a

a
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gorzko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gorzko. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 września 2021

Ludzie i parapety

 Właśnie trwa licytacja na rzecz choszczeńskiego schroniska i przy tej okazji naszła mnie refleksja, którą muszę (bo się uduszę) się z Wami podzielić. Aukcja idzie świetnie! Spodziewałam się jakichś pięciu dyszek, za które byłabym wdzięczna, bo to już kilka puszek karmy, a tu proszę…!

Ostatnio usłyszałam historię z życia wziętą, i niczym o betonowy mur, rozbiła się moja naiwna wiara w ludzkość. Młody chłopak stracił pracę i wyjechał za chlebem za granicę. Znalazł zatrudnienie u Polaka, prawie sąsiada z miasteczka tuż obok, który kilka lat temu wyjechał do jednego z nadbałtyckich krajów. Facet założył firmę i z prostego robotnika zmienił się w szefuńcia pełną gębą. No i dobrze. Wziął pewnie byka za rogi, nie było mu łatwo, natyrał się i tym podobne. Tyle, że gdy już się dorobił, z fajnego znajomego zmienił się w kawał krwiożerczego kapitalisty. Oszukiwał, okradał, wyzyskiwał… A wszystko z pewnością bezkarności, bo przecież pracownicy niedoświadczeni, bez znajomości języka ani przysługującym im praw. Suma summarum, rozgoryczony chłopak wrócił do domu, a na jego miejsce pojechał kolejny ledwo opierzony kogut, gotowy do oskubania. Ktoś może powie: szkoła życia, co nas nie zabije… Pewnie i tak. Ale czy naprawdę życzymy takich doświadczeń naszym dzieciom i wnukom? I tak sobie myślę, skąd biorą się tacy ludzie? Biznes biznesem, lecz czy wraz z grubością portfela zawsze maleje morale? Stąd mój apel, do wszystkich młodych, szukających pracy za granicą. Sprawdźcie swego pracodawcę. Upewnijcie się, że nie jest to człowiek typu „ dam, albo nie dam”. Zaoszczędźcie sobie rozczarowań i nerwów.

 Akcja w schronisku wróciła mi wiarę. To wspaniale, że są ludzie, którzy myślą nie tylko o sobie. Że kupują książkę za kilkakrotność jej wartości, choć za tydzień będą mogli wypożyczyć ją w bibliotece za darmo, lub kupić w księgarni za cenę rynkową. Ale tu przecież wcale nie chodzi o zakup rzeczy materialnej, tylko o chęć pomocy. O chęć zafundowania jakiemuś czworonożnemu biedakowi miski jedzenia, lub koca, który ogrzeje go podczas coraz zimniejszych jesiennych nocy. I dziękuję każdemu, komu chciało się wejść na stronę i kliknąć w post. Być może ktoś przejrzy zdjęcia psów i kotów, zakocha się w jakiejś słodkiej mordce i kolejny bezdomniak trafi na swojego człowieka.

I pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że tych „dobrych” jest jednak więcej…

środa, 11 marca 2020

Koronawirus atakuje!

No i się doczekaliśmy! 
Wszyscy trąbili, że jeśli tak będzie dalej, jeśli nie będziemy dbać o siebie i naszą planetę to będzie źle. Jeśli nie będziemy używać mydła, myć rąk po wyjściu z toalety, odkażać klamek i poręczy 60% alkoholem i uważać na przesyłki z Chin to dojdzie do tragedii. I stało się!

Owszem, było źle gdy wody Nilu zamieniły się w krew i wszystkie ryby wyginęły, a zaraza powaliła bydło i zapanował głód. Żaby, szarańcze i inne muchy też nie były fajne. Krucjaty i wojny zabiły mnóstwo ludzi. Postęp techniczno-urbanizacyjny doprowadził do zmiany stylu życia, co zaskutkowało ogromem społecznych chorób dziesiątkujących ludzką populację. Klęski żywiołowe, pechowe zdarzenia, nieszczęśliwe wypadki, długo by można wymieniać, lecz jeszcze nigdy nie było aż tak źle. Zaatakował nas koronawirus!


W moim mieście jeszcze Go nie ma, ale przekroczył On już granice mojego państwa i nieuchronnie czai się tuż za progiem mego domu. 
Jeeesuuu!
W chwili gdy piszę te słowa zaatakował 30 osób, a do momentu kiedy przeczytacie ten artykuł pewnie będzie ich już z 50. To tak, jakby zachorowało jedno całe miasto! No, jedno blokowisko. No dobra, kamienica, lecz całkiem spora- kilkurodzinna! Podobno jeszcze nikt nie umarł, lecz słyszałam, jak jedna baba mówiła drugiej babie, że gdzieś na Śląsku zmarł jeden człowiek. 98-letni mężczyzna, do tej pory zdrowy jak przysłowiowy byk, czyli coś na rzeczy musi być. Tylko państwo, jak zwykle, nie zamierza podać tego faktu do publicznej wiadomości. Wiadomo- zawsze ukrywają najistotniejsze fakty.

Tak więc nie ma żartów- trzeba zacząć zabezpieczać się przed armagedonem. Udałam się do marketu. Kilka razy musiałam objechać parking, zanim znalazłam kawałek wolnego miejsca. 15 minut czekałam na koszyk. Wyciągnęłam z torebki aseptyczny środek i odkaziłam rączkę wózka, a bo to ja wiem, kto macał ją przede mną? Może jaki przybysz z Włoch, Niemiec, albo i- tfu, tfu- z Chin? Trochę potrwało, zanim dostałam się do półek z mąką. Zostało 10 kilo, to wzięłam wszystkie. Makaron był już tylko pełnoziarnisty, wzięłam. Ostatnią butelkę oleju wyrwałam z rąk jakiejś starszej kobieciny i pognałam na stoisko z ryżem. Jasna dupa. Ostatnie pięć paczek capnęłam tuż przed zdyszaną pańcią w szpilkach. Ależ mnie zbluzgała! Trudno- kto pierwszy, ten lepszy. Alejki z mydłami i antybakteryjnymi żelami były puste jak nigdy, domyśliłam się więc, że ten zazwyczaj mało atrakcyjny towar, już zniknął ze sklepowych półek. Na monopolowym też pustki. Chciałam kupić spirytus, bo w aptekach już dawno zabrakło, lecz inni okazali się sprytniejsi i zostały tylko dwie butelki wódki. Wzięłam. Co prawda koronawirusa zabija tylko ten 60%, ale wykminiłam sobie, że jak zmieszam te dwie czterdziestoprocentówki, to taki 80% odkażacz będzie idealny do umycia okien i schodów. Wiadomo to którędy wirus planuje do mnie wtargnąć? Przy kasach kilometrowe kolejki. Stoję jak na szpilkach, bo martwię się czy ktoś na mnie nie kaszlnie lub nie smarknie? Ludzie nie mają dziś za grosz kultury! Na wszelki wypadek przykleiłam na usta i nos podpaskę ze skrzydełkami, bo maseczek oczywiście też już nie ma. Masakra!
Zapakowałam bagażnik po sam dach. Zanim złapałam za kierownicę ochlapałam dłonie wódką, bo miałam wrażenie, że są jakieś takie... skażone. Na wszelki wypadek oblałam też skrzynię biegów i hamulec ręczny. W drodze powrotnej miałam niemiłą sytuację, bo zauważyła mnie sąsiadka. Obładowana tobołami machała z nadzieją ze ją podwiozę. Chyba oszalała- a jaką ja mam pewność, że jest zdrowa? Jeszcze pewnie chciałaby mi dłoń podać na powitanie albo jeszcze gorzej- pocałować! Udałam, że jej nie widzę- w końcu nie mogę narażać swojej rodziny na śmiertelne niebezpieczeństwo!

W końcu bezpiecznie wróciłam do domu. Odpaliłam kompa: koronawirus może utrzymywać się w powietrzu ponad pół godziny, blablabla.... Pstryknęłam telewizor: z powodu koronawirusa szkoły, kina i teatry zamykamy na co najmniej dwa tygodnie. A teraz czas na reklamę- pamiętaj, kwasek cytrynowy i ocet jabłkowy raczej nie powstrzymają koronawirusa, lecz doskonale odczyszczą armaturę z osadu i kamienia blablabla... Włączyłam radio: jak donoszą najnowsze badania koronawirus przenosi się nie tylko drogą kropelkową, lecz również poprzez ekskrementy, także zwierzęce, blablabla...

Rany boskie! Przez kupę? Spojrzałam ze zgrozą na Kasza i Kaszankę. Koty siedziały na kanapie i wylizywały sobie... O Matko! Na szczęście przypomniałam sobie, że w barku mam jeżynową nalewkę. Mocna jak cholera, kilkuletnia. Chlapnęłam nalewką kotom pod ogony- nie będą mi tu łajzy koronawirusem srujdać!

Styrana jak wół, bo na wszelki wypadek przeleciałam resztą nalewki podłogi, zasiadłam przed telewizorem, aby obejrzeć najnowsze doniesienia. Powariowali ci ludzie! Wszędzie obłęd i panika. I wtedy nagle zrozumiałam. To nie jest zwykły, grypopodobny zarazek chorobotwórczy. Nie wywołuje tylko gorączki i problemów z oddychaniem. To coś o wiele poważniejszego. Wywołuje zmiany w mózgu. Zmienia nas w bandę zombie, lezącą bezrozumnie jeden za drugim, zabijający empatię i zwykły zdrowy rozsądek.
Apokalipsa, zagłada, pogrom i w ogóle koniec świata!


Tylko czy te zmiany na pewno powoduje koronawirus?

czwartek, 30 stycznia 2020

Ewolucja

Dziwię się. 
Podobno ewolucja to proces ciągły i nieodwracalny. Proces zmian zachodzących w czasie. Doskonalenie się i rozwój. Rozwój nie przypadkowy, nie dowolny, lecz dostosowawczy. Samo słowo pochodzi od łacińskiego evolvere- rozwijać, wydawałoby się więc, że z głupich stajemy się mądrzejszymi, z brzydkich piękniejszymi, zyskujemy na atrakcyjności, z łatwością dostosowujemy się do każdych warunków, potrafimy przewidywać, wyciągać wnioski i tak dalej. 
Takie to niby proste i oczywiste! Patrzę jednak dookoła i dziwię się. Wydaje mi się, że ewolucja nagle zmieniła bieg i wpadła w jakieś patologiczne koleiny. Jeszcze trochę, a przestaniemy się ze sobą komunikować- już teraz wracamy do pisma obrazkowego i maksymalnych skrótów. Przestajemy się rozumieć, słuchać wzajemnie, logicznie myśleć- Jezu, przestajemy w ogóle myśleć! Bez Internetu nie potrafimy już funkcjonować. Wszystkie wątpliwości wyjaśnia nam Google, błędy poprawia e-słownik, media społecznościowe mówią nam co oglądać, czego słuchać, czym się interesować. Sama głupieję. Ostatnio musiałam policzyć na kalkulatorze ile właściwie mam lat. Kurde, wyszło mi za dużo...;)

Zabijamy dziki, bo roznoszą choroby, którymi pewnie zaraziły się żerując na naszych śmieciach. Wycinamy drzewa atakowane przez plagę korników, a w ich miejsce sadzimy leśne monokultury. Panikujemy czytając o coronavirusach, po czym jedziemy do Chin, bo kilka miesięcy temu wykupiliśmy przecież wycieczkę, a lepiej odchorować, niżby miało się zmarnować. Jeśli tak będzie dalej, w końcu z powrotem wejdziemy na drzewa, pod warunkiem oczywiście, że jakieś drzewa na naszej biednej planecie jeszcze zostaną.

Z drugiej strony, ewolucja to przystosowanie się do panujących aktualnie warunków. A jakie mamy warunki? Ludzie „myślący inaczej” są szykanowani lub wyśmiewani. Wszechobecne media robią nam z mózgów papkę. Wystarczy przejrzeć program telewizyjny: Głupi i głupszy, Psychol, Mordercza opona, Martwica mózgu... Matko, i to wszystko jednego dnia!!! Jeżeli ktoś pozostanie normalny po obejrzeniu którejś z tych propozycji, to szacun! Serio!



Jeśli z góry i dołu bombardowani jesteśmy głupotą, jeśli z prawa i lewa otacza nas ciemnogród, to naprawdę ewolucja ma trudny orzech do zgryzienia. Więc może zacznijmy przeć w tył? Zatrzymajmy maszyny i cała wstecz! Odwróćmy nieodwracalne prawo natury i cofnijmy się w rozwoju. Zacznijmy samodzielnie myśleć. Rozwiązywać krzyżówki bez pomocy komputera, liczyć bez kalkulatora, czytać, rozmawiać, słuchać, wyciągać wnioski...

Ech, rozmarzyłam się...

wtorek, 20 sierpnia 2019

Koń by się uśmiał

Wiemy wszyscy, że przepisy prawne bywają dziwne. Że regulaminy spółek, towarzystw, czy innych organizacji bywają tak skomplikowane, że czasem sam twórca nie do końca je rozumie. Wiadomo też powszechnie, że grabie grabią do siebie i tak jak chętnie przyjmowane są wszelkie ubezpieczeniowe składki, tak wypłacanie należności to już droga przez mękę, wybrukowana dodatkowo cierniami i gwoździami. Co dziwniejsze, wszelkie czynności mające na celu wydojenie klienta odbywają się w majestacie prawa. Gdy człowiek spóźni się z opłatą jeden dzień otrzymuje natychmiastowe ponaglenia, często okraszone miłą wzmianką o komornikach i innych windykatorach. Na wypłatę świadczeń czeka się za to często miesiącami. 
No, ale po co ja to w ogóle piszę- toż to czysty banał i oczywista oczywistość. Niby tak- lecz gdy sprawa zaczyna dotyczyć osobiście, banał i oczywistość stają się zmorą i człowiek tylko coraz szerzej otwiera oczy, z niedowierzaniem czytając kolejne maile od towarzystwa ubezpieczeniowego, które to jeszcze nie tak dawno temu obiecywało jasność, przejrzystość, uczciwość i inne gwiazdki z nieba.
Miałam stłuczkę. Klient jednego z marketów zapatrzył się nie tam gdzie trzeba i przyłożył mi zderzakiem w zderzak. Poszła lampa, nieco wgniotek i zarysowań, sporo nerwów, ale nic poważnego ani mnie, ani jemu się nie stało. Przyjechała policja, wydmuchali, wlepili klientowi mandacik, spisali protokół- standardowa kolizja drogowa i zwyczajowe postępowanie. Wysłałam do towarzystwa ubezpieczeniowego odpowiednie dokumenty, sympatyczny pan przyjechał i ocenił szkody, dostałam nawet auto zastępcze, bo z powodu zbitej lampy dowód rejestracyjny auta został zatrzymany. No i okej. 
Okej do czasu, aż dostałam odpowiedź. I tu zagwozdka- sympatyczny pan wycenił koszty naprawy na 5 tysięcy, a ubezpieczalnia proponuje mi... cały 1 tysiąc i pół! No więc ja się pytam: o co chodzi?! Jakim cudem mam naprawić auto? Skąd mam wyszarpać te pozostałe 3,5 tysiąca? Oburzona wystosowałam kolejne pismo, na które uzyskałam następną dziwną odpowiedź. Po kilkukrotnym przeczytaniu domyśliłam się, że zaoferowano kwotę za którą mogę kupić używane lub zastępcze części i nimi mam naprawić samochód. Cóż, odpisałam ponownie, że nie chcę podróbek, tylko oryginały, bo takie właśnie zostały uszkodzone podczas kolizji. W odpowiedzi dowiedziałam się że to jest standardowa procedura. No chwila! Jeśli to jest standard, to dlaczego konfiskuje się pirackie płyty i książki? Skąd te naloty na handlarzy podrabianymi ciuchami? Jakim prawem zwijają gości za fajki czy alkohol bez akcyzy? Przecież takimi niefirmowymi też można się nieźle najarać i ubzdryngolić!
Zmęczona idiotyczną wymianą maili osobiście pofatygowałam się do siedziby ubezpieczalni. Jezu! Tam dopiero usłyszałam opowieści, przy których moje ukochane fantasy wydają się całkiem realistycznymi i prawdopodobnymi historiami. Podobni do mnie pechowcy chętnie dzielili się swoimi doświadczeniami. Jeden z nich walczy w sądzie już dwa lata, drugi zaczął się leczyć u psychiatry, trzeci stwierdził że chyba jest jakimś medium przemieszczającym się pomiędzy światami równoległymi, bo ubezpieczalnia stwierdziła, że żadnego wypadku nie miał, gdyż uszkodzenia biorących udział w stłuczce aut nie są ze sobą kompatybilne. Rany! Jednak proszę- jacy kreatywni ludzie pracują w ubezpieczalniach- a ja, naiwniara, myślałam że to zwykli urzędnicy!
Summa summarum, podpowiedziano mi, żebym sprzedała wierzytelności którejś z wielu instytucji, zajmujących się zawodowo odzyskiwaniem od firm ubezpieczeniowych należnych klientowi pieniędzy. Swoją drogą jakie to polskie niestety, że powstają legalne firmy zajmujące się legalnym wydzieraniem kasy innym legalnym firmom. Sorry- nie pojmuję tego swoim małym rozumkiem! 
Cóż, ten nie ma stłuczek, który nie jeździ, jednak nie chciałabym ponownie wędrować tą cierniową drogą. Życzę Wam- wszystkim kierowcom, szerokich dróg, rozsądnych współuczestników ruchu i życzliwych policjantów, bo na uczciwe ubezpieczalnie nie macie co liczyć!

I źle nam było kiedyś? Gdy człek konno przestrzenie nieśpiesznie przemierzał?
I przyjemniej, i zdrowiej, taniej, smrodu mniej, że o nerwach nie wspomnę. A jak jeden drugiemu w zad wjechał, to worek owsa i butelka gorzałki załatwiały sprawę. I co ważniejsze- bez wnerwiających pośredników. Baa... Chciało nam się postępu- to mamy! ;)
Koń by się uśmiał!


sobota, 15 czerwca 2019

Końce świata

I znów się zaczęło! 
Niektórzy prorokują, że jesteśmy ostatnim pokoleniem na Ziemi, inni dają nadzieję że jeszcze trochę pożyjemy. Co prawda marne to będzie życie, bo w suszach, huraganach, ulewach i pożarach na zmianę. Jedni zapewniają że roztopią się lodowce i zniknie większość lądu, inni że upały i wiatry wysuszą wszelkie wody i umrzemy z powodu jej braku.

Kilka końców świata już przeżyłam. 
Pierwsza godzina 2000 roku miała spowodować że komputery zdurnieją i wystrzelą bomby nuklearne. Starożytni Majowie zakończyli swój kalendarz 21.12.2012 r. i to wystarczyło żebyśmy zaczęli panikować. Koniec świata miał też zwiastować krwawy księżyc z 27.09.2015. Najnowsza prognoza to asteroida Apophis, która ma uderzyć w Ziemię 15.06.2019, czyli dziś. No, ma jeszcze szansę przez 1,5 godziny.



Jeśli czytacie ten tekst, to znaczy, że chybiła. 
Tak czy siak, zgodzić się musimy, że źle się dzieje. Ponad 30-stopniowe upały, gwałtowne wyładowania atmosferyczne: burze, grad wielkości klusek śląskich, trąby powietrzne i inne kataklizmy zdarzają się coraz częściej.  Przyczyną efektu cieplarnianego jest nadmierne gromadzenie się gazów cieplarnianych w atmosferze Ziemi. Wbrew obiegowym opiniom nie jest to tylko dwutlenek węgla, ale również para wodna i metan, więc za globalne ocieplenie odpowiada też sama Matka Natura. 
Wszyscy wiemy, że powinniśmy oszczędzać wodę i energię, segregować śmieci, kupować i używać jak najmniej plastiku, nie palić w piecach byle czym. Wiemy ale czy robimy? Niby to kropla w morzu potrzeb, bo potentatami w tej dziedzinie są przemysł i transport, ale skoro nie możemy nic poradzić na światowe potęgi, to może  dorzućmy choć tę kropelkę?
Byłam dziś na zorganizowanej przez jednego z choszczeńskich radnych akcji oczyszczania ze śmieci brzegu naszego, mieszczącego się w środku miasta, jeziora. Piękne, z malowniczymi plażami, szumiącymi trzcinami i licznymi kładkami, z których wędkarze łowią płotki i szczupaki. Pływają po nim łabędzie i kaczki, ale też kajaki, żaglówki, a jeszcze nie tak dawno statek wycieczkowy. Można by powiedzieć- duma miasta. Niestety, nie można. Wraz z grupą mieszkańców wyciągnęliśmy z wody kilka worków puszek, szklanych i plastikowych butelek, słoików, opakowań po czipsach, starych ciuchów, zapalniczek, reklamówek, że o koszu na śmieci i jakimś innym złomie nie wspomnę. Wstyd i hańba!

Być może nasza matka Ziemia umiera, lecz czy musi umierać w brudzie? Tym, który sami robimy dookoła siebie. Z lenistwa, wygodnictwa, głupoty, braku elementarnego wychowania i kompletnego braku wyobraźni? Nie wiem. Rodzice tak mnie wychowali, że wyrzucenie przysłowiowego papierka na drogę jest dla mnie nie do pomyślenia- szczególnie gdy obok stoi kosz na śmieci. Owszem, przyznam się bez bicia, że czasem przez okno samochodu wyleciał ogryzek jabłka lub skórka po bananie, lecz nigdy w życiu puszka, butelka czy inny plastikowy szajs.
Tego samego starałam się nauczyć mojego syna. Opowiadał kiedyś, jak to na jakimś wypadzie z przyjaciółmi jeden z uczestników wypił browara i wyrzucił puszkę do jeziora. Dziecię me bez słowa weszło do wody, wyłowiło puszkę i wyrzuciło do śmietnika. Tam też znalazły się wszystkie pozostałe pojemniki po plenerowej imprezce, a rumieniec wstydu na policzku syfiarza utrzymywał się długo. I może tego właśnie nam potrzeba? Przykładu? Publicznego zawstydzenia?



Bo przecież tak naprawdę każdy z nas chciałby kąpać się w czystej wodzie i oddychać niezanieczyszczonym powietrzem. Przestańmy liczyć na innych i dorzućmy własną kroplę do morza. Skończmy gadać a zacznijmy działać. Nie tłumaczmy się brakiem czasu, bo w końcu rzeczywiście tego czasu nam zabraknie.

środa, 23 stycznia 2019

Natura próżni nie lubi

Fatalnie zaczął się dla mnie ten rok. Prawie równie fatalnie, jak zakończył zeszły. Ale to już wiecie. 
Dzień po świętach Saba zakończyła swe życie, a w kolejny wieczór Sonia dała susa przez płot i, pomimo wielkiej pomocy ludzi-znajomych i całkiem obcych, wszelki ślad po niej zaginął. Nie będę pisała o tym co przeżyłam i wciąż przeżywam. Ile łez wylałam i nie przespałam nocy. Każda z Was wie to doskonale i równie doskonale rozumie. Nie dziwicie się więc pewnie wcale, że nie mam chęci ani do pisania, ani czytania, ani w ogóle do niczego. Snuję się jak jakieś zombie, a dni mijają prawie nie różniąc się od siebie. 
Paradoksalnie najgorsze są te dni słoneczne, z rześkim, zimowym powietrzem, bielą i iskrzeniem śniegu, zapraszające do spaceru. Patrzę przez okno i wspominam jak łaziłyśmy sobie po polach, ganiałyśmy po lesie, czy po prostu bawiłyśmy się na własnym podwórku. Patrzę przez okno, a łzy same ciekną mi po policzkach. Jerzy zerka na mnie ze współczuciem, proponuje spacer, czy jakąś wyprawę za miasto, lecz wiem, że to nic nie da. Spróbowałam raz- przez całą drogę wyłam jak syrena. Każde miejsce przypominało mi jakąś sytuację z którymś z psów w roli głównej. Brakowało mi ich zimnych nosów, merdających ogonów, odciśniętych w śniegu łap, wesołego szczekania i w ogóle... Do dupy z takim spacerem. 

Stoję więc w oknie i obserwuję ptaki. Choć zima nie jest u nas jakoś szczególnie śnieżna ani mroźna, ptaki przylatują całymi stadami. W przeważającej ilości sikorki i mazurki. Czasem trafi się kos z żółtym dziobem, zięba błyśnie niebieską czapeczką czy rudzik wypnie pomarańczową pierś. Na pniu starej węgierki kilka razy przysiadł dzięcioł. Regularnie odwiedzają mnie też sroki- ciekawe czy któraś z nich to Klara?[pamiętacie sroczkę "wypadniętą" z gniazda?] Odkąd nie ma psów śmielej siadają na trawie i szukają jakichś smakołyków. Nie raz i nie dwa widzę jak podrywają się do lotu trzymając w dziobach niezauważonego przeze mnie, lub zapomnianego orzecha włoskiego. Amatorów orzechów jest zresztą więcej. Któregoś razu wypatrzyłam szczura, który spokojnie, bezstresowo, z orzechem w pyszczku maszerował do swej kryjówki wśród opałowego drewna. Stałe widoki, przewidywalne dni. A jednak... 

Dzisiejszego poranka odwiedził mnie jeszcze ktoś. Siedzę sobie przy stole, popijam kawę i usiłuję wmówić sobie, że te otręby z jogurtem są naprawdę zajebiste, gdy nagle w karmniku zapanował popłoch. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie ptaki poderwały się równocześnie i zgodnie przeniosły na czubek śliwki.



Zaintrygowana, wyostrzyłam zmysł wzroku. Pod ptasią stołówką zauważyłam jakiś podejrzany ruch. Nie znam się na kotach, moją miłością zawsze były psy, wiem jednak, że trójkąt: pies, kot i ptak, niekoniecznie musi być udany, poderwałam się więc z krzesła, aby w lodówce poszukać czegoś smaczniejszego niż sikorka. Z kawałkiem smażonej piersi z wczorajszego obiadu wyszłam na taras. Szaro-rudy cień śmignął za choinkę. Postałam chwilkę, pomachałam kąskiem, aby smakowita woń rozeszła się po okolicy i próbowałam przywołać gościa zachęcającym: kici- kici. Żadne z moich działań nie przekonały futrzastego gościa do ujawnienia się. Położyłam więc kąsek na podłodze tarasu, wróciłam do domu i, łapiąc po drodze komórkę, zajęłam strategiczne miejsce przy drzwiach balkonowych. Po kilku chwilach kot przycupnął sobie jak gdyby nigdy nic, na podłodze altanki.



Jednak zapach kusił ;) 



Zachęcony bezruchem przysiadł sobie na tarasie, udając, że ten kawałek kurczaka w ogóle go nie rusza, w każdej chwili gotowy zwiać.



W końcu chapnął smakołyk i popatrzył mi prosto w oczy. 



Chciałam poczęstować go jeszcze jedną porcyjką, wstawałam z podłogi bardzo powoli, ale na mój pierwszy ruch kot zniknął bezszelestnie niczym duch i tylko tłusty ślad po kurczaku świadczył o jego niedawnej obecności. 
Ciekawe czy jeszcze wróci.

Mimochodem, rozmyślając i wybierając  zdjęcia na których cokolwiek widać, naszły mnie dwie wiekopomne i odkrywcze myśli:

Po pierwsze- natura próżni nie lubi. Wystarczyło kilka raptem tygodni i już miejsce psa próbuje zagarnąć kot. 
Po drugie- muszę umyć okno...

czwartek, 27 grudnia 2018

Ten cholerny tęczowy most...

Wydawać by się mogło, że ponad 15 lat to aż nadto. Szczególnie jeśli życie było spokojne, udane i w kochającym domu. Odeszła. Zbyt wcześnie. Zawsze byłoby zbyt wcześnie. Różnie radzimy sobie z bólem i żalem. Jeden jak wściekły rąbie drewno, drugi zamknął się w kiblu i udaje że nie ryczy, ja oglądam zdjęcia i wspominam. Całe stosy zdjęć i tysiące wspomnień. Żegnaj Sabinko- obyś za tęczowym mostem była równie szczęśliwa, jak tu- razem z nami.












Śpij malutka...

piątek, 2 listopada 2018

Hipokryta w lustrze

Mimo że zaczął się już listopad pogoda wciąż sprzyja spacerom. Słonko świeci, widoki przecudne i te liście szeleszczące tajemniczo przy każdym kroku... Chyba właśnie z powodu tego szelestu na spacerową trasę najchętniej wybieram teraz drogę prowadzącą do lasu. Idę sobie, szuram, wdycham jesienne zapachy i obserwuję ostatnie klucze odlatujących żurawi. Gdy nie chce mi się już patrzeć w obłoki, opuszczam wzrok i wypatruję brązowych łebków podgrzybków. Czasem trafi się kilka pysznych kapeluszy, innym razem w koszyku lądują kolorowe liście, szyszka, kilka żołędzi, ciekawa gałązka, czy inne skarby, które nie wiadomo po co tacham do domu. Nie raz i nie dwa oprócz grzybów i kasztanów niosę puszkę po piwie, pustą butelkę czy porwaną reklamówkę. 

Oczywiście w spacerze towarzyszą mi psy, które w nosie mają moje znaleziska, i węsząc z zapałem w przetrzebionych z liści krzaczorach, szukają własnych. Nie chcecie wiedzieć jakich... 
Szłyśmy więc sobie wszystkie trzy przez las, każda z nosem skierowanym w inną stronę, gdy nagle zatrzymał mnie niezadowolony i rozkazujący głos: 
- Ja tam nie mam nic przeciwko psom, ale te kupy to proszę sprzątnąć! 
Z niewielkiego młodniaka wynurzyła się pańcia z kilkoma grzybami w koszyku i niezadowoloną miną na twarzy. – Gdyby każdy tak lekceważąco podchodził do tych spraw, to utonęlibyśmy w morzu nieczystości i udusili ze smrodu!- Zbulwersowała się, zmarszczyła z obrzydzeniem nos i głęboko zaciągnęła się trzymanym w ręku papierosem. Przyznam- zrobiło mi się głupio. Faktycznie- własne podwórko sprzątam z psich kup, ale o podwórku Matki Natury to już nie pomyślałam a tłumaczenie, że lisich odchodów też raczej nikt nie sprząta byłoby raczej żenujące. Wstyd się przyznać, ale gdy jakaś psia mina trafi się bezpośrednio na drodze to po chamsku wykopywałam ją w pole lub na pobocze. Już miałam rzucić się w krzaki gdzie któraś z moich suk pewnie wygięła grzbiet w pałąk i choćby gołymi rękami zakopać dowody zbrodni, gdy kobieta zgasiła papierosa o pień starego dębu, wzięła zamach i wyrzuciła peta wprost w młodnik, z którego wyszła. Jeszcze raz zmierzyła mnie wzrokiem, z dezaprobatą pokręciła głową i odeszła wyciągając z koszyka paczkę czipsów. Stanęłam jak wryta. Przeszło mi przez myśl, że chyba wiem gdzie znajdzie się puste opakowanie i na złość kobiecie postanowiłam zostawić psie kupy własnemu losowi, przekonana że i tak zutylizują się szybciej niż beztrosko wyrzucony niedopałek. 
Kolejne minuty spaceru upłynęły mi na wymyślaniu inwektyw na babsko. Że wścibska, wredna, chamska, a nade wszystko hipokrytka! Jak można upominać ludzi, pouczać ich i krytykować a samemu robić tak samo, albo jeszcze gorzej.

Gdy już się nawściekałam, przyszedł czas na lekką konsternację. Cóż... jeszcze kilka lat temu sama paliłam i zdarzało się, że pet lądował na chodniku lub w jakichś krzakach... 
Odkryłam smutną prawdę: tak naprawdę wszyscy jesteśmy w większym, lub mniejszym stopniu hipokrytami! Ilu z nas krzyczy na dzieci za coś co sami robimy nagminnie? Krytykuje innych za czyny, które sam popełnia? Publicznie wypowiada słowa, których wstydzi się w domowym zaciszu? Bo tak wypada, tak bezpieczniej, tak mówią inni...

Sami się oszukujemy. Wegetarianin kupuje buty lub torebkę ze skóry. Bojowniczka o prawa zwierząt wklepuje w policzki krem testowany na laboratoryjnych myszach. Wróg myślistwa chętnie skosztuje kiełbasy z dzika a przeciwnik przemysłowych hodowli obżera się parówkami. 
Kandydat na wójta przed wyborami zakłada fanpejdża na fejsbuku i zaprasza do znajomych całą wieś, po wyborach zapomina o nowych znajomych, a strona znika. Ksiądz wyklina dzieci, które chodzą po domach prosząc o cukierka i obiecując psikusa, a nie widzi nic złego we własnym kolędowaniu. Przykłady można mnożyć bez końca. Każdy z nas zna jakiegoś hipokrytę, był świadkiem popełnionej hipokryzji i hipokryzję pewnie popełnił.
Więc może warto pomyśleć, zanim kogoś obsmarujemy i obrzucimy błotem? Ściągnąć maskę politycznej poprawności i spojrzeć najpierw na siebie? Zastanowić się co jest belką, a co źdźbłem i którą z tych rzeczy hołubimy pod własną skórą?


środa, 29 listopada 2017

Odpoczynek na łonie

Zima zbliża się wielkimi krokami. Drzewa pozbyły się już większości liści, piec pracuje całą parą a na gałązkach jabłonki zamiast owoców zawisły smakowite kule dla sikorek. Lada dzień zapowiadają pierwsze śniegi i lekki mrozik, dzisiaj jednak pogoda była prawie wiosenna. 
Miałam umówioną wizytę u weta. Wracając z Choszczna postanowiłam skorzystać więc z okazji i zatrzymałam się w niewielkim lasku położonym tuż pod miastem, bezpośrednio sąsiadującym z dwoma sporymi osiedlami. Zaparkowałam samochód, wypuściłam czworonogi i napawając się rześkim powietrzem ruszyłam przed siebie. Psy zadowolone z odmiany ruszyły w krzaki poszukując nowych zapachowych doznań, a ja spacerkiem przemierzałam leśną dróżkę. Im dłużej szłam, tym bardziej byłam zachwycona. Pod nogami chrzęściły mi igły, szyszki i foliowe torebki. Gdzieniegdzie trafił się jednorazowy kubek, butelki po coli i innych napojach gazowanych, zgniecione puszki, kilka ulotek z marketów. W krzakach wypatrzyłam dziurawe wiadro, prawie dobrą miskę i dwie opony. Ciepło pomyślałam o mieszkańcach pobliskich domów. Jacy serdeczni ludzie! Podzielą się z innymi tym co wyprodukowali. Może jakaś sarna skusi się na łyk fanty? Wiewiórce przyda się wiadro a lis z pewnością będzie wdzięczny za opnę. Zając poczyta sobie, w którym dyskoncie jest najtańsza marchewka a z kubka po kawie dzięcioł zrobi sobie czapeczkę na zimę. Ujrzawszy kilka butelek po „Kubusiach” wzruszyłam się prawie do łez. Jak to dobrze, że młode pokolenie uczy się od rodziców. Mówią, że dzieci tylko w domach przed komputerami siedzą, a tu proszę! Wyjdzie jednak jedno z drugim na spacer do lasu i zostawi dowód na swoją w nim obecność, żeby nie zarzucili mu gnuśności i obiboctwa. W pewnym momencie musiałam zawołać psy i zapiąć smycze, bo obawiałam się, że krwawymi śladami zepsują arcydzieło stworzone przez jakaś większą grupkę miłośników lasu. Pod drzewami, wśród hałd potłuczonego szkła, artystycznie udrapowane, pyszniły się butelki. Naprawdę, było na co popatrzeć- sama wysoka półka. Część zachowała się w całości, mogłam więc odczytać etykiety. Był tam Sobieski i Chopin, Poniatowski i Paderewski. No, pomyślałam z dumą, byle kto tu nie imprezował. Kilka kroków dalej spotkałam resztki obozowiska wielbicieli Żołądkowej Gorzkiej i Soplicy o smaku wiśni. Zapijali winogronowym Tymbarkiem i HoopColą. Chyba z gwinta, bo w przeciwnym razie z całą pewnością znalazłabym resztki kubków. Pod starymi dębami pasło się duże stado Żubrów, pod opieką Kasztelanów i Harnasiów. Psy zaczęły się nudzić, bo co to za radocha po takim lesie łazić, i to w dodatku na smyczy, zawróciłam więc na parking. Byłam zdegustowana zachowaniem moich niewdzięcznych zwierząt. Tyle atrakcji, tyle woni, a one nosami kręcą. Tu aluminium, tam plastik, z jednej strony pachnie paprykowymi czipsami, z drugiej srebrzy się i zachęca do zjedzenia paczka po delicjach szampańskich. Jak to w lesie. 



Odpalając auto z jeszcze większą sympatią myślałam o mieszkańcach osiedli. Wspaniali ludzie. Kochają przyrodę. Przecież wychodzą relaksować się na jej łonie. Z całą pewnością są przeciwni wycinaniu Puszczy Białowieskiej, podpisują petycje Zielonych, adoptują pszczoły, może nawet należą do Greenpeace, lub innej instytucji tego typu. Nienawidzą zabijania zwierzyny leśnej, współczują bezdomnym kotom i psom... 
A że ta biedna natura pod samym nosem... Oj tam, nie ma co się czepiać drobiazgów. Przecież za kilka tysięcy lat te śmieci same się rozłożą.

wtorek, 14 listopada 2017

Satyra na świra

Ostatnimi dniami Choszczno i okolice żyją skandalem, który rozgrywa się tuż za płotem. Otóż facet podał psa do sądu za szczekanie. I wygrał!!! Sąd nakazał eliminację 90 decybeli zagrażających ludzkiemu życiu, poprzez usunięcie psa z sąsiedztwa. Swoją drogą, gość wykazał niezłą inicjatywę, stojąc i mierząc hałas wywołany szczekaniem. Mam nadzieję, że wyniku nie zafałszował warkot silnika jego samochodu... 
Dziewięcioletni owczarek, wyrokiem sądu, ma opuścić swój dom, swoją rodzinę, miejsce w którym mieszka od szczeniaka i w którym jest traktowany jak pełnoprawny członek rodziny.


Wyrok jest prawomocny. Właściciele są załamani, sąsiedzi oburzeni, a reszta może sobie co najwyżej nóżkami potupać. Więc wybaczcie mi głupoty, które napiszę, bo tupię. Tupię z całych sił.

Satyra na świra:

Postanowiłem wyprowadzić się na wieś. Nikt mnie nie zmuszał, sam chciałem. Wiecie, dość miałem miasta, szumu i tłoku, hałasu i życia w biegu, wyścigu szczurów, ciągłych kłótni, smogu i niezdrowego żarcia. 
Wyczaiłem działkę pod lasem, kupiłem przyczepę i zamieszkałem wśród wieśniaków. Pięknie było. W rogu działki rosła sosna, kilka świerków po których hasały wiewiórki, śpiewały ptaki. Świeże powietrze i wiejskie jadło. Wioska bezpieczna, na każdym podwórku pies pilnujący, aby żadne mendowate elementy nie wbiły noża w brzuch, ani nie okradły z majątku. Czułem się bezpiecznie, nawet nie musiałem zamykać na klucz drzwi od kempingu. Jeden z sąsiadów hoduje pszczoły, inny ma krowę. Miodek zamiast cukru, zamiast UHT-ej zupy z kartonu mleko do kawy- wiadomo, samo zdrowie. Dwa domy dalej kilka kur grzebało w ziemi, już się cieszyłem na myśl o codziennej dostawie świeżych jaj. Ludzie uśmiechnięci, mówią dzień dobry i do widzenia. Raj normalnie- pomyślałem sobie naiwnie! 
Nawet nie wiecie w jakim byłem błędzie. To nie raj, nie czyściec nawet. To piekielne piekło, a dookoła same diabły!
Najpierw na złość zaczęły robić mi koguty. Pieją cholery od białego świtu. A tuż po nich zaczynają drzeć się kury. Ko, ko, koooooo, kokoko... no jasna cholera! Święty by się wściekł. Nie mogą tych jaj w ciszy znosić? Czy ja, jak się zesram, to na cały świat obwieszczam, że oto moje flaki właśnie się oczyściły? Ano nie obwieszczam. A przynajmniej nie tak głośno, jak te zryte ptaszyska. Podałem babę na policję, no, każdy by tak zrobił, co nie? A wiecie co ona na to? Powiedziała, że mi już więcej jajek nie sprzeda. Bladź jedna! Ludzie to jednak podli są. Później ześwirował ten od pszczół. Sam widziałem jak dosypywał coś do uli. Mówił, że to cukier, ale nie ze mną takie numery. Narkotyki pewnie jakieś albo inne dopalacze, bo jak tylko wiosna nastała i człowiek w końcu mógł sobie na dworze posiedzieć, to te pszczoły jak szalone zaczęły latać. Dobra, niech latają na jego podwórku, ale po co na moje się pchają? Zapraszałem je, czy jak? Bzyka taka nad głową, wkurwia człowieka, raz mi jedna menda do kawy wpadła. No masakra jakaś! O właśnie. Ten od krowy też pojebany. Czarną muszę pić albo znów z zupą z kartona bo się, burak jeden, obraził, jak mu powiedziałem, że gównem krowim śmierdzi. A przecież śmierdział! Jak można paradować po wsi w takim stanie? Gumiaki upaprane po same kolana, kapota poplamiona, widły na ramieniu, to przecież wstydu trzeba wcale nie mieć. Weź tu się człowieku relaksuj przy kawie, jak takie menele pod nosem ci się kręcą. Przecież to obraza dla każdego normalnego człowieka jest. A te wsiowe bachory? Idę sobie z rana śmieci wyrzucić. Parasol rozłożyłem, bo nawet pogoda na złość mi robi i leje z nieba. Pochylam się, patrzę, a tu przy koszu leży zdechła glizda. Pogrzebałem butem, a tu jeszcze więcej glizd, tylko żywych. Wiją się, kręcą... obrzydlistwo! Aż mnie na pawia zebrało. Doskonale wiem, kto mi je podrzucił. Dzieciary tej baby co mieszka w domu z zielonym dachem. O nie! Biorę auto i jadę na policję. Myśli sobie, że na taką jak ona nie ma mocnych? Już ja ją i te jej bachory załatwię!
Ale najgorszy był ten pies z naprzeciwka. Szczekał, jak ktoś do płotu podchodził. Zmierzyłem- 90 decybeli z mordy bydlę wydobywało. Nie mógł jakoś ciszej dać znać? W drzwi łapą zaskrobać, esemesa wysłać, zagwizdać dyskretnie... To nie! Darł japę z całej siły i to czasami nawet po dwudziestej drugiej, dacie wiarę!? Na szczęście z tym już zrobiłem porządek. Założyłem sprawę w sądzie i sędzia, mądry, wykształcony człowiek, przyznał mi rację. No bo kto to słyszał, żeby pies, stróżujący na gospodarstwie, szczekał!? 
Z resztą też sobie poradzę. Spalę te pieprzone ule, podtruję krowę, kogutom ukręcę łby. Wytnę sosnę i świerki, bo złośliwie szyszkami i igłami zaśmiecają moje podwórko. Nie będzie niczego! I bardzo dobrze, w końcu będę miał spokój. A jak się komuś nie podoba, to niech się wyprowadzi. Jutro podam do sądu samą Naturę, a co! Ja sroce spod ogona nie wypadłem i nie pozwolę, żeby mi tu jakieś swoje własne, chore prawa narzucała. Prawo- to JA!

                                                 Koniec.

Ps1. Foto przedstawia rzeczywistego oskarżonego.
Ps2. W "satyrze" znajduje się link do artykułu.
Ps3. Oświadczam, że wszelkie podobieństwa do rzeczywistych postaci i autentycznych zdarzeń są jak najbardziej zamierzone.
J.K.

środa, 1 listopada 2017

Rozwiane złudzenia

Dzień Wszystkich Świętych dobiegł końca. 
W mojej rodzinie tradycją jest, że po mszy i wizytach na grobach naszych bliskich spotykamy się na rodzinnym obiedzie. Trochę powspominamy, pooglądamy stare zdjęcia, porozmawiamy, po prostu pobędziemy razem. 
W tym roku stało się inaczej. Zamiast jeść obiad w miłej atmosferze, znalazłam się na posterunku policji, bynajmniej nie w sympatycznym nastroju.

Zaczęło się jak zwykle. Na mieście korki, zawalone parkingi, niedzielni kierowcy wykonujący nadzwyczajne manewry- normalka. Na głównych skrzyżowaniach i w pobliżu cmentarza niebiesko od policyjnych kogutów. Panowie policjanci kierują ruchem, pilnują bezpieczeństwa, starają się aby ten dzień minął bez większych nieprzyjemności. Niestety, w moim przypadku stało się odwrotnie...

Może to niemodne, ale do tej pory miałam bardzo dobre zdanie o choszczeńskiej policji. W dużym stopniu pewnie wynika to z racji kilkupokoleniowej już tradycji. Mój Tata był policjantem, jego Brat, teraz kuzynostwo tak po mieczu, jak i po kądzieli. Jednym słowem- policja to nasi ;)

Jako że pogoda była pod, notabene, przysłowiowym psem, Dawid wysadził nas przy cmentarzu i pojechał poszukać miejsca do zaparkowania samochodu. Dziewczyny z dziećmi poszły na groby a ja, czekając na syna, chcąc nie chcąc obserwowałam policjanta pilnującego porządku przy jednym z wjazdów na cmentarz.
Rozumiem, że praca w taki dzień to nic przyjemnego. Jestem w stanie pojąć, że ktoś ma zły humor. Mogę sobie wyobrazić, że nie było jak się odstresować, bo na przykład żonę z rana głowa bolała, ale wyładowywanie swoich frustracji na przypadkowych kierowcach jest dla mnie nie do przyjęcia. Najpierw w niegrzeczny sposób pogonił kilku z nich, chcących zaparkować zbyt blisko wjazdu. Gdy nadjechało kolejne auto, na władcze machnięcie ręką kierowca zareagował pytaniem: „Dlaczego? Miejsca dużo, zakazu nie ma...” No i rozpętała się furia. Policjant podbiegł do samochodu, gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi, zaczął wyzywać i straszyć bezczelnego kierowcę.



Nie widziałam finału, bo przyszedł Dawid i weszliśmy na cmentarz. Zapaliliśmy znicze, pomodliliśmy się, zrobiliśmy obchód grobów. Lało jak z cebra i dziewczynki zaczęły marudzić, więc postanowiliśmy się zbierać. Młody poszedł po auto, a my z powrotem na parking. Sfrustrowany policjant był tam nadal. Akurat zwierzał się jakimś swoim znajomym, że taki jego pieski los. I wiecie co? Sama bluznę. Czasami nawet publicznie. Lecz gdy słyszy się niecenzuralne słowa z prędkością strzałów z karabinu maszynowego wydobywające się z ust ubranego w mundur i będącego na służbie w publicznym miejscu policjanta, robi się tak jakoś nieprzyjemnie. Korki i zwiększony ruch spowodowały, że czekałyśmy na Dawida dobre dwadzieścia minut. Przez ten czas nieszczęśliwy, ubrany na niebiesko pan pogonił kilku kierowców, opierniczył idącą zbyt wolno starszą panią i pogroził pięścią grupie nastolatków. Zmęczone dziewczynki przestępowały z nogi na nogę, gdy w końcu nadjechało nasze auto. Zwinęłyśmy parasolki i z westchnieniem ulgi wpakowałyśmy się do samochodu. Dawid już ruszał, gdy powstrzymało nas wściekłe walenie w okno.
-Ty gówniarzu! Zabroniłem ci się zatrzymywać!
-Ale przecież pasażerowie nie dadzą rady wskoczyć w biegu. Rozejrzałem się. Nic za mną nie jedzie, nikt nie wyjeżdża z parkingu, przecież nie tamuję ruchu.
-TY GÓWNIARZU! Będziesz ZE MNĄ dyskutował? Zakazałem stawać, a mimo to TE dalej PAKUJĄ SIĘ do środka!
I dawaj, huzia na Józia. Rzucał inwektywami, darł się jak opętany, straszył zabraniem prawa jazdy, nie bacząc na obecne w aucie dzieci, ani na korek, który tworzył się za nami. Jedynie wzgląd na dziewczynki i Dawida powstrzymał mnie przed zrobieniem natychmiastowej awantury. Roztrzęsieni pojechaliśmy do domu, wypakowaliśmy towarzystwo i wróciliśmy. Prosto na komendę. 

Nigdy w życiu na nikogo nie naskarżyłam. Nigdy nawet przez myśl nie przemknęło mi, że pójdę na komendę złożyć skargę. W najgorszych koszmarach nie wyobrażałam sobie, że takie traktowanie spotka mnie ze strony policjanta! Człowieka, który zawsze był dla mnie godny zaufania, do którego czułam szacunek, który był dla mnie, może naiwnie, wzorem do naśladowania.
I wiecie co dołuje mnie najbardziej? To, że na instytucję patrzy się jednak przez pryzmat jednostki. Jeden człowiek potrafi zniszczyć prestiż całej grupy zawodowej. Jest jak kret, który podkopuje zaufanie, będące przecież podstawą współpracy policji z resztą świata. Bez zaufania i szacunku społeczeństwa praca policjanta po prostu mija się z celem.

Jeden człowiek podkopał moją wiarę w całą policję. Wiem, że wciąż pracują tam ludzie tacy jak mój Tato, jego Brat, moi kuzyni. Policjanci, którzy są dla ludzi, a nie przeciw nim. 
A jednak nie jest już tak, jak było jeszcze dziś rano.

piątek, 20 października 2017

Głową muru nie przebijesz

Różne przeszkody stają na naszej drodze. Niektóre można przeskoczyć, inne da się jakoś inteligentnie ominąć, jeszcze inne trzeba potraktować niczym węzeł gordyjski i zamiast starać się rozwiązać za wszelką cenę, brutalnie dziabnąć mieczem. Są jednak mury w które możesz walić głową do usranej śmierci, strzelać fochem, ciąć ironią, rozbierać logiką. Nic z tego, nie przebijesz.




Pierwszy groźny mur to ludzka głupota. 
Najgorsza jest ta na samej górze, słodko pierdząca, jedną ręką dająca, a drugą odbierająca sto razy tyle. I nieważne jak wysoka jest ta góra: na szczeblu krajowym, samorządowym, zawodowym czy rodzinnym. Ryba psuje się od głowy i jeśli w głowie znajduje się jedynie siano, to nic dziwnego że cała reszta w końcu ląduje na klepisku.

Drugi mur to ludzka mentalność. 
Często jest to mur tożsamy z głupotą, czasami jednak wręcz przeciwnie. Z wyrachowaniem i egoistycznym sprytem danego przedstawiciela homo sapiens. Taka jadaczka na przykład. Wszyscy stoją karnie w kolejce do kasy w jakimś, dajmy na to markecie, przychodzi krzykacz i drze się, żeby kolejną kasę otworzyć dla niego. Nieważne, że kasjerka dwoi się i troi, że pozostałe pracują przy układaniu asortymentu na półkach, przyjmują towar, lub po prostu mają chwilę przerwy. Krzykacz robi awanturę i po chwili zazwyczaj dostaje to co chciał. Idzie do urzędu i straszy wezwaniem kierownika, idzie do lekarza i szantażuje wysłaniem pisma do NFZ. W końcu leci na opinii [wiecie, to ten awanturnik, zróbcie co mówi i niech będzie święty spokój] I bezproblemowo wymusza wszystko na wszystkich. Obrasta w piórka, czuje się coraz ważniejszą personą i coraz głębiej ma szeregowych pracowników i niekrzyczących frajerów.
Albo taki życzliwy. Tu szepnie słówko, tam doniesie. Anonim wyśle, sąsiada podpierdzieli, napuści na siebie znajomych. Siedzi później w oknie przy nieznacznie podniesionej firance lub zerka przez dziurkę od klucza radując się awanturą. A gdy już ponapawa się wynikiem swoich manipulacji idzie do zmanipulowanych, szczerze, z głębi serca im współczuje, pociesza i zastanawia głośno co za bydlę taką świnię podrzucić mogło!

Trzeci mur to nepotyzm. 
Dziadostwo było, jest i cholera, zawsze pewnie będzie. Dobra, rozumiem że inaczej traktuje się rodzinę niż obcych. To naturalne, a nawet prawidłowe. Mając jedną, niepodzielną rzecz oddamy ją raczej komuś bliskiemu, niż obcemu. Swojego czasu głośno było [w negatywnym kontekście] o pewnym, miejscowym policjancie, który wlepił mandat własnemu ojcu za jakieś niewielkie przewinienie. Nadgorliwość i zbytnia służbistość nikomu nie służą, powinny być jednak chyba jakieś granice nepotyzmu? 
Coś mi na starość kolano dokucza. Ortopeda dał mi skierowanie na rezonans magnetyczny, pojechałam więc do wielkiego miasta zapisać się na badanie. Odczekałam swoje w kolejce do rejestracji. W końcu nadeszła moja kolej i znalazłam się w gabinecie. Po obejrzeniu skierowania, dowodu ubezpieczenia i stu innych papierków wyznaczono mi termin za dwa miesiące. Już zbierałam się do wyjścia, gdy weszła pewna kobieta w białym fartuchu, prowadząc ze sobą dystyngowanego pana w średnim wieku.
-Dziewczyny, pan X ma skierowanie na rezonans. Wynik chcę mieć jutro o ósmej.
Trochę mnie zatkało. Aż tak? Nawet pomimo pacjenta stojącego obok? Tak bez żadnej żenady?Kamuflażu chociaż?
-No wiecie, przecież tak wiele panu zawdzięczamy...
Uśmiechnęła się do mnie, złapała X pod rękę i wyszła. Nawet technikom wykonującym badanie zrobiło się głupio.
-Ja tam o wiele więcej zawdzięczam temu szewcowi, którego musiałam umówić za trzy tygodnie.-mruknęła pod nosem jedna z nich.
Podziękowałam i wyszłam, bo co innego mogłam zrobić? Mogłam zacząć krzyczeć, żeby otworzyli drugą kasę. Mogłam zagrozić, że napiszę skargę. Mogłam powiedzieć, że wszystko nagrałam telefonem i zaraz będą kolejne taśmy prawdy. Ale wiecie co? Jakoś nie przeszło mi przez gardło. Przez dwa miesiące wytrzymam, bo cóż, oprócz moralnych siniaków, przyszłoby mi z idiotycznego walenia w ten nieśmiertelny mur?

sobota, 27 maja 2017

Zapachowe niuanse

Jest sobie pewien sklep. Pewnie jest ich dużo więcej, ale poznałam historię jednego z nich i nie chcę chyba poznawać więcej. 
Sklep jest piękny, po remoncie, w świetnej lokalizacji przy głównej ulicy małego miasteczka. Pachnie w nim perfumą i luksusem. Panie sprzedawczynie kasują, pytają grzecznie czy zapakować w reklamówkę, proponują towar w promocji i zapraszają ponownie. Uśmiechają się miło, ale ten uśmiech nie sięga oczu. W oczach mają albo strach, albo pustkę, albo paskudny, śliski błysk fałszu. Doradzają, podpowiadają, tłumaczą grzecznie gdzie co i do czego, ale kątem oka lustrują kto stoi obok, kto patrzy, kto doniesie, kto następny poleci z roboty.

Jest sobie pewien sklep. Pachnie w nim perfumą i luksusem. Lecz gdy głębiej wciągniesz powietrze, cuchnie obłudą, kompletnym brakiem moralności, nepotyzmem i zgnilizną ludzkiej podłości.

Było sobie kilka głupich dziewczyn. Pracowały ciężko, były lubiane przez klientki, chorowały podczas urlopów, i miały zbyt dobry węch. Wyczuły świetnie zamaskowane zapachy i postanowiły oczyścić atmosferę w pracy. W końcu spędzały tam pół życia. Jedna, druga, trzecia rozmowa z Siewcą Smrodu nie pomogła, solidarnie zwróciły się więc o pomoc do Wyższej Instancji. Wyższa Instancja podziękowała za zaufanie i obiecała niezwłocznie załatwić sprawę. Załatwiła bardzo szybko.

Było sobie kilka głupich dziewczyn. Wierzyły w sprawiedliwość, ludzką uczciwość i przewagę dobra nad złem. Wierzyły, że ktoś ich wysłucha i zrozumie. Że pomoże. Że rozwieje opary, które coraz bardziej dusiły, kalały, ściskały...

Jest sobie kilka głupich dziewczyn. Bezrobotnych. W ramach pomocy otrzymały wypowiedzenia. Jako bonus w małomiasteczkowy eter poszła plotka, że kradły, kombinowały, łamały procedury. Nie wystarczy zwolnić. Trzeba dobić, docisnąć butem, roztoczyć kolejny śmierdzący zapaszek. Wszak głupie ludziki lubią brudne zapaszki. 
Wyższa Instancja nie ma już problemów. Nikt nie zawraca jej głowy, nikt się nie skarży, wszyscy uśmiechają się miło, a że uśmiech nie sięga oczu? A kogo to obchodzi?

Klienci wchodzą i wychodzą. Interes się kręci. Czy ktoś zauważy nieobecność kilku głupich dziewczyn? Czy kogoś w ogóle to zainteresuje? Nie wiem, pewnie nie. Wiem za to, że moja noga w tym sklepie już nie postanie. I współczuję. Współczuję Siewcom Smrodu, którzy co rano muszą oglądać w lustrze swoją twarz. Wyższej Instancji, która kiedyś sama być może będzie potrzebowała pomocy. Tym, które zostały i,coraz bardziej dusząc się w oparach perfum, kasują, pytają grzecznie czy zapakować w reklamówkę, proponują towar w promocji i zapraszają ponownie.



P.s. Czy ktoś poszukuje pracy?
Pewnien sklep zatrudni pracowników. Zwolniło się kilka etatów...

piątek, 27 stycznia 2017

Potrzebujesz siana? Nie dzwoń do Bociana!

Przyszła do mnie wczoraj znajoma. 
Zdziwiłam się bardzo tą wizytą, bo ani my za bardzo zakolegowane, ani nie sąsiadki, ani w ogóle nic. Ot kiedyś zapoznała nas w sklepie Ola, porozmawiałyśmy chwilę, a po zakupach we trzy poszłyśmy na kawę do pobliskiej kawiarenki. Babka miała klasę. Ubrana, umalowana, rzęsy jak firanki prosto z kosmetycznego salonu, złote kolczyki w uszach i drogi zegarek na nadgarstku. Przy rachunku upierścienioną dłonią sięgnęła do drogiej [na oko] torebki i lekką ręką wyciągnęła stówkę ze skórzanego portfela. Jednym słowem dobrze zrobiona i nieźle zakonserwowana. 
Później Olka opowiadała mi, że to emerytowana pani sędzina. Rozwiedziona, dzieci za granicą, żyła sobie jak pączek w maśle. Bez stresów, kłopotów ani żadnych innych zawirowań, które większość z nas ma na co dzień.

I przyszła ta farciara do mnie- średniozamożnej [z naciskiem na średnio], średniozadbanej [z naciskiem na to samo] i obarczonej mężem, dzieciarami, psami i kotami, że o kozach i prosiaku nie wspomnę, po prośbie. Chciała pożyczyć pięćdziesiąt złotych...

Już od progu uderzył mnie jej wygląd. Włosy dawno nie widziały fryzjera, firanki na powiekach wyraźnie się przerzedziły, zniknęło złoto... Tylko torebka wciąż była ta sama.
Okazało się, że kobieta wpadła w błędne koło. Spiralę kredytów, pożyczek, superatrakcyjnych chwilówek, okazjonalnych ofert i sklepowych wyprzedaży. Tu promocja na laserowe spalanie tłuszczu, karnet do kosmetyczki na masaże liftingujące, przedłużanie rzęs i regenerację cebulek włosowych. Atrakcyjne spotkania organizowane przez firmy wciskające ludziom wspaniałe garnki, cudowną pościel, rewelacyjne aparaty do masażu...
Wieczorami oglądała telezakupy i zamawiała kolejne niezastąpione w każdym gospodarstwie domowym gadżety jak: szybkowar, wolnowar, robot samoczyszczący, magiczny mop i tym podobne.


Doszło w końcu do tego, że kupowała na krechę ubrania w sklepie. Golfik z rękawami trzy czwarte za trzysta pięćdziesiąt, buty za pięćset, płaszcz za tysiaka. Oddawała, gdy przyszła emerytura. 
W końcu zabrakło. Nie spłaciła raty na czas, o innej zapomniała, na kolejną nie starczyło kasy. A odsetki rosły jak na drożdżach. Zastawiła w komisie złoto i zegarek. Zaczęła wyprzedawać dorobek swojego całego życia, a dług wciąż rósł. Lichwiarskie chwilówki od Bociana i Providenta zaczęły pochłaniać lwią część jej całkiem niezłej emerytury, całą emeryturę, emeryturę i ostatnie grosze chowane na czarną godzinę...

Dzisiaj ma więcej opłat niż zarobku. Nikt nie chce [już] pożyczyć jej pieniędzy. Nie ma na jedzenia ani na opłaty, lada dzień komornik wejdzie na jej mieszkanie, jest załamana...

Dałam jej stówę bez wielkich nadziei, że kiedykolwiek kasa do mnie wróci. Nakarmiłam ją i wcisnęłam na odchodne kurczaka, który miał być na dzisiejszy obiad, ale szczerze mówiąc mam mieszane odczucia. Współczuję jej, że znalazła się w takim beznadziejnym położeniu, bo wiadomo- pożyczać łatwo, ale banki a tym bardziej parabanki nie są instytucją charytatywną. Musi oddać co do grosza plus wiele, wiele więcej.
Ale przecież nie jest ona ciemną, biedną analfabetką. Jest wykształconą kobietą, sędziną, osobą, która przez całe dorosłe życie oceniała innych i wydawała wyroki. Z pewnością jest samotna i być może chciała tę samotność zrekompensować sobie odrobiną [!!!] luksusu na kredyt. 
Nie mnie ją oceniać i nie mnie ją pouczać, ale po wyjściu kobiety obiecałam sobie solennie- żadnego kredytu! 
Lepiej jeść chleb ze smalcem niż kawior na raty.