Będzie krótko i na temat. No... hm... tego... eee... zwariowałam ;)))
Głowa w chmurach...
Dusza śpiewa...
Ciało płonie...
Serce galopuje...
A mózg ...
No i został w „Rapsodii” prawie sam, wielogatunkowy babiniec. Jako przedstawiciel płci brzydkiej ostał się Boczek i ... Bolek. Ale o Bolku za chwilę. Dawid wyjechał na bieszczadzką tułaczkę. Wakacje pomału się kończą i syn mój, przed ponownym wkręceniem się w uczelniane tryby postanowił zażyć nieco wolności. Zabrał ze sobą Zuzannę. A znacie piosenkę „Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni...”- strach się bać ;) Choć na razie nie w głowie mi niegrzeczne pomysły. W głowie mam jabłka, ogórki i uczynną sąsiadkę, która codziennie obdarowuje mnie plonami ze swojego ogródka. Zemszczę się w przyszłym roku... A do tego sery i codzienny obrządek zwierząt. Dopiero teraz doceniam syna. Co dwie pary rąk, to nie jedna, niestety.Pierwszy dzień bez Dawida dał mi nieco popalić. Po szybkim wydojeniu Cytryny wypuściłam kozy na łąkę. Nakarmiłam Boczka dzień wcześniej przygotowaną warzywno-zbożową mieszanką i jemu również dałam wolną rękę, choć wietnamek, podobnie jak spora część ludzkiej populacji, zamiast ręką zdecydowanie wolał działać ryjem. Zaniosłam mleko do kuchni i poszłam do sadu, aby zebrać opadłe przez noc owoce, zanim zajmą się nimi kozy lub knur. Zrobiłam kanapki dla siebie i Emilki. Ledwo ogarnęłam kuchnię po śniadaniu, zabrałam się za przetwarzanie owoców i robienie serów, gdy już trzeba było myśleć o obiedzie. Emilka - złote dziecko- zajęta baaardzo ważnymi sprawami, nie domagała się uwagi. Jakież to ważne sprawy może mieć pięcioletnie dziecko? Za chwilę się dowiecie ;)
W poniedziałek wpadł Ajron. Jak po ogień, gdyż po tygodniowym urlopie miał olbrzymie zaległości. Dzień wcześniej wrócili z Zuzką znad morza, opaleni, uśmiechnięci i zrelaksowani. Zuzannie wybaczę, ale to niesprawiedliwe, że facet po czterdziestce może tak wyglądać. Choć przyglądałam się bardzo uważnie, oprócz kilku kurzych łapek pod oczami, nie znalazłam ani jednej zmarszczki na jego twarzy. Chamstwo.
No więc wpadł zaraz po śniadaniu. Z prezentem. Nie dla mnie.
W niedzielę sporo rozmawialiśmy o Emilce i oboje zgodnie zauważyliśmy, że mała najlepiej czuje się w towarzystwie czworonogów. Okazało się, że zwierzęta najlepiej nadają się na psychoterapeutów i pocieszycieli. Ich obecność sprawiła o wiele więcej, niż mogłabym marzyć.
No więc przyniósł prezent. Nie postarał się za bardzo. Stare, kartonowe pudełko nie dość, że nieoklejone żadnym kolorowym papierem, bez kokardki, to do tego całe podziurawione. Ho ho- pomyślałam sobie- nasz czaruś nie miał dziś czasu na czarowanie.- Otworzyłam pudełko i natychmiast zmieniłam zdanie.
Z czeluści pudła spojrzały na mnie dwie pary błyszczących oczu, a z dwóch gardziołek wyrwały się przerażone miauknięcia. Położyłam pudełko na podłodze, a po chwili nieśmiało wysunęły się z niego dwa prześliczne kocięta. Oba kociaki usiadły, otaczając się ogonami i badając otoczenie wzrokiem, a za chwilę, węsząc, rozeszły się po kuchni, zaglądając ciekawie w każdy kąt.
W moim sercu pojawiło się ciepło i narodziła się dziwna myśl. Ani ciepło, ani myśl nie dotyczyły zabójczo przystojnego Greka, który mówił gładkie słówka i powalał oszałamiającym uśmiechem. Dotyczyły za to prostego, wiejskiego weterynarza, który sprawił że buzia małej dziewczynki rozkwitła pełnym szczęścia uśmiechem.
Macie takie filmy, do których wracacie? Filmy które, choć oglądane po sto razy, wciąż wywołują wzruszenie, łzy na policzkach i drżenie serca? Po których siadacie w fotelu, wyłączacie się ze świata, zamykacie oczy i przeżywacie go jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze... Ja mam. Jest to bajkowy film o miłości- „Zaklęta w sokoła” z 1985 roku z Michelle Pfeiffer i moim ukochanym Rutgerem Hauerem. Jeden z niewielu filmów, w których brzydal Rutger gra pozytywnego, romantycznego bohatera. Fabuła filmu nie jest jakaś specjalnie głęboka.
Znienawidzony przez lud biskup Aquilii skazuje na karę śmierci drobnego złodziejaszka, Gastona. Chłopiec ucieka z lochów, a przed pościgiem ratuje go kapitan Navarre. Gaston zostaje jego giermkiem. Wkrótce chłopak poznaje historię rycerza i towarzyszącej mu sokolicy. Dowiaduje się, że ptak jest zaklętą ukochaną Navarre'a, Isabeau. Kochał się w niej biskup Aquilii, ale ona odrzuciła jego zaloty, gdyż oddała już serce dzielnemu kapitanowi. W zemście biskup rzucił na kochanków klątwę, która skazuje parę ukochanych na wieczne rozstanie. Za dnia, gdy on jest człowiekiem, ona przemienia się w sokoła. Nocą, gdy ona powraca do ludzkiej postaci, on staje się wilkiem. W tym filmie nie ma spektakularnych bitew z udziałem setek tysięcy wirtualnych wojowników ani wyczarowanych na komputerze olśniewających miast. Jest w nim za to poezja o nieodpartym uroku, wspaniałe i autentyczne plenery, oraz solidny scenariusz zręcznie ucharakteryzowany na średniowieczną legendę. Jest tu humor, zazdrość, magiczne pojedynki i przede wszystkim tęsknota. Ona- za dnia zaklęta w kochającego blask słońca sokoła, on- wilczymi susami przemierza księżycową noc. I choć są tuż obok siebie, dzieli ich natura stworzeń, w które przemienił ich zazdrosny mag.
I tak siedzę sobie w fotelu i ryczę. Wchodzi Jurek, patrzy w ekran.- Znów te wilki i sokoły?- Kiwam głową i smarkam w papier toaletowy.- Przecież znasz to na pamięć.
No i co z tego? Nie przeszkadza mi to, w przeżywaniu, wczuwaniu się i rozczulaniu po raz kolejny. Jerzy tego nie rozumie, ale Ajron owszem. Mam wrażenie, że weterynarz czyta w moich myślach. Wydaje mi się, że potrafiłby usiąść w fotelu obok i smarkać w drugą rolkę. Równocześnie jednak on jest wilkiem a ja sokołem (obarczonym dodatkowo dwoma sępami ;)). Spotykamy się w momentach wschodów i zachodów. Sfruwam z nieba, zrzucam piórka, z telepiącym się sercem patrzymy sobie w oczy, a już za chwilę wschodzi księżyc i Ajron wyje do księżyca.
Czy klątwa zostanie złamana? Czy powinna być złamana? A tak w ogóle to chyba mi odbiło...
Życie jest zaskakujące. Czasem nabiera pędu i czujemy się jakbyśmy pruły polską autostradą z ponadświetlną prędkością. W pewnym momencie, na którymś z zakrętów dociera jednak do nas, że przecież w Polsce nie ma autostrad (pomijając te kilkaset kilometrów, za które musimy tak słono zapłacić, że nie opłaca się nimi jechać) i zatrzymujemy się niespodziewanie na zwykłej, pełnej dziur asfaltówce.
Obiektywne media opowiadają nam, że Polacy są zadowoleni ze sprawnie działającej demokracji i uczciwych polityków. Gdy wyłączysz gadające głowy i wsłuchasz się we własne myśli, dochodzisz do innych wniosków.
Po pierwsze- nie ma obiektywnych mediów. Każda stacja, tak telewizyjna jak i radiowa, przedstawia swój punkt widzenia i chwali tych, którzy posypali więcej grosza. A uczciwy polityk- to klasyczny oksymoron. Podobnie zresztą jak zadowolony Polak, odważny Francuz, trzeźwy Czech (a może Rusek?), czy ładna Niemka (pomijając oczywiście Polonię ;)) Po przyswojeniu tych podstawowych wiadomości, zastanawiamy się dalej. Komu więc wierzyć? Reprezentujący nasz kraj politycy, są naprawdę wybitnie elokwentni i wielce pomysłowi. Nasz skoczny elektryk wypominając innym ich dodatnie i ujemne plusy, dokonał w Polsce zwrotu o 360 stopni. Był za a nawet przeciw i obojętnie czy „szłem czy szedłem” grunt, że doszedł. Doszedł do wniosku, iż nie o take Polske walczył. Miała być demokracja, a tu każdy gada co chce. Nie chciał, ale musiał ustąpić pola i jego miejsce zajęła kolejna mądra głowa. Nie miał szczęścia abstynent Olek. Podczas pobytu na Filipinach zaraził sie ciężką chorobą, objawiającą się bełkotaniem i niespodziewanymi utratami równowagi. Co gorsza, utracił również zaufanie swych naiwnych wyborców, którzy wybrali innego, równie elokwentnego i równie pomysłowego. I kolejnego... Nie tylko prezydenci starają się, aby Polska była na ustach całego świata. Nasi mądrzy i spostrzegawczy politycy odkryli i ogłosili prawdziwą naturę Tinkyego- Winkiyego i ekshibicjonizm Misia Uszatka oraz odkryli, że białe tak naprawdę jest czarne.
Ale o czym to ja chciałam...?
Na codzień, dookoła mnie również występuje wiele słownych pułapek i sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem pragnień. Jeśli Dawid mówi, że idzie na godzinę z Robaczkiem na ryby, wiadomo, iż mam wolne całe popołudnie i prawdopodobnie pół nocy. Jeśli Robaczek mówi że idzie na jedno piwko, to będę miała przynajmniej z pięć nowych butelek na cydr. Brak już w piwnicy miejsca na porzeczkowe soki i wiśniowe kompoty, a jakoś mi smutno, gdy patrzę na zasuszone krzewy i drzewka na których wiszą już tylko żółtawe liście. Równocześnie wzdycham ciężko pod nosem, patrząc na dojrzewające jabłka i śliwki... Boże... Zdecydowana kobieta- to równie częste zjawisko jak wierny mężczyzna, bogaty student czy rozsądny nastolatek.
I tylko jedno mnie zaskoczyło. Posłuszne dziecko- to również rzadkość. Biały kruk. Unikatowy bursztyn z zatopioną w nim i nieuszkodzoną zielonoskrzydłą muchą. I ten ewenement trafił właśnie do mnie.
Emilka.
Mieszka ze mną od kilku dni. Grzeczna, cicha, poukładana... Jak aniołek żywcem sprowadzony z nieba. Marzenie każdej matki, wychowawczyni w szkole, przyszłej teściowej... A ja ? Ja czekam z utęsknieniem, kiedy wyrosną jej różki. Choćby najmniejsze. Czekam, żeby mi odpyskowała, czegoś nie zrobiła, pokłóciła się z Dawidem... Czekam na jej emocje. Na śmiech, krzyk, łzy, cokolwiek. Nic. Cisza. Czy to biedne dziecko zostało już tak strasznie stłamszone, czy to ja nie potrafię do niej dotrzeć? Co robię źle? Co mogłabym zrobić jeszcze? Czy rany zadane niewinnemu dziecku mają szansę zagoić się kiedykolwiek bezpowrotnie...?
W każdym z nas siedzi jakiś mroczny pasażer. Różnie się nazywa. Wstyd, strach, porażka... Może wysiądzie na którymś z przystanków życia. Pożegna się, podziękuje za podwózkę i odejdzie w zapomnienie. Może usunie się cichaczem, nie wiadomo kiedy ani gdzie. A może nie. Może na zawsze zostanie w jakimś ciemnym zakamarku, niezauważony, dyskretny, i będzie na nas pasożytował do końca życia.
Gorrrrąco!!! Padał deszcz- narzekaliśmy że lato do kitu. To mamy. Teraz narzekamy, że gorąco ;) Żar leje się z nieba, pot leje się z ciał, a kuchenne urządzenia jeszcze pogarszają sytuację. Lodówka pracuje na pięć etatów, a nadmiar ciepła wydala na kuchnię, podnosząc temperaturę w pomieszczeniu o kilka dobrych stopni, choć wydawałoby się to już niemożliwe w naszym – ponoć umiarkowanym- klimacie. Zmywarka to samo. Z lodówki, a tym bardziej z zamrażarki nie mogę zrezygnować, ale zmywarce dałam urlop. Jeśli ktoś powiedziałby mi, że z przyjemnością będę myła gary w zlewie, to zostałby śmiechem przeze mnie zabity. A tu proszę ;) Z radością moczę ręce w letniej (a nawet całkiem lodowatej wodzie) i wręcz szukam pretekstu, aby odkręcić kran i pochlapać się w wodzie choć przez chwilę.
O gotowaniu nawet nie myślę. Na tapecie non stop sałatki, twarogi i owoce. I kilogramy ogórków małosolnych. Wieczorami zdesperowany i spragniony widocznie treściwszego jadła Dawid, smaży sobie kiełbaski na grillu. Nie wiedziałam, że mój własny, prywatny syn ma zapędy masochistyczne...
Najcenniejszym skarbem są teraz płyny. Woda idzie litrami. Tak dla nas, jak i dla zwierząt. Najlepiej gasi pragnienie woda po ogórkach. Łącznie z psem pijemy ją zachłannie niczym najpyszniejszą ambrozję. Sądzę, że wraz z potem tracimy sole mineralne i nasze organizmy domagają się uzupełnienia niedoborów. Z tego też powodu (choć nie wiem czy kozy się pocą) zakupiłam dla kóz lizawki himalajskie. Zasadniczo przeznaczone dla koni, ale moje kozy zmieniają swe języki w prawdziwe motorki, przepychając się pod nowym smakołykiem i zlizując z apetytem sól. Jak wiadomo, sól wzmaga pragnienie, więc po uzupełnieniu braków minerałów, meczą ponaglająco, a ja latam z wiadrami jak głupia.
I po co mi te lizawki były? Kozy od konia nie umiem rozróżnić? Co prawda Hanka usiłowała dosiąść na oklep Cytrynę, podobnie zresztą jak i Boczka, ale nie znaczy to chyba, że w „Rapsodii” powstała nagle stadnina?
Stadninę ma za to Ajron. Mini- stadninę. Kara klacz i gniady ogier to jego ukochane dzieci. Oprócz dziecka z krwi i kości- Zuzanny, równie jak ojciec czarnowłosej i czarnookiej, która przyjechała do ojca na wakacje i chyba wpadła w oko memu Synu. Synuś oczywiście pary z ust nie puszcza, ale gładko wygolona twarzyczka i opary Gucci Guilty, które go otaczają przed przyjazdem państwa doktorostwa, sugerują mi to i owo ;)
Ze starej miednicy do połowy wkopanej w ziemię, zrobiłam Boczkowi najprawdziwszy basen. Hm... niewdzięcznik zaraz przemienił go w bagienko. Prosiak uwala się w misce i swymi kaprawymi oczkami patrzy z wyższością na kozy, szukające cienia w sadzie. Zazwyczaj go nie znajdują i truchtem wracają do obory, gdzie kładą się na słomie ciężko dysząc. Chyba właśnie w związku z upałem mleczność Cytryny spadła prawie o połowę ;( Saba spędza ranki z Dawidem nad jeziorem, a po powrocie kładzie się w cieniu i przesypia resztę dnia.
I tak przędzie się życie w „Rapsodii” Pomału, leniwie, choć bynajmniej nie nudno. Do jutra.Bo jutro przyjeżdża Emilka...
Znacie to uczucie, gdy spodziewacie się burzy, a wychodzi słońce? Gdy właśnie powiesiłyście tonę pranie na dworze, a zza horyzontu wyłania się czarna, posępna chmura, zwiastująca co najmniej potop? Lecicie w panice, boso i z rozwianym włosem, aby to cholerne pranie ściągnąć z powrotem, z obawą patrzycie w niebo, a z chmurzyska pozostał jedynie łagodny obłoczek... Albo z innej beczki. Dostajecie wezwanie do szefa. Idziecie powoli, z opuszczoną głową, robiąc po drodze rachunek sumienia. Co zbroiłam? Czego znowu będzie się czepiał? Niby czujecie się niewinne, ale wiadomo- szef ma zawsze rację i jak chce, to zawsze znajdzie coś, o co może zmyć Wam głowę. Pukacie do drzwi, wchodzicie niepewnie, nastawione na burzę z piorunami, a szef proponuje Wam podwyżkę, samochód z przystojnym kierowcą i karnet na SPA. No... trochę poleciałam, ale wiecie o co chodzi ;)
Tak też poczułam się, czytając Wasze komentarze pod ostatnim postem. Spodziewałam się dymu, piorunów, może nawet trochę hejtu... Nie doceniłam Was! Z przyjemnością będę kontynuować bloga. Za jakiś czas. Być może któraś z Was będzie chciała przeczytać książkę, aby więc nie spojlerować i zapewnić Wam przyjemność z czytania, wstrzymam się trochę.
Przedstawiam się więc po raz kolejny ;)))Nazywam się Mariola Mężyk. Jestem zamężna, zadzieciona i zapsiona. Przeprowadzam się na wieś i otrzymuję jeszcze więcej dziwnych przymiotników. Zakoziona, zaświniona (ups) i zawetowana. Rycząca czterdziestka. Ryczę ze śmiechu, ze wzruszenia, ze złości i z bezsilności. Prowadzę skomplikowane dyskusje ze swoimi przyjaciółkami i jeszcze trudniejsze sama ze sobą. Czasem robię z igły widły, a czasem wręcz odwrotnie- nie rozumiem problemów, które dla innych są powodem do wiecznego narzekania. Bardzo Was polubiłam i cieszę się, że Wy polubiłyście mnie. Na chwilę znikam- ale uwaga- wrócę ;)
Byłam dziś nad jeziorem. Znajduje się ono ze dwa kilometry od domu, w środku lasu. Wzięłam psa, ręcznik i poszłyśmy sobie spokojnym spacerkiem. Usiadłam na mostku, byle jak zbitym przez jakiegoś wędkarza i kontemplowałam przyrodę. Jeziorko, pewnie polodowcowego pochodzenia, jest niewielkie. O regularnym kształcie, brzegach porośniętych tatarakiem i czystym, zielonym, gładkim lustrze. Co jakiś czas, ryby i ważki tworzyły na lustrze zawirowania. Malutkie punkciki zamieniały się w coraz większe okręgi.
Tak samo stało się z moim blogiem. Najpierw pisałam dla siebie, później dla niewielkiego grona rodziny i znajomych, w końcu trafiłam do Was. Siedziałabym nad tym jeziorem pewnie do samej nocy, gdyby nie nieco mniej przyjemny aspekt nadwodnego ekosystemu. Zaczęły kąsać mnie gzy. Końskie muchy, ślepaki, czy jak tam jeszcze inaczej nazywają się te potwory, które istnieją chyba tylko po to, aby utrudniać życie tak ludziom, jak i zwierzętom. Kąsały mnie również, trochę irracjonalne właściwie, wyrzuty sumienia, dlatego post mój dzisiejszy będzie Fenistilem na moje serce.
Drogie Dziefczyny. Hm... zaczynam „kwokać” tak jak Wy ;) Pozwólcie, że się przedstawię i gwoli ścisłości wyjaśnię kilka spraw.
Nazywam się Joanna Kupniewska i jestem autorką powieści „Dysonanse i harmonie”. Żadną znaną pisarką, broń Boże celebrytką- zwykłą kobietą, która wydała swą debiutancką książkę. Powieść, ku mojej radości (i zdziwieniu) bardzo szybko rozeszła się w mojej rodzinnej miejscowości (czyli Choszcznie właśnie), oraz okolicach i moje czytelniczki czując niedosyt, molestowały mnie o więcej szczegółów, więcej Mariolki, więcej „Rapsodii”. Wpadłam więc na pomysł prowadzenia bloga. Nie ukrywam, że pod wpływem Waszych blogów, które podczytywałam sobie cichaczem i z wielką przyjemnością. Wasze komentarze i zaangażowanie spowodowały, że zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno czytałyście profil Marioli i informacje na bocznym pasku. Dlatego też, na wszelki wypadek, poczuwam się do obowiązku wyjaśnienia kilku spraw.
Mariola jest moim alter ego. Mam albo bujną wyobraźnię, albo początki schizofrenii, bo pisząc, całkowicie wcielałam się w jej postać. Jej przemyślenia są moimi przemyśleniami, jej uczucia moimi, jej łzy- zarówno te ze wzruszenia, jak i z wściekłości- również. Blog zaczął się jako swoiste dopełnienie książki. Opisałam w nim to, co pominęłam w powieści. Chciałam aby czytelnicy lepiej poznali bohaterkę „Dysonansów i harmonii”. Aby w jakiś sposób zaprzyjaźnili się z nią, mogli z nią porozmawiać... Aby poczuli, że jest taką samą kobietą jak one same, ich sąsiadka, pani z poczty, czy dawno niewidziana koleżanka, a nie wyidealizowaną postacią z papierowych stron. Liczne maile do Mariolki utwierdziły mnie w słuszności tego pomysłu.
Z biegiem czasu blog stał się nie Mariolki, tylko mój własny. Cała otoczka, akcja i imiona postaci są fabułą książki, ale wszelkie głębsze przemyślenia powstawały spontanicznie na skutek jakiegoś autentycznego zdarzenia. A to problemu w pracy (jestem fizjoterapeutką), a to rzuconego mimochodem zdania, które mnie wzruszyło lub zbulwersowało, a to sytuacji której byłam świadkiem lub czynnie w niej uczestniczyłam. Na poszczególne posty miały też wpływ rzeczywiste zdarzenia z miejsca mojego zamieszkania i rodzinne zamieszania (Hania i Michalina są moimi najprawdziwszymi siostrzenicami. Ich wariactwa zostały trochę ugładzone, bo w życiu nie uwierzyłybyście, co te dwa czorty potrafią ;)) Tak więc postaci też nie są właściwie wyssane z palca. Są sumą postaci realnych, które otaczają mnie na co dzień. Jurek i Dawid są, wyolbrzymionymi sporo, moimi własnymi mężczyznami, choć niestety Ajrona musiałam już sobie wymyślić ;) Jerzy sapie nieco, że z tak rozbudowanym PR-em, stanie się wkrótce najbardziej znienawidzonym Jerzym w okolicach ;) Anna i Aleksandra to moje siostry, kuzynki i koleżanki. Całkowicie prawdziwy był wiewiór i wszystkie emocje z nim związane. Podobnie z psem, który leży właśnie obok mnie, wymordowany po kąpieli w jeziorze. Tak samo prawdziwa jest Emilka, choć oczywiście inaczej ma na imię i jej sytuacja w rzeczywistości była jeszcze gorsza niż ta przedstawiona w powieści. Obawiam się, że każda z Was zna taką Emilkę, dlatego też uznałam ten wątek za jeden z najważniejszych problemów poruszanych w książce. Gospodarzenie na „Rapsodii” jest po części moje własne (przetwory, sery, nieudany miód z mniszka o konsystencji betonu, itp.) a po części opisem życia na zaprzyjaźnionym gospodarstwie agroturystycznym. Więc również bez ściemy i wymyślania z kosmosu.
Jak pewnie zauważyłyście, post z 21 lipca jest wpisem podsumowywującym (jest takie słowo? Hm... pisarka...;)) Blog zahaczył o mniej więcej 1/3 książki i właśnie się kończy, co nie znaczy, że nie będę do Was zaglądać ;) Uzależniłam się od Waszego pisania ;)Całkiem zresztą prawdopodobne, że nie wytrzymam i pomimo podjętej decyzji, dalej będę się spowiadać lub wyżywać, kontynuując blogowanie;)
Hano, jestem pełna podziwu dla Ciebie i pozostałych dziewczyn. Z Waszą inteligencją, poczuciem humoru i niezwykłą wręcz empatią jesteście naprawdę niesamowitymi kobietami. A Ty jesteś prawdziwą PrezesKurą. Mało kto potrafiłby tak skupić dookoła siebie tylu niezwykłych ludzi.
Bardzo się cieszę, że Pani PrezesKura zgodziła się przyjąć i zlicytować na rzecz Skarpety autorski egzemplarz mojej powieści, z nabazgraną (niczym kura pazurem) na pierwszej stronie dedykacją dla wspaniałych kobiet, jakie tu poznałam.
Mam szczerą nadzieję, że nie czujecie się zmanipulowane, ani nic w tym stylu. Od samego początku na bocznym pasku i w profilu Mariolki wszystko było jasno napisane. Tym bardziej miło mi, że tak żywo i entuzjastycznie reagowałyście na moje kolejne posty. Powieść napisana jest w podobnym tonie i stylu jak powyższy blog, miejscami przemycone są jej fragmenty. Jeśli blog przypadł Wam do gustu, mam nadzieję, że spodoba się również książka.
Pozdrawiam Was serdecznie i życzę wszystkiego najlepszego.
Ps -Jeśli macie chwilę czasu i chęć przeczytania fragmentu powieści, zapraszam tutaj.