a

a

środa, 13 kwietnia 2016

Luksus czasem jest kością w gardle

Któż z nas nie tęskni za wykwintnością? Nie marzy o pysznym daniu malowniczo udrapowanym na talerzu? Kto nie wzdycha z lubością, wciągając nosem oszałamiające zapachy i nie łyka olbrzymiej ilości własnej śliny atawistycznie zbierającej się w ustach, na samą myśl o niebiańskiej rozkoszy dla podniebienia? Kto z nas mógłby oprzeć się wykwintnym deserom, lekkim jak puch i przy pierwszym kęsie doprowadzających nas prawie do orgazmu? No, kto nie marzy?

Piotrek nie marzy. 

Jakiś czas temu pisałam Wam o mojej szwagierce i jej najnowszym pomyśle. Ola postanowiła wziąć udział w kastingu do popularnego kulinarnego show. Dostała listę dań, spośród których kandydaci będą losować danie konkursowe i ćwiczy namiętnie na własnej rodzinie. Musicie wiedzieć, że Aleksandra gotuje obłędnie. Mój mielony ma się do jej mielonego tak, jak cinquecento do rolls royce. 
Dziś w porze obiadowej miałam niespodziewanych gości. Lekko skrępowany Piotrek z bardzo rozżaloną Hanią przyjechali na obiad. Cały swój czas poświęcam ogrodowi, więc na obiad były zwykłe, smażone w plasterkach ziemniaki i sadzone jajko (kury zaczęły się nieść- hurra!) Prostota pokarmu nie przeszkodziła jednak gościom w konsumpcji, a nawet wręcz odwrotnie. Jedli jakby były to królewskie smakołyki. Po obiedzie Piotrek postanowił podzielić się ze mną swoją ogromną zgryzotą.

– Ja się chyba rozwiodę…
– Jezus Maria!- przeraziłam się.- Co się stało?
Piotr milczał długą chwilę.
– Olka postanowiła wszystkich nas wykończyć. – Hania kiwnęła głową, w pełni zgadzając się z ojcem. – Schabowy z ananasem w panierce z orzeszków piniowych był całkiem dobry. Polędwiczki cielęce z żurawiną i dziwnym miętowym sosem też były jeszcze do przełknięcia, ale jak podała te przegrzebki, to myślałem, że pawia puszczę… – zaczął swą smutną opowieść Piotrek.
– A ja myślałam, że pawia puszczę po tej wątróbce w czekoladzie… – Hania lekko pozieleniała na twarzy.
– Już ponad tydzień nie miałem w ustach normalnego jedzenia – żalił się dalej, ponurym głosem. – Jadłem jednak z uśmiechem na ustach i chwaliłem głośno, bo Ola tak bardzo się starała. Ale dzisiaj miały być na obiad ślimaki, z tym to już bym nie dał rady…
Z całych sił zacisnęłam usta.
– Ja też próbowałam jeść. – Dzielna dziewczynka miała łzy w oczach. – Ale jak mama nie widziała, to wypluwałam do doniczki albo w ręcznik papierowy, żeby później zanieść psu, ale on też tego nie chciał…
– Moje biedactwa…
Trzymałam jeszcze fason, ale czułam, że kolejne zdanie może być ostatnim i skończę z twarzą w kuchennej ścierze, próbując ukryć nieopanowany chichot.
– A jutro ma być komar… – Hania spojrzała na mnie z rozpaczą.
– Homar – poprawił córkę równie załamany ojciec.
– To ja mam pomysł – odpowiedziałam zduszonym głosem. – Ja zjem za was homara, a w zamian oddam tę mrożoną pizzę, która leży w moim zamrażalniku od stycznia. Może być?
– Dzięki, ciociu!
Z wielką ulgą Hanka rzuciła mi się na szyję. Przytuliłam na chwilę dziewczynkę, po czym poszłam do kuchni i złapałam pierwszy lepszy ręcznik.

Proszę- jak to z dobrobytu ludziom w doopach się przewraca... ;)))
Biedna Ola ;)

13 komentarzy:

  1. dobre :)
    ja też mam problem, bo u mnie każde z dzieci nie lubi czegoś innego i weź tu wceluj, by gotować jeden obiad dla wszystkich :)
    na szczęście lubią owoce morza, ślimaki najmłodsza też zje, starsze nie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jadłam kiedyś, sto lat temu, sałatkę ze ślimaków. Smakowały jak marynowane grzybki. A na co dzień schabowy, mielony i tym podobna nuda. Moi też tradycjonaliści, a dla siebie samiej nie chce mi się wymyślać.

      Usuń
  2. Ja tez nie marze, mam plebejskie podniebienie i na sam widok takich wykwintnosci predzej bym pawia puscila, niz orgazmu dostala.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dogadałabyś się z Piotrkiem ;)
      Ja tam chetnie skosztuję komara. W życiu nie jadłam.

      Usuń
    2. To może lepiej kleszcza? Więcej mięsa.

      Usuń
    3. Eeee, kleszcz smakuje pewnie jak kaszanka ;)

      Usuń
  3. Jadałam, przereklamowany i trzeba temu ciąć te odnóża, jakimiś cęgami. Same ceregiele, wolę tysiąc razy młode ziemniaki, jajo i mizerię. Owoce morza zjem, ale nie wariuję, a czasem to nawet mi śmierdzo. Najlepsze sushi z dużą ilością sosu sojowego, chrzanu zielonego (wasabi) i marynowanego imbiru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo Mnemo, to Ty smakoszka jesteś ;)

      Usuń
    2. Mam znajomego szefa kuchni...

      Usuń
  4. Od czasu do czasu można się pokusić o jakieś nowości. Ważne, żeby nie zajęło to dużo pracy i smakowało całej rodzinie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Baa, tylko to wcale nie takie proste, wszystkim dogodzić.
      Ten na słono, ten na słodko, inny na pikantnie...i weź się kobieto staraj ;)

      Usuń
  5. Przy mojej plebejskiej singielskiej kuchni (jajko sadzone z ziemniakami, tost z serem, ziemniaki z kefirem, parowki z mikrofalowki) to takie rarytasy tylko mi sie marza :-)

    OdpowiedzUsuń