a

a

wtorek, 1 czerwca 2021

Pisze się...

 Jak ja lubię spokojne popołudnia! Gdy nie ma zaplanowanej roboty, a żadna niezaplanowana nie wyskakuje z kątów niczym filip z konopi. Gdy pogoda jest w sam raz, nie za ciepło, nie za zimno, żaden sąsiad nie warczy kosiarką a z pobliskiego zakładu nie dobiegają denerwujące odgłosy spawania, cięcia i hałaśliwego rzucania złomem do celu. Siadam sobie wtedy na tarasie w wygodnym, rattanowym krześle, na stoliku stawiam dzbanek wypełniony wodą z miętą, ogórkiem i cytryną, na kolanach kładę laptop i biorę się za pisanie. Już po kilku chwilach przenoszę się w świat wykreowany w mojej własnej głowie i zamieniam w bohaterkę kolejnej powieści. No więc… kanapkę z ogórkiem, tak, niech sobie zje na śniadanie kanapkę z ogórkiem… Hm, a ciekawe jak moje ogórki? Zimne noce i poranki nie sprzyjają im za bardzo. Co prawda wykiełkowało kilka marnych sztuk, z pożółkłymi listkami i ogólnie rzecz biorąc nie rokujących dobrze. Trzeba będzie dokupić sadzonek i dosadzić. Dobra, wracamy… Po śniadaniu jakiś spacerek. Może do ogrody botanicznego? Akurat kwitną rododendrony… W moim przydomowym ogrodzie kwitną również. Mam dwa piękne egzemplarze, różowy i fioletowy. Okazałe kwiaty widać już z daleka. Cieszą oko i napawają ogrodniczą dumą. Kurczę, dawno nie dostały odżywki, trzeba je podlać, niech kwitną jak najdłużej. No, a przy okazji przydałoby się zasilić borówki. Ich kwiaty nie są tak okazałe, lecz ilość drobnych, białych dzwoneczków sugeruje niezłe zbiory za kilka miesięcy. No i pomidory… Po godzinie udaje mi się zasiąść z powrotem do lapka. Co to ja miałam…? A, do ogrodu botanicznego. Jakiś zabawny motyw. Może się wyrżnie? O!, albo ptak ją osra? Tak na szczęście… Mnie zdarzyło się to wczoraj i w sumie nie było zbyt zabawne…  Niezbyt zabawny był też komentarz rozweselonego tym zdarzeniem Chłopa o nielatających na szczęście krowach…  A propo ptaków… Zerknęłam na dach kanciapy. Parka mazurków zrobiła sobie gniazdko w gąsiorze. Nie wiem doprawdy, jakim cudem wciskają się do środka przez mikroskopijną szparkę, ale jakoś sobie radzą. Co kilka chwil z dziobem pełnym owadów przylatują do czekających cierpliwie piskląt. Nawet gdybym nie wypatrzyła kiedy skrzydlaty rodzic wraca do gniazda, nie dałoby się nie usłyszeć donośnego pisku głodnych maluchów. Z gąsiora dobiega wówczas odgłos podobny do dzwonienia srebrnych, drobnych dzwoneczków. Po kilkuminutowej obserwacji uwijających się ptaków moja głowa automatycznie obróciła się w stronę kolejnego gniazda. Mazurki wybrały bezpieczne miejsce na dom, w odróżnieniu od parki niezbyt mądrych kopciuszków, które uwiły gniazdo pod dachem altanki, tuż nad legowiskiem kotów. 

One również uwijają się jak w ukropie, łowiąc i przynosząc małym żarłoczkom smakowite muchy i inne latające przysmaki. Na chwilę przysiadają na rosnącej obok starej śliwie, lub na pałąku od hamaka, rozglądają się dookoła popiskując niczym zardzewiałe drzwi i pikują pod dach altanki, skąd po chwili rozlega się perliste ćwierkanie małych kopciuszków. Dobra. No więc idzie do tego ogrodu i…? Zanim wymyśliłam co dalej wróciły z eskapady koty. Jeszcze ich nie widać, lecz kopciuszek zaczyna wydawać odgłosy jakby ktoś małym młoteczkiem wbijał gwoździe w drewnianą deskę. To nieomylny znak, że nadciąga niebezpieczeństwo. I owszem. Po kilku sekundach przez pręty ogrodzenia przecisnął się Kaszotto. Zerknął na zdenerwowanego kopciuszka, lecz leniwy kocur jest ponad to. Po co wysilać się dla takiej odrobiny upierzonego mięska, skoro w misce za chwilę pojawi się gotowe danie? Co innego Kaszanka. Nie raz i nie dwa z obawą przyglądałam się, jak czai się  w trawie czyhając na błąd skrzydlatego posiłku. Na widok Kaszanki kopciuszki rozkrzyczały się na dobre. Kląskając i stukając, błyskając rudym niczym u wiewiórki ogonkiem wymyślały jej od najgorszych. Kocica jednak nie miała czasu na kłótnie z ptakami. Z dumą weszła na taras, złożyła pod moimi stopami zdobycz w postaci małej ryjówki, zasiadła obok Kasza i z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku zajęła się toaletę. Wzięłam ryjówkę i wyrzuciłam za płot. Chyba miałam ją skonsumować, lecz jakoś nie wyglądała zbyt apetycznie. Z pewnością jednak nie pogardzą małym truchełkiem sroki, które skrzecząc i pokrzykując, niczym biało-czarne błyskawice co chwila przecinają niebo. One też mają młode. Od kilku już lat mają gniazdo na wielkim głogu rosnącym tuż przy płocie. Kiedyś nawet ratowałam małego, sroczego nielota przed śmiercią w kocich zębach. Oprócz myszy i nornic sroki nie gardzą też kocią karmą. Na własne oczy widziałam, jak kręcąc głową na wszystkie strony jedna z nich podkradała z kociej miski pozostawione kąski, podczas gdy jej partner, lub partnerka siedziała na czujce. Dobra… idzie więc do tego ogrodu… Zniecierpliwiony Kaszo wskoczył na klawiaturę laptopa i z wyrzutem spojrzał mi w oczy. Jezu! No dobra, idę, idę… Wypiłam resztkę wody, zapisałam plik, zamknęłam komputer i popędzana miauczeniem weszłam do domu. Kaszo i Kaszanka zgodnie usiadły pod lodówką. No i jak tu pracować? Jak pisać, skoro wszyscy wokoło przeszkadzają? Skoro dookoła dzieje się tyle pasjonujących historii?

Słońce zaszło nie wiadomo kiedy. Mazurki i kopciuszki odpoczywały w swoich gniazdkach, najedzone koty zaległy na poduszkach, może teraz? Odpaliłam lapka. No więc… idzie do tego ogrodu…

- Mariolka! Może jakąś kolację byśmy zjedli?

Matko z córką!

środa, 19 maja 2021

Inspiracja

 

Każdego inspiruje coś innego. Lub ktoś inny. Czasem jest to jakiś zapierający dech w piersiach widok, woń przynosząca wspomnienie pięknego dnia z przeszłości, czasem przeczytany wiersz, lub poruszająca proza.

Korzystając z pięknej pogody i niezbyt absorbującego dnia w pracy wyruszyłam moim wiernym rowerem na polne dróżki w poszukiwaniu inspiracji. Przy okazji zaplanowałam zbiory majowej pokrzywy, młodych liści czarnej porzeczki i dzikich jeżyn, kwiatów kasztanowca i innego dobra, które wpadnie mi w oczy i ręce. Ciepły wietrzyk przyozdobił błękitne niebo kosmatymi obłoczkami, które podświetlone na brzegach promieniami słońca wyglądały jak pucharki śmietankowych lodów. Hm… fluorescencyjne lody? Kurczę, to nie brzmi apetycznie… Dobra, nieważne. Jechałam sobie niespiesznie zachwycając się roztaczającymi się po obu stronach ścieżki widokami i ostrożnie omijałam kałuże pozostałe po wczorajszym deszczu. Wbrew pozorom nie była to wcale taka prosta sprawa. Dookoła brunatnozielonych jeziorek kwitło życie towarzyskie. Jeden z rozgrzanych kamieni okupowała szarozielona, nakrapiana drobnymi plamkami jaszczurka zwinka. Rozłożyła szeroko uzbrojone w długie pazurki łapki, a długi, zgrabny ogon drgał nerwowo na mój widok. Wyglądała jak miniaturowy krokodyl, czekający cierpliwie na jakiegoś nieuważnego pływaka. Hm… na wszelki wypadek szybko się odsunęłam. Na brzegu relaksowały się całe stada winniczków. Ich różnokolorowe muszle połyskiwały w blasku słońca niczym drogocenne kamienie. Soczystoczerwone rubiny poznaczone prawoskrętnymi spiralami, jadeitowe paciorki z drobnymi, ciemnymi piegami, butelkowozielone szmaragdy z idealnymi, jakby wyrysowanymi cyrklem okręgami… Niektóre z nich wysunęły swe zakończone wypukłymi gałkami ocznymi różki i miałam dziwne wrażenie, że patrzą na mnie jak na czubka. Kilka centymetrów dalej pomrowy i śliniki wygrzewały swe gąbczaste, tłuste brzuchy. Jezu… fuj! Nad kałużami unosiły się całe stadka komarów. Krążyły nad ciemnym lustrem wody wykonując niezwykle skomplikowany taniec, złożony z wirujących piruetów, delikatnych uniesień i  nagłych zwrotów kierunku. Jeden z maleńkich tancerzy, wygrywając przezroczystymi skrzydełkami odwieczną arię swego gatunku przysiadł na mojej dłoni w poszukiwaniu chwili odpoczynku i odrobiny strawy. Bezduszne klapnięcie sprawiło, że jego pieśń urwała się gwałtownie.

Dobra, może już wystarczy…

W me dłonie wpadła cudowna, magiczna książka – „Moja rodzina i inne zwierzęta” Geralda Durrella. Według opinii czytelników doskonała na doła, depresję i zniechęcenie. Przeczytałam ją jednym tchem. Pożarłam! Autor niesamowicie poetycko, lecz równocześnie bezpretensjonalnie i z humorem opisuje przyrodę. Miłość i pasję do fauny i flory. Do najmniejszego, choćby najpaskudniejszego przedstawiciela świata, który nas wszystkich otacza. Postanowiłam napisać tak samo jak On.

Cóż, czytelnicy mieli rację. Ta powieść jest idealna na doła, depresję i zniechęcenie. Po lekturze powyższego tekstu złapałam i doła, i depresję, i zniechęcenie…  


 

niedziela, 11 kwietnia 2021

Nie wszystko złoto, co się świeci

 Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ba, pszczoła też jeszcze nie, lecz powietrze już pachnie wiosną.

Przynajmniej w te, jeszcze nieliczne, ciepłe, słoneczne dni. W ogródku zaczęły wschodzić rzodkiewki i szpinak, cebula wyhodowała sobie na głowie zieloną czuprynę a ziemniaki w piwnicy w te pędy zaczęły puszczać pędy. Wciąż trzeba posiłkować się sokami i kompotami, lecz pojawiły się już pierwsze zioła. Można powoli żegnać się z zeszłorocznym suszem i cieszyć się nowymi skarbami Matki Natury. A wszystko jurne, jędrne, prężne jak… no, jak szczypiorek na wiosnę. Już suszy się pierwsza porcja forsycji i cudownie pachnącego fiołka wonnego. 

Jasnota purpurowa ścieli się pod stopami i namawia: zerwij mnie, zjedz mnie w sałatce, wypij w naparze, szczególnie jeśli naparza cię głowa! No to rwę. Z czystą rozkoszą robię herbatki z młodziutkiej pokrzywy i toniki do twarzy z fiołków i ogrodowych bratków. Po wymieszaniu z octem jabłkowym toniki mają cudny, głęboki kolorek.

Piękna pogoda skłania do opuszczenia czterech ścian, wyjścia na świeże powietrze, słuchania ptasich treli  i delektowania się napitkiem na tarasie. Tak też było i dzisiejszego dnia. Słoneczko przygrzewało na tyle energicznie, że wraz z przybyłą w gościnę mamą rozwaliłyśmy się wygodnie na leżaczkach, wystawiłyśmy twarze do słońca i cieszyłyśmy się chwilą. Gorącą kawę postanowiłyśmy zamienić na jakiś wiosenny, orzeźwiający napój. W związku z tym, że mama niezbyt gustuje w ziołach, uszykowałam jej wody z sokiem malinowym, dzień wcześniej przyniesionym z piwnicy. Nalałam szczodrze, do ostatniej kropli- a niech se kobita ma! Siedzimy, gadamy, delektujemy się napitkiem… No, ja się delektowałam, bo mama wypiła kilka łyków, skrzywiła się z lekkim niesmakiem i odstawiła szklankę na stolik. Przeszło mi przez myśl, że może sok sfermentował? Ale raczej nie, przecież piłam go z rana - był pyszny i pachnący. No trudno, myślę sobie, nie to nie! W końcu każdy ma inny gust… Było super. Pogadałyśmy, pośmiałyśmy się, poszłyśmy na mały spacerek… No i oczywiście, jak to po miłym dniu, wieczór musiał być z jakąś akcją. Po wieczornych ablucjach szukam mojego wczoraj zrobionego toniku do twarzy. Nie ma! Na kuchennym stole, w łazience, na toaletce… Nie ma, jasna cholera! Już miałam zrobić awanturę Chłopu, bo jak coś ginie, to zazwyczaj jest to jego sprawka, gdy nagle odnalazłam słoiczek w lodówce. No prawda! Klepnęłam się w czoło, przecież sama go tam, durna, wstawiłam! Namoczyłam wacik… Kurde! Zapachniało malinami…

Zadzwoniłam z przeprosinami do mamy i obie dobrą chwilę ryczałyśmy ze śmiechu. Już posądzała mnie o kompletne beztalencie w szykowaniu owocowych przetworów. Całe szczęście, że w toniku, którym ją uraczyłam były tylko jadalne kwiatki, pokrzywa i ocet. W sumie, nawet na zdrowie jej to wyjdzie 😉

Jezu, przy kolejnej wizycie, będę musiała dobrze pochować wszelkie swoje naturalne, kosmetyczne "wynalazki”. A bo to ja wiem, co wypije mi mama następnym razem…?

niedziela, 20 grudnia 2020

Przedświąteczny czas

 Boże Narodzenie czai się za drzwiami. Właściwie stoi już w progu i tylko czeka kiedy skończę przygotowania, aby z rozmachem wejść do środka. No, w takim razie jeszcze trochę poczeka… 

Te święta będą dziwne, podobnie jak dziwny był cały mijający rok. Bez rodziny, znajomych i przyjaciół, tylko w najbliższym gronie. Pasterkę można ewentualnie w tv obejrzeć, a opłatkiem podzielić się jedynie z własnym ego. I co z Mikołajem? Śnieżynka, elfy i renifery to już tłum przekraczający narzucone przez rząd normy. Całe choć szczęście, że godzina policyjna obowiązuje jedynie w noc sylwestrową, bo jakby hojny święty w czasie roboty zainkasował mandacik, to byłby już ewidentny skandal.

Siedzę sobie z kotem na kolanach, popijam kawę z imbirem i goździkami, obserwuję akrobacje sikorek dziobiących zapamiętale kawał słoniny i planuję robotę. Okna trochę brudne, ale coś tam jeszcze widać. Wytrę tylko ślady kocich łap z parapetu i będzie dobrze. Każdego roku starałam się jakoś przyozdobić podwórko i dom, lecz skoro gości nie będzie i nikt nie zachwyci się migającymi lampkami, to wcisnę tylko w doniczki kilka świerkowych gałązek, ciachnę sekatorem różę ustrojoną czerwonymi owocami i sprawa będzie załatwiona. 

Jedzenie. Moja mama robi wspaniały barszcz, lecz choć odziedziczyłam po niej wiele cnót (no wiecie, skromność, gospodarność, pracowitość itd.), to jednak barszcz najlepiej wychodzi mi z torebki. Żeby nie było już tak całkiem na leniucha, dodam wody z moczenia grzybów, ząbek czosnku, wrzucę jakiegoś liścia i będzie prawie jak domowy. Młody nie lubi karpia, a starszy nie lubi śledzi, więc ryby mam z głowy. Zamrożone niegdyś pierogi teraz będą jak znalazł. W piwnicy czeka na konsumpcję słoik bigosu. Sałatkę machnie się raz, raz. Mrożonka z pokrojoną marchwią, puszka groszku, druga z kukurydzą. Do krojenia ziemniaków zagonię Chłopa. A co, niech też się trochę udzieli! Młodego wyślę do piwnicy po ogórki, to przy okazji przyniesie i bigos. 

Choinka. Koniecznie żywa, pachnąca i do samego sufitu. Uwielbiam ubieranie świątecznego drzewka. Wyciągam z szaf pudła z kolorowymi bombkami, łańcuchami i sznurami światełek. Przymierzam, przewieszam, oplatam, w tle lecą świąteczne przeboje a ja czuję się jak dziecko. No tak. Wszystko super pięknie, lecz za jakiś miesiąc, gdy opadające igły zaczną zaśmiecać podłogę trzeba ją będzie rozebrać, a tej czynności szczerze nie cierpię! Mój wzrok zahaczył o olbrzymi słoik upieczonych w przypływie veny pierników.


Tak! W tym roku zrobię choinkę samorozbieralną. Pierniki, ciasteczka, cukierki, łańcuch z fistaszków. Zanim choinka zacznie gubić igły, na gałązkach oprócz nich nic już nie zostanie. Kurczę, oby zostało trochę smakowitych ozdób choć do świąt… A, co tam! Taka zielona i pachnąca nawet bez zdobniczych motywów jest nastrojowa i cudna.

To będą dziwne święta, lecz może wcale nie gorsze? Bez spinania się i pośpiechu. Bez gonitwy po marketach, łamania głowy nad wyborem dziesiątek prezentów, szykowania galowych strojów i obawy czy wszystko się uda. Choć lubię typowy, przedświąteczny galimatias, pasuje mi również bezstresowe podejście, na które mogę sobie pozwolić w tym dziwnym roku. Czasami trzeba odpuścić. Zamiast dwunastu dań uszykować trzy ulubione, usiąść do stołu w piżamie, olać wiadomości i włączyć rodzinny film i po prostu cieszyć się chwilą.

Skończyłam kawę, odstawiłam kubek i wzięłam do ręki gąbkę. Hm… w sumie te odbicia kocich łapek aż tak mi nie przeszkadzają. Zresztą, za godzinę parapet będzie wyglądał dokładnie tak samo.


Uśmiechnęłam się do kota, wypuściłam go na dwór i wstawiłam wodę na herbatę. 

Cóż, wygląda na to, że jestem już wyrobiona 😉

poniedziałek, 30 listopada 2020

Myślenie nie boli

 Małe zawsze jest słodkie. Nieważne na ilu nogach się porusza, jaka powłoka otacza jego ciało i jakim sposobem usiłuje się porozumieć. Czy to malutki psiak, papużka, żółw, rybka, chomik, czy jeszcze inne stworzenie boże. 

I to szczęście w oczach dziecka… Ciepło w sercu, gdy patrzymy jak wyciąga spod choinki podskakujący pakunek, przytula nowego członka rodziny, całuje, głaska, pod malutki nosek podsuwa smakołyki i rzuca nam się na szyję mówiąc, że kocha najbardziej na świecie i że jesteśmy najlepszymi rodzicami pod słońcem. Wszystkie pieniądze świata nie są wtedy ważne. Taa…

Rok później zapełniają się schroniska. Podrośnięte szczeniaki płaczą za kratami boksów, nie rozumiejąc dlaczego ciepły kąt nagle zmienił się w zimny, betonowy schron. Wyrzucone na ulice koty giną pod kołami aut. Ciałka zadziobanych papużek i kanarków walają się pod drzewami, a słodkie wodne żółwiki stają się karmą dla szczupaków. Taa…

Wszyscy wiemy, że żywe stworzenie nie jest zabawką. Że maluch podrośnie, będzie robił kupę i niszczył kapcie. Będzie wymagał zainteresowania i poświęcenia odrobiny czasu. Że trzeba czyścić akwarium, wymieniać trociny, myć kuwetę, odwiedzać weterynarza…

Wiemy, lecz co z tego wynika? W każde Święta Bożego Narodzenia pod choinkę trafiają żywe zwierzęta, które niestety zbyt często marnie kończą. A przecież są inne formy uszczęśliwienia dzieci małym zwierzaczkiem. Można kupić mięciutką maskotkę lub elektronicznego pupila. Zainstalować „hodowlaną” aplikację  na telefonie. Pójść na spacer ze schroniskowym bezdomniakiem. Wystawić miskę z kocim jedzeniem, pokarmić wiewiórki w parku, sypnąć ziaren kaczkom i łabędziom, zamontować na parapecie karmnik dla mazurków i sikorek. Uczymy dziecko odpowiedzialności, fundujemy mu radość z obcowania z naturą i uszczęśliwiamy wspólnym spędzeniem czasu. W tej materii ogranicza nas jedynie własna wyobraźnia, bo i możliwości i potrzeb jest przecież mnóstwo.

Taa… I jak to ja, znów strzeliłam sobie w kolano. Miałam zamiar napisać coś całkiem innego. Miał to być post reklamujący mojego podrzutka. Miałam napisać jaka jest słodka i pocieszna. Jak mruży oczka zasypiając w zgięciu mojego łokcia, mrucząc niby stary trabant. Jak sunąc brzuszkiem po podłodze czai się wyczuwając smakowite zapachy dolatujące z miski. Jeszcze w głębi gardziołka rodzi się syk,  ale nie ucieka już od moich rąk i pozwala się drapać za szylkretowymi uszkami. 


Jeśli jednak miałaby posłużyć jako chwilowa zabawka i skończyć na ulicy, wolę żeby została u mnie. Oczywiście mam wciąż nadzieję, że zadzwoni jakiś dobry człowiek, który otoczy maleństwo opieką i czułością.

Kocur Kaszotto obraził się na mnie śmiertelnie, a Kaszanka jeży grzbiet i fuka, sądzę jednak, że dogadają się pomiędzy sobą szybciej, niż potrafią zrobić to ludzie.

Maleńka Metka, podobnie jak Kaszo i Kaszanka trafiły do mnie z tej samej, ulokowanej w bliskim sąsiedztwie „hodowli”. Najpierw przyszedł chudy, zmarnowany kocur.




Gdy trochę się podtuczył przyprowadził kotkę. 

A w niedawny, mroźny listopadowy wieczór szylkretowa kotka z rudymi brwiami podrzuciła na moje podwórko swoje maleństwo. 

Co będzie jutro?

Za pośrednictwem mojego bloga, FB i mam nadzieję choszczeńskiej gazety apeluję do wszystkich- sterylizujcie swoje koty! Nie skazujcie kotek na wyniszczenie, kociąt na śmierć i kocurów na brutalne walki. 

Panie M, dokarmia Pan wolnożyjące koty, mają ciepłą budkę, to się bardzo chwali, lecz proszę najpiękniej jak potrafię - niech Pan je wysterylizuje. Zapewniam z autopsji, że nie będą mniej łowne! 

A moje „okno życia”  już się zapełniło! 


 

środa, 11 listopada 2020

Tytuł jeszcze nieznany ;)


 Kochani moi Czytelnicy!

Teraz wszystko w rękach Wydawcy, lecz z samozachwytem oświadczam, że w końcu się sprężyłam i skończyłam ;)

Mam nadzieję, iż teraz znajdę czas na kontynuację bloga.

Z poniższego fragmentu niczego się nie dowiecie, niczego nie domyślicie, niczym Was nie zaskoczę i w ogóle.

Mimo to zapraszam na fragmencik mojej nowej powieści ;) 

Wyobraźmy sobie, że wybucha pandemia. Miesiąc, dwa i cały świat byłby zarażony!

- Sztuczne wyhodowanie jakiegoś wirusa, to dziś dla naukowców pikuś. A gdyby taki wirus zwiał z próbówki? Wyobrażacie to sobie?

- E, szybciej sami by wypuścili. Żeby zdziesiątkować ludzką populację, pozbyć się starych i słabych egzemplarzy. Albo zaszantażować jakiś wrogi rząd.

- Poprzez zakazy i nakazy władze będą kontrolować obywateli.

- A później, pod pretekstem szczepionki wstrzykną im nanoroboty.

- Gdy zaszczepiony będzie niepożądany, nanorobot eksploduje i po problemie.

- Dobre! W jakimś filmie to widziałam!

- Następuje ogólna destabilizacja gospodarki. Pełen lockdown. Zamknięte biura i szkoły.

- Ooo, to też jest dobre! – Przyklasnęła Zuźka.

- Nie ciesz się. – Zgasiła ją Kaja. – Na pewno zrobiliby naukę online.

- Usługi, gastronomia, turystyka leżą. – Jasiek się nakręcał.

- W marketach wykupują mąkę, drożdże i olej.

- I papier toaletowy…

- I prezerwatywy. Bo osoby podejrzane o kontakt z zarażonym  muszą zostać na domowych kwarantannach, a przecież czymś trzeba się zająć.

- Ludzie w końcu zaczynają dbać o higienę. Wykupują z marketów mydła i środki dezynfekujące.

- Eee, to raczej mało prawdopodobne…

- Które kilkukrotnie drożeją, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto chce zrobić biznes na czyjejś krzywdzie. – Jasiek nie dał zbić się z tropu.

- Na ulicach wszyscy w maskach i kombinezonach…

- Wprowadzają godzinę policyjną, a policja wali mandaty za byle co.

- Tłumy sceptyków wychodzą na ulice…

- A policja dalej wali mandaty!

- Stadiony i hale targowe przerobione na szpitale polowe.

- Ludzkie zwłoki wywożone ciężarówkami i palone na popiół.

- Przestańcie! – Opamiętała się w końcu Zuzanna. - Jesteśmy powaleni. Owszem, ludzie są debilami, ale przecież nie aż takimi! Nie pozwolą, żeby coś takiego się zdarzyło!

- A jeśli powiedzieliśmy to wszystko w złą godzinę i naprawdę się sprawdzi?- Spoważniała Kaja.

Niespodziewany niepokój objął całą trójkę roześmianych jeszcze przed chwilą nastolatków.

- Jezu…

- Na wszelki wypadek odpukajmy wszystko w puste i niemalowane.

Wszyscy zgodnie popukali się w głowy.

 

niedziela, 26 kwietnia 2020

Matka Natura w natarciu

No i mamy to! 
Wiosna [a momentami wręcz lato] w pełni. W pełni też sezon ogrodniczy. Ogrodowi maniacy sieją, pikują, sadzą i pewnie tak jak  ja, codziennie latają na grządki sprawdzić czy już coś wykiełkowało, czy już coś się zieleni. I pewnie też, tak jak ja, martwią się na zapas, że te nasiona marchewki chyba były jakieś stare, bo przecież już dawno  powinna wyjść z ziemi ;)))
I uświadomiłam sobie bez żalu, że tak będę latać do późnej jesieni. Najpierw wypatruję pierwszych siewek, sprawdzam pogodę i biegam z włókninową kołderką. Potem doglądam, plewię, nawożę i w końcu zbieram owoce mojej pracy. Noo, bardziej pracy Matki Natury, ale sukces zawsze ma przecież kilka matek ;) 
Uwielbiam tę magię, gdy z nasionka rodzi się ogromna głowa sałaty, a z siewki wielkości palca rośnie dwumetrowy krzak oblepiony pysznymi pomidorami. Jak przepiękny kwiat czereśni lub jabłoni, przemienia się w jeszcze piękniejszy, soczysty i pyszny owoc.

Dzisiejszy dzień był średnio ogrodowy. Zimny wiatr nie zachęcał do wychodzenia z domu, postanowiłam więc zrobić porządek w zdjęciach. Matko! Nazbierało się tego mnóstwo. Dwie trzecie z całej masy fotek, to fotki ogrodowe. Setki tulipanów, krokusów, bratków, niezapominajek, jakiegoś niezidentyfikowanego zielska, ciekawego w kształcie listka... Reszta to zwierzaki. Koty w różnych pozach, z przodu, z tyłu, śpiące, jedzące, naparzające się po głowach -  szaleństwo! Ptaki, pszczoły, mrówki, dżdżownice, pająk gigant, jakaś gąsienica w kokonie.... Jednym słowem wszystkiego, co mi się pod obiektyw nawinęło ;) 
Posegregowałam je z grubsza, fotografie z kilku lat połączyłam w jedne, tematyczne foldery i wyszły mi całkiem ciekawe historie. 
Zresztą popatrzcie sami:

Z podwyższonej skrzyni jestem bardzo zadowolona. Łatwa obsługa, bogate zbiory, polecam każdemu. A na szczegółowy opis jej wykonania zapraszam tutaj




                                            I w różnych odsłonach: 






                                          
                                                W zimowej wersji ;)


Kolejnym moim eksperymentem był drewniany obelisk. Początkowo miały rosnąć w nim truskawki, ale w końcu różnie bywało.








                                              
                                       A teraz owoców czar ;)








                                                   Amore pomidore...




Za włożoną pracę rośliny odwdzięczą nam się z nawiązką. 
Tak lub inaczej...



Ogrodnicy wszystkich krajów, do roboty!
;)))