a

a
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozoficznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozoficznie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 września 2021

Ludzie i parapety

 Właśnie trwa licytacja na rzecz choszczeńskiego schroniska i przy tej okazji naszła mnie refleksja, którą muszę (bo się uduszę) się z Wami podzielić. Aukcja idzie świetnie! Spodziewałam się jakichś pięciu dyszek, za które byłabym wdzięczna, bo to już kilka puszek karmy, a tu proszę…!

Ostatnio usłyszałam historię z życia wziętą, i niczym o betonowy mur, rozbiła się moja naiwna wiara w ludzkość. Młody chłopak stracił pracę i wyjechał za chlebem za granicę. Znalazł zatrudnienie u Polaka, prawie sąsiada z miasteczka tuż obok, który kilka lat temu wyjechał do jednego z nadbałtyckich krajów. Facet założył firmę i z prostego robotnika zmienił się w szefuńcia pełną gębą. No i dobrze. Wziął pewnie byka za rogi, nie było mu łatwo, natyrał się i tym podobne. Tyle, że gdy już się dorobił, z fajnego znajomego zmienił się w kawał krwiożerczego kapitalisty. Oszukiwał, okradał, wyzyskiwał… A wszystko z pewnością bezkarności, bo przecież pracownicy niedoświadczeni, bez znajomości języka ani przysługującym im praw. Suma summarum, rozgoryczony chłopak wrócił do domu, a na jego miejsce pojechał kolejny ledwo opierzony kogut, gotowy do oskubania. Ktoś może powie: szkoła życia, co nas nie zabije… Pewnie i tak. Ale czy naprawdę życzymy takich doświadczeń naszym dzieciom i wnukom? I tak sobie myślę, skąd biorą się tacy ludzie? Biznes biznesem, lecz czy wraz z grubością portfela zawsze maleje morale? Stąd mój apel, do wszystkich młodych, szukających pracy za granicą. Sprawdźcie swego pracodawcę. Upewnijcie się, że nie jest to człowiek typu „ dam, albo nie dam”. Zaoszczędźcie sobie rozczarowań i nerwów.

 Akcja w schronisku wróciła mi wiarę. To wspaniale, że są ludzie, którzy myślą nie tylko o sobie. Że kupują książkę za kilkakrotność jej wartości, choć za tydzień będą mogli wypożyczyć ją w bibliotece za darmo, lub kupić w księgarni za cenę rynkową. Ale tu przecież wcale nie chodzi o zakup rzeczy materialnej, tylko o chęć pomocy. O chęć zafundowania jakiemuś czworonożnemu biedakowi miski jedzenia, lub koca, który ogrzeje go podczas coraz zimniejszych jesiennych nocy. I dziękuję każdemu, komu chciało się wejść na stronę i kliknąć w post. Być może ktoś przejrzy zdjęcia psów i kotów, zakocha się w jakiejś słodkiej mordce i kolejny bezdomniak trafi na swojego człowieka.

I pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że tych „dobrych” jest jednak więcej…

wtorek, 1 czerwca 2021

Pisze się...

 Jak ja lubię spokojne popołudnia! Gdy nie ma zaplanowanej roboty, a żadna niezaplanowana nie wyskakuje z kątów niczym filip z konopi. Gdy pogoda jest w sam raz, nie za ciepło, nie za zimno, żaden sąsiad nie warczy kosiarką a z pobliskiego zakładu nie dobiegają denerwujące odgłosy spawania, cięcia i hałaśliwego rzucania złomem do celu. Siadam sobie wtedy na tarasie w wygodnym, rattanowym krześle, na stoliku stawiam dzbanek wypełniony wodą z miętą, ogórkiem i cytryną, na kolanach kładę laptop i biorę się za pisanie. Już po kilku chwilach przenoszę się w świat wykreowany w mojej własnej głowie i zamieniam w bohaterkę kolejnej powieści. No więc… kanapkę z ogórkiem, tak, niech sobie zje na śniadanie kanapkę z ogórkiem… Hm, a ciekawe jak moje ogórki? Zimne noce i poranki nie sprzyjają im za bardzo. Co prawda wykiełkowało kilka marnych sztuk, z pożółkłymi listkami i ogólnie rzecz biorąc nie rokujących dobrze. Trzeba będzie dokupić sadzonek i dosadzić. Dobra, wracamy… Po śniadaniu jakiś spacerek. Może do ogrody botanicznego? Akurat kwitną rododendrony… W moim przydomowym ogrodzie kwitną również. Mam dwa piękne egzemplarze, różowy i fioletowy. Okazałe kwiaty widać już z daleka. Cieszą oko i napawają ogrodniczą dumą. Kurczę, dawno nie dostały odżywki, trzeba je podlać, niech kwitną jak najdłużej. No, a przy okazji przydałoby się zasilić borówki. Ich kwiaty nie są tak okazałe, lecz ilość drobnych, białych dzwoneczków sugeruje niezłe zbiory za kilka miesięcy. No i pomidory… Po godzinie udaje mi się zasiąść z powrotem do lapka. Co to ja miałam…? A, do ogrodu botanicznego. Jakiś zabawny motyw. Może się wyrżnie? O!, albo ptak ją osra? Tak na szczęście… Mnie zdarzyło się to wczoraj i w sumie nie było zbyt zabawne…  Niezbyt zabawny był też komentarz rozweselonego tym zdarzeniem Chłopa o nielatających na szczęście krowach…  A propo ptaków… Zerknęłam na dach kanciapy. Parka mazurków zrobiła sobie gniazdko w gąsiorze. Nie wiem doprawdy, jakim cudem wciskają się do środka przez mikroskopijną szparkę, ale jakoś sobie radzą. Co kilka chwil z dziobem pełnym owadów przylatują do czekających cierpliwie piskląt. Nawet gdybym nie wypatrzyła kiedy skrzydlaty rodzic wraca do gniazda, nie dałoby się nie usłyszeć donośnego pisku głodnych maluchów. Z gąsiora dobiega wówczas odgłos podobny do dzwonienia srebrnych, drobnych dzwoneczków. Po kilkuminutowej obserwacji uwijających się ptaków moja głowa automatycznie obróciła się w stronę kolejnego gniazda. Mazurki wybrały bezpieczne miejsce na dom, w odróżnieniu od parki niezbyt mądrych kopciuszków, które uwiły gniazdo pod dachem altanki, tuż nad legowiskiem kotów. 

One również uwijają się jak w ukropie, łowiąc i przynosząc małym żarłoczkom smakowite muchy i inne latające przysmaki. Na chwilę przysiadają na rosnącej obok starej śliwie, lub na pałąku od hamaka, rozglądają się dookoła popiskując niczym zardzewiałe drzwi i pikują pod dach altanki, skąd po chwili rozlega się perliste ćwierkanie małych kopciuszków. Dobra. No więc idzie do tego ogrodu i…? Zanim wymyśliłam co dalej wróciły z eskapady koty. Jeszcze ich nie widać, lecz kopciuszek zaczyna wydawać odgłosy jakby ktoś małym młoteczkiem wbijał gwoździe w drewnianą deskę. To nieomylny znak, że nadciąga niebezpieczeństwo. I owszem. Po kilku sekundach przez pręty ogrodzenia przecisnął się Kaszotto. Zerknął na zdenerwowanego kopciuszka, lecz leniwy kocur jest ponad to. Po co wysilać się dla takiej odrobiny upierzonego mięska, skoro w misce za chwilę pojawi się gotowe danie? Co innego Kaszanka. Nie raz i nie dwa z obawą przyglądałam się, jak czai się  w trawie czyhając na błąd skrzydlatego posiłku. Na widok Kaszanki kopciuszki rozkrzyczały się na dobre. Kląskając i stukając, błyskając rudym niczym u wiewiórki ogonkiem wymyślały jej od najgorszych. Kocica jednak nie miała czasu na kłótnie z ptakami. Z dumą weszła na taras, złożyła pod moimi stopami zdobycz w postaci małej ryjówki, zasiadła obok Kasza i z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku zajęła się toaletę. Wzięłam ryjówkę i wyrzuciłam za płot. Chyba miałam ją skonsumować, lecz jakoś nie wyglądała zbyt apetycznie. Z pewnością jednak nie pogardzą małym truchełkiem sroki, które skrzecząc i pokrzykując, niczym biało-czarne błyskawice co chwila przecinają niebo. One też mają młode. Od kilku już lat mają gniazdo na wielkim głogu rosnącym tuż przy płocie. Kiedyś nawet ratowałam małego, sroczego nielota przed śmiercią w kocich zębach. Oprócz myszy i nornic sroki nie gardzą też kocią karmą. Na własne oczy widziałam, jak kręcąc głową na wszystkie strony jedna z nich podkradała z kociej miski pozostawione kąski, podczas gdy jej partner, lub partnerka siedziała na czujce. Dobra… idzie więc do tego ogrodu… Zniecierpliwiony Kaszo wskoczył na klawiaturę laptopa i z wyrzutem spojrzał mi w oczy. Jezu! No dobra, idę, idę… Wypiłam resztkę wody, zapisałam plik, zamknęłam komputer i popędzana miauczeniem weszłam do domu. Kaszo i Kaszanka zgodnie usiadły pod lodówką. No i jak tu pracować? Jak pisać, skoro wszyscy wokoło przeszkadzają? Skoro dookoła dzieje się tyle pasjonujących historii?

Słońce zaszło nie wiadomo kiedy. Mazurki i kopciuszki odpoczywały w swoich gniazdkach, najedzone koty zaległy na poduszkach, może teraz? Odpaliłam lapka. No więc… idzie do tego ogrodu…

- Mariolka! Może jakąś kolację byśmy zjedli?

Matko z córką!

środa, 19 maja 2021

Inspiracja

 

Każdego inspiruje coś innego. Lub ktoś inny. Czasem jest to jakiś zapierający dech w piersiach widok, woń przynosząca wspomnienie pięknego dnia z przeszłości, czasem przeczytany wiersz, lub poruszająca proza.

Korzystając z pięknej pogody i niezbyt absorbującego dnia w pracy wyruszyłam moim wiernym rowerem na polne dróżki w poszukiwaniu inspiracji. Przy okazji zaplanowałam zbiory majowej pokrzywy, młodych liści czarnej porzeczki i dzikich jeżyn, kwiatów kasztanowca i innego dobra, które wpadnie mi w oczy i ręce. Ciepły wietrzyk przyozdobił błękitne niebo kosmatymi obłoczkami, które podświetlone na brzegach promieniami słońca wyglądały jak pucharki śmietankowych lodów. Hm… fluorescencyjne lody? Kurczę, to nie brzmi apetycznie… Dobra, nieważne. Jechałam sobie niespiesznie zachwycając się roztaczającymi się po obu stronach ścieżki widokami i ostrożnie omijałam kałuże pozostałe po wczorajszym deszczu. Wbrew pozorom nie była to wcale taka prosta sprawa. Dookoła brunatnozielonych jeziorek kwitło życie towarzyskie. Jeden z rozgrzanych kamieni okupowała szarozielona, nakrapiana drobnymi plamkami jaszczurka zwinka. Rozłożyła szeroko uzbrojone w długie pazurki łapki, a długi, zgrabny ogon drgał nerwowo na mój widok. Wyglądała jak miniaturowy krokodyl, czekający cierpliwie na jakiegoś nieuważnego pływaka. Hm… na wszelki wypadek szybko się odsunęłam. Na brzegu relaksowały się całe stada winniczków. Ich różnokolorowe muszle połyskiwały w blasku słońca niczym drogocenne kamienie. Soczystoczerwone rubiny poznaczone prawoskrętnymi spiralami, jadeitowe paciorki z drobnymi, ciemnymi piegami, butelkowozielone szmaragdy z idealnymi, jakby wyrysowanymi cyrklem okręgami… Niektóre z nich wysunęły swe zakończone wypukłymi gałkami ocznymi różki i miałam dziwne wrażenie, że patrzą na mnie jak na czubka. Kilka centymetrów dalej pomrowy i śliniki wygrzewały swe gąbczaste, tłuste brzuchy. Jezu… fuj! Nad kałużami unosiły się całe stadka komarów. Krążyły nad ciemnym lustrem wody wykonując niezwykle skomplikowany taniec, złożony z wirujących piruetów, delikatnych uniesień i  nagłych zwrotów kierunku. Jeden z maleńkich tancerzy, wygrywając przezroczystymi skrzydełkami odwieczną arię swego gatunku przysiadł na mojej dłoni w poszukiwaniu chwili odpoczynku i odrobiny strawy. Bezduszne klapnięcie sprawiło, że jego pieśń urwała się gwałtownie.

Dobra, może już wystarczy…

W me dłonie wpadła cudowna, magiczna książka – „Moja rodzina i inne zwierzęta” Geralda Durrella. Według opinii czytelników doskonała na doła, depresję i zniechęcenie. Przeczytałam ją jednym tchem. Pożarłam! Autor niesamowicie poetycko, lecz równocześnie bezpretensjonalnie i z humorem opisuje przyrodę. Miłość i pasję do fauny i flory. Do najmniejszego, choćby najpaskudniejszego przedstawiciela świata, który nas wszystkich otacza. Postanowiłam napisać tak samo jak On.

Cóż, czytelnicy mieli rację. Ta powieść jest idealna na doła, depresję i zniechęcenie. Po lekturze powyższego tekstu złapałam i doła, i depresję, i zniechęcenie…  


 

czwartek, 30 stycznia 2020

Ewolucja

Dziwię się. 
Podobno ewolucja to proces ciągły i nieodwracalny. Proces zmian zachodzących w czasie. Doskonalenie się i rozwój. Rozwój nie przypadkowy, nie dowolny, lecz dostosowawczy. Samo słowo pochodzi od łacińskiego evolvere- rozwijać, wydawałoby się więc, że z głupich stajemy się mądrzejszymi, z brzydkich piękniejszymi, zyskujemy na atrakcyjności, z łatwością dostosowujemy się do każdych warunków, potrafimy przewidywać, wyciągać wnioski i tak dalej. 
Takie to niby proste i oczywiste! Patrzę jednak dookoła i dziwię się. Wydaje mi się, że ewolucja nagle zmieniła bieg i wpadła w jakieś patologiczne koleiny. Jeszcze trochę, a przestaniemy się ze sobą komunikować- już teraz wracamy do pisma obrazkowego i maksymalnych skrótów. Przestajemy się rozumieć, słuchać wzajemnie, logicznie myśleć- Jezu, przestajemy w ogóle myśleć! Bez Internetu nie potrafimy już funkcjonować. Wszystkie wątpliwości wyjaśnia nam Google, błędy poprawia e-słownik, media społecznościowe mówią nam co oglądać, czego słuchać, czym się interesować. Sama głupieję. Ostatnio musiałam policzyć na kalkulatorze ile właściwie mam lat. Kurde, wyszło mi za dużo...;)

Zabijamy dziki, bo roznoszą choroby, którymi pewnie zaraziły się żerując na naszych śmieciach. Wycinamy drzewa atakowane przez plagę korników, a w ich miejsce sadzimy leśne monokultury. Panikujemy czytając o coronavirusach, po czym jedziemy do Chin, bo kilka miesięcy temu wykupiliśmy przecież wycieczkę, a lepiej odchorować, niżby miało się zmarnować. Jeśli tak będzie dalej, w końcu z powrotem wejdziemy na drzewa, pod warunkiem oczywiście, że jakieś drzewa na naszej biednej planecie jeszcze zostaną.

Z drugiej strony, ewolucja to przystosowanie się do panujących aktualnie warunków. A jakie mamy warunki? Ludzie „myślący inaczej” są szykanowani lub wyśmiewani. Wszechobecne media robią nam z mózgów papkę. Wystarczy przejrzeć program telewizyjny: Głupi i głupszy, Psychol, Mordercza opona, Martwica mózgu... Matko, i to wszystko jednego dnia!!! Jeżeli ktoś pozostanie normalny po obejrzeniu którejś z tych propozycji, to szacun! Serio!



Jeśli z góry i dołu bombardowani jesteśmy głupotą, jeśli z prawa i lewa otacza nas ciemnogród, to naprawdę ewolucja ma trudny orzech do zgryzienia. Więc może zacznijmy przeć w tył? Zatrzymajmy maszyny i cała wstecz! Odwróćmy nieodwracalne prawo natury i cofnijmy się w rozwoju. Zacznijmy samodzielnie myśleć. Rozwiązywać krzyżówki bez pomocy komputera, liczyć bez kalkulatora, czytać, rozmawiać, słuchać, wyciągać wnioski...

Ech, rozmarzyłam się...

piątek, 10 stycznia 2020

Wewnętrzne dylematy

Dopadła mnie jakaś depresja. 
Mam obniżony nastrój pojawiający się już rano i utrzymujący się przez większość dnia. Bez konkretnego powodu jestem smutna i przygnębiona. Denerwują mnie ludzie. Nie rozumieją bliscy. Wszyscy robią mi na złość i nawet cholernik kot, zamiast przymilnie zamruczeć dziabnął mnie pazurem. 
Czyżby miał mi za złe utratę jąder? No, może... 
Ale Chłop? Przecież jeszcze go nie wykastrowałam- choć czasami poważnie się nad tym zastanawiam, a wciąż zrzędzi, marudzi, nie robi tego co trzeba, za to co nie trzeba, robi idealnie! 
Szybko się męczę i jestem wydrenowana z energii. Straciłam zainteresowanie podstawowymi działaniami: sprzątaniem, zmywaniem czy gotowaniem, a co gorsza również tymi, które powinny przynosić mi przyjemność, na przykład spacerami czy pisaniem. Zapadłam na kompletną anhedonię- najchętniej zakopałabym się w pościeli i przespała z tydzień. 
Sama. 
Ewentualnie z kotem.
Jak się ogarnie z tymi pazurami oczywiście.

Wypisz wymaluj- kliniczne objawy depresji. 
Jedynym objawem, który bezczelnie mnie ominął jest brak apetytu i związana z nim utrata wagi, co paradoksalnie sprawia, że popadam w jeszcze większą depresję, bo za chwilę trzeba będzie zmienić zimowe ciuchy na letnie i dopiero wtedy będę miała prawdziwe powody do depresji.

I skąd to dziadostwo się do mnie przypętało? Nie jest to depresja zimowa, bo zimy jak dotąd ani widu, ani słychu. Nie jest to również depresja nastoletnia, choć często ogarnia mnie rozdrażnienie i drażliwość.  Tym bardziej nie poporodowa. No... chyba że złapała mnie z 26-letnim opóźnieniem. Pomimo tego, że często czuję się odrzucona i bywam samotna wśród tłumów, mam nadzieję, że nie jest to również depresja starcza.

Po głębokiej analizie własnego przypadku odrzuciłam też depresję endogenną, reaktywną i lękową. Rozważałam depresję dwubiegunową, bo często zdarza mi się, że w jednej chwili jestem smutna a za moment rżę ze śmiechu. Mam doła, a po chwili podskakuję jak świr w rytm starych rockowych kawałków. Podczas żarcików z koleżankami ni z gruszki, ni z pietruszki zalewam się łzami, bo przypomną mi się makabryczne obrazy popalonych koala i martwych kangurów na tle płonących lasów Australii. 
Czasem czuję wręcz we własnym ciele ten żar. Robi mi się duszno i gorąco. Brak mi tchu i kręci mi się w głowie, jakbym jednym duszkiem wypiła z pół flaszki jakiegoś napoju wyskokowego.

Ciemna dupa! A niech to szlag! Masakra!

Przeglądając sobie Internet doszłam do niewątpliwego i nieprzyjemnego wniosku. Jasna cholera!
To nie dwubiegunówka! Nie zimowa ani poporodowa. Nie starcza nawet, choć ta autodiagnoza była najbliższa prawdy.

Dopadło mnie klimakterium! Cholerna menopauza wyciąga szpony! 



No nie! Teraz to na bank wpadnę w depresję...

wtorek, 10 grudnia 2019

Duchowe odwiedziny

„Życie po życiu”, „Życie po śmierci”, jakieś „Czerwone linie”, dowody, tajemnice, przepowiednie, spekulacje, objawienia i tak dalej- każdy znajdzie coś dla siebie na temat pośmiertnego istnienia, czy też nieistnienia. 
Nie powiem, że nigdy nie zastanawiałam się nad tymi sprawami, chyba każdy z nas poświęcił kiedyś chwilę lub dwie na takie przemyślenia. Jednak nie wgłębiałam się za bardzo w temat i szczerze mówiąc, nie wiem czy chciałabym znać odpowiedzi na te mistyczne pytania. Nigdy nie udało mi się wywołać ducha, choć pamiętam, że w czasach dzieciństwa uskuteczniało się takie seanse, nigdy żaden mnie nie nawiedził, nie przekonały mnie opowieści znajomych, tym bardziej że opowieści te snute były zazwyczaj po kilku głębszych. Filmy o duchach- cóż... są też filmy o kosmitach albo o tym, że żyli bez kłótni od ślubu do śmierci. 
W każdym razie ja nigdy nigdzie nic.

Aż do wczoraj... 

Dzień minął normalnie. Bez żadnych nostalgicznych wspominek, oglądania zdjęć czy czegoś w tym stylu. Ogarnęłam chatę, coś tam upichciłam, wieczorem naszło mnie na pieczenie pierniczków i tak zeszło do późnych godzin. Zanim doszła ostatna blacha zrobiła się noc. Pozostali domownicy chrapali już głośno, więc nie chcąc budzić Chłopa pościeliłam sobie w salonie. Pierniki pachniały, w kominku gasły ostatnie iskry, kot drzemał na poduszce „świństwem do góry"... 
Już, już miałam odlecieć w senny niebyt, gdy coś wyrwało mnie z objęć Morfeusza. Może było to niespokojne prychnięcie kota, a może trzask wypalonego polana. Usłyszałam cichutkie stukanie pazurków o panele. Lekko ugiął się materac, gdy jakiś ciężar wskoczył na wersalkę. Poczułam jak stworzenie obraca się kilka razy, po czym z zadowolonym westchnieniem zalega w nogach kanapy. Uśmiechnęłam się pod nosem. Saba. I jej odwieczny rytuał. Kładzie się spać na swoim legowisku, a nocą wskakuje na łóżko, wierci się jak fryga, mości i śpi z nami do białego rana, pochrapując pod czarnym nochalem. Czasem powarkuje, innym razem przebiera łapami, jakby biegła gdzieś zapamiętale. Z powrotem zamknęłam oczy i zaczęłam odpływać. Włoski stanęły mi na przedramionach, gdy ocknęłam się z nagle odzyskaną świadomością, że przecież moja Saba nie żyje! Minął prawie rok odkąd odeszła za Tęczowy Most. Zapaliłam światło i wrażenie psiej obecności zniknęło. Nie byłam spanikowana. Nie byłam nawet zdenerwowana. I pewnie potraktowałabym to wszystko jako zwykły sen, gdyby nie fakt, że Kaszotto siedział na swej poduszce, szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w miejsce w nogach kanapy i nerwowo kiwał ogonem.

Czy zwierzęta mają duszę? Czy gdzieś... tam... jest miejsce, do którego udają się po śmierci? Czy naprawdę odwiedziła mnie moja sunia, czy to ja znalazłam się w jakimś miejscu pomiędzy?


Nie wierzę, że tylko człowiek zasługuje na poczesny byt gdzieś tam. Jeśli istnieje sprawiedliwość, to biegamy tam razem. Sześć nóg, dwie głowy i jedno serce.


niedziela, 8 września 2019

Koło czasu

Jedyne co pewne w życiu to powtarzalność Matki Natury. 
Może nie co do dnia, nie co do miesiąca nawet, lecz wiadomo, że po zimnych dniach przyjdą ciepłe, po burzy wyjdzie słońce, zielone liście poczerwienieją, zszarzeją i opadną, lecz wiosną powrócą jako wyczekiwane pączki na nagich, zmarzniętych po zimie gałęziach. Miedze i pobocza ścieżek zażółciły się nawłociami. Ogród zakwitł rozchodnikami i zimowitami.





Zamiast wodą z lodem i listkiem mięty coraz częściej raczymy się ciepłą herbatą. Niby mamy jeszcze lato, lecz ustrojona koralami z jarzębiny, głogu i owoców dzikich róż jesień stoi u bram. Mało tego, ona już wali w te bramy zaciśniętymi kułakami, rzuca pociskami z kasztanów, żołędzi i orzechów. Smaga po twarzach babim latem i śpiewa klangorem odlatujących żurawi przeplatanym klekotem spóźnionych bocianów. 
Do domów ciągną z pól i lasów jej szpiedzy. Tarantule o metrowych odnóżach przebiegają bezczelnie przez środek pokoju. Tak zapierdzielają na tych długaśnych girach, że prawie słychać stukot ich stóp i nie wiadomo: zwiewać, wołać o pomoc, lecieć za dziadem z klapką, czy po prostu zaakceptować fakt, że idzie jesień i wznosić modły, aby jesienny gość nie wlazł nam nocą do otwartej paszczy. 
Idzie jesień, a wraz z nią pająki i biedronkopodobne harlekiny. Nie śpiewajmy im jednak żeby leciały do nieba i nie oczekujmy, że przyniosą kawałek chleba. Jeśli już to ugryzą i nasmrodzą przed śmiercią. 
Częstymi jesiennymi gośćmi są też myszy i nornice. Z nimi zazwyczaj robi porządek moja kociczka. Kaszanka ma zwyczaj przynosić na taras różne swoje krwawe łupy. A to mysz z przegryzionym gardłem, a to jaszczurkę, zdarzyła się nawet biedna jaskółeczka. Cóż- prawo natury. Gdy więc zobaczyłam leżącą na progu zdechłą mysz, nie zdziwiłam się zbytnio, pchnęłam ją czubkiem buta, aby nie wypadła do pokoju i chciałam iść po szufelkę, aby usunąć tę wątpliwą dekorację. Zdążyłam zrobić pół obrotu, gdy mysz ożyła! Z ponadświetlną prędkością wpadła do domu i zakitrała się za komodą. Jeeezu! Zamiast szufelki złapałam za miotłę na długim kiju i próbowałam wypłoszyć intruza. Po kilku próbach niechciany gość wybiegł na szczęście na taras, choć „szczęście" nie jest w tym wypadku trafionym słowem, bo tam czekała już Kaszanka z gościnnie rozwartymi pazurami i kłami.

Pewnie nie ostatnia to mysz i nie ostatnie pająki w tym roku. Jesienne migracje dopiero się zaczęły. Lecz choć pożyteczna biedronka może okazać się drapieżnym harlekinem, a martwa nornica żywą myszą jedno jest pewne- jesień idzie...


wtorek, 20 sierpnia 2019

Koń by się uśmiał

Wiemy wszyscy, że przepisy prawne bywają dziwne. Że regulaminy spółek, towarzystw, czy innych organizacji bywają tak skomplikowane, że czasem sam twórca nie do końca je rozumie. Wiadomo też powszechnie, że grabie grabią do siebie i tak jak chętnie przyjmowane są wszelkie ubezpieczeniowe składki, tak wypłacanie należności to już droga przez mękę, wybrukowana dodatkowo cierniami i gwoździami. Co dziwniejsze, wszelkie czynności mające na celu wydojenie klienta odbywają się w majestacie prawa. Gdy człowiek spóźni się z opłatą jeden dzień otrzymuje natychmiastowe ponaglenia, często okraszone miłą wzmianką o komornikach i innych windykatorach. Na wypłatę świadczeń czeka się za to często miesiącami. 
No, ale po co ja to w ogóle piszę- toż to czysty banał i oczywista oczywistość. Niby tak- lecz gdy sprawa zaczyna dotyczyć osobiście, banał i oczywistość stają się zmorą i człowiek tylko coraz szerzej otwiera oczy, z niedowierzaniem czytając kolejne maile od towarzystwa ubezpieczeniowego, które to jeszcze nie tak dawno temu obiecywało jasność, przejrzystość, uczciwość i inne gwiazdki z nieba.
Miałam stłuczkę. Klient jednego z marketów zapatrzył się nie tam gdzie trzeba i przyłożył mi zderzakiem w zderzak. Poszła lampa, nieco wgniotek i zarysowań, sporo nerwów, ale nic poważnego ani mnie, ani jemu się nie stało. Przyjechała policja, wydmuchali, wlepili klientowi mandacik, spisali protokół- standardowa kolizja drogowa i zwyczajowe postępowanie. Wysłałam do towarzystwa ubezpieczeniowego odpowiednie dokumenty, sympatyczny pan przyjechał i ocenił szkody, dostałam nawet auto zastępcze, bo z powodu zbitej lampy dowód rejestracyjny auta został zatrzymany. No i okej. 
Okej do czasu, aż dostałam odpowiedź. I tu zagwozdka- sympatyczny pan wycenił koszty naprawy na 5 tysięcy, a ubezpieczalnia proponuje mi... cały 1 tysiąc i pół! No więc ja się pytam: o co chodzi?! Jakim cudem mam naprawić auto? Skąd mam wyszarpać te pozostałe 3,5 tysiąca? Oburzona wystosowałam kolejne pismo, na które uzyskałam następną dziwną odpowiedź. Po kilkukrotnym przeczytaniu domyśliłam się, że zaoferowano kwotę za którą mogę kupić używane lub zastępcze części i nimi mam naprawić samochód. Cóż, odpisałam ponownie, że nie chcę podróbek, tylko oryginały, bo takie właśnie zostały uszkodzone podczas kolizji. W odpowiedzi dowiedziałam się że to jest standardowa procedura. No chwila! Jeśli to jest standard, to dlaczego konfiskuje się pirackie płyty i książki? Skąd te naloty na handlarzy podrabianymi ciuchami? Jakim prawem zwijają gości za fajki czy alkohol bez akcyzy? Przecież takimi niefirmowymi też można się nieźle najarać i ubzdryngolić!
Zmęczona idiotyczną wymianą maili osobiście pofatygowałam się do siedziby ubezpieczalni. Jezu! Tam dopiero usłyszałam opowieści, przy których moje ukochane fantasy wydają się całkiem realistycznymi i prawdopodobnymi historiami. Podobni do mnie pechowcy chętnie dzielili się swoimi doświadczeniami. Jeden z nich walczy w sądzie już dwa lata, drugi zaczął się leczyć u psychiatry, trzeci stwierdził że chyba jest jakimś medium przemieszczającym się pomiędzy światami równoległymi, bo ubezpieczalnia stwierdziła, że żadnego wypadku nie miał, gdyż uszkodzenia biorących udział w stłuczce aut nie są ze sobą kompatybilne. Rany! Jednak proszę- jacy kreatywni ludzie pracują w ubezpieczalniach- a ja, naiwniara, myślałam że to zwykli urzędnicy!
Summa summarum, podpowiedziano mi, żebym sprzedała wierzytelności którejś z wielu instytucji, zajmujących się zawodowo odzyskiwaniem od firm ubezpieczeniowych należnych klientowi pieniędzy. Swoją drogą jakie to polskie niestety, że powstają legalne firmy zajmujące się legalnym wydzieraniem kasy innym legalnym firmom. Sorry- nie pojmuję tego swoim małym rozumkiem! 
Cóż, ten nie ma stłuczek, który nie jeździ, jednak nie chciałabym ponownie wędrować tą cierniową drogą. Życzę Wam- wszystkim kierowcom, szerokich dróg, rozsądnych współuczestników ruchu i życzliwych policjantów, bo na uczciwe ubezpieczalnie nie macie co liczyć!

I źle nam było kiedyś? Gdy człek konno przestrzenie nieśpiesznie przemierzał?
I przyjemniej, i zdrowiej, taniej, smrodu mniej, że o nerwach nie wspomnę. A jak jeden drugiemu w zad wjechał, to worek owsa i butelka gorzałki załatwiały sprawę. I co ważniejsze- bez wnerwiających pośredników. Baa... Chciało nam się postępu- to mamy! ;)
Koń by się uśmiał!


wtorek, 9 lipca 2019

Mistrzowie riposty

Dlaczego coraz częściej komunikujemy się na piśmie- np. poprzez maila, SMS, messengera itp. a coraz rzadziej rozmawiamy twarzą w twarz i okiem w oko? Mało tego- posuwamy się wręcz do pisma obrazkowego. Aby opisać swoje emocje używamy emotikonów, a na pożegnanie wklejamy machającą rączkę. 
Ja również wolę pisać, niż mówić, a jak już muszę się wysłowić, szczególnie publicznie, to lubię wcześniej przygotować sobie na piśmie jakąś „spontaniczną” mowę. Oczywiście nie zawsze jest to możliwe i zdarza się, że interlokutor zapędzi nas słownie w kozi róg. Po fakcie przerabiamy w myślach daną sytuację, wyobrażając sobie jakby to było gdybyśmy na denerwujący tekst innej osoby zareagowali zupełnie inaczej.  W takich chwilach, gdy już zdążymy ochłonąć i mamy odrobinę czasu na przemyślenie sprawy, nagle do głowy wpadają najlepsze riposty. Dlatego właśnie pisanie jest łatwiejsze. Zawsze można wrócić, przeczytać jeszcze raz, poprawić, coś dopisać lub usunąć. Choć i tu czyhają pułapki. Napisałam kiedyś w SMS-ie, że Jurek stał za drzwiami. Niestety pomyliłam klawisze i odbiorca zdziwił się bardzo, a pewnie nawet lekko zaszokował, czytając, że Jurek srał za drzwiami ; ) Jedna mała literka, a Jerzy miał przerąbane przez dobry miesiąc.

Sztuka ciętej riposty to sztuka bardzo subtelna. Nie polega ona tylko na tym, aby wiedzieć co w danej chwili powiedzieć. Trzeba jeszcze to zrobić w odpowiedni sposób. Niedawno byłam świadkiem rozmowy dwóch młodych ludzi przeciwnej płci.

Ona-Obejrzałabym jakiś dobry horror lub komedię. Polecasz coś?
On-Jak chcesz horroru spojrzyj w lustro.
 Ona- A ty jak chcesz komedii zajrzyj sobie w gacie.

Gościu lekko się oburzył i spojrzał na mnie spod byka, bo nie opanowałam się i parsknęłam śmiechem. Według mnie punkt dla dziewczyny. Być może riposta była trochę chamska, lecz taka sama była odpowiedź chłopaka. Walczysz mieczem- od miecza zginiesz, jak mówi stare, mądre przysłowie. Sytuacja ta przypomniała mi inną rozmowę utrzymaną w podobnym tonie. Nie pamiętam co powiedział całkiem przeciętny facet do babeczki o rozmiarze XXL, ale jej odpowiedź zasługiwała na oklaski i brzmiała: wiesz, ja mogę schudnąć, ale tobie już nie urośnie. 
Spalony- zatopiony. Wiadomo, co dla każdego chłopa jest najczulszym punktem ;) 
I tu dochodzimy do pewnego dylematu. Super, że obie kobiety były asertywne i przynajmniej na zewnątrz nie okazały że komentarze mężczyzn jednak je zraniły, bo z kolei czułym punktem kobiet jest ich wygląd. I choćby nie wiem ile same żartowałyby z siebie, gdy skrytykuje je ktoś inny pozostaje pewien zgrzyt.

Sztuka konwersacji nie polega na obrzucaniu się epitetami. Nie zawsze wygrywa ten, kto ma ostatnie słowo. Słuchałam kiedyś kłótni małolatów:

-Jesteś zakręcona jak słoik po ogórkach.
-A ty jak sanki w maju!
-A ty jak chiński termos!
-Ty jak śledź po sztormie!
-Ty jak gówno w przeręblu!
I tak dalej, i tak dalej...

Czy koniecznie musimy być mistrzami riposty? Za wszelką cenę mieć ostatnie słowo? Nie potrafimy rozmawiać bez ustnych przepychanek? Mam nadzieję, że nie i wszystkim Wam życzę ciekawych, satysfakcjonujących rozmów.



Jednak na wszelki wypadek, na pytanie: hej, co słychać?, nie odpowiadajcie: a, leci pomalutku, bo jakiś złośliwy mistrz riposty może odpowiedzieć: oj, to źle, idź do urologa...

sobota, 15 czerwca 2019

Końce świata

I znów się zaczęło! 
Niektórzy prorokują, że jesteśmy ostatnim pokoleniem na Ziemi, inni dają nadzieję że jeszcze trochę pożyjemy. Co prawda marne to będzie życie, bo w suszach, huraganach, ulewach i pożarach na zmianę. Jedni zapewniają że roztopią się lodowce i zniknie większość lądu, inni że upały i wiatry wysuszą wszelkie wody i umrzemy z powodu jej braku.

Kilka końców świata już przeżyłam. 
Pierwsza godzina 2000 roku miała spowodować że komputery zdurnieją i wystrzelą bomby nuklearne. Starożytni Majowie zakończyli swój kalendarz 21.12.2012 r. i to wystarczyło żebyśmy zaczęli panikować. Koniec świata miał też zwiastować krwawy księżyc z 27.09.2015. Najnowsza prognoza to asteroida Apophis, która ma uderzyć w Ziemię 15.06.2019, czyli dziś. No, ma jeszcze szansę przez 1,5 godziny.



Jeśli czytacie ten tekst, to znaczy, że chybiła. 
Tak czy siak, zgodzić się musimy, że źle się dzieje. Ponad 30-stopniowe upały, gwałtowne wyładowania atmosferyczne: burze, grad wielkości klusek śląskich, trąby powietrzne i inne kataklizmy zdarzają się coraz częściej.  Przyczyną efektu cieplarnianego jest nadmierne gromadzenie się gazów cieplarnianych w atmosferze Ziemi. Wbrew obiegowym opiniom nie jest to tylko dwutlenek węgla, ale również para wodna i metan, więc za globalne ocieplenie odpowiada też sama Matka Natura. 
Wszyscy wiemy, że powinniśmy oszczędzać wodę i energię, segregować śmieci, kupować i używać jak najmniej plastiku, nie palić w piecach byle czym. Wiemy ale czy robimy? Niby to kropla w morzu potrzeb, bo potentatami w tej dziedzinie są przemysł i transport, ale skoro nie możemy nic poradzić na światowe potęgi, to może  dorzućmy choć tę kropelkę?
Byłam dziś na zorganizowanej przez jednego z choszczeńskich radnych akcji oczyszczania ze śmieci brzegu naszego, mieszczącego się w środku miasta, jeziora. Piękne, z malowniczymi plażami, szumiącymi trzcinami i licznymi kładkami, z których wędkarze łowią płotki i szczupaki. Pływają po nim łabędzie i kaczki, ale też kajaki, żaglówki, a jeszcze nie tak dawno statek wycieczkowy. Można by powiedzieć- duma miasta. Niestety, nie można. Wraz z grupą mieszkańców wyciągnęliśmy z wody kilka worków puszek, szklanych i plastikowych butelek, słoików, opakowań po czipsach, starych ciuchów, zapalniczek, reklamówek, że o koszu na śmieci i jakimś innym złomie nie wspomnę. Wstyd i hańba!

Być może nasza matka Ziemia umiera, lecz czy musi umierać w brudzie? Tym, który sami robimy dookoła siebie. Z lenistwa, wygodnictwa, głupoty, braku elementarnego wychowania i kompletnego braku wyobraźni? Nie wiem. Rodzice tak mnie wychowali, że wyrzucenie przysłowiowego papierka na drogę jest dla mnie nie do pomyślenia- szczególnie gdy obok stoi kosz na śmieci. Owszem, przyznam się bez bicia, że czasem przez okno samochodu wyleciał ogryzek jabłka lub skórka po bananie, lecz nigdy w życiu puszka, butelka czy inny plastikowy szajs.
Tego samego starałam się nauczyć mojego syna. Opowiadał kiedyś, jak to na jakimś wypadzie z przyjaciółmi jeden z uczestników wypił browara i wyrzucił puszkę do jeziora. Dziecię me bez słowa weszło do wody, wyłowiło puszkę i wyrzuciło do śmietnika. Tam też znalazły się wszystkie pozostałe pojemniki po plenerowej imprezce, a rumieniec wstydu na policzku syfiarza utrzymywał się długo. I może tego właśnie nam potrzeba? Przykładu? Publicznego zawstydzenia?



Bo przecież tak naprawdę każdy z nas chciałby kąpać się w czystej wodzie i oddychać niezanieczyszczonym powietrzem. Przestańmy liczyć na innych i dorzućmy własną kroplę do morza. Skończmy gadać a zacznijmy działać. Nie tłumaczmy się brakiem czasu, bo w końcu rzeczywiście tego czasu nam zabraknie.

piątek, 31 maja 2019

Empatia, asertywność i kultura osobista

Różnie plecie się na świecie. 
Raz wszystko idzie jak po maśle: lwy baranieją, barany potulnieją i nawet róże z własnej woli ochoczo przygładzają swe ostre kolce. 
Innym razem los chichocze. Proste staje się trudnym, oczywiste okazuje się kontrowersyjnym, to co miało być słodkie zmienia smak na gorzko-kwaśny, a wszystkie zdarzenia kończą się odwrotnie proporcjonalnie do zamierzonych finałów. 
Gdy mamy z górki łatwo jest być grzecznym, empatycznym i kulturalnym, a asertywność staje się pojęciem abstrakcyjnym. Gorzej gdy banalna, wydawałoby się sprawa, rośnie do rangi lodowej góry, a ty czujesz się jak ten biedny Titanic. Kminisz ostro skąd ta góra, skoro przed chwilą były tu jedynie łagodne fale, zastanawiasz się gorączkowo jak wybrnąć z niespodziewanej sytuacji, choć ostatecznie doskonale zdajesz sobie sprawę, że obojętne co postanowisz i czego nie zrobisz i tak zdarzy się spektakularna katastrofa.

Jedzie sobie na przykład gość samochodem. Gra muzyczka, pełny bak, w domu czeka pyszny obiad, albo inne przyjemności. Kierowca odprężony, uśmiechnięty, pełen dobrych emocji. I nagle jakaś baba perfidnie i po chamsku wymusza pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Nic się nie stało, zmieszana kobieta przeprasza, ale dobre emocje diabli wzięli. Facet wyskakuje z auta, rzuca wiązankę, wspina się na wyżyny elokwencji wypluwając obrazowe inwektywy, od głupiej krowy począwszy, na ślepej małpie skończywszy. Wraca do domu, poklnie jeszcze trochę i zapomina. Dwa dni później idzie na umówioną wizytę stomatologiczną. Tak- zgadliście! Głupia krowa wita go zjadliwym uśmiechem, sadystycznie eksponuje narzędzie tortur i zaprasza gościa na fotel. No- Titanic przy tym to pryszcz!


Albo odwrotnie. 
Pani doktor zmęczona długim dyżurem niecierpliwie zerka na zegar — jeszcze kwadrans. Myślami jest już w innym świecie: w domu sajgon, obiad nieugotowany, dzieci trzeba na angielski, basen, tańce porozwozić... Wskazówki przesuwają się miarowo... Jedną nogą kobieta jest już w drzwiach, gdy do gabinetu pakuje się jakiś pacan. Jęczy. Tu go boli, tam strzyka, spać się nie da, może skierowanie na tomograf?, może do specjalisty?, recepta chociaż? Pani doktor wyprasza pacjenta i zamyka drzwi. No, bez przesady! Co to? Misja? Czy ona jedna w tej przychodni pracuje? Przecież na drzwiach wyraźnie są wypisane godziny przyjęć. Tłustym drukiem trzeba, żeby zrozumieli? Nie mógł wcześniej zachorować? 
Wraca do domu, ogarnia niecierpiące zwłoki tematy, wieczorem siada przed tv z kieliszkiem wina w dłoni, a tu pech! Prądu nie ma, telewizor odmówił współpracy, lodówka nie chłodzi, zamrażarka... No tragedia! Łapie kobieta za telefon, dzwoni na pogotowie energetyczne, czeka niecierpliwie przestępując z nogi na nogę, bo ulubiony serial właśnie się zaczyna. Dzwonek do drzwi. Leci pędem, otwiera... W drzwiach stoi odesłany pacjent i poprawiając wiszącą na ramieniu torbę uśmiecha się z mściwą satysfakcją.




Empatia to bardzo pożądana cecha. Wrażliwość i współczucie nigdy nie powinny wyjść z mody. Asertywność, którą mogę chyba określić mianem autoempatii, jest równie ważna. W świecie pełnym cwaniaczków, wykorzystywaczy i manipulantów umiejętność powiedzenia słowa „nie” jest niezbędna do zachowania zdrowych zmysłów. Jednak bez kultury osobistej, tej najzwyklejszej, polegającej na umiejętności prowadzenia grzecznej rozmowy, używaniu słów „dziękuję” i „przepraszam”, odrobinie cierpliwości i zwykłej, ludzkiej życzliwości, stajemy się po prostu banalnymi, prymitywnymi chamami.

niedziela, 23 grudnia 2018

Najlepsze prezenty

Uwielbiam przedświąteczny czas! 
Lubię zapach choinki, pieczonych pierników i obieranych mandarynek. No... może lekko marszczę nos gdy smażę ryby.



Nie przeszkadzają mi tłumy w marketach ani korki na ulicach. Stojąc w kilometrowej kolejce do kasy obserwuję ludzi i dziwi mnie, że tak się miotają, denerwują, przeklinają i krzywią. Skoro tak bardzo się męczą, dlaczego nie zrobili zakupów wcześniej? Nie zamówili online? W dzisiejszych czasach mamy mnóstwo możliwości. Słucham opowieści jak to jedna rąk nie czuje od lepienia pierogów, druga ma już dość i najchętniej przespałaby całe te święta, a trzecia jęczy, że brakuje jej jeszcze pięciu prezentów. Jezu! Po cholerę aż tak bardzo utrudniamy sobie życie? 
Nasza rodzina już dawno ogarnęła świąteczny temat i nie przejmujemy się faktem, że choć święta jeszcze się nawet nie zaczęły, w słoju z piernikami już widać dno.


Gospodarz domu zmienia się co roku. Żarciowo dzielimy się po równo a losowanie prezentów robimy na wspólnym obiedzie, na którymteż tradycyjnie, spotykamy się zawsze pierwszego listopada po wizycie na cmentarzu. I tak już od wielu lat. Bez spinki, zarabiania się i stresu.


Spotykamy się godzinkę wcześniej, dziewczyny szykują jedzenie, panowie rozkładają stół, dzieci nakrywają do uroczystej kolacji, psy kręcą się pod nogami czyhając na okazję. Skłamałabym twierdząc że wszystko idzie jak z płatka. Nie ma aż tak dobrze. Dwa razy posolona woda, spalone naleśniki, przewrócona choinka czy stłuczony talerz zdarza się prawie zawsze. Wrzaski na dzieci, gromy na mężów, czasem nawet jakaś łza spływająca po policzku... Wszystko jednak przestaje być istotne gdy zasiadamy przy stole. Dzieląc się opłatkiem zapominamy o krzywdach i wzajemnie życzymy sobie wszystkiego najlepszego. Po kolacji najmłodsze z dzieci- czyli u nas Michalinka, nurkuje pod choinkę i każdemu wręcza prezent od Mikołaja. Choć w zdecydowanej większości wiemy co znajdziemy w ozdobnym pudełku, ochoczo bierzemy udział w corocznej pantomimie. Zachwycona mina, okrzyk radości i gorące podziękowania dla hojnego świętego. Jest wesoło i gwarno. Na białym obrusie rośnie plama po czerwonym barszczu, w wodzie rozpada się zapomniany pieróg, dzieci wycierają umorusane czekoladą buźki w świeżo wyprane kuchenne ścierki, panowie rozsiadają się wygodne w sofach i włączają telewizor a panie nadrabiają zaległości w plotkach. No, po prostu zwyczajne święta 
W miarę możliwości od razu korzystamy z prezentów. Przelewamy herbatę do kubka z reniferem, zakładamy kapcie z kolorowymi pomponami, do przegródki nowego portfela wrzucamy łuskę z grzbietu świątecznego karpia. Otwarcie okazujemy radość z prezentu i cieszymy się patrząc na zadowoloną minę obdarowanego przez nas.
Bo nie rozumiem pojęcia; nietrafiony prezent. Co z tego, że nie potrzebny nam kolejny wyciskacz do czosnku? Że mamy całą szufladę skarpetek i krawatów? Nie nosimy plastikowej biżuterii ani nie lubimy perfum Calvina Kleina? Przecież to wcale nie o to chodzi! Nie chodzi o zwiększenie stanu posiadania, o porównanie co, kto i za ile, o domysły i domniemania. Chodzi o sam fakt, że ktoś zechciał nas czymś obdarować. Że istnieje ktoś, kto chciał nam zrobić przyjemność. Kto poświęcił chwilę, zastanowił się, zadał sobie trud, miał chęć i ją zrealizował. Bo smutną rzeczą jest uświadomienie sobie, że nie ma nikogo kto zechciałby wręczyć nam tę przysłowiową parę skarpet, ale jeszcze smutniejsze gdy sami nie mamy komu tych skarpet podarować.


Wesołych, rodzinno- przyjacielskich Świąt Bożego Narodzenia, kochani! Obyśmy zawsze mieli z kim świętować!

piątek, 2 listopada 2018

Hipokryta w lustrze

Mimo że zaczął się już listopad pogoda wciąż sprzyja spacerom. Słonko świeci, widoki przecudne i te liście szeleszczące tajemniczo przy każdym kroku... Chyba właśnie z powodu tego szelestu na spacerową trasę najchętniej wybieram teraz drogę prowadzącą do lasu. Idę sobie, szuram, wdycham jesienne zapachy i obserwuję ostatnie klucze odlatujących żurawi. Gdy nie chce mi się już patrzeć w obłoki, opuszczam wzrok i wypatruję brązowych łebków podgrzybków. Czasem trafi się kilka pysznych kapeluszy, innym razem w koszyku lądują kolorowe liście, szyszka, kilka żołędzi, ciekawa gałązka, czy inne skarby, które nie wiadomo po co tacham do domu. Nie raz i nie dwa oprócz grzybów i kasztanów niosę puszkę po piwie, pustą butelkę czy porwaną reklamówkę. 

Oczywiście w spacerze towarzyszą mi psy, które w nosie mają moje znaleziska, i węsząc z zapałem w przetrzebionych z liści krzaczorach, szukają własnych. Nie chcecie wiedzieć jakich... 
Szłyśmy więc sobie wszystkie trzy przez las, każda z nosem skierowanym w inną stronę, gdy nagle zatrzymał mnie niezadowolony i rozkazujący głos: 
- Ja tam nie mam nic przeciwko psom, ale te kupy to proszę sprzątnąć! 
Z niewielkiego młodniaka wynurzyła się pańcia z kilkoma grzybami w koszyku i niezadowoloną miną na twarzy. – Gdyby każdy tak lekceważąco podchodził do tych spraw, to utonęlibyśmy w morzu nieczystości i udusili ze smrodu!- Zbulwersowała się, zmarszczyła z obrzydzeniem nos i głęboko zaciągnęła się trzymanym w ręku papierosem. Przyznam- zrobiło mi się głupio. Faktycznie- własne podwórko sprzątam z psich kup, ale o podwórku Matki Natury to już nie pomyślałam a tłumaczenie, że lisich odchodów też raczej nikt nie sprząta byłoby raczej żenujące. Wstyd się przyznać, ale gdy jakaś psia mina trafi się bezpośrednio na drodze to po chamsku wykopywałam ją w pole lub na pobocze. Już miałam rzucić się w krzaki gdzie któraś z moich suk pewnie wygięła grzbiet w pałąk i choćby gołymi rękami zakopać dowody zbrodni, gdy kobieta zgasiła papierosa o pień starego dębu, wzięła zamach i wyrzuciła peta wprost w młodnik, z którego wyszła. Jeszcze raz zmierzyła mnie wzrokiem, z dezaprobatą pokręciła głową i odeszła wyciągając z koszyka paczkę czipsów. Stanęłam jak wryta. Przeszło mi przez myśl, że chyba wiem gdzie znajdzie się puste opakowanie i na złość kobiecie postanowiłam zostawić psie kupy własnemu losowi, przekonana że i tak zutylizują się szybciej niż beztrosko wyrzucony niedopałek. 
Kolejne minuty spaceru upłynęły mi na wymyślaniu inwektyw na babsko. Że wścibska, wredna, chamska, a nade wszystko hipokrytka! Jak można upominać ludzi, pouczać ich i krytykować a samemu robić tak samo, albo jeszcze gorzej.

Gdy już się nawściekałam, przyszedł czas na lekką konsternację. Cóż... jeszcze kilka lat temu sama paliłam i zdarzało się, że pet lądował na chodniku lub w jakichś krzakach... 
Odkryłam smutną prawdę: tak naprawdę wszyscy jesteśmy w większym, lub mniejszym stopniu hipokrytami! Ilu z nas krzyczy na dzieci za coś co sami robimy nagminnie? Krytykuje innych za czyny, które sam popełnia? Publicznie wypowiada słowa, których wstydzi się w domowym zaciszu? Bo tak wypada, tak bezpieczniej, tak mówią inni...

Sami się oszukujemy. Wegetarianin kupuje buty lub torebkę ze skóry. Bojowniczka o prawa zwierząt wklepuje w policzki krem testowany na laboratoryjnych myszach. Wróg myślistwa chętnie skosztuje kiełbasy z dzika a przeciwnik przemysłowych hodowli obżera się parówkami. 
Kandydat na wójta przed wyborami zakłada fanpejdża na fejsbuku i zaprasza do znajomych całą wieś, po wyborach zapomina o nowych znajomych, a strona znika. Ksiądz wyklina dzieci, które chodzą po domach prosząc o cukierka i obiecując psikusa, a nie widzi nic złego we własnym kolędowaniu. Przykłady można mnożyć bez końca. Każdy z nas zna jakiegoś hipokrytę, był świadkiem popełnionej hipokryzji i hipokryzję pewnie popełnił.
Więc może warto pomyśleć, zanim kogoś obsmarujemy i obrzucimy błotem? Ściągnąć maskę politycznej poprawności i spojrzeć najpierw na siebie? Zastanowić się co jest belką, a co źdźbłem i którą z tych rzeczy hołubimy pod własną skórą?


piątek, 22 czerwca 2018

Ostatnie pożegnanie

Wszyscy wiemy, że nie jesteśmy wieczni. Że kiedyś musimy odejść z tego świata. Dokąd? To już zależy od wiary i światopoglądu. Jedni odchodzą do Nieba, drudzy do innego wymiaru, kolejni reinkarnują się w ciałach różnych istot, a jeszcze inni nigdzie nie odchodzą, a po prostu umierają. Bez żadnych teologiczno-filozoficzno-duchowych dywagacji zamykają oczy, ich ciała zamieniają się w proch i koniec pieśni. 
Nie wiem komu jest łatwiej. Czy tym, którzy wierzą w życie po śmierci i nieśmiertelną duszę, czy raczej tym, którzy za życia nie martwią się sądem ostatecznym? Tak całkiem szczerze powiedziawszy, sama do końca nie jestem przekonana do której grupy ja się zaliczam. W trwodze wyciągam ręce po pomoc do jakiejś wyższej siły, obiecuję poprawę i proponuję ofiarę [przysięgam, nigdy więcej nie przekroczę prędkości, tylko niech ten policjant nie wlepia mi mandatu...], lecz gdy wszystko dzieje się po mojej myśli szybko zapominam o swej pobożności. 
Chyba jednak mam nadzieję, że po ziemskim życiu coś, gdzieś mnie jeszcze czeka.



Tak się złożyło, że w przeciągu kilku zaledwie dni uczestniczyłam w ostatnich drogach dwóch osób. Obu zmarłych znałam dość dobrze. Pierwszy z nich, ponad osiemdziesięcioletni mężczyzna, był katolikiem i pewnie wierzył, że obudzi się gdzieś tam po drugiej stronie. Drugi był ateistą i nie łudził się mrzonkami o wieczności. 
Rodzina pierwszego, również wierząca, zorganizowała tradycyjny pogrzeb. Jak na ironię losu pogoda była przepiękna. Słonko świeciło, a ptaki prześcigały się w namiętnych trelach, nie zwracając w ogóle uwagi na stojącą obok trumny żonę staruszkę, żałobników z wieńcami, ani monotonny występ księdza. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz... Żegnamy umiłowanego męża, ojca, dziadka... Chryste pociesz pogrążoną w żalu rodzinę... Obyś spoczywał w pokoju... Znałam zmarłego dość dobrze. Nie był dobrym człowiekiem, choć słuchając słów księdza mogłoby się wydawać, że był to anioł wcielony. Pił, a po pianemu bił, wyzywał, poniżał i obrażał. Według mnie nie zasługuje na spoczynek w pokoju, nie był ukochanym mężem, ani ojcem, a rodzina nie pogrążyła się w żalu, lecz w końcu odetchnęła z ulgą. Ale... co ja tam wiem. 
Na końcu ceremonii rodzina podziękowała księdzu za jego posługę. Ksiądz przyjął podziękowania i mało dyskretnie napomknął, że w brzuchu mu burczy, więc wdowie nie pozostało nic innego niż zaprosić go na stypę.

Drugi pogrzeb był ceremonią świecką. Bez księdza, kwiatów i zawodzącego żałobnie organisty. Lał deszcz. Nieliczna rodzina stała przy urnie z prochami zmarłego, liczni znajomi trzymali w dłoniach zapalone znicze, a całe stado ciekawskich, z wypiekami na twarzy oglądało niecodzienne w małym miasteczku „widowisko”. Mistrz ceremonii wspominał zmarłego. Opowiadał o jego dobrych i złych cechach. O jego pasjach i zainteresowaniach. O jego błędach. O wyborach - zarówno tych dobrych, jak i złych. Przytoczył kilka zabawnych anegdot. 
Łzy ciurkiem płynęły po mojej twarzy. Czułam, że żegnam konkretnego człowieka, a nie uczestniczę w kolejnej sztampowej, żałobnej uroczystości. Gapie za moimi plecami również umilkli, a na ich twarzach malowały się autentyczny smutek i współczucie. Żegnając się, mistrz ceremonii podziękował rodzinie za zaszczyt, jakim było dla niego pożegnanie zmarłego. Postawiliśmy znicze, złożyliśmy kondolencje i rozeszliśmy się do domów.

Długo jeszcze myślałam o tym pogrzebie. Bez konwenansów i rytuałów. Bez manier.
Może czasem tak właśnie trzeba? Prosto i od serca. Bez klepania wyświechtanych regułek, sztywnego trzymania się przyjętych zwyczajów i liturgicznych ceremoniałów? Czy ksiądz może być mistrzem ceremonii, a nie zwykłym wyrobnikiem? Czy stać go na prawdziwe współczucie lub chociaż odrobinę empatii? Nie wiem. Wiem za to, że choć dalej nie potrafię określić swego wiaropoglądu, ten świecki pogrzeb poruszył moją duszę i skierował myśli do Boga, a  katolicki wzbudził niechęć do Kościoła i oddalił od wszelkich mistycznych refleksji.

niedziela, 4 lutego 2018

Pasja czy paranoja?

W niedzielę skoro świt [a skoro świt w niedzielę to tak około godziny dziesiątej] obudziło mnie pełne wyrzutu świergolenie ptaków. Spojrzałam na zegarek- no faktycznie, czas najwyższy na śniadanie. A tu tłuszczowe kule wydziobane, ziarna w karmniku skrupulatnie wyjedzone, te spod karmnika też posprzątane. Skandal panie, skandal! Wstałam więc posłusznie, szeroko ziewając podeszłam do okna, odsłoniłam roletę i zamarłam w zachwycie. 
Niby śnieg zimą to w końcu nic dziwnego, ale ostatnimi czasy nie jest to wcale takie oczywiste, stałam więc dobrą chwilę i napawałam się widokiem. Śnieg otulił peleryną drzewa i krzaki, niczym biały kocur zaległ na dachu altany i grubym, puszystym dywanem nakrył ziemię. Zakrył kiełkujące żonkile, krecie kopce i psie kupy, których wczoraj nie chciało mi się posprzątać. 
Skrząc się w promieniach zimowego słonka kusił do wyjścia z domu. Do odetchnięcia rześkim powietrzem, ulepienia śniegowej kuli i beztroskiego wyrzucenia jej wysoko w niebo. Do zagarnięcia pełnej garści zimnego puchu i patrzenia jak topnieje w zetknięciu z ciepłą dłonią. Przez chwilę przemknęła mi nawet myśl o zrobieniu orła na trawniku pod jabłonką, przypomniawszy sobie jednak wczorajsze zaniedbania postanowiłam zrezygnować z realizacji owego planu. 
Nie zrezygnowałam jednak ze spaceru i po szybkich porannych ablucjach, nakarmieniu głodnych paszcz i dziobów, kilku łykach kawy i wyciągnięciu z zamrażarki porcji rosołowej, wskoczyłam w kurtkę i wyszłam z domu. 
Psy czekały już przy furtce niecierpliwie merdając ogonami, więc bez zbędnego marudzenia ruszyłyśmy do lasu.



Znacie z pewnością to uczucie, gdy ma się wrażenie że cofnął się czas. Że nie liczy się wczoraj, nie mają znaczenia minione błędy, nie bolą zaznane przykrości. Że ważny jest krok, który dopiero uczynimy, a kierunek jaki wybierzemy zaważy nie tylko na naszym życiu. 
Tak właśnie się poczułam stając na skraju lasu. Droga przede mną była dziewicza. Ani śladu ludzkiej bytności, zero zwierzęcych tropów. Jak daleko okiem sięgnąć, aż po horyzont rozciągający się za pustymi polami i łąkami ,niczym nowa karta czekająca na zapis przyszłych wydarzeń, roztaczała się czysta, niepokalana biel. Cóż, psy nie były nastrojone równie filozoficznie. Nie zwracając uwagi na moje wiekopomne przemyślenia wparowały na drogę i pognały do przodu zostawiając za sobą szlak odbitych łap. Zdegustowana brakiem wrażliwości poszłam za nimi, wciąż jednak czułam się niczym Amundsen, Peary, Cook czy jakiś inny Vasco da Gama. Dziewczyny biegały od krzaka do krzaka, a ja myślałam o tych odkrywcach sprzed wieków. Jak się czuli, stojąc w miejscu nietkniętym do tej pory żywą stopą? Jak wiele byli w stanie poświęcić, aby uzyskać swój cel? Jaka siła pchała ich do przodu, wbrew niesprzyjającym wiatrom i przeciw zdrowemu rozsądkowi? Czy było warto, za wszelką cenę? 

Pasja. 
To słowo, w kontekście niedawnych wydarzeń na zboczu Nanga Parbat, zostało odmienione przez wszystkich i wszystko. Przez przypadki, osoby i czasy. Zyskało status poświęcenia i hartu ducha, lecz również egoizmu i głupoty. Jedni podziwiali i gloryfikowali pasjonata, inni płakali nad losem tych, których zostawił. Czy pasja prowadząca do samozagłady jest jeszcze pasją, czy jest to już czysta głupota? Czy wyzwanie, które wiąże się z ryzykiem zranienia innych jest w ogóle warte podjęcia? Z drugiej strony gdzie bylibyśmy dzisiaj, gdyby nie było ludzi z pasją? Ludzi, którzy nie bacząc na nic prą do przodu niczym lodołamacz aby zyskać dla świata nowy biegun. I czy na końcu drogi, po pierwszym momencie euforii, zawsze czeka ich rozczarowanie? Przekonanie, że osiągnięty cel jest jedynie polem podbiegunowym i po chwili odpoczynku coś, jakaś nieubłagalna siła, pcha ich znów na kolejną wyprawę. Czy to jeszcze pasja, czy już paranoja?



Ilu ludzi, tyle osądów. Nie wiem jak odpowiedzieć na własne pytania. Wiem jedno- każdy z nas wspina się czasem na własny Nanga Parbat i sami musimy zdecydować, kiedy przeć do przodu, a kiedy zrezygnować. I właśnie ta decyzja zazwyczaj jest tą najtrudniejszą.