a

a
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świętowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świętowanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 kwietnia 2020

Ale jaja!

Jakie mamy święta w tym roku- wszyscy wiemy. Sytuacja na świecie, przepisy i obostrzenia, a także zdrowy rozsądek każą nam zostać w domach. 
Nie będzie święcenia jajek, rodzinnych zjazdów, wspólnych spacerów ani radosnego rozgardiaszu, który zawsze towarzyszy świątecznym dniom. Spróbujmy jednak znaleźć jakieś dobre strony również w  takiej sytuacji. 
Święta bez panicznego sprzątania, bo co powie mama na takie pomazane okna? Bez nerwów, że pasztet nie będzie smakował teściowej. Na luzie, w gronie najbliższych, we własnych, nie do końca wypucowanych kątach.
Skoro już idę na łatwiznę to, zamiast wyskrobać coś nowego, przypomnę Wam post świąteczny sprzed kilku lat. 
Wesołych Świąt! Niech będą spokojne i zdrowe- dziś te proste życzenia nabierają głębszego sensu.

Z doniesień medialnych wynika, że rocznie produkuje się na świecie około 1,2 tryliona jaj spożywczych, a zgodnie ze statystyką przeciętny mieszkaniec ziemi zjada w ciągu roku około 173 jaj pod różnymi postaciami. Rzadko kto się nad tym zastanawia, ale przeciętna kura nioska znosi od 250 do 270 sztuk jaj rocznie. Niektóre gatunki są w stanie znieść jednego roku ponad 300 sztuk, a przekrój  wielkości jaj jest doprawdy imponujący.



Czasem zdarza się, że w jaju znajdują się dwa żółtka. To dlatego, że młode kury nie mają dobrze zsynchronizowanego cyklu produkcyjnego i zdarza się, że w jednym jaju znajdą się dwa zarodki, czyli dwa żółtka.

Największe znane człowiekowi jaja znosił mamutak- tzw. Ptak Słoń. Jest to wymarły gatunek, który żył na Madagaskarze. Jakiś czas temu, w londyńskim domu aukcyjnym Christie sprzedano zachowane w całości, częściowo skamieniałe, jajo mamutaka. Ma ono 30 centymetrów wysokości i 21 średnicy.


Z obecnie żyjących gatunków największe jaja składa struś północno-afrykański, którego jaja mierzą sobie średnio od 15 do 20,5 cm długości oraz 15 cm średnicy.



Z kolei najmniejsze jaja na świecie znosi koliberek hawański, mierzący zaledwie 6 cm. Przeważnie znosi 2 jaja o wadze 0,25 g i wielkości 6,35 mm.



Jednocześnie w stosunku do masy ciała, jajo kolibra jest największym jajem, zaś jajko strusia jest jajem najmniejszym ;)

Ubarwienie jaj może być przeróżne: od białego do czarnego przez różowe, zielone, błękitne. Z naszych ptaków różowe w ciemne kropki jaja składa np. zaganiacz, a piękne turkusowe — drozd śpiewak. Białe jaja składają ptaki gniazdujące w norach czy dziuplach albo ptaki bardzo silne, których jajom nie grozi niebezpieczeństwo. Z kolei ptaki składające jaja na otwartej przestrzeni mają jaja tak ubarwione, że ich prawie nie widać.


Jak długo może trwać proces wysiadywania jajka? Najkrócej u małych ptaków - 9-11 dni. U większości ptaków śpiewających są to 2 tygodnie, kura wysiaduje 3 tygodnie, kaczka - 28 dni, a większe ptaki zazwyczaj 30-32 dni. Ale są też ptaki, które wysiadują jaja przez 60 dni. Najszybciej jednak wysiaduje się jaja męskie. Czasem wystarczy kilka minut i już. Po ptokach...



No właśnie, bo przecież nie tylko ptaki znoszą jaja. Z jaj rozmnażają się gady, płazy, owady. Ba, ja sama co miesiąc znoszę jedno ;) Jeszcze...

W Kambodży, Wietnamie i Tajlandii popularnym fast foodem są smażone jajeczka mrówek, które ponoć mają maślany i lekko orzechowy smak.
W Norwegii i Wielkiej Brytanii popularnością cieszą się jaja mewie sprzedawane po bardzo wysokich cenach ze względu na ich ograniczoną podaż. Są one 2-3 razy większe od kurzych i mają wyjątkowe walory smakowe.
A jeśli już mowa o horrendalnie drogich jajkach konsumpcyjnych, to niekwestionowanym zwycięzcą jest ikra z bieługi, zwana czarnym złotem. Kilo rybich jajeczek kosztuje 34 tysiące dolarów.

Najczęściej jednak, mimo wszystko, zjadamy jaja kurze. Oprócz nich coraz większą popularnością na wielkanocnym stole, i nie tylko, cieszą się jaja przepiórcze.

Jeśli już jesteśmy przy kulinariach... Jajka w majonezie, faszerowane, omlety... nuda. A może by tak poszaleć? Może Azja...?
Wszyscy wiemy, że w Azji gusta kulinarne należą do dość specyficznych. Nic więc dziwnego, że to tu zjada się najdziwniejsze rodzaje jajek.

Balut to przysmak pochodzący z Azji południowo-wschodniej, zwłaszcza kuchni wietnamskiej. Jest to na wpół rozwinięty kaczy lub kurzy płód, który jest gotowany w skorupce jajka. Spożywa się go w całości, razem z kośćmi i dziobem. W Wietnamie i Laosie balut jest bardziej popularny niż hamburgery i pizza, a na Filipinach jest uważany za potrawę narodową. W Azji uważa się także, że danie to jest afrodyzjakiem.


Albo stuletnie jajko. Jest charakterystyczną potrawą kuchni chińskiej. Jest to zakonserwowane i przechowywane od kilku tygodni do kilku miesięcy jajo. Proces tworzenia dania rozpoczyna się od włożenia jajek do blaszanego naczynia wypełnionego roztworem z gliny, niegaszonego wapna, soli, herbaty, łusek ryżowych i wody. Jajko robi się brązowe lub czarne i nabiera galaretowatej konsystencji, żółtko jest natomiast brązowozielone. Potrawa jest jak wino: im starsza, tym lepsza. Często podawane są osobom chorym i będącym na diecie. Macie ochotę?


I na koniec prawdziwy rarytas rodem z Chin. Jajka w moczu. Podobno musi spróbować tego każdy młody chłopiec. By je zrobić, najmłodsi mieszkańcy miasta mają obowiązek oddać mocz do wiadra. Mocz zgromadzony w wielkim kotle jest podgrzewany do wrzenia, po kilku minutach jajka są do niego wkładane i gotowe.


Ach, czujecie ten aromat?

Ps.- Po lekturze tego, co sama (przy pomocy neta oczywiście) napisałam, stwierdzam, że jajka w majonezie są jednak zajebiste... ;)))

czwartek, 25 lipca 2019

Miejskie wieści

Moje miasto jest niewielką, powiatową miejscowością. Mieszka tu nie więcej niż 16 tys. głów, z czego niestety, jak w coraz większej ilości polskich miast, większość tychże głów oprószonych jest siwizną. Młodzież wyjechała, wyjeżdża, lub ma wyjazd w planach. Na studia, w poszukiwaniu lepszej pracy [lub w ogóle jakiejś pracy] i ciekawszego życia. Fakt- życie płynie tu leniwie i spokojnie, choć oczywiście różne ekscesy też się czasem zdarzają. Zaciukają bezdomnego za flaszkę wódki, okradną jubilera, pozostawione bez opieki dzieciaki rozpalą grilla w dużym pokoju i zjarają pół dachu czteropiętrowego bloku... Życie.

Jednakże na wakacje miasto me się obudziło. Wyrwało z letargu, otrzepało z kurzu i odziało w kolory. 
Od końca czerwca co weekend oferuje mieszkańcom i przyjezdnym najróżniejsze atrakcje. Może nie jakichś najwyższych lotów, nie za największe pieniądze, lecz w końcu coś się dzieje. W sobótkową noc zajechały food trucki. Spragnieni nowoczesności mieszkańcy rzucili się na wołowe pastrami za trzy dychy, które okazały się zwykłymi kanapkami z mięsem i ogórasem ;) 


Włodarze miasta zaprosili gwiazdy znane z tv. Future Folk z przesympatycznym Stanisławem Karpiel-Bułecką występowało jako support przed... Sławomirem! Serio! I tak jak Stasiu z chłopakami dali z siebie wszystko, tak gwiazdor Sławomir uraczył nas „Kolorowymi kredkami” i „Mydełkiem Fa”! No cóż... jakoś musiał zapełnić tę godzinę, za którą aż boję się pomyśleć ile zainkasował kasiory!


Kolejny weekend poświęcony był najmłodszym. Teatrzyk, pokaz i uczestnictwo w robieniu baniek mydlanych, ciekawe zabawy z animatorami z choszczeńskiego domu kultury. Dzieciaki były zachwycone. Następna atrakcja, która po raz pierwszy zagościła w naszym mieście to Holi- Festiwal Kolorów. Generalnie nie było tu nic specjalnie inteligentnego ani kreatywnego, właściwie było całkiem głupkowate, bo polegało na równoczesnym sypnięciu w górę [na siebie i wszystkich dookoła] kolorowym proszkiem [w skład którego wchodzi mąka ziemniaczana, talk i odrobina barwnika spożywczego], ale możliwość bezkarnego usmarowania się od stóp do głów wywoływała euforię u dzieci i młodzieży i lekko skrępowaną radochę dorosłych. Za magicznym proszkiem w cenie 10 zł za 75 gram. [czyli jak łatwo policzyć najdroższą mąką świata: 133 zł za kilogram], ustawiały się kolejki niczym w sklepach monopolowych w latach 80-tych.


Odbył się również Choszczno Graffiti Jam, na którym ośmiu malarzy na 300-u metrach kwadratowej ściany stworzyło mural przedstawiający historię miasta. I choć moim skromnym, dyletanckim zdaniem woj Choszcz wygląda jakby spadł z kosmosu, jest moc, a ozdobiona malunkami ulica Krótka stała się popularnym miejscem spacerów.


Ostatnia sobota wybrzmiała rytmem miejscowego zespołu rockowego. I choć rytm czasem gdzieś się gubił, młody wokalista zapominał tekst i w międzyczasie wyłączono prąd, na dobrą chwilę uciszając tak gitary jak i mikrofony, publiczność bawiła się znakomicie. Mam tylko szczerą nadzieję, iż słowa które wyartykułował wokalista na melodię „Autobiografii” Perfectu: „W hotelu fan mówi- na taśmie mam to jak w gardłach im rodzi się śmiech” nie będzie złą wróżbą dla zespołu.

Wspomnę jeszcze o rowerowym maratonie dookoła jeziora, zawodach wędkarskich, mistrzostwach w kajak polo, czytelniczych popołudniach w bibliotece i otwartym spotkaniu z Choszcznianinem, który zagrał epizod w słynnej na cały świat produkcji „Gra o tron”.
Fajnie, że coś się dzieje i każdy z łatwością znajdzie coś dla siebie. Mniej fajnie, że i tak znajdą się mieszkańcy, którzy będą zrzędzić i marudzić, narzekać i psioczyć, jęczeć i krytykować. Ale widocznie taka to już jest ta nasza polska, małomiasteczkowa natura, że naprawdę zadowoleni jesteśmy dopiero wtedy, gdy możemy coś i kogoś porządnie skrytykować.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Męskim okiem

Pisarz powinien być kreatywny. Raz romans, raz kryminał, dziś paplać optymistycznie, jutro zakrakać jak wrona. 
Tym razem postanowiłam zrobić sobie genderowskie ćwiczenie i zmienić płeć. Uogólniam, generalizuję i przesadzam, więc wszystkich panów proszę o przymrużenie oka ;)

To, że kobiety są z Wenus, a my z Marsa wiadomo nie od dziś. Inaczej myślimy, inaczej postrzegamy, inaczej rozumiemy i całkowicie inaczej reagujemy. Różnie bywa; gruchamy sobie niczym dwa gołąbki, ona spija słowa z mych ust i patrzy z uwielbieniem w oczy, aż tu nagle, nie wiadomo skąd, kiedy ani dlaczego, gołębica zmienia się w sępa i tylko patrzy gdzie wbić dzioba, żeby najbardziej zabolało. No, ale po tylu latach już się człowiek do tego rollercoastera przyzwyczaił. 
Jednak gdy zbliżają się jakiekolwiek święta, to baby już nie są z Wenus. One nie są nawet z Neptuna. Bardziej prawdopodobne, że pochodzą z planety znajdującej się gdzieś na samym krańcu jakiejś całkiem innej, odległej galaktyki. 
Ja rozumiem, że dom trzeba ogarnąć [gdy zamierzają zwalić się goście], coś tam do jedzenia uszykować, jakieś pisanki pomazać, no, ale ludzie!, bez przesady! Lata toto od rana do wieczora, jakby miała motorek w dupie. Zmywa, psika jakimiś chemikaliami, znowu zmywa, przesuwa, drze się żeby jej pomóc, bo nie daje rady. Rzucasz wszystko, lecisz, a ta pyszczy, że podłogę tu dopiero zmyła a ja lezę jak bezrozumny baran i mam stąd spieprzać i to już! To po cholerę woła!? Kudły nastroszone, twarz czerwona, ręce w żółtych rękawicach uzbrojone w jakieś dziwne szczoty i inne narzędzia służące bóg wie do czego. Wczoraj  widziałem jak szczoteczką do zębów fugi w kiblu szorowała. Mało tego, to była moja szczoteczka! 
Żal mi się w końcu kobiety zrobiło, zaproponowałem że chociaż okna oblecę. Ucieszyła się. Wymyłem je w kilka minut- teraz taka chemia dobra, że wystarczy psiknąć, przetrzeć i gotowe. I po co te całe dramaty? W jeden dzień całą chatę bym opierdzielił. Wołam kobietę, niech przyjdzie i się czegoś nauczy. Przyszła, patrzy z dziwną miną... I zamiast się zachwycać, znowu mordę pruje: to są umyte okna?, ramy brudne, parapety uświnione, żaluzji w ogóle nie ruszyłeś, na karniszach firanki pajęczyn... Czy ty w ogóle coś tu umyłeś?! No jak nie- szyby, cholera, umyłem. W końcu przez szyby się patrzy, a nie przez jakieś głupie ramy. No, ale babie nigdy nie dogodzisz. Wkurzyłem się. Idę do lodówki- jedzenie zawsze trochę mnie uspokaja. Drze się! Tego nie rusz, bo na święta, tamto do sałatki, sramto do sernika. Łaskawie pozwoliła jajecznicę zrobić. Ledwo zdążyłem rozbić na patelnię sześć sztuk, leci z wrzaskiem: no i które jajka wziąłeś, ośle! Mówiłam, że te z białymi skorupkami są do malowania! Rany, kto normalny parzy na kolor skorupki głupiego jajka do głupiej jajecznicy? No właśnie, a propo ozdóbek. Wchodzę dziś do salonu, a tu śmierdzi jakby kot dywany olał. Chodzę, szukam, wącham... I co? Rzeżucha! Poustawiała zielsko na parapetach, na stole, przy kominku, w doniczkach, moich lampkach do koniaku... Jezu, jak ja nie lubię zapachu kiełkującej rzeżuchy! Już miałem kota na dwór wywalić, a okazuje się, że muszę żonę, z jej ogrodowymi zapędami! Ogród- następna kość niezgody. Umówiłem się ze Stachem na ryby. Wieczorem nakopałem przynęty, przykryłem wiadro, odstawiłem do kanciapy i poszedłem wcześnie spać, bo skoro świt zaplanowliśmy wyprawę nad jezioro. Wstaję o czwartej, szykuję się cicho, żeby styranej kobity nie obudzić, biorę wiadro, wsiadam w auto... Cóż za wspaniała perspektywa- żyć, nie umierać! Na miejscu szykuję wędki, wkładam rękę do wiadra, macam... Co za cholera, uciekły? A nie! To żona moja, ekolożka cholerna, na grządki warzywne dżdżownice wypuściła. I jeszcze mi się oberwało, że sadysta bez serca jestem i jak chcę, to ona mi taką żelazną trumienkę zafunduje, i zobaczę, jak się będę czuł, gdy nockę w niej przeleżę. Czuł! Że niby te rosówki taką traumę we wiadrze przeżyły? No, błagam! Przecież to zwykłe prymitywne skąposzczety, a nie lumbricus sapiens!



Ale przecież kobiecie nie przetłumaczysz. Uprze się jak wół i żadne argumenty do niej nie trafiają, jakby miała klapki na mózgu. 
I tak tu męcz się człowieku w imię spokoju i rodzinnej sielanki. Wysłuchuj, potakuj, przyklaskuj, i choć męska duma krzyczy w sprzeciwie basem, ciebie stać jedynie na cienki falset. Właśnie- z seksem też cienko. Tydzień przed świętami i tydzień po, o bzykanku mogę sobie jedynie pomarzyć. Zmęczona, głowa boli, pracy ma jeszcze dużo, goście... A ty człowieku weź se i usychaj. Święta, cholera...

Jednak gdy święta w końcu nadejdą, usiądzie człowiek przy pięknie przybranym stole, podje pysznego żarełka, wypije kielicha z rodziną i przyjaciółmi, spojrzy na tę swoją połowicę, piękną i radosną, to nie żałuje że tak się namęczył. Warto jednak było aż tak się poświęcić!

niedziela, 23 grudnia 2018

Najlepsze prezenty

Uwielbiam przedświąteczny czas! 
Lubię zapach choinki, pieczonych pierników i obieranych mandarynek. No... może lekko marszczę nos gdy smażę ryby.



Nie przeszkadzają mi tłumy w marketach ani korki na ulicach. Stojąc w kilometrowej kolejce do kasy obserwuję ludzi i dziwi mnie, że tak się miotają, denerwują, przeklinają i krzywią. Skoro tak bardzo się męczą, dlaczego nie zrobili zakupów wcześniej? Nie zamówili online? W dzisiejszych czasach mamy mnóstwo możliwości. Słucham opowieści jak to jedna rąk nie czuje od lepienia pierogów, druga ma już dość i najchętniej przespałaby całe te święta, a trzecia jęczy, że brakuje jej jeszcze pięciu prezentów. Jezu! Po cholerę aż tak bardzo utrudniamy sobie życie? 
Nasza rodzina już dawno ogarnęła świąteczny temat i nie przejmujemy się faktem, że choć święta jeszcze się nawet nie zaczęły, w słoju z piernikami już widać dno.


Gospodarz domu zmienia się co roku. Żarciowo dzielimy się po równo a losowanie prezentów robimy na wspólnym obiedzie, na którym, też tradycyjnie, spotykamy się zawsze pierwszego listopada po wizycie na cmentarzu. I tak już od wielu lat. Bez spinki, zarabiania się i stresu.


Spotykamy się godzinkę wcześniej, dziewczyny szykują jedzenie, panowie rozkładają stół, dzieci nakrywają do uroczystej kolacji, psy kręcą się pod nogami czyhając na okazję. Skłamałabym twierdząc że wszystko idzie jak z płatka. Nie ma aż tak dobrze. Dwa razy posolona woda, spalone naleśniki, przewrócona choinka czy stłuczony talerz zdarza się prawie zawsze. Wrzaski na dzieci, gromy na mężów, czasem nawet jakaś łza spływająca po policzku... Wszystko jednak przestaje być istotne gdy zasiadamy przy stole. Dzieląc się opłatkiem zapominamy o krzywdach i wzajemnie życzymy sobie wszystkiego najlepszego. Po kolacji najmłodsze z dzieci- czyli u nas Michalinka, nurkuje pod choinkę i każdemu wręcza prezent od Mikołaja. Choć w zdecydowanej większości wiemy co znajdziemy w ozdobnym pudełku, ochoczo bierzemy udział w corocznej pantomimie. Zachwycona mina, okrzyk radości i gorące podziękowania dla hojnego świętego. Jest wesoło i gwarno. Na białym obrusie rośnie plama po czerwonym barszczu, w wodzie rozpada się zapomniany pieróg, dzieci wycierają umorusane czekoladą buźki w świeżo wyprane kuchenne ścierki, panowie rozsiadają się wygodne w sofach i włączają telewizor a panie nadrabiają zaległości w plotkach. No, po prostu zwyczajne święta ; ) 
W miarę możliwości od razu korzystamy z prezentów. Przelewamy herbatę do kubka z reniferem, zakładamy kapcie z kolorowymi pomponami, do przegródki nowego portfela wrzucamy łuskę z grzbietu świątecznego karpia. Otwarcie okazujemy radość z prezentu i cieszymy się patrząc na zadowoloną minę obdarowanego przez nas.
Bo nie rozumiem pojęcia; nietrafiony prezent. Co z tego, że nie potrzebny nam kolejny wyciskacz do czosnku? Że mamy całą szufladę skarpetek i krawatów? Nie nosimy plastikowej biżuterii ani nie lubimy perfum Calvina Kleina? Przecież to wcale nie o to chodzi! Nie chodzi o zwiększenie stanu posiadania, o porównanie co, kto i za ile, o domysły i domniemania. Chodzi o sam fakt, że ktoś zechciał nas czymś obdarować. Że istnieje ktoś, kto chciał nam zrobić przyjemność. Kto poświęcił chwilę, zastanowił się, zadał sobie trud, miał chęć i ją zrealizował. Bo smutną rzeczą jest uświadomienie sobie, że nie ma nikogo kto zechciałby wręczyć nam tę przysłowiową parę skarpet, ale jeszcze smutniejsze gdy sami nie mamy komu tych skarpet podarować.


Wesołych, rodzinno- przyjacielskich Świąt Bożego Narodzenia, kochani! Obyśmy zawsze mieli z kim świętować!

poniedziałek, 25 września 2017

Słodkie nieróbstwo

Jak ja lubię być sama w domu. 
Nikt nie marudzi, nie zrzędzi, nie pyta gdzie jest masło ani czy wyschły skarpetki. Nikt nie drze się do telewizora: no strzelaj, strzelaj durniu! No patrz Mariolka- ja nie mogę pojąć jak można było spieprzyć takie podanie! 
Z pokoju Dawida nie dobiegają wstrząsające jęki, które on nazywa muzyką. Nawet psy są jakieś takie wyciszone. Bosko.

Mając w perspektywie cały, długi, samotny, spokojny dzień, zaplanowałam sobie nicnierobienie. W końcu raz na ruski rok należy mi się. Kawa z mlekiem, kąpiel z pianą, kanapka na obiad i ewentualnie spacer ze zwierzami.



Chłopaki pojechali zaraz po śniadaniu. Wzruszyli się moją o nich troską [kanapki macie? picie wzięliście?, dokumenty zapakowane?] i patrząc na mnie, stojącą w drzwiach, z lekkim rozbawieniem machali przez okno odjeżdżając samochodem. Tak naprawdę chciałam się tylko upewnić, że niczego nie zapomnieli i nie wrócą nagle, obracając w niwecz moje słodkie plany. Wróciłam do domu, usiadłam na sofie i przez chwilę napawałam się ciszą i wolnością. Po jakiejś minucie znudziło mnie napawanie i postanowiłam zrobić sobie kawkę. Podeszłam do zlewu. Zanim zdołałam nalać wody do czajnika, musiałam umyć ze sto kubków, dziesięć talerzy, kilogram sztućców i patelnię ubabraną resztkami jajecznicy. Aż dziw, że mieszkamy tu tylko we trójkę!
Z gotową, pachnącą cynamonem kawą poszłam do łazienki. Zebrałam rozrzucone mokre ręczniki, wstawiłam pralkę, wytarłam zalaną podłogę i napuściłam wody do wanny. Pławiąc się w rozkosznie ciepłej i pachnącej magnolią wodzie, już miałam sobie zamruczeć z rozkoszy, gdy mój wzrok padł na przeciwległy rant wanny. Boszsz..., kapieli mi się zachciało! Z perspektywy prysznica tego zakamarka w rogu wcale nie widać! Spłukałam włosy, wypuściłam wodę i wyciągnęłam z szafki pod zlewem środek grzybobójczy. Po jakiejś godzince wanna wyglądała jak nowa. Przy okazji wypucowałam zlew i kibel.
Usiadłam sobie z książką, łyknęłam zimnej kawy i właśnie zaczynałam nowy rozdział, gdy zapipkała pralka. Odłożyłam książkę tłumiąc przekleństwo, bo akurat miałam się dowiedzieć, czy ten książę na białym koniu jest faktycznie księciem, czy też może zwykłym żebrakiem. Jasny gwint! Żeby móc powiesić ręczniki, musiałam zebrać i poukładać w szafach pranie od przedwczoraj wiszące na suszarce. Gdy już kończyłam, Saba i Sońka zaczęły drapać w drzwi tarasowe. Spojrzałam na zegarek. O matko! Już ta godzina? Jak na złość psia karma wczoraj się skończyła, trzeba coś ugotować. Nie wytłumaczysz przecież psom, że dzisiaj nie ma żarcia, bo pańcia ma wolne. Wstawiłam ryż i wrzuciłam na wrzątek kilka gnatów. No dobra. Za jednym zamachem upichcę jakąś zupę. Chłopaki wrócą w nocy umęczeni, to coś ciepłego wrzucą na ruszt. Gdy pomidorowa pyrkała na gazie a psy opierdzielały mięsną wkładkę, narzuciłam na plecy polarek i walnęłam się na hamak. Jesień, moi drodzy. Jesień pełną gębą. Bujając się obserwowałam zachmurzone niebo. Klucze żurawi prześcigały się w swej corocznej podróży na południe. Nie licząc specjalnie, odprowadziłam wzrokiem chyba z dziesięć gęgających i klangorujących stad. Aż im pozazdrościłam tej wyprawy do ciepłych krajów. U kresu czeka na nie słonko, ciepło i drinki z palemką, podczas gdy u nas już za chwilę będzie zimno, mokro i w ogóle do dupy. Spojrzałam na wielkiego orzecha rosnącego w rogu posesji. Przez gałęzie prześwitywał horyzont. Sroki kłóciły się o nieliczne orzechy zwisające smętnie z nagich gałęzi. Zaraz, zaraz... Nagie gałęzie? To gdzie liście? Wciąż jeszcze zielona trawa pokryta była  dywanem z liści. I to nie ślicznym, żółtym, jak w zeszłym roku, tylko obrzydliwym, suchym i poskręcanym od nadmiaru wilgoci. Z cierpiętniczym westchnieniem poszłam po grabie... 
Dodam jeszcze na koniec, że gdy wieczorem przyszło do rozpalania kominka, w koszyku na drobne drwa do rozpałki nie było nawet drzazgi.

To już chyba gruba przesada! Chłopy pojechały sobie w świat i pewnie świetnie się bawią w jakimś McDonaldzie albo w innym KFC, a tutaj wszystko na mojej głowie. Chamstwo, skandal i poruta! A miało być tak pięknie...

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Ciężka dola Mikołaja

Tyle było szumu. Tyle roboty, krzątaniny, latania w te i nazad po sklepach, piwnicach, spiżarniach i tym podobne. Mycie okien, przyozdabianie domów, wybór i strojnie drzewek, dumanie nad prezentami. I po co? Ano po to, żeby w przyjaznym gronie i miłej atmosferze spędzić te kilka świątecznych dni.

Ze względu na młodą (no, umówmy się, że młodą) mamę, kolacja wigilijna odbyła się we Wiatrakach. Anka niczym królowa przywitała nas siedząc w fotelu z Jasiem i Małgosią w ramionach, a Ajron, jak prawdziwy giermek (pokojówka, dama dworu- wybierzcie sobie) krążył w pobliżu czekając na rozkazy ;) Anna nie wytrzymała długo w roli matrony i oddawszy dzieci pod opiekę dumnemu tatusiowi ( i nie mniej dumnym wujciom), rzuciła się wir wigilijnych przygotowań. No, może trochę przesadziłam z tym rzucaniem się ;) Najbardziej, jak zwykle, rzuciła się Olka rozkładając na świątecznie przybranym stole śledziowe sałatki, naleśniki z grzybami i karpia w galarecie. Mimo iż zgodnie i łaskawie zwolniłyśmy gospodynię od pichcenia, Anka wyciągnęła z szafki sernik i makowiec, po czym kryjąc się przed bratową (i puszczając do mnie oko) wyrzuciła do śmietnika firmowe opakowania miejscowej piekarni ;)
Jako, że mieliśmy całą furę dzieciaków, któryś z facetów musiał być Mikołajem. W związku z tym że Piotrek ma największe brzuszysko, padło na niego. Zajęłam dzieci wypatrywaniem pierwszej gwiazdki, a Piotrek poszedł do stajni się przebrać. Wrócił z workiem pełnym prezentów. Wszedł z rumorem i hałasem. Dzieci były zachwycone... w pierwszej chwili. Po sekundzie bliźniaki Anki zaczęły przeraźliwie ryczeć. Pewnie przez przypadek, bo kilkudniowe noworodki raczej w nosie mają wszystkich świętych włącznie z dziadkiem w czerwonym kubraczku. Po kilku następnych Hanka zaczęła głośno dyskutować, że ten Mikołaj to chyba jakiś oszust, bo ma brodę z waty i sztuczne włosy. I na pewno przyszedł tu, żeby nas wszystkich pozabijać. Po tych słowach, na biednego Mikołaja napadła Michalina.- Gdzie mój tatuś! Zabiłeś go?- Ajron z Jerzym zwiali do kuchni i tarzali się po podłodze, my uspokajałyśmy dzieci, a biedny Piotrek tłumaczył się własnej córce. – No co ty dziewczynko. Czemu miałbym zabić twojego tatę?- Bo masz na swoich nogach jego kapcie!- Darła się Miśka, usiłując zedrzeć mu z nóg bambosze ukochanego ojczulka.
W końcu Mikołajowi udało się ewakuować a Hania ( z podejrzanym uśmieszkiem na ustach) zaczęła dzielić prezenty. Miśka uspokoiła się dopiero gdy nieco zasapany Piotrek wrócił do pokoju. W przyszłym roku chyba zrezygnujemy z tego pomysłu i Mikołaj wejdzie do domu tak jak wypada, przez komin i po kryjomu ;)


Pierwszy dzień świąt spędziliśmy u mnie a drugi- tradycyjnie- jest odpoczynkiem po poprzednich dwóch. Siedzimy sobie z Jurkiem na kanapie, wyżeramy resztki, lampki się świecą, choinka pachnie...

I choć zawsze po świętach mówię sobie” i po co ci to było- durna ty”, to wiem, że za rok znowu będę sprzątać, gotować i latać jak z pieprzem po to, żeby ponownie było tak fajnie.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Kosmos

W sobotni wieczór okutana w sweter, koc i wełnianą czapkę usiadłam sobie na tarasie. Z moich ust, niczym z ust palacza, którym byłam wcale nie tak dawno temu, wydobywały się chmury siwej pary, ręce zgrabiały prawie momentalnie, ale niebo nade mną było tak pełne gwiazd, że zastygłam. No, pewien wpływ na zastygnięcie miał też pewnie fakt, że siedzisko rattanowego fotela przymarzło mi do tyłka ;) 
Oparłam głowę na oparciu i zapatrzyłam się w ogromne, absolutnie czarne, przepastne, gigantyczne niebo i połyskliwą, jasną wstęgę mrugającą milionem gwiazd. 
Droga Mleczna w rzeczywistości nie jest pasmem ale dyskiem. Jest spiralną galaktyką, w której znajduje się nasz Układ Słoneczny. Najjaśniej świeci w okolicy gwiazdozbioru Strzelca. Pas Drogi Mlecznej sięga na północy do gwiazdozbioru Kasjopei, a na południu do gwiazdozbioru Krzyża Południa. Zawiera ona czterysta miliardów gwiazd i sto miliardów planet. Tuż obok, całkiem niedaleko, bo w odległości zaledwie dwóch i pół miliona lat świetlnych (w perspektywie kosmosu jest to tuż za rogiem) znajduje się kolejna galaktyka- Andromeda, zawierająca kolejne miliardy ciał niebieskich. I tak gapiąc się w niebo, uświadamiam sobie, że nasza Ziemia jest mikroskopijną cząstką kosmosu. Że księżyc, morze, dąb za płotem, ja, Ty, jesteśmy po prostu fragmentem czegoś wielkiego.


Siedzę sobie na własnym ganku, z zadartym w górę łbem i widzę wszechświat. Cóż znaczy, wobec tej świadomości, że świeżo umyte okno balkonowe jest znów do połowy uciapane psim nosem? Że na wigilijnym stole każdy talerz będzie z innej parafii? Że pierniczki się za bardzo podpiekły i wyglądają raczej jak murzynki w kształcie śnieżynek?

Najważniejsze, abyśmy zawsze umieli zachwycić się gwiazdami i pamiętali, że jesteśmy częścią czegoś większego. Czegoś istotnego. To prawda, że diabeł tkwi w szczegółach, ale tak czy siak, szczegóły zawsze pozostaną szczegółami.
Wszystkim Wam życzę Wesołych Świąt Bożego Narodzenia. Oby przyniosły to, na co najbardziej czekacie. 
Buźka- Mariolka.

wtorek, 6 grudnia 2016

Zimowa jadłodajnia

O mój Boże! Znów wypadłam z blogowego światka. Nie mam czasu na życie wirtualne, a tu tyle się dzieje! I dobrego i złego, i pocieszającego, że w tym złym jednak potrafimy się zjednoczyć. Brawo Hano i dziewczyny z Kurnika. Aż mi wstyd, że żyłam w nieświadomości, na szczęście jeszcze mogę to naprawić małą darowizną. Dziewczyny- jesteście naprawdę zjawiskiem na skalę całego Kosmosu!!!

A czym jestem taka zajęta? Ano życiem ogólnie rzecz biorąc. 
Zima na zmianę pojawia się i znika. Na starej śliwie roi się od sikorek. Ze zwykłej butelki po napoju, kawałka druta i podstawki od doniczki Jurek zbudował automatyczny (samonapełniający się) karmnik.




Zajęło mu to około dziesięciu minut, a radości co niemiara ma cała rzesza. Sikorki i mazurki tłoczą się przy flaszce niczym przekupki na targu. Pokrzykują, kłócą się, wyrywają sobie z dziobków co smaczniejsze kąski, nie patrząc na to, że duża część dobra leci na ziemię. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci, a nawet czwarty korzysta, więc wysypane ziarno wcale nie idzie na zmarnowanie. Czego nie wydziobią wróble to zje Saba. A wszyscy mówią, że psy są mięsożerne i co? Okazało się, że niekoniecznie. Zajada sobie psina suszone owocki, na prawo i lewo pluje łuskami słonecznika i jest cała szczęśliwa ;) 
Od kilku dni do wspólnej ptasio-psiej jadalni dołączył jeszcze jeden konsument. Może pamiętacie moją opowieść o kocie Bolku- przyjacielu wszystkich gryzoni. Coś podejrzewam, że to właśnie on odszukał gdzieś biedaka i zaprosił do wspólnego stołu. Gdy sikory porozwalają już karmę naokoło, wróble wydziobią co lepsze, pies dogodzi sobie owsianymi płatkami, do stołu podchodzi on. Szary, wielki, z połową ogona i wyłupionym jednym okiem. Tajemniczy i czujny, bo jeszcze ani razu nie udało mi się uwiecznić go na zdjęciu czy filmiku. Chyba wiekowy, bo pyszczek ma oprószony siwizną. Ruchliwe wąsiki cały czas drgają, gdy przednimi łapkami chwyta jakiś zapomniany okruch i szybciutko pałaszuje ze smakiem. I choć gnębiłam myszy wewnątrz domu, w ogóle mi nie przeszkadza że pod śliwą ucztuje sobie w najlepsze stary szczur. Hm... kotu też nie. Gdy wygospodaruję sobie chwilę, siadam z kawką przy oknie i obserwuję ten komediowo- kryminalno- obyczajowy film z wieloma bohaterami w rolach głównych. A wszystko za kilka złotych i odrobinę poświęconego czasu.

Co oprócz tego? Pomału szykuję święta, ozdabiam dom i obejście, wytwarzam jakieś stroiki z szyszek, gałązek i owoców dzikiej róży, kupuję prezenty i robię burzę mózgu wymyślając kto i z czego najbardziej się ucieszy. Co roku, podczas spotkania przy okazji Święta Zmarłych losujemy osoby którym robimy jeden, większy prezent, ale któż nie ucieszy się z jakiegoś własnoręcznie uszykowanego drobiazgu? Piotrkowi wręczę nalewkę. Jurkowi- nalewkę. Ajronowi, hm...  chyba nalewkę. Anka pewnie też najbardziej ucieszy się z nalewki. I tym sposobem burzę mózgu mam za sobą ;)
Na 22 grudnia Anna ma zaplanowane cesarskie cięcie. Na świecie pojawi się mój nowy siostrzeniec i siostrzenica ;)))
Może będzie Adaś i Ewa?

niedziela, 5 czerwca 2016

Przyjedź mamo na przysięgę

Do niedawna szkolenie przygotowawcze mogli przechodzić wyłącznie kandydaci na stanowiska szeregowych, którzy chcieli wstąpić do Narodowych Sił Rezerwowych. Możliwość taką dostały też osoby w trakcie studiów i skorzystał z niej Dawid. Po złożeniu przysięgi kandydaci przejdą trzymiesięczny kurs i tym sposobem będą mieli odbytą służbę przygotowawczą.
I właśnie wczoraj odbyła się przysięga. Już od ósmej rano tłumy gości, na niebie ani jednej chmurki i skwar niebotyczny. Wepchaliśmy się z Jurkiem pod samą taśmę, aby mieć doskonały widok na naszego jedynaka i czekaliśmy. 
W końcu nadeszli. Cztery pułki elewów, poprzedzani orkiestrą i kompanią honorową. No to buch- kamera w ruch ; )
Wyglądali pięknie. Przystojni, wyprostowani, maszerowali prężnym krokiem jak jeden mąż. I, kurna, wyglądali jak jeden mąż. Identycznie. Byłam pewna, że serce matki od razu odnajdzie swoje dziecię, ale gdzie tam. Wybałuszałam oczy jak pompowana ropucha, przeszukiwałam wzrokiem każdy rząd, ale wszyscy wyglądali jednakowo. W końcu Jurek go wypatrzył. Chwilę zajęło, zanim wytłumaczył mi porządnie gdzie stoi Dawid, ale od tej chwili nie spuszczałam wzroku z mojego syna. Machałam do niego, wykonywałam różne porozumiewawcze gesty, aż mnie Jurek opierdzielił, a młody nic. Jak posąg. Stałam w lekkiej bluzce i przewiewnej spódnicy i czułam jak mi się włosy do łba kleją, a pot po karku leci. Dwie myśli miałam w głowie. Jedna- to po cholerę fryzurę sobie robiłam, a drugą- jak ci biedni żołnierze w tych galowych mundurach wytrzymują.
Jak zagrali hymn, to się popłakałam, ale wiecie, ja ryczę nawet podczas oglądania wieczornych wiadomości. Gdy młodzi żołnierze zaczęli powtarzać słowa roty zrobiłam przybliżenie na twarz Dawida. Pod słońce słabo było widać i nagrywałam trochę na oko. Odruchowo powtarzałam razem z nim.

Ja żołnierz Wojska Polskiego przysięgam
służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej,
bronić jej niepodległości i granic.
Stać na straży Konstytucji,
strzec honoru żołnierza polskiego,

sztandaru wojskowego bronić.
Za sprawę mojej Ojczyzny,
w potrzebie krwi własnej ani życia nie szczędzić.
Tak mi dopomóż Bóg.



Przy krwi własnej i życiu zalewałam się już łzami jak zawodowa płaczka. Jurek oczywiście musiał komentować: Ciekawe jakiej konstytucji, lewicowej, czy prawicowej..., młodych do boju, a sami siedzą i w stołki pierdzą,- jak to Jurek.
Po półtora godzinie mogłam przytulić swojego syna a dwie godziny później byliśmy już w domu. Dzisiaj po śniadaniu wgrałam filmy do komputera. Uszykowałam sobie kubek kawy i zasiadłam przed kompem gotowa jeszcze raz poprzeżywać ten wiekopomny dzień. Przyjrzeć się dokładnie twarzy syna, spojrzeć w jego oczy i tak dalej, wiecie- jak to matka. 
Włączyłam play... Qrwa- nie uwierzyłam własnym oczom. Kliknęłam drugi, trzeci, czwarty filmik. Qrwa!!! Okazało się, że przez cały czas nagrywałam jakiegoś całkiem obcego faceta. Mam ponad pół godziny filmu z jakimś baranem, a mój własny syn załapał się tylko na jeden kadr! I to przez przypadek. Qrwa!!!

Nic dziwnego, że mi nie odmachał...

niedziela, 3 kwietnia 2016

Powitanie wiosny

Taaa,  impreza pod takim tytułem odbyła się dzisiaj w Rapsodii. Zwaliła się ekipa z Choszczna, z pełnymi wszelakich dóbr torbami. Dziewczynki wyprowadziły kozy (wszystkie pięć) na z wolna zieleniejącą się łąkę i z zapałem przystąpiły do poszukiwania jajek. Znalazły jedno, które wcześniej podrzucił (nie mylić ze "zniósł") cichaczem Jurek, gdyż kury jakoś nie chcą się nieść. Nie przejmuję się tym jednak za bardzo, bo pewnie muszą się zaaklimatyzować w nowym miejscu. A może koguta im trzeba? Na razie nie wypuszczam ich na większy wybieg. Przebywają w kurniku i wydzielonej wolierze, bo boję się, że czmychną gdzieś, gdy wypuszczę je luzem. Tak więc jajek na razie nie ma, ale jest za to wszystko pozostałe ;) Kiełbacha, kaszanka, pieczone ziemniaki i jabłka, oraz kiszone ogórasy z piwnicy. Trochę się zdenerwowałam, bo zamiast wody brzozowej wszyscy chlali wodę ognistą, ale cóż zrobić? Nie znają się, a o gustach się nie dyskutuje ;)

Towarzystwo postanowiło rozpalić ognisko, odkładając grillowane mięsiwa na niedaleką przyszłość. Piotrek- jak to Piotrek, z gałęzi i cegieł stworzył rusztowanie i kiełbaski piekły się same, pozwalając biesiadnikom na degustację średnio i wysokoprocentowych napojów.

Wśród wielkich pąków forsycji, zapowiadających mrowie żółtego kwiecia, krzątały się pracowicie pszczółki, zagłuszając prawie słowa Anki, która wyciągnęła mnie na babskie pogaduchy. No, właściwie to ja wyciągnęłam ją ;) Wczoraj wróciła z Kołobrzegu, gdzie "urzędowała" z gorącym doktorkiem. Na moje oko, zakochała się dziewczyna ;) Rozanielone uśmiechy, zamglone spojrzenie i nieskładna gadka mogą świadczyć albo o skretynieniu, albo o początkach wielkiego uczucia ;) Na moją propozycję, aby ominęła bzykanko i opowiedziała resztę, szczerze się zdziwiła, pytając- „Jaką resztę?” Hm... zastanawiam się więc, która opcja jest bardziej prawdopodobna... ;)



Olka natomiast zaskoczyła nas stwierdzeniem, że zamierza wziąć udział w castingu do znanego telewizyjnego, kulinarnego show. W związku z tym od jutra zaczyna serwować przegrzebki zamiast schabowego i panna cottę zamiast sernika. Zazdroszczę Piotrkowi, w życiu nie jadłam przegrzebek. Choć kiełbasa, dość mocno liźnięta przez jęzory ognia i lekko utytłana popiołem, też była całkiem smaczna.

Taa, woda ognista ośmiela i zachęca do zwierzeń. W związku z tym że ja również olałam dziś sok brzozowy, zakończę swój wpis, zanim wygadam Wam wszystkie moje sekrety! ;)
Pozdrawiam Was wiosennie- Mariolka ;).
Ps.- Jurek już śpi- męczące to powitanie  jednak było... ;)

piątek, 25 marca 2016

100 wcieleń rosołu

Byłam dziś w mieście na ostatnich (albo przedostatnich, bo z pewnością o czymś zapomniałam) przedświątecznych zakupach. Matko jedyna! Ludzi mrowie. Kłębi się toto, przepycha, kręci w te i nazad, z obłędem w oczach pchając przed sobą obładowane do granic możliwości wózki. Cztery kasy obsługują klientów od rana do wieczora. Biedne dziewczyny, blade ze zmęczenia ledwie mają siłę przesuwać tony towarów przed pikającym non stop skanerem, nie mówiąc już o uśmiechu czy odwzajemnianiu świątecznych życzeń. 
Hej, weselmy się, święta idą! 
Stojąc w kolejce z równie obładowanym jak pozostali konsumenci koszem, zaczęłam się zastanawiać jak żyliśmy kiedyś? Gdy nie było supermarketów, a niedziela była wolna również od handlu. Gdy w sklepach stały na półkach przysłowiowa musztarda i ocet, a mięso i kawę kupowało się na kartki? Byłam jeszcze wtedy mała, ale pamiętam gigantyczne kolejki i ludzi z wiankami papierów toaletowych malowniczo udrapowanymi na szyjach. Pamiętam meblościanki w pokojach swoich koleżanek, które były identyczne z moją własną ;)

I pamiętam przygotowania świąteczne mojej Babci, lub Cioci Frani. Same kupowały świniaka od sąsiada, mięso peklowały, piekły, wędziły, gotowały i tym podobne. Najważniejsza była logistyka. Szynki i schaby na wędliny, podroby do pasztetu, krew na kaszankę, jelita na kiełbasy i tak dalej. Nic nie mogło się zmarnować. Taka sama logistyka obowiązywała podczas konsumpcji owego prosiaka, aby starczyło na jak najdłużej. Pomidorowa zrobiona z rosołu to już klasyka, ale ciocia Frania robiła dużo, dużo więcej ;) Nóżki z rosołu panierowała w tartej bułce i podawała z ziemniakami i mizerią. Ugniatając ziemniaki pochylała się mocno nad garnkiem i robiła „parówkę” na cerę, a po obiedzie maseczkę z obierków ogórka. Wodą po ugotowanych pyrach (niesoloną i ostudzoną) podlewała paprotki. Rosły jak szalone. Nie muszę chyba pisać, że obierki z ziemniaków parowała dla kur? Reszta ziemniaków kończyła jako kopytka. Mięso z korpusu i wieprzowinę obierała z kości i była galareta. Ugotowane warzywa zamieniały się w sałatkę. Makaron z pomidorowej z sosem z zagęszczonej mąką zupy przybierał formę spaghetti, czasami z dodatkiem małych klopsików. I tak oto przez tydzień, przybierając różne formy i faktury, rosół żywił całą rodzinę ;)


Komu dzisiaj  by się tak chciało? Resztki wyrzuca się do śmieci i już.
Ja nie będę aż tak szaleć z recyklingiem, ale nie zamierzam też szaleć kulinarnie. Sałatka, żurek, biała kiełbacha i pieczona karkówka. No i jajka oczywiście. 
A Wy co szykujecie? Szalejecie?

środa, 9 marca 2016

Czwarty krzyżyk i Krzyż Pański...

Jakoś tak się utarło, że czterdzieste urodziny są przełomem w życiu kobiety. A przynajmniej tak odbiera to moja szalona kuzynka Anka, która właśnie zaczęła dźwigać na grzbiecie swój czwarty krzyżyk. Aleksandra- dobra dusza- wymyśliła dla niej przyjęcie- niespodziankę, a mnie zapędziła do pomocy w jego realizacji. Choć przebiegła Anka domyśliła się podstępu swojej bratowej, do końca udawała zaskoczenie i Ola była w pełni usatysfakcjonowana ;) Fakt- impreza była świetna, ale nie o niej chciałam napisać, a o jednym z gości szanownej jubilatki. 

Poznali się w Noc Sylwestrową i od tej pory nic już nie miało być tak samo. Niestety...

Jacek skończył 26 lat i pracuje jako trener choszczeńskiej drużyny kajak polo w kategorii młodzików. No i wciąż mieszka z mamusią. Jest prawdziwym niewolnikiem własnego ciała. Dzień zaczyna i kończy gimnastyką. Przed podniesieniem łyżki do ust liczy kalorie i sprawdza indeks glikemiczny pokarmu na niej zawartego. Każdy mięsień, przeciętnym ludziom służący do poruszania się, jest jego przyjacielem i ma swoje imię. I każdemu poświęca odpowiednią liczbę minut na indywidualny trening. Okazał się całkiem sympatycznym młodzieńcem. No, może nie zabija intelektem, ale wiedział, że bitwa pod Grunwaldem była w 1410 roku. Nie był tylko pewien, kto wygrał…
Jego znajomość z Anką jest doprawdy skomplikowana. Wydaje mi się, że trzyma go ona przy sobie jako remedium na konflikt serca i rozumu, jaki ostatnio nieustannie toczy jej ciało i duszę ;) Ewentualnie chce być poprawna politycznie i akceptuje w pełni genderowatość młodziana. Skąd gender u takiego macho? Cóż, przytoczę Wam dialog bohaterów tegoż wpisu i oceńcie sami ;) Działo się to na początku ich znajomości, gdy Anka zachorowała, a Jacuś postanowił ją porozpieszczać. Natrudził się chłopak, uszykował wzmacniający przecier z selera naciowego i załatwił najnowszą komedię rodem z Hollywood. ;)

– Chcesz trochę? – zapytał Jacek, wychodząc z kuchni z dzbankiem shrekopodobnej mikstury.
Anna energicznie zaprzeczyła.
– To przecier z selera. Jest doskonały na potencję.
– Nie, dziękuję. Nie mam jeszcze problemów z potencją – odpowiedziała żartobliwie Anka.
– A prostatę badałam w zeszłym miesiącu.
Jacek z aprobatą pokiwał głową.
– To dobrze. Lepiej zapobiegać niż leczyć.
Matko jedyna…
– Masz całkowitą rację. A ty systematycznie wykonujesz mammografię? – Anka badała dalej intelektualne możliwości Jacka.
– Oczywiście.
– Cytologię też?
Napakowany hermafrodyta skinął potakująco głową, podszedł do DVD i włączył płytę.
– Oglądamy?
Załamana Anna bez słowa skinęła głową.

Nie wiem, dlaczego się załamała. W końcu naprawdę lepiej zapobiegać niż leczyć, prawda? Miał chłopak rację ;)))

Osobiście poznałam go jednak dopiero na owej imprezie. 
Jedzenia naszykowałyśmy masę, bo Ola zaprosiła wszystkich z otoczenia Anki, których znała. Goście zajadali się przysmakami przez nas przygotowanych. Na stole stało wszystko, co tylko można było sobie wyobrazić: sałatki, mięsiwa we wszystkich postaciach, miliony przystawek na ciepło i zimno. Wszyscy jedli, jakby co najmniej przez tydzień nie mieli nic w ustach, z wyjątkiem oczywiście Jacka. Na pytanie Ajrona, dlaczego odmawia sobie tych pyszności, chłopak udzielił wyczerpującego wykładu na temat prawidłowego żywienia.
– Ale przecież trzeba korzystać z życia! Dieta dietą, rygoru trochę też się przyda, lecz drobne przyjemności są równie ważne – tłumaczył sportowcowi Ajron. – Carpe diem, mój młody przyjacielu.
Przerośnięty chłopiec spojrzał na dziwnie mówiącego weterynarza.
– No… karpia zjem… Ryby są zdrowe i mają dużo białka, choć ta akurat trochę mułem zaciąga… – powiedział, po czym spojrzał zdziwiony na twarze ryczących ze śmiechu gości.

Rany! To był hit imprezy! Wielcy filozofowie mają to do siebie, że ich słowa można interpretować w rozmaity sposób, ale takiej interpretacji Horacego jeszcze nie słyszałam ;)))

Nie był to koniec spektakularnych występów chłopaka Anki. Przy wydatnej pomocy Jurka powstał edukacyjny filmik o dorastaniu. Zaczął się on czołówką ze znanej komedii „I kto to mówi II”. Gdy plemniki dostały się w końcu do komórki jajowej i mała dziewusia  stwierdziła, że ma dwie pary warg, na ekranie pojawiło się zdjęcie Anki w ramionach rodziców. Slajd za slajdem ukazywał małą Andzię. Ze smoczkiem w buzi, w zabawnych kapelusikach, na spacerach… Wszyscy z zachwytem obserwowali, jak z małego bąka wyrasta kilkuletnia panienka. Pierwsze świadectwo, szczerbaty uśmiech, na kilku zdjęciach z „Rapsodii”, w tle machała do nich ciocia Frania. W pewnym momencie Ajron musiał zastopować film, gdyż znów wszyscy, jak jeden mąż, buchnęli śmiechem, pokładając się na podłodze. Z ekranu telewizora wdzięczyła się do nich mała Ania w wielkim słomianym kapeluszu, machając radośnie rączką i obejmując nogami kłapouchego osiołka, na którym siedziała.
– Rany, Anka! Kto na tobie siedzi? – zawył Tomek, kolega z pracy, skręcając się ze śmiechu.
Wszyscy, włącznie z jubilatką, zarechotali. Najgłośniej śmiał się Jacek. Pozostali goście siedzieli już spokojnie, a on dalej zwijał się na podłodze. Po dłuższej chwili opanował się w końcu i spojrzał z uznaniem na Tomka.
– Dobre to było. – Wyszczerzył zęby. – Ale przecież nikt na niej nie siedzi. To kapelusz! – Jacek nów zaczął wesoło rechotać.
Agnieszka- żona komendanta policji, znana w mundurowych kręgach jako prawdziwa śmieszka, prychnęła niepohamowanie. A że właśnie popijała kolorowego drinka, z jej ust wystrzeliła rozproszona struga pomarańczowego płynu i osiadła na klapach marynarki, pechowo siedzącego naprzeciw niej, chłopaka Beaty. Zamarła, ze strachem wpatrując się w oplutego solidnie marynarza. Ten wytarł z twarzy sok pomarańczowy i uśmiechnął się do Agnieszki.
– Trafiony – zatopiony. – Po czym dodał z powagą: – I jaki celny, symetryczny strzał.

Uwierzcie mi, na takiej imprezce jeszcze nie byłam! I, mimo że w głowie Jacka hula wiatr, jest on naprawdę przemiły. Takie duże dziecko. Szczery, uczynny i poczciwy. W końcu nie jego wina, że kolejka po rozum była taka długa... Z drugiej strony nie wiem, jakim cudem Anka z nim wytrzymuje, choć ktoś, kiedyś może być z nim szczęśliwy. Ktoś nieoczekujący rozmowy po...