i poranki nie sprzyjają im za bardzo. Co prawda wykiełkowało kilka marnych sztuk, z pożółkłymi listkami i ogólnie rzecz biorąc nie rokujących dobrze. Trzeba będzie dokupić sadzonek i dosadzić. Dobra, wracamy… Po śniadaniu jakiś spacerek. Może do ogrody botanicznego? Akurat kwitną rododendrony… W moim przydomowym ogrodzie kwitną również. Mam dwa piękne egzemplarze, różowy i fioletowy. Okazałe kwiaty widać już z daleka. Cieszą oko i napawają ogrodniczą dumą. Kurczę, dawno nie dostały odżywki, trzeba je podlać, niech kwitną jak najdłużej. No, a przy okazji przydałoby się zasilić borówki. Ich kwiaty nie są tak okazałe, lecz ilość drobnych, białych dzwoneczków sugeruje niezłe zbiory za kilka miesięcy. No i pomidory… Po godzinie udaje mi się zasiąść z powrotem do lapka. Co to ja miałam…? A, do ogrodu botanicznego. Jakiś zabawny motyw. Może się wyrżnie? O!, albo ptak ją osra? Tak na szczęście… Mnie zdarzyło się to wczoraj i w sumie nie było zbyt zabawne…  Niezbyt zabawny był też komentarz rozweselonego tym zdarzeniem Chłopa o nielatających na szczęście krowach…  A propo ptaków… Zerknęłam na dach kanciapy. Parka mazurków zrobiła sobie gniazdko w gąsiorze. Nie wiem doprawdy, jakim cudem wciskają się do środka przez mikroskopijną szparkę, ale jakoś sobie radzą. Co kilka chwil z dziobem pełnym owadów przylatują do czekających cierpliwie piskląt. Nawet gdybym nie wypatrzyła kiedy skrzydlaty rodzic wraca do gniazda, nie dałoby się nie usłyszeć donośnego pisku głodnych maluchów. Z gąsiora dobiega wówczas odgłos podobny do dzwonienia srebrnych, drobnych dzwoneczków. Po kilkuminutowej obserwacji uwijających się ptaków moja głowa automatycznie obróciła się w stronę kolejnego gniazda. Mazurki wybrały bezpieczne miejsce na dom, w odróżnieniu od parki niezbyt mądrych kopciuszków, które uwiły gniazdo pod dachem altanki, tuż nad legowiskiem kotów. 

One również uwijają się jak w ukropie, łowiąc i przynosząc małym żarłoczkom smakowite muchy i inne latające przysmaki. Na chwilę przysiadają na rosnącej obok starej śliwie, lub na pałąku od hamaka, rozglądają się dookoła popiskując niczym zardzewiałe drzwi i pikują pod dach altanki, skąd po chwili rozlega się perliste ćwierkanie małych kopciuszków. Dobra. No więc idzie do tego ogrodu i…? Zanim wymyśliłam co dalej wróciły z eskapady koty. Jeszcze ich nie widać, lecz kopciuszek zaczyna wydawać odgłosy jakby ktoś małym młoteczkiem wbijał gwoździe w drewnianą deskę. To nieomylny znak, że nadciąga niebezpieczeństwo. I owszem. Po kilku sekundach przez pręty ogrodzenia przecisnął się Kaszotto. Zerknął na zdenerwowanego kopciuszka, lecz leniwy kocur jest ponad to. Po co wysilać się dla takiej odrobiny upierzonego mięska, skoro w misce za chwilę pojawi się gotowe danie? Co innego Kaszanka. Nie raz i nie dwa z obawą przyglądałam się, jak czai się  w trawie czyhając na błąd skrzydlatego posiłku. Na widok Kaszanki kopciuszki rozkrzyczały się na dobre. Kląskając i stukając, błyskając rudym niczym u wiewiórki ogonkiem wymyślały jej od najgorszych. Kocica jednak nie miała czasu na kłótnie z ptakami. Z dumą weszła na taras, złożyła pod moimi stopami zdobycz w postaci małej ryjówki, zasiadła obok Kasza i z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku zajęła się toaletę. Wzięłam ryjówkę i wyrzuciłam za płot. Chyba miałam ją skonsumować, lecz jakoś nie wyglądała zbyt apetycznie. Z pewnością jednak nie pogardzą małym truchełkiem sroki, które skrzecząc i pokrzykując, niczym biało-czarne błyskawice co chwila przecinają niebo. One też mają młode. Od kilku już lat mają gniazdo na wielkim głogu rosnącym tuż przy płocie. Kiedyś nawet ratowałam małego, sroczego nielota przed śmiercią w kocich zębach. Oprócz myszy i nornic sroki nie gardzą też kocią karmą. Na własne oczy widziałam, jak kręcąc głową na wszystkie strony jedna z nich podkradała z kociej miski pozostawione kąski, podczas gdy jej partner, lub partnerka siedziała na czujce. Dobra… idzie więc do tego ogrodu… Zniecierpliwiony Kaszo wskoczył na klawiaturę laptopa i z wyrzutem spojrzał mi w oczy. Jezu! No dobra, idę, idę… Wypiłam resztkę wody, zapisałam plik, zamknęłam komputer i popędzana miauczeniem weszłam do domu. Kaszo i Kaszanka zgodnie usiadły pod lodówką. No i jak tu pracować? Jak pisać, skoro wszyscy wokoło przeszkadzają? Skoro dookoła dzieje się tyle pasjonujących historii?

Słońce zaszło nie wiadomo kiedy. Mazurki i kopciuszki odpoczywały w swoich gniazdkach, najedzone koty zaległy na poduszkach, może teraz? Odpaliłam lapka. No więc… idzie do tego ogrodu…

- Mariolka! Może jakąś kolację byśmy zjedli?

Matko z córką!

środa, 19 maja 2021

Inspiracja

 

Każdego inspiruje coś innego. Lub ktoś inny. Czasem jest to jakiś zapierający dech w piersiach widok, woń przynosząca wspomnienie pięknego dnia z przeszłości, czasem przeczytany wiersz, lub poruszająca proza.

Korzystając z pięknej pogody i niezbyt absorbującego dnia w pracy wyruszyłam moim wiernym rowerem na polne dróżki w poszukiwaniu inspiracji. Przy okazji zaplanowałam zbiory majowej pokrzywy, młodych liści czarnej porzeczki i dzikich jeżyn, kwiatów kasztanowca i innego dobra, które wpadnie mi w oczy i ręce. Ciepły wietrzyk przyozdobił błękitne niebo kosmatymi obłoczkami, które podświetlone na brzegach promieniami słońca wyglądały jak pucharki śmietankowych lodów. Hm… fluorescencyjne lody? Kurczę, to nie brzmi apetycznie… Dobra, nieważne. Jechałam sobie niespiesznie zachwycając się roztaczającymi się po obu stronach ścieżki widokami i ostrożnie omijałam kałuże pozostałe po wczorajszym deszczu. Wbrew pozorom nie była to wcale taka prosta sprawa. Dookoła brunatnozielonych jeziorek kwitło życie towarzyskie. Jeden z rozgrzanych kamieni okupowała szarozielona, nakrapiana drobnymi plamkami jaszczurka zwinka. Rozłożyła szeroko uzbrojone w długie pazurki łapki, a długi, zgrabny ogon drgał nerwowo na mój widok. Wyglądała jak miniaturowy krokodyl, czekający cierpliwie na jakiegoś nieuważnego pływaka. Hm… na wszelki wypadek szybko się odsunęłam. Na brzegu relaksowały się całe stada winniczków. Ich różnokolorowe muszle połyskiwały w blasku słońca niczym drogocenne kamienie. Soczystoczerwone rubiny poznaczone prawoskrętnymi spiralami, jadeitowe paciorki z drobnymi, ciemnymi piegami, butelkowozielone szmaragdy z idealnymi, jakby wyrysowanymi cyrklem okręgami… Niektóre z nich wysunęły swe zakończone wypukłymi gałkami ocznymi różki i miałam dziwne wrażenie, że patrzą na mnie jak na czubka. Kilka centymetrów dalej pomrowy i śliniki wygrzewały swe gąbczaste, tłuste brzuchy. Jezu… fuj! Nad kałużami unosiły się całe stadka komarów. Krążyły nad ciemnym lustrem wody wykonując niezwykle skomplikowany taniec, złożony z wirujących piruetów, delikatnych uniesień i  nagłych zwrotów kierunku. Jeden z maleńkich tancerzy, wygrywając przezroczystymi skrzydełkami odwieczną arię swego gatunku przysiadł na mojej dłoni w poszukiwaniu chwili odpoczynku i odrobiny strawy. Bezduszne klapnięcie sprawiło, że jego pieśń urwała się gwałtownie.

Dobra, może już wystarczy…

W me dłonie wpadła cudowna, magiczna książka – „Moja rodzina i inne zwierzęta” Geralda Durrella. Według opinii czytelników doskonała na doła, depresję i zniechęcenie. Przeczytałam ją jednym tchem. Pożarłam! Autor niesamowicie poetycko, lecz równocześnie bezpretensjonalnie i z humorem opisuje przyrodę. Miłość i pasję do fauny i flory. Do najmniejszego, choćby najpaskudniejszego przedstawiciela świata, który nas wszystkich otacza. Postanowiłam napisać tak samo jak On.

Cóż, czytelnicy mieli rację. Ta powieść jest idealna na doła, depresję i zniechęcenie. Po lekturze powyższego tekstu złapałam i doła, i depresję, i zniechęcenie…  


 

niedziela, 11 kwietnia 2021

Nie wszystko złoto, co się świeci

 Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ba, pszczoła też jeszcze nie, lecz powietrze już pachnie wiosną.

Przynajmniej w te, jeszcze nieliczne, ciepłe, słoneczne dni. W ogródku zaczęły wschodzić rzodkiewki i szpinak, cebula wyhodowała sobie na głowie zieloną czuprynę a ziemniaki w piwnicy w te pędy zaczęły puszczać pędy. Wciąż trzeba posiłkować się sokami i kompotami, lecz pojawiły się już pierwsze zioła. Można powoli żegnać się z zeszłorocznym suszem i cieszyć się nowymi skarbami Matki Natury. A wszystko jurne, jędrne, prężne jak… no, jak szczypiorek na wiosnę. Już suszy się pierwsza porcja forsycji i cudownie pachnącego fiołka wonnego. 

Jasnota purpurowa ścieli się pod stopami i namawia: zerwij mnie, zjedz mnie w sałatce, wypij w naparze, szczególnie jeśli naparza cię głowa! No to rwę. Z czystą rozkoszą robię herbatki z młodziutkiej pokrzywy i toniki do twarzy z fiołków i ogrodowych bratków. Po wymieszaniu z octem jabłkowym toniki mają cudny, głęboki kolorek.

Piękna pogoda skłania do opuszczenia czterech ścian, wyjścia na świeże powietrze, słuchania ptasich treli  i delektowania się napitkiem na tarasie. Tak też było i dzisiejszego dnia. Słoneczko przygrzewało na tyle energicznie, że wraz z przybyłą w gościnę mamą rozwaliłyśmy się wygodnie na leżaczkach, wystawiłyśmy twarze do słońca i cieszyłyśmy się chwilą. Gorącą kawę postanowiłyśmy zamienić na jakiś wiosenny, orzeźwiający napój. W związku z tym, że mama niezbyt gustuje w ziołach, uszykowałam jej wody z sokiem malinowym, dzień wcześniej przyniesionym z piwnicy. Nalałam szczodrze, do ostatniej kropli- a niech se kobita ma! Siedzimy, gadamy, delektujemy się napitkiem… No, ja się delektowałam, bo mama wypiła kilka łyków, skrzywiła się z lekkim niesmakiem i odstawiła szklankę na stolik. Przeszło mi przez myśl, że może sok sfermentował? Ale raczej nie, przecież piłam go z rana - był pyszny i pachnący. No trudno, myślę sobie, nie to nie! W końcu każdy ma inny gust… Było super. Pogadałyśmy, pośmiałyśmy się, poszłyśmy na mały spacerek… No i oczywiście, jak to po miłym dniu, wieczór musiał być z jakąś akcją. Po wieczornych ablucjach szukam mojego wczoraj zrobionego toniku do twarzy. Nie ma! Na kuchennym stole, w łazience, na toaletce… Nie ma, jasna cholera! Już miałam zrobić awanturę Chłopu, bo jak coś ginie, to zazwyczaj jest to jego sprawka, gdy nagle odnalazłam słoiczek w lodówce. No prawda! Klepnęłam się w czoło, przecież sama go tam, durna, wstawiłam! Namoczyłam wacik… Kurde! Zapachniało malinami…

Zadzwoniłam z przeprosinami do mamy i obie dobrą chwilę ryczałyśmy ze śmiechu. Już posądzała mnie o kompletne beztalencie w szykowaniu owocowych przetworów. Całe szczęście, że w toniku, którym ją uraczyłam były tylko jadalne kwiatki, pokrzywa i ocet. W sumie, nawet na zdrowie jej to wyjdzie 😉

Jezu, przy kolejnej wizycie, będę musiała dobrze pochować wszelkie swoje naturalne, kosmetyczne "wynalazki”. A bo to ja wiem, co wypije mi mama następnym razem…?

środa, 11 marca 2020

Koronawirus atakuje!

No i się doczekaliśmy! 
Wszyscy trąbili, że jeśli tak będzie dalej, jeśli nie będziemy dbać o siebie i naszą planetę to będzie źle. Jeśli nie będziemy używać mydła, myć rąk po wyjściu z toalety, odkażać klamek i poręczy 60% alkoholem i uważać na przesyłki z Chin to dojdzie do tragedii. I stało się!

Owszem, było źle gdy wody Nilu zamieniły się w krew i wszystkie ryby wyginęły, a zaraza powaliła bydło i zapanował głód. Żaby, szarańcze i inne muchy też nie były fajne. Krucjaty i wojny zabiły mnóstwo ludzi. Postęp techniczno-urbanizacyjny doprowadził do zmiany stylu życia, co zaskutkowało ogromem społecznych chorób dziesiątkujących ludzką populację. Klęski żywiołowe, pechowe zdarzenia, nieszczęśliwe wypadki, długo by można wymieniać, lecz jeszcze nigdy nie było aż tak źle. Zaatakował nas koronawirus!


W moim mieście jeszcze Go nie ma, ale przekroczył On już granice mojego państwa i nieuchronnie czai się tuż za progiem mego domu. 
Jeeesuuu!
W chwili gdy piszę te słowa zaatakował 30 osób, a do momentu kiedy przeczytacie ten artykuł pewnie będzie ich już z 50. To tak, jakby zachorowało jedno całe miasto! No, jedno blokowisko. No dobra, kamienica, lecz całkiem spora- kilkurodzinna! Podobno jeszcze nikt nie umarł, lecz słyszałam, jak jedna baba mówiła drugiej babie, że gdzieś na Śląsku zmarł jeden człowiek. 98-letni mężczyzna, do tej pory zdrowy jak przysłowiowy byk, czyli coś na rzeczy musi być. Tylko państwo, jak zwykle, nie zamierza podać tego faktu do publicznej wiadomości. Wiadomo- zawsze ukrywają najistotniejsze fakty.

Tak więc nie ma żartów- trzeba zacząć zabezpieczać się przed armagedonem. Udałam się do marketu. Kilka razy musiałam objechać parking, zanim znalazłam kawałek wolnego miejsca. 15 minut czekałam na koszyk. Wyciągnęłam z torebki aseptyczny środek i odkaziłam rączkę wózka, a bo to ja wiem, kto macał ją przede mną? Może jaki przybysz z Włoch, Niemiec, albo i- tfu, tfu- z Chin? Trochę potrwało, zanim dostałam się do półek z mąką. Zostało 10 kilo, to wzięłam wszystkie. Makaron był już tylko pełnoziarnisty, wzięłam. Ostatnią butelkę oleju wyrwałam z rąk jakiejś starszej kobieciny i pognałam na stoisko z ryżem. Jasna dupa. Ostatnie pięć paczek capnęłam tuż przed zdyszaną pańcią w szpilkach. Ależ mnie zbluzgała! Trudno- kto pierwszy, ten lepszy. Alejki z mydłami i antybakteryjnymi żelami były puste jak nigdy, domyśliłam się więc, że ten zazwyczaj mało atrakcyjny towar, już zniknął ze sklepowych półek. Na monopolowym też pustki. Chciałam kupić spirytus, bo w aptekach już dawno zabrakło, lecz inni okazali się sprytniejsi i zostały tylko dwie butelki wódki. Wzięłam. Co prawda koronawirusa zabija tylko ten 60%, ale wykminiłam sobie, że jak zmieszam te dwie czterdziestoprocentówki, to taki 80% odkażacz będzie idealny do umycia okien i schodów. Wiadomo to którędy wirus planuje do mnie wtargnąć? Przy kasach kilometrowe kolejki. Stoję jak na szpilkach, bo martwię się czy ktoś na mnie nie kaszlnie lub nie smarknie? Ludzie nie mają dziś za grosz kultury! Na wszelki wypadek przykleiłam na usta i nos podpaskę ze skrzydełkami, bo maseczek oczywiście też już nie ma. Masakra!
Zapakowałam bagażnik po sam dach. Zanim złapałam za kierownicę ochlapałam dłonie wódką, bo miałam wrażenie, że są jakieś takie... skażone. Na wszelki wypadek oblałam też skrzynię biegów i hamulec ręczny. W drodze powrotnej miałam niemiłą sytuację, bo zauważyła mnie sąsiadka. Obładowana tobołami machała z nadzieją ze ją podwiozę. Chyba oszalała- a jaką ja mam pewność, że jest zdrowa? Jeszcze pewnie chciałaby mi dłoń podać na powitanie albo jeszcze gorzej- pocałować! Udałam, że jej nie widzę- w końcu nie mogę narażać swojej rodziny na śmiertelne niebezpieczeństwo!

W końcu bezpiecznie wróciłam do domu. Odpaliłam kompa: koronawirus może utrzymywać się w powietrzu ponad pół godziny, blablabla.... Pstryknęłam telewizor: z powodu koronawirusa szkoły, kina i teatry zamykamy na co najmniej dwa tygodnie. A teraz czas na reklamę- pamiętaj, kwasek cytrynowy i ocet jabłkowy raczej nie powstrzymają koronawirusa, lecz doskonale odczyszczą armaturę z osadu i kamienia blablabla... Włączyłam radio: jak donoszą najnowsze badania koronawirus przenosi się nie tylko drogą kropelkową, lecz również poprzez ekskrementy, także zwierzęce, blablabla...

Rany boskie! Przez kupę? Spojrzałam ze zgrozą na Kasza i Kaszankę. Koty siedziały na kanapie i wylizywały sobie... O Matko! Na szczęście przypomniałam sobie, że w barku mam jeżynową nalewkę. Mocna jak cholera, kilkuletnia. Chlapnęłam nalewką kotom pod ogony- nie będą mi tu łajzy koronawirusem srujdać!

Styrana jak wół, bo na wszelki wypadek przeleciałam resztą nalewki podłogi, zasiadłam przed telewizorem, aby obejrzeć najnowsze doniesienia. Powariowali ci ludzie! Wszędzie obłęd i panika. I wtedy nagle zrozumiałam. To nie jest zwykły, grypopodobny zarazek chorobotwórczy. Nie wywołuje tylko gorączki i problemów z oddychaniem. To coś o wiele poważniejszego. Wywołuje zmiany w mózgu. Zmienia nas w bandę zombie, lezącą bezrozumnie jeden za drugim, zabijający empatię i zwykły zdrowy rozsądek.
Apokalipsa, zagłada, pogrom i w ogóle koniec świata!


Tylko czy te zmiany na pewno powoduje koronawirus?

wtorek, 4 lutego 2020

Segregacja

Żywy organizm oddycha, rozmnaża się, je i wydala. Ludzki żywy organizm dodatkowo jeszcze śmieci. Produkuje ogromne ilości resztek, odpadów, opakowań, pozostałości, zanieczyszczeń, gruzu... Długo by wymieniać. Przeciętny Polak wytwarza rocznie ponad 300 kg odpadów komunalnych! Brzmi tragicznie, a to jeszcze nie jest najgorsza wiadomość. Według danych Eurostatu- Urzędu Statystycznego Unii Europejskiej jesteśmy czyścioszkami, bo mniej od nas śmiecą tylko Rumuni. Taki na przykład Duńczyk produkuje aż 781 kg w ciągu roku. Jeśli Unia Europejska liczy 513 milionów ludzi, a populacja światowa prawie 8 miliardów, to nie potrafię wyobrazić sobie jak wyglądałaby góra odpadków z jednego nawet dnia. Ba, z jednej godziny!

Od początku tego roku nie ma zmiłuj. Państwo nakazało segregację i basta. I dobrze. Przyznam się szczerze, że do tej pory nie przywiązywałam do tej sprawy większej wagi. Wyrzucałam plastikowe butelki do ustawionych w mieście „dzwonów”, kartony spalałam w kominku lub piecu, biologiczne odpadki lądowały w kompostowniku, lecz generalnie odbierano ode mnie śmieci zmieszane. Zmuszona sytuacją zakupiłam cztery nowiutkie pojemniki [na szczęście mam dużą kuchnię] wydrukowałam ulotkę co gdzie, i zaczął się cyrk. 
W jednej ulotce informują, że skorupki jajek idą do bio. No to sru. Od koleżanki dowiedziałam się, że w moim województwie nie mają czegoś tam do utylizacji i jednak do zmieszanych. Wracam więc do domu i, niczym mróweczka z bajki, wygrzebuję obślizgłe resztki i przerzucam do czarnego worka. Gumowe rękawiczki do zmieszanych. No, chyba że nie? W innej ulotce doczytałam, że do plastik-metal. Zeszyty, karton, codzienna prasa do niebieskich worków. Ale już paragony ze sklepów do zmieszanych. Szkło do zielonych, lecz obiadowa porcelana, stłuczona bombka czy kubek to już nie szkło. Mało tego, doszły mnie słuchy, że w ogóle stłuczonych rzeczy nie wrzucamy do szkła, tylko do zmieszanych. Matko- i bądź ty człowieku mądry, które szkło jest szkłem, który papier papierem, i czy kauczuk to metal, czy może plastik?
  
Zyskałam za to możliwość ćwiczenia własnej cierpliwości:

-Mariolka, karton po mleku to gdzie?
-Do plastiku.
-Przecież to jest karton.
-Ale zawiera też polietylenem i aluminium.
-To czemu nie do zmieszanych?

Jezu, skąd mam wiedzieć? Nie, bo nie! Każą do plastiku, to do plastiku.

-Mamo, a po soku gdzie?
-Do plastiku!
-A opakowanie po jogurcie?

Jezus Maria- oszaleję!

-Wszystkie plastikowe i metalowe opakowania do żółtego!

Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?

-A tę butelkę po oleju do plastiku?
-Nie!
-To gdzie?
-Do zmieszanych.
-Przecież mówiłaś, że wszystkie opakowanie do plastiku!

Żartowałam, kurna...

-Ale tłuste i po mięsie do zmieszanych!
-Bez sensu!

No może i bez sensu, ale co ja poradzę?

Teraz dopiero widzę ile plastiku kupuję i wyrzucam- chyba faktycznie te 300 kilo to nie jest przesada. Wszystkie worki zapełnione w niewielkim stopniu, a żółtych nazbierało się już trzy. Według rozpiski z mojej ulicy plastiki odbierają w poniedziałek, zmieszane we wtorek. Tacham więc te trzy wory i układam w widocznym miejscu. Po śniadaniu stały, po obiedzie stały, wieczorem już leżały, bo padał deszcz. Założyłam pelerynę i poszłam po nie z powrotem, nauczona bowiem doświadczeniem, nie miałam w porannych planach zbierania puszek rozwleczonych przez psy, koty czy inne lisy. Pomyślałam sobie- okej, pewnie nie zdążyli dojechać na moje zadupie. Rano wytachałam je znowu. Zapomniałam o zmieszanych. Przyjechali śmieciarze, zajrzeli do pustego pojemnika  i odjechali, zanim zdążyłam ich zatrzymać. Żółte zostały. Wieczorem wkładam więc pelerynę i znów tacham te cholerne wory! Jezu, ze trzy dni tak ganiałam, zanim w końcu się zlitowali i zabrali!

No cóż, taki mamy klimat. Zima nie zaskoczyła drogowców, ale za to śmieciowa ustawa zaskoczyła komunalkę. Miejmy nadzieję, że za jakiś czas nauczą się i segregujący i odbierający, każda zmiana musi się przecież uleżeć.

A póki co słyszę, że Chłop woła na kawkę.

-Mariolka, a opakowanie po śmietance to gdzie?

piątek, 10 stycznia 2020

Wewnętrzne dylematy

Dopadła mnie jakaś depresja. 
Mam obniżony nastrój pojawiający się już rano i utrzymujący się przez większość dnia. Bez konkretnego powodu jestem smutna i przygnębiona. Denerwują mnie ludzie. Nie rozumieją bliscy. Wszyscy robią mi na złość i nawet cholernik kot, zamiast przymilnie zamruczeć dziabnął mnie pazurem. 
Czyżby miał mi za złe utratę jąder? No, może... 
Ale Chłop? Przecież jeszcze go nie wykastrowałam- choć czasami poważnie się nad tym zastanawiam, a wciąż zrzędzi, marudzi, nie robi tego co trzeba, za to co nie trzeba, robi idealnie! 
Szybko się męczę i jestem wydrenowana z energii. Straciłam zainteresowanie podstawowymi działaniami: sprzątaniem, zmywaniem czy gotowaniem, a co gorsza również tymi, które powinny przynosić mi przyjemność, na przykład spacerami czy pisaniem. Zapadłam na kompletną anhedonię- najchętniej zakopałabym się w pościeli i przespała z tydzień. 
Sama. 
Ewentualnie z kotem.
Jak się ogarnie z tymi pazurami oczywiście.

Wypisz wymaluj- kliniczne objawy depresji. 
Jedynym objawem, który bezczelnie mnie ominął jest brak apetytu i związana z nim utrata wagi, co paradoksalnie sprawia, że popadam w jeszcze większą depresję, bo za chwilę trzeba będzie zmienić zimowe ciuchy na letnie i dopiero wtedy będę miała prawdziwe powody do depresji.

I skąd to dziadostwo się do mnie przypętało? Nie jest to depresja zimowa, bo zimy jak dotąd ani widu, ani słychu. Nie jest to również depresja nastoletnia, choć często ogarnia mnie rozdrażnienie i drażliwość.  Tym bardziej nie poporodowa. No... chyba że złapała mnie z 26-letnim opóźnieniem. Pomimo tego, że często czuję się odrzucona i bywam samotna wśród tłumów, mam nadzieję, że nie jest to również depresja starcza.

Po głębokiej analizie własnego przypadku odrzuciłam też depresję endogenną, reaktywną i lękową. Rozważałam depresję dwubiegunową, bo często zdarza mi się, że w jednej chwili jestem smutna a za moment rżę ze śmiechu. Mam doła, a po chwili podskakuję jak świr w rytm starych rockowych kawałków. Podczas żarcików z koleżankami ni z gruszki, ni z pietruszki zalewam się łzami, bo przypomną mi się makabryczne obrazy popalonych koala i martwych kangurów na tle płonących lasów Australii. 
Czasem czuję wręcz we własnym ciele ten żar. Robi mi się duszno i gorąco. Brak mi tchu i kręci mi się w głowie, jakbym jednym duszkiem wypiła z pół flaszki jakiegoś napoju wyskokowego.

Ciemna dupa! A niech to szlag! Masakra!

Przeglądając sobie Internet doszłam do niewątpliwego i nieprzyjemnego wniosku. Jasna cholera!
To nie dwubiegunówka! Nie zimowa ani poporodowa. Nie starcza nawet, choć ta autodiagnoza była najbliższa prawdy.

Dopadło mnie klimakterium! Cholerna menopauza wyciąga szpony! 



No nie! Teraz to na bank wpadnę w depresję...

poniedziałek, 9 września 2019

Przejażdżka rowerowa

Ludzie są coraz dziwniejsi. 
Mój dorosły syn zapodał focha, bo nie usmażyłam mu naleśników, a chłop obraził się na śmierć, bo wezwałam elektryka do ciemnej piwnicy, a przecież chłop obiecał dwa tygodnie temu, że naprawi awarię!

Ludzie są dziwni albo to ja jestem jakaś dziwna i ograniczona do tego, bo nie nadążam za tymi ewolucyjnymi wręcz zmianami. 
To, że jesteśmy egoistami, kombinatorami, leniami a czasem zwykłymi głupkami to wiadomo od dawna, ale że aż tak bardzo zmieniają się zasady i normy człowieczeństwa, to nie wiedziałam. Bo jeśli dziesięciu patrzy a jeden robi, to znaczy że normą jest nierobienie. Jeśli stu syfiarzy wywozi śmieci do lasów, a dziesięciu zbiera i segreguje, znaczy ta dziesiątka nie jest do końca normalna. Jeśli 90% pasażerów autobusu wgapia się w komórki, a tylko kilkoro czyta książkę to...no wiecie już o co mi chodzi. 
Ale do rzeczy. Mówią wszem wobec, że jazda na rowerze to samo zdrowie, relaks i w ogóle, wybrałam się więc na przejażdżkę. Pogoda w miarę, ja na urlopiku, zdrowie i humor dopisują, koła napompowane, bidon z wodą gotowy, kask na łeb, kamizelka na grzbiet i ahoj przygodo! 
Najpierw przez miasto. Jadę ostrożnie omijając dziury w jezdni i wystające studzienki. Ruch spory, jak to w mieście, więc co rusz wymijają mnie samochody dmuchając spalinami w nos. Co bardziej niecierpliwi trąbią i pchają się na trzeciego, doprowadzając me serce do palpitacji. Zjeżdżam więc na chodnik. W miarę możliwości trzymam się jednej strony, jadę powoli, bo nie wiadomo kto, co ani skąd wleci mi pod koła. Wleciał ogryzek jabłka, kilka petów, i jeden bachor.  Aby ominąć dzieciaka musiałam gwałtownie skręcić i rozjechałam przednim kołem okazałe psie gówno leżące na środku chodnika. Bosko! Garścią trawy i nawilżoną chusteczką usiłowałam zmyć śmierdzącą maź z opony i wmawiając sobie, że wciąż jest fajnie wyjechałam za miasto. Skręcając w lewo na mało uczęszczaną drogę omal nie straciłam roweru i życia, gdy jakiś idiota, nie zważając na moją wyciągniętą rękę, wyminął mnie z lewej strony. Dobra, odetchnęłam głęboko, łyknęłam z bidonu i dziękując wszystkim mocom, że wciąż żyję postanowiłam relaksować się dalej. Pięknie. Wiaterek szumi, słonko zagląda zza chmur, na ścierniskach przyuważyłam stado saren, gdzieś zaśpiewał skowronek, kicnął zając... Sama rozkosz.



Po jakiejś godzince zachciało mi się siku, więc zatrzymałam się na przydrożnej stacji benzynowej. Kupiłam białkowego batonika, żeby czasem nie schudnąć za dużo i poszłam tam, gdzie nawet król piechotą chodzi, a nie bicyklem, niczym karocą zajeżdża. I znów zadziwił mnie gatunek ludzki. Nie sądziłam, że ludzie mogą być tacy namolni i nie uszanować najbardziej nawet intymnej sfery życia. Ustawiam ja się w pozycji narciarza, obowiązkowo napinam kilka razy mięśnie Kegla, już, już mam się rozluźnić, gdy z sąsiedniej kabiny słyszę głos:
-Cześć.
-Cześć- odpowiadam nieco zdziwiona.
-Co słychać?
-W porządku.
Leciutko popuściłam, jednak muszę mocniej ćwiczyć swoje Kegle.
-Co robisz?
No, cholera jasna, chyba słychać, co robię!
-Chyba to samo co ty- silę się na nędzny dowcip.
Głos zza ściany zirytował się:
-Dlaczego mnie olewasz?!
Jezu! W panice zerknęłam. No sorry! Ta irytacja jest zupełnie nie na miejscu, olewam tylko to, co służy do olewania. Wkurzyłam się i też podniosłam głos.
-Nie zmyślaj! Wcale cię nie olewam!
Zapadła pełna konsternacji cisza. Po dobrej chwili głos rozległ się ponownie.
-Wiesz co, zadzwonię do ciebie później, bo jakaś kretynka z sąsiedniego kibla odpowiada na każde moje pytanie!
Boże! Jaka siara! Stałam w tym kiblu i stałam, aż upewniłam się na sto procent, że moja rozmówczyni mimo woli opuściła nie tylko kibel, ale i stację. Jezu!

Wróciłam do domu i schowałam rower w najciemniejszym kącie kanciapy, bo ten odpoczynek tak mnie zestresował, że do tej pory mnie telepie na samo jego wspomnienie. Wezmę się chyba za jakieś gary czy sprzątanie, to choć trochę się zrelaksuję po tym relaksie...

niedziela, 8 września 2019

Koło czasu

Jedyne co pewne w życiu to powtarzalność Matki Natury. 
Może nie co do dnia, nie co do miesiąca nawet, lecz wiadomo, że po zimnych dniach przyjdą ciepłe, po burzy wyjdzie słońce, zielone liście poczerwienieją, zszarzeją i opadną, lecz wiosną powrócą jako wyczekiwane pączki na nagich, zmarzniętych po zimie gałęziach. Miedze i pobocza ścieżek zażółciły się nawłociami. Ogród zakwitł rozchodnikami i zimowitami.





Zamiast wodą z lodem i listkiem mięty coraz częściej raczymy się ciepłą herbatą. Niby mamy jeszcze lato, lecz ustrojona koralami z jarzębiny, głogu i owoców dzikich róż jesień stoi u bram. Mało tego, ona już wali w te bramy zaciśniętymi kułakami, rzuca pociskami z kasztanów, żołędzi i orzechów. Smaga po twarzach babim latem i śpiewa klangorem odlatujących żurawi przeplatanym klekotem spóźnionych bocianów. 
Do domów ciągną z pól i lasów jej szpiedzy. Tarantule o metrowych odnóżach przebiegają bezczelnie przez środek pokoju. Tak zapierdzielają na tych długaśnych girach, że prawie słychać stukot ich stóp i nie wiadomo: zwiewać, wołać o pomoc, lecieć za dziadem z klapką, czy po prostu zaakceptować fakt, że idzie jesień i wznosić modły, aby jesienny gość nie wlazł nam nocą do otwartej paszczy. 
Idzie jesień, a wraz z nią pająki i biedronkopodobne harlekiny. Nie śpiewajmy im jednak żeby leciały do nieba i nie oczekujmy, że przyniosą kawałek chleba. Jeśli już to ugryzą i nasmrodzą przed śmiercią. 
Częstymi jesiennymi gośćmi są też myszy i nornice. Z nimi zazwyczaj robi porządek moja kociczka. Kaszanka ma zwyczaj przynosić na taras różne swoje krwawe łupy. A to mysz z przegryzionym gardłem, a to jaszczurkę, zdarzyła się nawet biedna jaskółeczka. Cóż- prawo natury. Gdy więc zobaczyłam leżącą na progu zdechłą mysz, nie zdziwiłam się zbytnio, pchnęłam ją czubkiem buta, aby nie wypadła do pokoju i chciałam iść po szufelkę, aby usunąć tę wątpliwą dekorację. Zdążyłam zrobić pół obrotu, gdy mysz ożyła! Z ponadświetlną prędkością wpadła do domu i zakitrała się za komodą. Jeeezu! Zamiast szufelki złapałam za miotłę na długim kiju i próbowałam wypłoszyć intruza. Po kilku próbach niechciany gość wybiegł na szczęście na taras, choć „szczęście" nie jest w tym wypadku trafionym słowem, bo tam czekała już Kaszanka z gościnnie rozwartymi pazurami i kłami.

Pewnie nie ostatnia to mysz i nie ostatnie pająki w tym roku. Jesienne migracje dopiero się zaczęły. Lecz choć pożyteczna biedronka może okazać się drapieżnym harlekinem, a martwa nornica żywą myszą jedno jest pewne- jesień idzie...


wtorek, 9 lipca 2019

Mistrzowie riposty

Dlaczego coraz częściej komunikujemy się na piśmie- np. poprzez maila, SMS, messengera itp. a coraz rzadziej rozmawiamy twarzą w twarz i okiem w oko? Mało tego- posuwamy się wręcz do pisma obrazkowego. Aby opisać swoje emocje używamy emotikonów, a na pożegnanie wklejamy machającą rączkę. 
Ja również wolę pisać, niż mówić, a jak już muszę się wysłowić, szczególnie publicznie, to lubię wcześniej przygotować sobie na piśmie jakąś „spontaniczną” mowę. Oczywiście nie zawsze jest to możliwe i zdarza się, że interlokutor zapędzi nas słownie w kozi róg. Po fakcie przerabiamy w myślach daną sytuację, wyobrażając sobie jakby to było gdybyśmy na denerwujący tekst innej osoby zareagowali zupełnie inaczej.  W takich chwilach, gdy już zdążymy ochłonąć i mamy odrobinę czasu na przemyślenie sprawy, nagle do głowy wpadają najlepsze riposty. Dlatego właśnie pisanie jest łatwiejsze. Zawsze można wrócić, przeczytać jeszcze raz, poprawić, coś dopisać lub usunąć. Choć i tu czyhają pułapki. Napisałam kiedyś w SMS-ie, że Jurek stał za drzwiami. Niestety pomyliłam klawisze i odbiorca zdziwił się bardzo, a pewnie nawet lekko zaszokował, czytając, że Jurek srał za drzwiami ; ) Jedna mała literka, a Jerzy miał przerąbane przez dobry miesiąc.

Sztuka ciętej riposty to sztuka bardzo subtelna. Nie polega ona tylko na tym, aby wiedzieć co w danej chwili powiedzieć. Trzeba jeszcze to zrobić w odpowiedni sposób. Niedawno byłam świadkiem rozmowy dwóch młodych ludzi przeciwnej płci.

Ona-Obejrzałabym jakiś dobry horror lub komedię. Polecasz coś?
On-Jak chcesz horroru spojrzyj w lustro.
 Ona- A ty jak chcesz komedii zajrzyj sobie w gacie.

Gościu lekko się oburzył i spojrzał na mnie spod byka, bo nie opanowałam się i parsknęłam śmiechem. Według mnie punkt dla dziewczyny. Być może riposta była trochę chamska, lecz taka sama była odpowiedź chłopaka. Walczysz mieczem- od miecza zginiesz, jak mówi stare, mądre przysłowie. Sytuacja ta przypomniała mi inną rozmowę utrzymaną w podobnym tonie. Nie pamiętam co powiedział całkiem przeciętny facet do babeczki o rozmiarze XXL, ale jej odpowiedź zasługiwała na oklaski i brzmiała: wiesz, ja mogę schudnąć, ale tobie już nie urośnie. 
Spalony- zatopiony. Wiadomo, co dla każdego chłopa jest najczulszym punktem ;) 
I tu dochodzimy do pewnego dylematu. Super, że obie kobiety były asertywne i przynajmniej na zewnątrz nie okazały że komentarze mężczyzn jednak je zraniły, bo z kolei czułym punktem kobiet jest ich wygląd. I choćby nie wiem ile same żartowałyby z siebie, gdy skrytykuje je ktoś inny pozostaje pewien zgrzyt.

Sztuka konwersacji nie polega na obrzucaniu się epitetami. Nie zawsze wygrywa ten, kto ma ostatnie słowo. Słuchałam kiedyś kłótni małolatów:

-Jesteś zakręcona jak słoik po ogórkach.
-A ty jak sanki w maju!
-A ty jak chiński termos!
-Ty jak śledź po sztormie!
-Ty jak gówno w przeręblu!
I tak dalej, i tak dalej...

Czy koniecznie musimy być mistrzami riposty? Za wszelką cenę mieć ostatnie słowo? Nie potrafimy rozmawiać bez ustnych przepychanek? Mam nadzieję, że nie i wszystkim Wam życzę ciekawych, satysfakcjonujących rozmów.



Jednak na wszelki wypadek, na pytanie: hej, co słychać?, nie odpowiadajcie: a, leci pomalutku, bo jakiś złośliwy mistrz riposty może odpowiedzieć: oj, to źle, idź do urologa...

piątek, 31 maja 2019

Empatia, asertywność i kultura osobista

Różnie plecie się na świecie. 
Raz wszystko idzie jak po maśle: lwy baranieją, barany potulnieją i nawet róże z własnej woli ochoczo przygładzają swe ostre kolce. 
Innym razem los chichocze. Proste staje się trudnym, oczywiste okazuje się kontrowersyjnym, to co miało być słodkie zmienia smak na gorzko-kwaśny, a wszystkie zdarzenia kończą się odwrotnie proporcjonalnie do zamierzonych finałów. 
Gdy mamy z górki łatwo jest być grzecznym, empatycznym i kulturalnym, a asertywność staje się pojęciem abstrakcyjnym. Gorzej gdy banalna, wydawałoby się sprawa, rośnie do rangi lodowej góry, a ty czujesz się jak ten biedny Titanic. Kminisz ostro skąd ta góra, skoro przed chwilą były tu jedynie łagodne fale, zastanawiasz się gorączkowo jak wybrnąć z niespodziewanej sytuacji, choć ostatecznie doskonale zdajesz sobie sprawę, że obojętne co postanowisz i czego nie zrobisz i tak zdarzy się spektakularna katastrofa.

Jedzie sobie na przykład gość samochodem. Gra muzyczka, pełny bak, w domu czeka pyszny obiad, albo inne przyjemności. Kierowca odprężony, uśmiechnięty, pełen dobrych emocji. I nagle jakaś baba perfidnie i po chamsku wymusza pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Nic się nie stało, zmieszana kobieta przeprasza, ale dobre emocje diabli wzięli. Facet wyskakuje z auta, rzuca wiązankę, wspina się na wyżyny elokwencji wypluwając obrazowe inwektywy, od głupiej krowy począwszy, na ślepej małpie skończywszy. Wraca do domu, poklnie jeszcze trochę i zapomina. Dwa dni później idzie na umówioną wizytę stomatologiczną. Tak- zgadliście! Głupia krowa wita go zjadliwym uśmiechem, sadystycznie eksponuje narzędzie tortur i zaprasza gościa na fotel. No- Titanic przy tym to pryszcz!


Albo odwrotnie. 
Pani doktor zmęczona długim dyżurem niecierpliwie zerka na zegar — jeszcze kwadrans. Myślami jest już w innym świecie: w domu sajgon, obiad nieugotowany, dzieci trzeba na angielski, basen, tańce porozwozić... Wskazówki przesuwają się miarowo... Jedną nogą kobieta jest już w drzwiach, gdy do gabinetu pakuje się jakiś pacan. Jęczy. Tu go boli, tam strzyka, spać się nie da, może skierowanie na tomograf?, może do specjalisty?, recepta chociaż? Pani doktor wyprasza pacjenta i zamyka drzwi. No, bez przesady! Co to? Misja? Czy ona jedna w tej przychodni pracuje? Przecież na drzwiach wyraźnie są wypisane godziny przyjęć. Tłustym drukiem trzeba, żeby zrozumieli? Nie mógł wcześniej zachorować? 
Wraca do domu, ogarnia niecierpiące zwłoki tematy, wieczorem siada przed tv z kieliszkiem wina w dłoni, a tu pech! Prądu nie ma, telewizor odmówił współpracy, lodówka nie chłodzi, zamrażarka... No tragedia! Łapie kobieta za telefon, dzwoni na pogotowie energetyczne, czeka niecierpliwie przestępując z nogi na nogę, bo ulubiony serial właśnie się zaczyna. Dzwonek do drzwi. Leci pędem, otwiera... W drzwiach stoi odesłany pacjent i poprawiając wiszącą na ramieniu torbę uśmiecha się z mściwą satysfakcją.




Empatia to bardzo pożądana cecha. Wrażliwość i współczucie nigdy nie powinny wyjść z mody. Asertywność, którą mogę chyba określić mianem autoempatii, jest równie ważna. W świecie pełnym cwaniaczków, wykorzystywaczy i manipulantów umiejętność powiedzenia słowa „nie” jest niezbędna do zachowania zdrowych zmysłów. Jednak bez kultury osobistej, tej najzwyklejszej, polegającej na umiejętności prowadzenia grzecznej rozmowy, używaniu słów „dziękuję” i „przepraszam”, odrobinie cierpliwości i zwykłej, ludzkiej życzliwości, stajemy się po prostu banalnymi, prymitywnymi chamami.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Męskim okiem

Pisarz powinien być kreatywny. Raz romans, raz kryminał, dziś paplać optymistycznie, jutro zakrakać jak wrona. 
Tym razem postanowiłam zrobić sobie genderowskie ćwiczenie i zmienić płeć. Uogólniam, generalizuję i przesadzam, więc wszystkich panów proszę o przymrużenie oka ;)

To, że kobiety są z Wenus, a my z Marsa wiadomo nie od dziś. Inaczej myślimy, inaczej postrzegamy, inaczej rozumiemy i całkowicie inaczej reagujemy. Różnie bywa; gruchamy sobie niczym dwa gołąbki, ona spija słowa z mych ust i patrzy z uwielbieniem w oczy, aż tu nagle, nie wiadomo skąd, kiedy ani dlaczego, gołębica zmienia się w sępa i tylko patrzy gdzie wbić dzioba, żeby najbardziej zabolało. No, ale po tylu latach już się człowiek do tego rollercoastera przyzwyczaił. 
Jednak gdy zbliżają się jakiekolwiek święta, to baby już nie są z Wenus. One nie są nawet z Neptuna. Bardziej prawdopodobne, że pochodzą z planety znajdującej się gdzieś na samym krańcu jakiejś całkiem innej, odległej galaktyki. 
Ja rozumiem, że dom trzeba ogarnąć [gdy zamierzają zwalić się goście], coś tam do jedzenia uszykować, jakieś pisanki pomazać, no, ale ludzie!, bez przesady! Lata toto od rana do wieczora, jakby miała motorek w dupie. Zmywa, psika jakimiś chemikaliami, znowu zmywa, przesuwa, drze się żeby jej pomóc, bo nie daje rady. Rzucasz wszystko, lecisz, a ta pyszczy, że podłogę tu dopiero zmyła a ja lezę jak bezrozumny baran i mam stąd spieprzać i to już! To po cholerę woła!? Kudły nastroszone, twarz czerwona, ręce w żółtych rękawicach uzbrojone w jakieś dziwne szczoty i inne narzędzia służące bóg wie do czego. Wczoraj  widziałem jak szczoteczką do zębów fugi w kiblu szorowała. Mało tego, to była moja szczoteczka! 
Żal mi się w końcu kobiety zrobiło, zaproponowałem że chociaż okna oblecę. Ucieszyła się. Wymyłem je w kilka minut- teraz taka chemia dobra, że wystarczy psiknąć, przetrzeć i gotowe. I po co te całe dramaty? W jeden dzień całą chatę bym opierdzielił. Wołam kobietę, niech przyjdzie i się czegoś nauczy. Przyszła, patrzy z dziwną miną... I zamiast się zachwycać, znowu mordę pruje: to są umyte okna?, ramy brudne, parapety uświnione, żaluzji w ogóle nie ruszyłeś, na karniszach firanki pajęczyn... Czy ty w ogóle coś tu umyłeś?! No jak nie- szyby, cholera, umyłem. W końcu przez szyby się patrzy, a nie przez jakieś głupie ramy. No, ale babie nigdy nie dogodzisz. Wkurzyłem się. Idę do lodówki- jedzenie zawsze trochę mnie uspokaja. Drze się! Tego nie rusz, bo na święta, tamto do sałatki, sramto do sernika. Łaskawie pozwoliła jajecznicę zrobić. Ledwo zdążyłem rozbić na patelnię sześć sztuk, leci z wrzaskiem: no i które jajka wziąłeś, ośle! Mówiłam, że te z białymi skorupkami są do malowania! Rany, kto normalny parzy na kolor skorupki głupiego jajka do głupiej jajecznicy? No właśnie, a propo ozdóbek. Wchodzę dziś do salonu, a tu śmierdzi jakby kot dywany olał. Chodzę, szukam, wącham... I co? Rzeżucha! Poustawiała zielsko na parapetach, na stole, przy kominku, w doniczkach, moich lampkach do koniaku... Jezu, jak ja nie lubię zapachu kiełkującej rzeżuchy! Już miałem kota na dwór wywalić, a okazuje się, że muszę żonę, z jej ogrodowymi zapędami! Ogród- następna kość niezgody. Umówiłem się ze Stachem na ryby. Wieczorem nakopałem przynęty, przykryłem wiadro, odstawiłem do kanciapy i poszedłem wcześnie spać, bo skoro świt zaplanowliśmy wyprawę nad jezioro. Wstaję o czwartej, szykuję się cicho, żeby styranej kobity nie obudzić, biorę wiadro, wsiadam w auto... Cóż za wspaniała perspektywa- żyć, nie umierać! Na miejscu szykuję wędki, wkładam rękę do wiadra, macam... Co za cholera, uciekły? A nie! To żona moja, ekolożka cholerna, na grządki warzywne dżdżownice wypuściła. I jeszcze mi się oberwało, że sadysta bez serca jestem i jak chcę, to ona mi taką żelazną trumienkę zafunduje, i zobaczę, jak się będę czuł, gdy nockę w niej przeleżę. Czuł! Że niby te rosówki taką traumę we wiadrze przeżyły? No, błagam! Przecież to zwykłe prymitywne skąposzczety, a nie lumbricus sapiens!



Ale przecież kobiecie nie przetłumaczysz. Uprze się jak wół i żadne argumenty do niej nie trafiają, jakby miała klapki na mózgu. 
I tak tu męcz się człowieku w imię spokoju i rodzinnej sielanki. Wysłuchuj, potakuj, przyklaskuj, i choć męska duma krzyczy w sprzeciwie basem, ciebie stać jedynie na cienki falset. Właśnie- z seksem też cienko. Tydzień przed świętami i tydzień po, o bzykanku mogę sobie jedynie pomarzyć. Zmęczona, głowa boli, pracy ma jeszcze dużo, goście... A ty człowieku weź se i usychaj. Święta, cholera...

Jednak gdy święta w końcu nadejdą, usiądzie człowiek przy pięknie przybranym stole, podje pysznego żarełka, wypije kielicha z rodziną i przyjaciółmi, spojrzy na tę swoją połowicę, piękną i radosną, to nie żałuje że tak się namęczył. Warto jednak było aż tak się poświęcić!

wtorek, 5 marca 2019

Propozycja-akwizycja


My- Polacy, jako naród, mamy najróżniejsze opinie w świecie. Niemcy żartują nieśmiesznie, że przyjeżdżają do nas na wakacje pociągami, bo ich auta już tu są. Czesi nabijają się, że upijamy się częściej od nich, choć statystycznie na jednego Polaka przypada o wiele mniej napojów wyskokowych rocznie, niż na Czecha. Ale cóż- kto próbował czeskiego piwa i porównał jego moc z naszym, ten wcale się temu nie dziwi. Włosi uważają, że jesteśmy bardzo pobożnym narodem- pewnie za przyczyną nieodżałowanego Jana Pawła Drugiego, a dla odmiany Anglicy krytykują Polaków za rasizm i nietolerancję. Wszyscy jednak zgadzają się, że nasza gościnność nie ma sobie równych.

Natchniona wolnym popołudniem i piękną, prawie wiosenną pogodą postanowiłam zrobić porządki. Oprócz pogody natchnął mnie również fakt, że ponad godzinę szukałam w szufladach jakiegoś dokumentu. Nie mogłam go znaleźć, więc mamrocząc pod nosem przekleństwa wyrzuciłam ze złością wszystkie papiery na środek pokoju. Chcąc nie chcąc, musiałam je posegregować, a przy okazji powstał wielki stos papierzysk do wyrzucenia. Oprócz starych faktur i rachunków, w stosie tym znalazła się cała fura zapomnianych zaproszeń, które przeglądałam z coraz większym zdumieniem i rozbawieniem.
Było tam zaproszenie na pokaz niesamowitych garnków w niewiarygodnie niskiej cenie- 3000 nowych złotych polskich. Za sztukę. Chyba były to garnki- samowarki ;) Na degustację żywności przechowywanej w tajemniczych pojemnikach, które to wydłużały trzykrotnie świeżość włożonych weń produktów. Na prezentację cudownej pościeli, która leczy ciało i duszę podczas snu. Najciekawsze było zaproszenie od firmy medycznej, która namawiała do kupna fotela masującego, bezzwłocznie usuwającego wszelkie bóle kręgosłupa, zapobiegającego osteoporozie i leczącego bezsenność. Każdy uczestnik pokazu miał otrzymać w prezencie pieluchomajtki w odpowiednim rozmiarze- od S do XXL. Domyślam się, że fotel ten tak doskonale relaksował, że masowany osobnik ignorował nawet fizjologiczne potrzeby. Do kosza na śmieci trafiły też zaproszenia na degustację pieczywa bezglutenowego upieczonego w maszynie do robienia chleba i sałatek owocowo-warzywnych z produktów krojonych specjalnym, niezabijającym witamin nożem. Nie skorzystałam również- o głupia ja!- z kosmetyków na bazie naturalnego kollagenu. A szkoda, bo przy kupnie towaru za minimum 500 złotych, dostałabym w prezencie piękny, plastikowy grzebień do włosów. Nie rozumiem, jak mogłam przegapić taką okazję!
Siłą rzeczy, podczas przeglądania tony makulatury, pomyślałam o zaproszeniach i ofertach składanych telefonicznie. Zaproszeniach do banku, gdzie specjalnie dla mnie przygotowano umowę kredytową. Propozycjach pomocy przy uzyskaniu odszkodowania. Za co? A nieważne- za coś się zawsze znajdzie ;) Ofertach ubezpieczenia od wszelkich wypadków- najbardziej inspirująca była polisa na wypadek pogryzienia przez wściekłego psa! Najkorzystniejszych ofertach pakietów internetowo-komórkowo-tabletowo-smartphonowo-palmtopowo-icotamjeszcze. 
Dziś  jestem konkretna - dziękuję i się rozłączam, ale zanim się nauczyłam, każdy telefon, dzwoniący zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie, był zmorą. Kilka minut upływało, zanim przepraszając i tłumacząc, czekając aż akwizytor zrobi przerwę na wzięcie oddechu, udało mi się wejść w słowo elokwentnego rozmówcy, by z lekkim wyrzutem sumienia stwierdzić, że nie jestem zainteresowana nabyciem saturatora ze źródlaną wodą. I nie, naprawdę nie chcę pieniędzy, które mi proponuje.
Swoją drogą współczuję pracownikom tych akwizytorskich firm- ciężki kawałek chleba. Kilka razy na minutę ktoś posyła ich do diabła, nie raz i nie dwa słyszą pewnie rynsztokowe bluzgi.



Białe nie zawsze jest białym, a czarne czarnym.
Gościnność i hojność. Cechy kojarzące się jak najbardziej pozytywnie, a jednak umiejące utrudnić życie a nawet doprowadzić do szewskiej pasji. Kultura osobista- wypada ją mieć, okazuje się jednak, że czasem przeszkadza. Z kolei odrobina egoizmu, a nawet chamstwa, wychodzi niekiedy człowiekowi na dobre.  

środa, 23 stycznia 2019

Natura próżni nie lubi

Fatalnie zaczął się dla mnie ten rok. Prawie równie fatalnie, jak zakończył zeszły. Ale to już wiecie. 
Dzień po świętach Saba zakończyła swe życie, a w kolejny wieczór Sonia dała susa przez płot i, pomimo wielkiej pomocy ludzi-znajomych i całkiem obcych, wszelki ślad po niej zaginął. Nie będę pisała o tym co przeżyłam i wciąż przeżywam. Ile łez wylałam i nie przespałam nocy. Każda z Was wie to doskonale i równie doskonale rozumie. Nie dziwicie się więc pewnie wcale, że nie mam chęci ani do pisania, ani czytania, ani w ogóle do niczego. Snuję się jak jakieś zombie, a dni mijają prawie nie różniąc się od siebie. 
Paradoksalnie najgorsze są te dni słoneczne, z rześkim, zimowym powietrzem, bielą i iskrzeniem śniegu, zapraszające do spaceru. Patrzę przez okno i wspominam jak łaziłyśmy sobie po polach, ganiałyśmy po lesie, czy po prostu bawiłyśmy się na własnym podwórku. Patrzę przez okno, a łzy same ciekną mi po policzkach. Jerzy zerka na mnie ze współczuciem, proponuje spacer, czy jakąś wyprawę za miasto, lecz wiem, że to nic nie da. Spróbowałam raz- przez całą drogę wyłam jak syrena. Każde miejsce przypominało mi jakąś sytuację z którymś z psów w roli głównej. Brakowało mi ich zimnych nosów, merdających ogonów, odciśniętych w śniegu łap, wesołego szczekania i w ogóle... Do dupy z takim spacerem. 

Stoję więc w oknie i obserwuję ptaki. Choć zima nie jest u nas jakoś szczególnie śnieżna ani mroźna, ptaki przylatują całymi stadami. W przeważającej ilości sikorki i mazurki. Czasem trafi się kos z żółtym dziobem, zięba błyśnie niebieską czapeczką czy rudzik wypnie pomarańczową pierś. Na pniu starej węgierki kilka razy przysiadł dzięcioł. Regularnie odwiedzają mnie też sroki- ciekawe czy któraś z nich to Klara?[pamiętacie sroczkę "wypadniętą" z gniazda?] Odkąd nie ma psów śmielej siadają na trawie i szukają jakichś smakołyków. Nie raz i nie dwa widzę jak podrywają się do lotu trzymając w dziobach niezauważonego przeze mnie, lub zapomnianego orzecha włoskiego. Amatorów orzechów jest zresztą więcej. Któregoś razu wypatrzyłam szczura, który spokojnie, bezstresowo, z orzechem w pyszczku maszerował do swej kryjówki wśród opałowego drewna. Stałe widoki, przewidywalne dni. A jednak... 

Dzisiejszego poranka odwiedził mnie jeszcze ktoś. Siedzę sobie przy stole, popijam kawę i usiłuję wmówić sobie, że te otręby z jogurtem są naprawdę zajebiste, gdy nagle w karmniku zapanował popłoch. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie ptaki poderwały się równocześnie i zgodnie przeniosły na czubek śliwki.



Zaintrygowana, wyostrzyłam zmysł wzroku. Pod ptasią stołówką zauważyłam jakiś podejrzany ruch. Nie znam się na kotach, moją miłością zawsze były psy, wiem jednak, że trójkąt: pies, kot i ptak, niekoniecznie musi być udany, poderwałam się więc z krzesła, aby w lodówce poszukać czegoś smaczniejszego niż sikorka. Z kawałkiem smażonej piersi z wczorajszego obiadu wyszłam na taras. Szaro-rudy cień śmignął za choinkę. Postałam chwilkę, pomachałam kąskiem, aby smakowita woń rozeszła się po okolicy i próbowałam przywołać gościa zachęcającym: kici- kici. Żadne z moich działań nie przekonały futrzastego gościa do ujawnienia się. Położyłam więc kąsek na podłodze tarasu, wróciłam do domu i, łapiąc po drodze komórkę, zajęłam strategiczne miejsce przy drzwiach balkonowych. Po kilku chwilach kot przycupnął sobie jak gdyby nigdy nic, na podłodze altanki.



Jednak zapach kusił ;) 



Zachęcony bezruchem przysiadł sobie na tarasie, udając, że ten kawałek kurczaka w ogóle go nie rusza, w każdej chwili gotowy zwiać.



W końcu chapnął smakołyk i popatrzył mi prosto w oczy. 



Chciałam poczęstować go jeszcze jedną porcyjką, wstawałam z podłogi bardzo powoli, ale na mój pierwszy ruch kot zniknął bezszelestnie niczym duch i tylko tłusty ślad po kurczaku świadczył o jego niedawnej obecności. 
Ciekawe czy jeszcze wróci.

Mimochodem, rozmyślając i wybierając  zdjęcia na których cokolwiek widać, naszły mnie dwie wiekopomne i odkrywcze myśli:

Po pierwsze- natura próżni nie lubi. Wystarczyło kilka raptem tygodni i już miejsce psa próbuje zagarnąć kot. 
Po drugie- muszę umyć okno...