a

a

środa, 15 kwietnia 2015

Honorowy dawca moczu


No i się doigrałam. Zemściło się wybieganie na dwór w samym szlafroku. Od wczoraj kicham, prycham, smarkam i robię wszystko to, czego nie powinnam w samym środku wiosny robić. Wyjadłam wszystkie rutinoscorbiny (więcej o leku), które miałam w domowej apteczce (hm... w większości lekko przeterminowane), wypiłam litry herbaty z sokiem malinowym, którego kilka słoiczków zostało jeszcze po Franusi, a wirusy jak się panoszyły w moim organizmie, tak panoszą się dalej. Chcąc nie chcąc, z samego rana zapakowałam się w auto, zaopatrzyłam w kilogram chusteczek higienicznych i pomknęłam do Choszczna, aby wzorem innych, ustawić się w długiej kolejce do lekarza. Na szczęście ekipa Piotrka wróciła do Rapsodii (skończyli jakiś remoncik na mieście i wzięli się ostro za stodołę i porządne ogrodzenie), więc bez lęku o Zarazę (zdrową już jak koń) nastawiłam się na kilkugodzinne czekanie. Tak jak się obawiałam, w przychodni istne oblężenie. Swoją drogą całkiem inaczej wygląda służba zdrowia z punktu widzenia pacjenta... Gorzej. Zdecydowanie gorzej.

Z rejestracji wzięłam numerek, usiadłam grzecznie na plastikowym, niewygodnym jak cholera krzesełku, wyciągnęłam z torby chusteczki i przy akompaniamencie smarkania, kichania i kasłania obserwowałam innych pacjentów. Choroba nie wybiera. Na krzesłach siedzieli przedstawiciele wszystkich możliwych frakcji. Od miastowych dam, na szpilkach i w pełnym, choć trochę rozmazanym makijażu, po babuleńki w staromodnych chustach na głowach. Od niecierpliwych ludzi pracujących, nerwowo przestępujących z nogi na nogę, ze strachem patrzących na zegarki, po emerytów obojga płci, którzy witali się wzajemnie, poklepywali po plecach i wymieniali najnowsze ploteczki. Kogo gdzie i co boli, komu na co nie wystarcza nędzna emerytura, który z przyjaciół przeniósł się już na górę... Ot, jaki lokal, takie plotki...

Po jakiejś godzince pojawiła się mama z kilkunastoletnim, niepełnosprawnym chłopcem. Zapytała, kto ostatni, uśmiechnęła się do płaczącego syna, pogłaskała go po głowie i rozejrzała niepewnie po przepełnionej poczekalni. Zanim zdążyłam się podnieść, wstało kilka osób i kobieta z wdzięcznością zajęła zwolnione miejsce, sadzając na kolanach chłopca. Honor. Dziecko płakało coraz głośniej, denerwowało się, może bało... Jeden ze spieszących się pracusiów zaproponował kobiecie, aby weszła przed nim. Nikt nie zaoponował. Honor. Mama trochę się certowała, ale skorzystała z okazji, a wychodząc z gabinetu wszystkim serdecznie podziękowała. Honor.

Po kolejnej godzinie na korytarz wpadł młody człowiek. Może dwadzieścia kilka lat. Kaszlący i smarkający- jak wszyscy pozostali. Z pewnością mający do roboty coś ciekawszego, niż czekanie w kolejce na badanie i receptę- jak wszyscy pozostali. Ale zachowujący się zdecydowanie nie tak, jak wszyscy pozostali. Stanął butnie przed gabinetem i oświadczył, że teraz wchodzi ON. Oczywiście podniósł się pełen protestów gwar. Jakaś babunia sprzeciwiła się cichym głosem, inny gromko zaklął, mnie zatkało. Młodzieniec machnął nam przed nosem jakąś legitymacją i powiedział, że możemy sobie poczytać przy rejestracji, że honorowi krwiodawcy przyjmowani są bez kolejki. A wszystko głosem przepełnionym złością i pogardą. Dziadek, siedzący obok mnie, odrzekł na to, że weterani wojenni też mają takie same względy, inny odburknął, że oddaje krew już od kilkunastu lat, ja mruknęłam pod nosem, że służba zdrowia... Nic go nie wzruszyło. Patrząc na nas z góry poinformował wszystkich, że oddając swą drogocenną krew ma chyba prawo do jakichś korzyści, po czym, korzystając z tego, że otworzyły się drzwi gabinetu wpadł jak burza do środka, zatrzaskując nam drzwi przed nosami. Honor?

I tak się zastanawiam, czy oddając krew i mając na uwadze jakieś korzyści, możemy mówić jeszcze o honorowym krwiodawstwie?
Nadeszła w końcu moja kolej. Pani doktor zbadała, osłuchała, spojrzała w gardło i wypisała receptę. W aptece pozbyłam się 130 złotych. Zajechałam jeszcze do Anki, bo jakoś nie mam zaufania do publicznych toalet, a herbatki z sokiem strasznie cisnęły mój pęcherz moczowy.

Honorowo oddałam mocz do Aninej muszli. Dużo moczu. Nie oczekując podziękowań ani zapłaty. Nie myśląc o przyszłych korzyściach ani rekompensatach. Przy następnej wizycie u lekarza znów będę godzinami siedziała grzecznie na krzesełku. A niech to!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz