a

a

piątek, 22 maja 2015

Sylwoterapia - czyli leczenie drzewami


Normalni ludzie chodzą na spacer z psem. Ja poszłam z kozami... Nabrałam chęci na wędrówkę po lesie, a że las rośnie tuż za płotem, chęć swą od razu wprowadziłam w czyn. Wyszłam tylną furtką, zrobiłam kilka kroków, gdy dobiegło mnie meczenie Mandarynki. Pomyślałam - Co tam, wezmę ją. We dwie będzie nam raźniej, pogadamy sobie... ; ) Wróciłam, otworzyłam furtkę, a kózka, niczym tresowany piesek ruszyła za mną. Zdążyłyśmy przejść ze trzy metry, gdy rozległo się zdenerwowane wołanie Cytryny.- Dobra, możemy iść we trzy ; ) Zaraza popatrzyła spod byka, ale po krótkim wahaniu przygalopowała z drugiego kąta pastwiska i postanowiła przyłączyć się do wycieczki. Chyba nie ufa mi do końca i wolała mieć swe stadko na oku. Trochę się zaniepokoiłam. Cytryna i Mandarynka są łagodne i posłuszne i nie bałam się, że odwalą jakiś niespodziewany numer, za to Zaraza ma charakterek adekwatny do imienia. Nie miałam jednak sumienia zostawić jej samej i ruszyłyśmy do lasu wszystkie. Pastereczka i jej trzy kozy ; )) Gdyby zobaczył mnie Jerzy, chyba umarłby ze śmiechu. Choć właściwie bardziej prawdopodobne jest, że popukałby się w głowę...
Szłyśmy sobie niespiesznie. Ja delektowałam się widokami, zapachem lasu i śpiewem ptaków, a kozy listkami, gałązkami i korą młodych drzewek. Doszłyśmy do sporej polany, otoczonej sosnami i brzozami. Kozy stwierdziły, że chcą zostać tu nieco dłużej, a ja nie miałam nic przeciwko temu. Dziewczynki zaczęły z lubością ogryzać krzaczory a ja postanowiłam zadbać o swoje zdrowie. Przypomniało mi się, że kiedyś, dawno, dawno temu, oglądaliśmy z Jurkiem jakiś program telewizyjny, w którym ludzie leczyli przeróżne swe choroby i lęki, przytulając się do drzew. Cóż, głupkowato to trochę wyglądało i troszkę się z nich nabijaliśmy, ale przecież teraz mogą wyśmiać mnie co najwyżej kozy, a one, gdy tylko znalazły jakieś przepyszne gałęzie, kompletnie przestały interesować się moją osobą. Najpierw trzeba było znaleźć drzewo, które przemówiłoby do mnie bardziej niż pozostałe. Chodziłam od jednego, do drugiego, przytulałam się twarzą do szorstkich pni, obejmowałam je ramionami, głaskałam... żadne nie chciało przemówić. Postanowiłam więc, że pogadam z każdym po kolei. Sosna, dzięki dużej ilości olejków eterycznych zawartych w igłach, ma korzystny wpływ na układ oddechowy. Położyłam się więc pod jedną z nich i oddychałam głęboko i powoli. Zanim zdążyłam nawdychać olejków do woli, musiałam poderwać się szybko, gdyż oblazły mnie mrówki! Niezbyt lubię te owady, szczególnie na własnym ciele, więc ruszyłam w kierunku brzóz. Brzoza łagodzi stany depresyjne, pozwala pozbyć się złości, strachu i gniewu, więc po wątpliwym relaksie pod sosną, była jak znalazł ; ) Objęłam jej smukłą kibić i czułam, jak wszystkie złe emocje opuszczają moją duszę. Niestety, ciało wciąż czuło ukąszenia tych dziadowskich mrówek... Skierowałam się więc do wierzby. Uspokaja, działa przeciwbólowo i rozkurczowo. Poprzytulałam się chwilę. Słuchałam jej pieśni aż ból znikł ; ) Na mojej drodze stanął teraz grab. Właściwie dwa graby, splecione ze sobą gałęziami. Drewno grabu jest najtwardsze ze wszystkich polskich drzew. Pod względem twardości ustępuje jedynie bukszpanowi i pewnie dlatego usuwa lęk przed starzeniem się i pomaga uwierzyć w siebie. Podobno graby to drzewa kochanków. W czasie ciemnych, letnich nocy, zwłaszcza po lekkim deszczu lub obfitej rosie, murszejący pień grabu świeci tajemnym, seledynowym blaskiem, gdy stoi przy nim para, darząca się prawdziwym uczuciem. Moje graby nie świeciły ani seledynem, ani innym kolorem, ale może kiedyś przyprowadzę tu Jurka i go przetestuję ; ) W drodze powrotnej poprzytulałam się jeszcze do buków. Spacery wśród tych pięknych drzew polecane są osobom narażonym na stresy, a pokażcie mi człowieka, który narażony na nie nie jest! Zerwałam i wzięłam ze sobą kilka liści. Przyłożone na czoło łagodzą ból głowy, a może mi się to przydać, bo od prób zapędzenia kóz z powrotem do domu już zaczyna mi w niej szumieć ; ) Całe szczęście, że tuż przy domu rośnie dąb, który przywraca witalność i lipa minimalizująca zmęczenie, bo trochę się tym leczeniem zmordowałam ; )

 Biedni są ludzie w mieście, którzy nie mają tylu wspaniałych lekarzy dookoła siebie. Dobrze chociaż, że są parki pełne klonów. Przytulanie się do klonów pozwala nawiązywać otwarte i szczere relacje z innymi. Tylko czy ktoś z Was widział w parku ludzi obejmujących drzewa...?



6 komentarzy:

  1. Przeczytałam pierwsze zdanie zaledwie ale muszę się ustosunkować. A ,mianowicie- nie zgadzam się, nie zgadzam się i jeszcze raz nie zgadzam się :D
    No bo ja chodzę na spacer też z kotami... :P Czytam dalej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przytulam się do drzew od dzieciństwa robiąc to intuicyjnie i nie przeszkadzało mi w tym mieszkanie w mieście. Pośmiałam się troszkę wyobrażając sobie Was w tym, lesie ale ciut pod innym kątem... jak by na Was zareagował leśniczy... ,,domowe zwierzęta mogą wchodzic do lasu jedynie na smyczy" Zawsze mnie ta myśl bawi jak idę z kotami :D Pozdrawiam

      Usuń
  2. Ha ha. Już ja widzę Twoje koty na smyczy ;) Albo moje kozy. Nie poprzytulałabym się wtedy do drzew, tylko do Matki Ziemi. I to brzuchem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie do końca. Chodzę z Melcią na drugie pole i prowadzę ją własnie na łańcuszku to jakoś to idzie... prawie idealnie nie licząc jej gwałtownych stanięć, które mnie raptownie cofają jakbym się zderzyła z niewidzialną ścianą, ale tak poza tym to spoko :))))

      Usuń
  3. W obliczu klęki służby zdrowia będzie jak znalazł. Większa dostępność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, chyba że lasy sprywatyzują (były takie chore plany) Wtedy zostają nam tylko drzewa owocowe . Albo pluszaki ;)

      Usuń