a

a
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dżdżownica kalifornijska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dżdżownica kalifornijska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 maja 2019

Robota nie.. hm... Golgota

Krótko dziś będzie i węzłowato, gdyż chcę się podzielić z Wami moją radością. Radością z tego, iż na moje rancho przyjechali dziś nowi pracownicy. Darmowi. No, za żarcie. 

Co tu kryć, do najpracowitszych to ja niestety nie należę. Lubię mieć zrobione, lecz jeśli wiąże się to z jakimś wielkim wysiłkiem, wyrzeczeniami i bolącym krzyżem- to dziękuję, obejdzie się. Nie jestem też, hm... również niestety?, specjalnie pedantyczna. Niektórzy być może powiedzieliby nawet po chamsku, że bałaganiara ze mnie. Ale co tam, to też mam w nosie ; ) Nie przeszkadza mi mniszek w trawniku ani kępy pokrzyw pod płotem. Nie dostaję palpitacji serca, gdy na wyjściowym płaszczu znajduję kocie [nie psie jeszcze, niestety] kłaki. Uważam, że kwiaty ostów są przepiękne, a z koniczyny robię bukiety do wazonów. Hrehrehre- wiem, nie komentujcie ; ) 
No, ale wracając do sprawy mej pracowitości. Własna marchewka i buraczki, nie wspominając o ogórkach, byłyby jednak wskazane. Dlatego też popełniłam- tzn. zleciłam do popełnienia, grządki warzywne w skrzyniach. Takich porządnych skrzyniach- prawie do kolan. Służą mi już trzeci rok i sprawdzają się genialnie. Nie trzeba przekopywać ani grabić, plewienia tyle co nic, czasem zlać wodą, a gotowe plony można zbierać lekko tylko ugiąwszy kolana. Jedyny mankament to ubytki ziemi. Skrzynie nie są jakieś wielkie: 1.5 m / ok. 3m, lecz głębokie. Pomimo ściółkowania i dorzucania jesienią, hm... umówmy się że średnio przerobionego kompostu, ziemia bardzo osiada. Musiałabym chyba ze dwieście worków z ziemią kupić, a i tak pewnie nie zapełniłabym skrzyń do pełna. Zresztą co to za ziemia z worków- pozbawiona robaczków i ogólnie rzecz biorąc- jałowa. Przydałoby się więcej własnej naprodukować. Odpadki z kuchni, trawa z koszenia, opadłe jesienią liście... Surowca jest dużo, tyle tylko, że kompost robi się dużo wolniej, niż bym chciała i potrzebowała. Dwa lata temu wpuściłam do grządek kilkanaście zakupionych w sklepie wędkarskim, wyratowanych od niechybnej śmierci w rybich pyskach dżdżownic, ale oczywiście nie mam nad nimi kontroli. 
Teraz postanowiłam iść na całość. 

Uwaga- dla niektórych Czytelników zdjęcia, choć marnej jakości, mogą być drrrraaastyczne ;) 
Dziś, jakąś godzinkę temu przyjechał kurier. Wręczył mi pakuneczek.



A w pakuneczku? 






1000 sztuk- a co! 
Chwilę po wpuszczeniu dżdżownic na nową chatę wyglądało to tak. 



Dwie minuty później wiły się tylko pojedyncze spóźnialskie, 



a po kolejnej chwili wszystkie Madzie zakopały się w przygotowanym podłożu. Sezon wegetacyjny dopiero się zaczyna, mam więc nadzieję, że jesienią cudnego kompostu mi nie zabraknie. Dodatkowo żarłoczne kalifornijki zutylizują masę biologicznych odpadków, a w bonusie otrzymam płynny biohumus- cudowny eliksir do podlewania kwiatów w doniczkach. No, przynajmniej taki jest plan. A na razie lecę zobaczyć, czy pracownicy nie rozleźli mi się po garażu...

edit 13.05.
Tak to wygląda dzisiejszego wieczoru ;)



edit2 21.08
Minęły trzy miesiące. W pojemniku mam już następne pokolenia. Madziunie małe jak paznokieć, białe niteczki i żółciutkie jajeczka- czyli chyba spodobała się im robota u mnie ;)
A wermikompost... miodzio! Grudkowaty, wilgotny i pachnący wiosenną ziemią.
To była dobra myśl! ;) 

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Męskim okiem

Pisarz powinien być kreatywny. Raz romans, raz kryminał, dziś paplać optymistycznie, jutro zakrakać jak wrona. 
Tym razem postanowiłam zrobić sobie genderowskie ćwiczenie i zmienić płeć. Uogólniam, generalizuję i przesadzam, więc wszystkich panów proszę o przymrużenie oka ;)

To, że kobiety są z Wenus, a my z Marsa wiadomo nie od dziś. Inaczej myślimy, inaczej postrzegamy, inaczej rozumiemy i całkowicie inaczej reagujemy. Różnie bywa; gruchamy sobie niczym dwa gołąbki, ona spija słowa z mych ust i patrzy z uwielbieniem w oczy, aż tu nagle, nie wiadomo skąd, kiedy ani dlaczego, gołębica zmienia się w sępa i tylko patrzy gdzie wbić dzioba, żeby najbardziej zabolało. No, ale po tylu latach już się człowiek do tego rollercoastera przyzwyczaił. 
Jednak gdy zbliżają się jakiekolwiek święta, to baby już nie są z Wenus. One nie są nawet z Neptuna. Bardziej prawdopodobne, że pochodzą z planety znajdującej się gdzieś na samym krańcu jakiejś całkiem innej, odległej galaktyki. 
Ja rozumiem, że dom trzeba ogarnąć [gdy zamierzają zwalić się goście], coś tam do jedzenia uszykować, jakieś pisanki pomazać, no, ale ludzie!, bez przesady! Lata toto od rana do wieczora, jakby miała motorek w dupie. Zmywa, psika jakimiś chemikaliami, znowu zmywa, przesuwa, drze się żeby jej pomóc, bo nie daje rady. Rzucasz wszystko, lecisz, a ta pyszczy, że podłogę tu dopiero zmyła a ja lezę jak bezrozumny baran i mam stąd spieprzać i to już! To po cholerę woła!? Kudły nastroszone, twarz czerwona, ręce w żółtych rękawicach uzbrojone w jakieś dziwne szczoty i inne narzędzia służące bóg wie do czego. Wczoraj  widziałem jak szczoteczką do zębów fugi w kiblu szorowała. Mało tego, to była moja szczoteczka! 
Żal mi się w końcu kobiety zrobiło, zaproponowałem że chociaż okna oblecę. Ucieszyła się. Wymyłem je w kilka minut- teraz taka chemia dobra, że wystarczy psiknąć, przetrzeć i gotowe. I po co te całe dramaty? W jeden dzień całą chatę bym opierdzielił. Wołam kobietę, niech przyjdzie i się czegoś nauczy. Przyszła, patrzy z dziwną miną... I zamiast się zachwycać, znowu mordę pruje: to są umyte okna?, ramy brudne, parapety uświnione, żaluzji w ogóle nie ruszyłeś, na karniszach firanki pajęczyn... Czy ty w ogóle coś tu umyłeś?! No jak nie- szyby, cholera, umyłem. W końcu przez szyby się patrzy, a nie przez jakieś głupie ramy. No, ale babie nigdy nie dogodzisz. Wkurzyłem się. Idę do lodówki- jedzenie zawsze trochę mnie uspokaja. Drze się! Tego nie rusz, bo na święta, tamto do sałatki, sramto do sernika. Łaskawie pozwoliła jajecznicę zrobić. Ledwo zdążyłem rozbić na patelnię sześć sztuk, leci z wrzaskiem: no i które jajka wziąłeś, ośle! Mówiłam, że te z białymi skorupkami są do malowania! Rany, kto normalny parzy na kolor skorupki głupiego jajka do głupiej jajecznicy? No właśnie, a propo ozdóbek. Wchodzę dziś do salonu, a tu śmierdzi jakby kot dywany olał. Chodzę, szukam, wącham... I co? Rzeżucha! Poustawiała zielsko na parapetach, na stole, przy kominku, w doniczkach, moich lampkach do koniaku... Jezu, jak ja nie lubię zapachu kiełkującej rzeżuchy! Już miałem kota na dwór wywalić, a okazuje się, że muszę żonę, z jej ogrodowymi zapędami! Ogród- następna kość niezgody. Umówiłem się ze Stachem na ryby. Wieczorem nakopałem przynęty, przykryłem wiadro, odstawiłem do kanciapy i poszedłem wcześnie spać, bo skoro świt zaplanowliśmy wyprawę nad jezioro. Wstaję o czwartej, szykuję się cicho, żeby styranej kobity nie obudzić, biorę wiadro, wsiadam w auto... Cóż za wspaniała perspektywa- żyć, nie umierać! Na miejscu szykuję wędki, wkładam rękę do wiadra, macam... Co za cholera, uciekły? A nie! To żona moja, ekolożka cholerna, na grządki warzywne dżdżownice wypuściła. I jeszcze mi się oberwało, że sadysta bez serca jestem i jak chcę, to ona mi taką żelazną trumienkę zafunduje, i zobaczę, jak się będę czuł, gdy nockę w niej przeleżę. Czuł! Że niby te rosówki taką traumę we wiadrze przeżyły? No, błagam! Przecież to zwykłe prymitywne skąposzczety, a nie lumbricus sapiens!



Ale przecież kobiecie nie przetłumaczysz. Uprze się jak wół i żadne argumenty do niej nie trafiają, jakby miała klapki na mózgu. 
I tak tu męcz się człowieku w imię spokoju i rodzinnej sielanki. Wysłuchuj, potakuj, przyklaskuj, i choć męska duma krzyczy w sprzeciwie basem, ciebie stać jedynie na cienki falset. Właśnie- z seksem też cienko. Tydzień przed świętami i tydzień po, o bzykanku mogę sobie jedynie pomarzyć. Zmęczona, głowa boli, pracy ma jeszcze dużo, goście... A ty człowieku weź se i usychaj. Święta, cholera...

Jednak gdy święta w końcu nadejdą, usiądzie człowiek przy pięknie przybranym stole, podje pysznego żarełka, wypije kielicha z rodziną i przyjaciółmi, spojrzy na tę swoją połowicę, piękną i radosną, to nie żałuje że tak się namęczył. Warto jednak było aż tak się poświęcić!

poniedziałek, 10 października 2016

Podwyższona grządka

Nie wiem doprawdy, dlaczego o grządkach podwyższonych mówi się, iż są to grządki dla leniwych!? Całe trzy dni spędziłam na jej budowaniu i narobiłam się jak głupia. Ile to człek musi się napracować, żeby później mógł nie pracować ; )

Zeszłą jesienią, w ramach ogrodowego eksperymentu, ułożyłam wzdłuż płotu grządkę wzniesioną na bazie słomy. Ogórki wyrosły na niej pięknie (do pierwszego gradu), podobnie sałata i inne zieloności. Jednakże podczas sezonu grządka bardzo opadła i praktycznie musiałabym robić ją od początku 
(może zresztą i zrobię ; )) Estetyka też nie jest najwyższych lotów, choć tutaj głównie zawinił Boczek, wpychając w grządkę swój zakazany ryj w poszukiwaniu ocalałych i zjadliwych części warzywek. Kropkę nad i postawiły kozy, wyżerając resztki resztek, a co się nie dało zeżreć rozniosły po całym obejściu. 
Tak więc idąc z duchem czasu (leci on jak głupi, cholera) postanowiłam zrobić grządkę podwyższoną w trumnie- czyli w drewnianej skrzyni. Wymarzyłam sobie, że będzie konkretna- wysoka i solidna. W pobliskim tartaku zakupiłam niezbędny materiał. Przy okazji pobytu w mieście Jurek kupił impregnat. Trzy razy prosiłam, żeby był w miarę neutralny kolorystycznie. Zaczęłam malować. Kupił mahoń... 




No, tak właściwie kto mi zabroni zrobić sobie trumny z mahoniowego drewna?
Technika to mój wróg. Przybicie gwoździa i ewentualnie wymiana żarówki to niestety szczyt moich manualnych możliwości. Przyznaję się bez bicia. Tak więc prośbami, groźbami, a w końcu szantażem kulinarnym zmusiłam swych panów do zbicia trumny.







I zaczęłam ją napełniać.

Pod spód poszła siatka przeciw kretom, gdyż wiosną planuję wrzucić do trumny trochę Madź (dżdżownic kalifornijskich) i nie chciałabym aby grządka właśnie trumną się dla nich stała ;)


Nie zrywałam darni, więc dno trumny wyścieliłam grubą warstwą kartonów. Na to poszły gałęzie, spróchniałe deski ze starego ogrodzenia, chrust z lasu i tym podobne. W większości leszczyna, którą postanowiłam wyciąć w cholerę, bo wielka jak dąb a orzechów na ząb. Jeden.




Następna warstwa to trociny. Właściwie jest to ta sama warstwa, bo wióry wypełniły wolne przestrzenie. 



Trociny zawierają mało azotu, który jest potrzebny mikroorganizmom przeprowadzającym ich rozkład. Dostarczenie azotu spowoduje że procesy rozkładu będą przebiegały znacznie szybciej, więc następna warstwa to musi być obornik. Duuużo obornika z koziarni i trochę końskiego. Ale to dopiero za kilka dni, bo gówniane porządki mam w planach na weekend. 
Ostatnia warstwa to ziemia z kompostownika. Nie wiem- teraz, czy na wiosnę? Jak myślicie? A w międzyczasie resztki z kuchni, lekko przesypywane ziemią. Mam nadzieję, że do wiosny wszystko się ładnie przekompostuje i będzie git.
W takiej grządce mam w planie posadzić pomidory, ogórki, fasolkę itp.,  pamiętając oczywiście o allelopatii. Wstrzymam się jeszcze z korzeniowymi, bo dla nich to pewnie będzie jeszcze za wcześnie. 
A jak u Was z pracami jesiennymi? Dajecie radę?

sobota, 7 maja 2016

Dżdżownica kalifornijska - najlepszy przyjaciel ogrodnika

Dżdżownice- rodzaj skąposzczetów z rodziny dżdżownicowatych są jednym z najważniejszych elementów ułatwiającym uprawy w ogrodnictwie naturalnym, pomagają w znacznym stopniu ogrodnikowi w utrzymaniu zdrowego ogrodu , a przy okazji oszczędzają mu wiele wysiłku.
Poprzez drążenie niezliczonej ilości drobnych kanalików, które są robione w celu poszukiwania pożywienia, napowietrzają glebę. Dżdżownice odżywiają się wszelką materią organiczną, trawią ją i wydalają niezwykle cenny naturalny nawóz w postaci żyznej próchnicy. Dzięki temu znacząco wpływają na rozwój zdrowych i odpornych roślin.
W naszym środowisku dla ogrodnika liczą się dwa gatunki, są to dżdżownica kalifornijska, zwana też kompostową, którą możemy z powodzeniem hodować oraz nasza rodzima dżdżownica ziemna zwana potocznie rosówką.

Ciało przeciętnej rosówki jest złożone z 110–180 metamerów (pierścieni), osiąga długość 90–300 mm(gatunki tropikalne nawet do 1 metra) przy średnicy 6–8 mm. Żyją na głębokości jednego metra, a długość ich istnienia to maksymalnie trzy lata. Podziemnymi korytarzami przemierzają całe kilometry w poszukiwaniu pożywienia.

Całkiem inaczej ma się sprawa z dżdżownicą kalifornijską, czyli kompostowcem różowym. Do życia potrzebne jest jej podłoże o niewielkiej głębokości. W hodowlach „wędkarskich” stosuje się pięciocentymetrową warstwę, a w hodowlach prowadzonych w celu uzyskania nawozu, warstwę podłoża o głębokości do 50 centymetrów. Różnica między nią a innymi dżdżownicami polega także na tym, że „kalifornijka” trzyma się swego siedliska cały czas, nie uciekając z niego jak jej „dzicy” pobratymcy. Są to cienkie, czerwono-brązowe dżdżownice, o długości ciała (dorosłe) około 9 cm, średnicy 3 do 5 milimetrów, ilości segmentów od 80 do 120. Osiągają wiek-do 16 lat, dojrzałość płciową zaś po ok. 100 dniach życia. Żyją gromadnie, nie chorują na żadne choroby bakteryjne, ani wirusowe. Hodowla w ciągu roku, przy zapewnieniu dżdżownicom optymalnych warunków, zwiększa swoją liczebność 21 razy (jeśli jest prowadzona „na wolnym powietrzu” - 9 razy). Jednym słowem- doskonałe do hodowli. Do rozpoczęcia hodowli wystarczą już dwa dorosłe osobniki. Dżdżownice są obojnakami – każdy osobnik posiada gamety męskie i żeńskie. Podczas kopulacji wymieniają między sobą materiał genetyczny przywierając brzusznymi stronami ciała. Niektóre źródła podają, że jedna dżdżownica składa rocznie do 900 jaj, lecz (w świetle wyników badań nad zwiększaniem biomasy) widocznie nie ze wszystkich wylęgają się młode.
Dżdżownice oddychają całą powierzchnią ciała i co ciekawe mają dużą zdolność do regeneracji. Uszkodzony osobnik potrafi odtworzyć nawet połowę własnego ciała.
Prowadząc hodowlę na wolnym powietrzu możemy ją założyć w kilku miejscach. Może to być w pryzmie kompostowej, kompostowniku lub wykopanym dole. Jeśli zlokalizujemy ją bezpośrednio na ziemi, musimy pamiętać o zabezpieczeniu spodu przed kretem (Kretowatą? ;)), dla którego dżdżownice są przysmakiem. Układamy wtedy od spodu drobną siatkę lub inne twarde podłoże, przez które kret się nie przedostanie. Naszą hodowlę należy również odpowiednio zabezpieczyć w celu utrzymania w podłożu odpowiedniej temperatury oraz wilgotności. Chronimy ją przez nagłymi zmianami temperatur oraz nadmiernym zalaniem. Stosując różnego rodzaju okrycia, np. ze słomy, liści lub włókniny, chronimy ją również przed ptakami. 
Najlepiej, jeśli hodowla będzie zlokalizowana w miejscu osłoniętym. W dni ciepłe zabezpieczy to ją przed nadmiernym rozgrzaniem i parowaniem, a w zimne przed zbytnim ochłodzeniem. Zabezpieczenie dżdżownic na zimę nie jest zabiegiem uciążliwym i ogranicza się jedynie do przykrycia zbiornika słomą, styropianem, czy warstwą szmat. Rozkładająca się biomasa nigdy nie zamarza, a dżdżownice mają własny układ samoobrony. Możemy prowadzić hodowle również w pomieszczeniach zamkniętych w pojemnikach z tworzyw sztucznych lub drewna. Należy pamiętać o tym, aby nie były one szczelnie zamknięte, gdyż w innym przypadku doprowadzimy do uduszenia się dżdżownic. Pojemnik taki musi mieć również odpływ nadmiaru wody tzw. herbatki kompostowej, którą również możemy wykorzystać do nawożenia roślin. W tym celu należy nawiercić od spodu otwory lub zamontować kran. Podczas karmienia należy uważać, żeby ilość pożywienia była stosowna do możliwości przerobowych dżdżownic, gdyż w innym przypadku pożywienie będzie kisło. Przy prawidłowej porcji nie musimy martwić się o nieprzyjemny zapach, bo zasiedlone przez kalifornijki resztki już po trzech dniach stają się praktycznie bezwonne.

Dżdżownice nie są wybredne, są praktycznie wszystkożerne.
Nie przetworzą tylko z wiadomych względów szkła, plastiku oraz metalu. Ich pożywienie mogą stanowić wszelkie odpadki organiczne roślinne — liście, trawa, chwasty, słoma, trociny, jak i kuchenne — fusy kawy oraz herbaty, resztki pieczywa lub zepsute warzywa i owoce oraz ich obierki. Bardzo ważnym składnikiem, który należy dodawać do ich pożywienia jest bogaty w celulozę papier lub tektura, najlepiej wcześniej namoczone. Celulozę wykorzystują do budowy kokonów z jajami, przez które się rozmnażają. Można je karmić również obornikiem końskim oraz bydlęcym najlepiej przefermentowanym. W niewielkiej ilości ok 10% możemy dawać im nawóz kurzy oraz obornik świński również koniecznie przefermentowane. Natomiast bez przeszkód możemy dawać świeże odchody królików. Pamiętajmy natomiast, że nie należy karmić ich mięsem, tłuszczami oraz nabiałem.

Raz na jakiś czas oddzielamy dżdżownice od uzyskanego już biohumusu. Jeśli operację będziemy przeprowadzali na zewnątrz to należy pamiętać, aby robić to między wiosną a jesienią. Jednym ze sposobów jest ułożenie na biohumusie warstwy świeżego pożywienia. Trzeba wtedy odczekać około 7 dni i przenieść dżdżownice do nowego miejsca. Tą czynność należy powtórzyć dwa razy. Ocenia się, że w ten sposób możemy wybrać około 95% populacji. Drugą możliwością jest wcześniejsze podzielenie hodowli na połowę przegrodą. Wtedy jedną połowę pozostawiamy pustą a w drugiej prowadzimy hodowlę. W sytuacji, gdy chcemy oddzielić naszą populację od biohumusu to w drugiej połowie przygotowujemy świeże podłoże i usuwamy przegrodę. Po 7 dniach nasze dżdżownice powinny się przenieść do nowej karmy.


Dżdżownice kalifornijskie potrafią być niezwykle przydatne w ogrodzie czy w produkcji zwierzęcej. Podstawowe korzyści to znakomity recykling odpadów organicznych (zarówno z domu jak i ogrodu) oraz uzyskanie doskonałego kompostu i wormhumusu płynnego (czyli siuśków) do podlewania roślin. Dlatego warto się zastanowić nad podjęciem hodowli. „Zaczątek farmy” bardzo łatwo nabyć przez Internet, czy też w sklepach wędkarskich. Jak widzicie, hodowla tych niekłopotliwych i pracowitych robalków nie należy do zagadnień skomplikowanych, o ile wcześniej zdobędzie się na ten temat odrobinę wiedzy. 
A w dobie Internetu naprawdę o to nietrudno ;)