Dopadła mnie jakaś depresja.
Mam obniżony nastrój pojawiający się już rano i utrzymujący się przez większość dnia. Bez konkretnego powodu jestem smutna i przygnębiona. Denerwują mnie ludzie. Nie rozumieją bliscy. Wszyscy robią mi na złość i nawet cholernik kot, zamiast przymilnie zamruczeć dziabnął mnie pazurem.
Czyżby miał mi za złe utratę jąder? No, może...
Ale Chłop? Przecież jeszcze go nie wykastrowałam- choć czasami poważnie się nad tym zastanawiam, a wciąż zrzędzi, marudzi, nie robi tego co trzeba, za to co nie trzeba, robi idealnie!
Szybko się męczę i jestem wydrenowana z energii. Straciłam zainteresowanie podstawowymi działaniami: sprzątaniem, zmywaniem czy gotowaniem, a co gorsza również tymi, które powinny przynosić mi przyjemność, na przykład spacerami czy pisaniem. Zapadłam na kompletną anhedonię- najchętniej zakopałabym się w pościeli i przespała z tydzień.
Sama.
Ewentualnie z kotem.
Jak się ogarnie z tymi pazurami oczywiście.
Wypisz wymaluj- kliniczne objawy depresji.
Jedynym objawem, który bezczelnie mnie ominął jest brak apetytu i związana z nim utrata wagi, co paradoksalnie sprawia, że popadam w jeszcze większą depresję, bo za chwilę trzeba będzie zmienić zimowe ciuchy na letnie i dopiero wtedy będę miała prawdziwe powody do depresji.
I skąd to dziadostwo się do mnie przypętało? Nie jest to depresja zimowa, bo zimy jak dotąd ani widu, ani słychu. Nie jest to również depresja nastoletnia, choć często ogarnia mnie rozdrażnienie i drażliwość. Tym bardziej nie poporodowa. No... chyba że złapała mnie z 26-letnim opóźnieniem. Pomimo tego, że często czuję się odrzucona i bywam samotna wśród tłumów, mam nadzieję, że nie jest to również depresja starcza.
Po głębokiej analizie własnego przypadku odrzuciłam też depresję endogenną, reaktywną i lękową. Rozważałam depresję dwubiegunową, bo często zdarza mi się, że w jednej chwili jestem smutna a za moment rżę ze śmiechu. Mam doła, a po chwili podskakuję jak świr w rytm starych rockowych kawałków. Podczas żarcików z koleżankami ni z gruszki, ni z pietruszki zalewam się łzami, bo przypomną mi się makabryczne obrazy popalonych koala i martwych kangurów na tle płonących lasów Australii.
Czasem czuję wręcz we własnym ciele ten żar. Robi mi się duszno i gorąco. Brak mi tchu i kręci mi się w głowie, jakbym jednym duszkiem wypiła z pół flaszki jakiegoś napoju wyskokowego.
Ciemna dupa! A niech to szlag! Masakra!
Przeglądając sobie Internet doszłam do niewątpliwego i nieprzyjemnego wniosku. Jasna cholera!
To nie dwubiegunówka! Nie zimowa ani poporodowa. Nie starcza nawet, choć ta autodiagnoza była najbliższa prawdy.
Dopadło mnie klimakterium! Cholerna menopauza wyciąga szpony!
No nie! Teraz to na bank wpadnę w depresję...
a
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczucia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczucia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 10 stycznia 2020
wtorek, 10 grudnia 2019
Duchowe odwiedziny
„Życie po życiu”, „Życie po śmierci”, jakieś „Czerwone linie”, dowody, tajemnice, przepowiednie, spekulacje, objawienia i tak dalej- każdy znajdzie coś dla siebie na temat pośmiertnego istnienia, czy też nieistnienia.
Nie powiem, że nigdy nie zastanawiałam się nad tymi sprawami, chyba każdy z nas poświęcił kiedyś chwilę lub dwie na takie przemyślenia. Jednak nie wgłębiałam się za bardzo w temat i szczerze mówiąc, nie wiem czy chciałabym znać odpowiedzi na te mistyczne pytania. Nigdy nie udało mi się wywołać ducha, choć pamiętam, że w czasach dzieciństwa uskuteczniało się takie seanse, nigdy żaden mnie nie nawiedził, nie przekonały mnie opowieści znajomych, tym bardziej że opowieści te snute były zazwyczaj po kilku głębszych. Filmy o duchach- cóż... są też filmy o kosmitach albo o tym, że żyli bez kłótni od ślubu do śmierci.
W każdym razie ja nigdy nigdzie nic.
Aż do wczoraj...
Dzień minął normalnie. Bez żadnych nostalgicznych wspominek, oglądania zdjęć czy czegoś w tym stylu. Ogarnęłam chatę, coś tam upichciłam, wieczorem naszło mnie na pieczenie pierniczków i tak zeszło do późnych godzin. Zanim doszła ostatna blacha zrobiła się noc. Pozostali domownicy chrapali już głośno, więc nie chcąc budzić Chłopa pościeliłam sobie w salonie. Pierniki pachniały, w kominku gasły ostatnie iskry, kot drzemał na poduszce „świństwem do góry"...
Już, już miałam odlecieć w senny niebyt, gdy coś wyrwało mnie z objęć Morfeusza. Może było to niespokojne prychnięcie kota, a może trzask wypalonego polana. Usłyszałam cichutkie stukanie pazurków o panele. Lekko ugiął się materac, gdy jakiś ciężar wskoczył na wersalkę. Poczułam jak stworzenie obraca się kilka razy, po czym z zadowolonym westchnieniem zalega w nogach kanapy. Uśmiechnęłam się pod nosem. Saba. I jej odwieczny rytuał. Kładzie się spać na swoim legowisku, a nocą wskakuje na łóżko, wierci się jak fryga, mości i śpi z nami do białego rana, pochrapując pod czarnym nochalem. Czasem powarkuje, innym razem przebiera łapami, jakby biegła gdzieś zapamiętale. Z powrotem zamknęłam oczy i zaczęłam odpływać. Włoski stanęły mi na przedramionach, gdy ocknęłam się z nagle odzyskaną świadomością, że przecież moja Saba nie żyje! Minął prawie rok odkąd odeszła za Tęczowy Most. Zapaliłam światło i wrażenie psiej obecności zniknęło. Nie byłam spanikowana. Nie byłam nawet zdenerwowana. I pewnie potraktowałabym to wszystko jako zwykły sen, gdyby nie fakt, że Kaszotto siedział na swej poduszce, szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w miejsce w nogach kanapy i nerwowo kiwał ogonem.
Czy zwierzęta mają duszę? Czy gdzieś... tam... jest miejsce, do którego udają się po śmierci? Czy naprawdę odwiedziła mnie moja sunia, czy to ja znalazłam się w jakimś miejscu pomiędzy?
Nie wierzę, że tylko człowiek zasługuje na poczesny byt gdzieś tam. Jeśli istnieje sprawiedliwość, to biegamy tam razem. Sześć nóg, dwie głowy i jedno serce.
Nie powiem, że nigdy nie zastanawiałam się nad tymi sprawami, chyba każdy z nas poświęcił kiedyś chwilę lub dwie na takie przemyślenia. Jednak nie wgłębiałam się za bardzo w temat i szczerze mówiąc, nie wiem czy chciałabym znać odpowiedzi na te mistyczne pytania. Nigdy nie udało mi się wywołać ducha, choć pamiętam, że w czasach dzieciństwa uskuteczniało się takie seanse, nigdy żaden mnie nie nawiedził, nie przekonały mnie opowieści znajomych, tym bardziej że opowieści te snute były zazwyczaj po kilku głębszych. Filmy o duchach- cóż... są też filmy o kosmitach albo o tym, że żyli bez kłótni od ślubu do śmierci.
W każdym razie ja nigdy nigdzie nic.
Aż do wczoraj...
Dzień minął normalnie. Bez żadnych nostalgicznych wspominek, oglądania zdjęć czy czegoś w tym stylu. Ogarnęłam chatę, coś tam upichciłam, wieczorem naszło mnie na pieczenie pierniczków i tak zeszło do późnych godzin. Zanim doszła ostatna blacha zrobiła się noc. Pozostali domownicy chrapali już głośno, więc nie chcąc budzić Chłopa pościeliłam sobie w salonie. Pierniki pachniały, w kominku gasły ostatnie iskry, kot drzemał na poduszce „świństwem do góry"...
Już, już miałam odlecieć w senny niebyt, gdy coś wyrwało mnie z objęć Morfeusza. Może było to niespokojne prychnięcie kota, a może trzask wypalonego polana. Usłyszałam cichutkie stukanie pazurków o panele. Lekko ugiął się materac, gdy jakiś ciężar wskoczył na wersalkę. Poczułam jak stworzenie obraca się kilka razy, po czym z zadowolonym westchnieniem zalega w nogach kanapy. Uśmiechnęłam się pod nosem. Saba. I jej odwieczny rytuał. Kładzie się spać na swoim legowisku, a nocą wskakuje na łóżko, wierci się jak fryga, mości i śpi z nami do białego rana, pochrapując pod czarnym nochalem. Czasem powarkuje, innym razem przebiera łapami, jakby biegła gdzieś zapamiętale. Z powrotem zamknęłam oczy i zaczęłam odpływać. Włoski stanęły mi na przedramionach, gdy ocknęłam się z nagle odzyskaną świadomością, że przecież moja Saba nie żyje! Minął prawie rok odkąd odeszła za Tęczowy Most. Zapaliłam światło i wrażenie psiej obecności zniknęło. Nie byłam spanikowana. Nie byłam nawet zdenerwowana. I pewnie potraktowałabym to wszystko jako zwykły sen, gdyby nie fakt, że Kaszotto siedział na swej poduszce, szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w miejsce w nogach kanapy i nerwowo kiwał ogonem.
Czy zwierzęta mają duszę? Czy gdzieś... tam... jest miejsce, do którego udają się po śmierci? Czy naprawdę odwiedziła mnie moja sunia, czy to ja znalazłam się w jakimś miejscu pomiędzy?
Nie wierzę, że tylko człowiek zasługuje na poczesny byt gdzieś tam. Jeśli istnieje sprawiedliwość, to biegamy tam razem. Sześć nóg, dwie głowy i jedno serce.
niedziela, 23 grudnia 2018
Najlepsze prezenty
Uwielbiam przedświąteczny czas!
Lubię zapach choinki, pieczonych pierników i obieranych mandarynek. No... może lekko marszczę nos gdy smażę ryby.
Nie przeszkadzają mi tłumy w marketach ani korki na ulicach. Stojąc w kilometrowej kolejce do kasy obserwuję ludzi i dziwi mnie, że tak się miotają, denerwują, przeklinają i krzywią. Skoro tak bardzo się męczą, dlaczego nie zrobili zakupów wcześniej? Nie zamówili online? W dzisiejszych czasach mamy mnóstwo możliwości. Słucham opowieści jak to jedna rąk nie czuje od lepienia pierogów, druga ma już dość i najchętniej przespałaby całe te święta, a trzecia jęczy, że brakuje jej jeszcze pięciu prezentów. Jezu! Po cholerę aż tak bardzo utrudniamy sobie życie?
Nasza rodzina już dawno ogarnęła świąteczny temat i nie przejmujemy się faktem, że choć święta jeszcze się nawet nie zaczęły, w słoju z piernikami już widać dno.
Gospodarz domu zmienia się co roku. Żarciowo dzielimy się po równo a losowanie prezentów robimy na wspólnym obiedzie, na którym, też tradycyjnie, spotykamy się zawsze pierwszego listopada po wizycie na cmentarzu. I tak już od wielu lat. Bez spinki, zarabiania się i stresu.
Spotykamy się godzinkę wcześniej, dziewczyny szykują jedzenie, panowie rozkładają stół, dzieci nakrywają do uroczystej kolacji, psy kręcą się pod nogami czyhając na okazję. Skłamałabym twierdząc że wszystko idzie jak z płatka. Nie ma aż tak dobrze. Dwa razy posolona woda, spalone naleśniki, przewrócona choinka czy stłuczony talerz zdarza się prawie zawsze. Wrzaski na dzieci, gromy na mężów, czasem nawet jakaś łza spływająca po policzku... Wszystko jednak przestaje być istotne gdy zasiadamy przy stole. Dzieląc się opłatkiem zapominamy o krzywdach i wzajemnie życzymy sobie wszystkiego najlepszego. Po kolacji najmłodsze z dzieci- czyli u nas Michalinka, nurkuje pod choinkę i każdemu wręcza prezent od Mikołaja. Choć w zdecydowanej większości wiemy co znajdziemy w ozdobnym pudełku, ochoczo bierzemy udział w corocznej pantomimie. Zachwycona mina, okrzyk radości i gorące podziękowania dla hojnego świętego. Jest wesoło i gwarno. Na białym obrusie rośnie plama po czerwonym barszczu, w wodzie rozpada się zapomniany pieróg, dzieci wycierają umorusane czekoladą buźki w świeżo wyprane kuchenne ścierki, panowie rozsiadają się wygodne w sofach i włączają telewizor a panie nadrabiają zaległości w plotkach. No, po prostu zwyczajne święta ; )
W miarę możliwości od razu korzystamy z prezentów. Przelewamy herbatę do kubka z reniferem, zakładamy kapcie z kolorowymi pomponami, do przegródki nowego portfela wrzucamy łuskę z grzbietu świątecznego karpia. Otwarcie okazujemy radość z prezentu i cieszymy się patrząc na zadowoloną minę obdarowanego przez nas.
Bo nie rozumiem pojęcia; nietrafiony prezent. Co z tego, że nie potrzebny nam kolejny wyciskacz do czosnku? Że mamy całą szufladę skarpetek i krawatów? Nie nosimy plastikowej biżuterii ani nie lubimy perfum Calvina Kleina? Przecież to wcale nie o to chodzi! Nie chodzi o zwiększenie stanu posiadania, o porównanie co, kto i za ile, o domysły i domniemania. Chodzi o sam fakt, że ktoś zechciał nas czymś obdarować. Że istnieje ktoś, kto chciał nam zrobić przyjemność. Kto poświęcił chwilę, zastanowił się, zadał sobie trud, miał chęć i ją zrealizował. Bo smutną rzeczą jest uświadomienie sobie, że nie ma nikogo kto zechciałby wręczyć nam tę przysłowiową parę skarpet, ale jeszcze smutniejsze gdy sami nie mamy komu tych skarpet podarować.
Wesołych, rodzinno- przyjacielskich Świąt Bożego Narodzenia, kochani! Obyśmy zawsze mieli z kim świętować!
Lubię zapach choinki, pieczonych pierników i obieranych mandarynek. No... może lekko marszczę nos gdy smażę ryby.
Nie przeszkadzają mi tłumy w marketach ani korki na ulicach. Stojąc w kilometrowej kolejce do kasy obserwuję ludzi i dziwi mnie, że tak się miotają, denerwują, przeklinają i krzywią. Skoro tak bardzo się męczą, dlaczego nie zrobili zakupów wcześniej? Nie zamówili online? W dzisiejszych czasach mamy mnóstwo możliwości. Słucham opowieści jak to jedna rąk nie czuje od lepienia pierogów, druga ma już dość i najchętniej przespałaby całe te święta, a trzecia jęczy, że brakuje jej jeszcze pięciu prezentów. Jezu! Po cholerę aż tak bardzo utrudniamy sobie życie?
Nasza rodzina już dawno ogarnęła świąteczny temat i nie przejmujemy się faktem, że choć święta jeszcze się nawet nie zaczęły, w słoju z piernikami już widać dno.
Gospodarz domu zmienia się co roku. Żarciowo dzielimy się po równo a losowanie prezentów robimy na wspólnym obiedzie, na którym, też tradycyjnie, spotykamy się zawsze pierwszego listopada po wizycie na cmentarzu. I tak już od wielu lat. Bez spinki, zarabiania się i stresu.
Spotykamy się godzinkę wcześniej, dziewczyny szykują jedzenie, panowie rozkładają stół, dzieci nakrywają do uroczystej kolacji, psy kręcą się pod nogami czyhając na okazję. Skłamałabym twierdząc że wszystko idzie jak z płatka. Nie ma aż tak dobrze. Dwa razy posolona woda, spalone naleśniki, przewrócona choinka czy stłuczony talerz zdarza się prawie zawsze. Wrzaski na dzieci, gromy na mężów, czasem nawet jakaś łza spływająca po policzku... Wszystko jednak przestaje być istotne gdy zasiadamy przy stole. Dzieląc się opłatkiem zapominamy o krzywdach i wzajemnie życzymy sobie wszystkiego najlepszego. Po kolacji najmłodsze z dzieci- czyli u nas Michalinka, nurkuje pod choinkę i każdemu wręcza prezent od Mikołaja. Choć w zdecydowanej większości wiemy co znajdziemy w ozdobnym pudełku, ochoczo bierzemy udział w corocznej pantomimie. Zachwycona mina, okrzyk radości i gorące podziękowania dla hojnego świętego. Jest wesoło i gwarno. Na białym obrusie rośnie plama po czerwonym barszczu, w wodzie rozpada się zapomniany pieróg, dzieci wycierają umorusane czekoladą buźki w świeżo wyprane kuchenne ścierki, panowie rozsiadają się wygodne w sofach i włączają telewizor a panie nadrabiają zaległości w plotkach. No, po prostu zwyczajne święta ; )
W miarę możliwości od razu korzystamy z prezentów. Przelewamy herbatę do kubka z reniferem, zakładamy kapcie z kolorowymi pomponami, do przegródki nowego portfela wrzucamy łuskę z grzbietu świątecznego karpia. Otwarcie okazujemy radość z prezentu i cieszymy się patrząc na zadowoloną minę obdarowanego przez nas.
Bo nie rozumiem pojęcia; nietrafiony prezent. Co z tego, że nie potrzebny nam kolejny wyciskacz do czosnku? Że mamy całą szufladę skarpetek i krawatów? Nie nosimy plastikowej biżuterii ani nie lubimy perfum Calvina Kleina? Przecież to wcale nie o to chodzi! Nie chodzi o zwiększenie stanu posiadania, o porównanie co, kto i za ile, o domysły i domniemania. Chodzi o sam fakt, że ktoś zechciał nas czymś obdarować. Że istnieje ktoś, kto chciał nam zrobić przyjemność. Kto poświęcił chwilę, zastanowił się, zadał sobie trud, miał chęć i ją zrealizował. Bo smutną rzeczą jest uświadomienie sobie, że nie ma nikogo kto zechciałby wręczyć nam tę przysłowiową parę skarpet, ale jeszcze smutniejsze gdy sami nie mamy komu tych skarpet podarować.
Wesołych, rodzinno- przyjacielskich Świąt Bożego Narodzenia, kochani! Obyśmy zawsze mieli z kim świętować!
sobota, 17 marca 2018
Szura
Ja wiem, że to już się robi nudne, tylko psy i psy, ale dzisiaj zdarzyła się taka historia, że muszę Wam o niej opowiedzieć.
Właściwie nie będzie to opowieść o psach, tylko o sile mediów społecznościowych.
Kto by pomyślał, że Internet będzie miał aż tak wielką siłę przebicia i moc sprawczą. A jednak... Kiedyś ludzie umawiali się na randki w realu. Od razu wiedzieli czy chemia jest, czy nie ma, czy z tej mąki będzie chleb, czy co najwyżej zakalec. Teraz na portalach randkowych każdego wieczoru można zaliczyć choćby ze stu partnerów, a suma sumarum i tak pozostanie się dziewicą [prawiczkiem]. Na zakupy ruszało się z pełnym portfelem i w wygodnych butach. Dzisiaj siadamy przed netem, szast-prast i zakupy zrobione. Nie dość, że kilka kliknięć wystarczyło, to jeszcze same do domu się dostarczą. Brak wiedzy nie jest już [hm...] żadnym problemem, bo wujek Gugiel na każde pytanie odpowie i dodatkowo ze szczegółami na obrazkach pokaże. Języków obcych znać nie trzeba, bo słownik przetłumaczy, funkcja autokorekty eliminuje błędy ortograficzne i tak dalej. A największym chyba przebiciem cieszy się fejsbuk. Ileż osób dzięki niemu zostało odnalezionych [nawet wbrew swej woli], sprzedanych samochodów i rowerów, wymienionych książek i swetrów, odszukanych znajomych i wrogów... Niezmiennie zadziwia mnie moc udostępnień. Ktoś- coś, jeden, drugi, dziesiąty i już pół Polski wie, że dwa małe kotki szukają domu, zgubiła się czarna suczka w czerwonej obroży, a złoty retriever tęskni za swoim właścicielem.
Na swych stronach schroniska dla zwierząt publikują zdjęcia wychowanków, a życzliwi ludzie posyłają w wirtualny świat wołanie o pomoc. Nierzadko zdarza się, że wołanie zyskuje odzew w świecie realnym i jakiś biedak wygrywa nowy dom. Lub odwrotnie- zmartwiony opiekun odzyskuje pupila.
Dostałam dziś maila na messengerze.
Zaczynał się kilkoma zdjęciami. Otworzyłam plik i nie mogłam uwierzyć własnym oczom- na fotkach była moja Sonia! Młodsza, szczuplejsza, w obcym dla mnie, ludzko-psim towarzystwie.
Zamarłam. Po przeczytaniu kilku pierwszych zdań zachciało mi się ryczeć. Jak to- właściciele? Jak to – zaginiona? Odnaleziona? Przeraziłam się, że chcą mi odebrać moją dziewczynkę! Teraz? Jak ją pokochałam? Jak zaaklimatyzowała się w nowym domu, zapomniała o traumatycznych przeżyciach? Przez chwilę chciałam zignorować maila, zamknąć laptopa i udać, że nic się nie zdarzyło. Ale sumienie podgryzało mnie uporczywie: przecież mają prawo, martwili się, kochali, szukali, znaleźli... Na szczęście okazało się, że mogę zatrzymać moją dziewczynkę. Odezwała się do mnie wnuczka nieżyjących właścicieli Soni. Naświetliła sytuację i opowiedziała historię. Okazało się, że po niefortunnych narodzinach na stacji paliwowej i ciężkich pierwszych tygodniach życia dwie małe sunie trafiły do dobrych domów. Szura do dziadków, Ała do rodziców. Przez pięć lat wychowywały się w pełnych miłości domach. Niestety śmierć zabrała właścicieli Szury, a pies znalazł się u kolejnego Pana. Nie wiadomo co się stało, że pewnego razu przeskoczyła przez płot i nie wróciła już do nowego domu. Nie wiadomo gdzie się błąkała i jakie były jej losy, dopóki nie trafiła do choszczeńskiego schroniska. Z moich obliczeń wynika, że cały rok musiała jakoś radzić sobie sama. W marcu 2017 roku podpisałam dokumenty adopcyjne, a rok później wnuczki zmarłego państwa odnalazły Szurę w jednym ze schroniskowych postów. Jakże wielka była ich radość z odkrycia, że Szura jest zdrowa i szczęśliwa! Jakże się ucieszyłam na wieść, że moja Sonia miała spokojną i pełną miłości młodość! Wymieniłyśmy kilka mailów, ja dowiedziałam się o przeszłości Soni, one o przyszłości Szury. Portal rozwiał tajemnice dwóch epok i uspokoił kilka rodzin.
Globalna cyfryzacja i wirtualny ekshibicjonizm mają- jak się okazuje- również swoje dobre strony ;)
Właściwie nie będzie to opowieść o psach, tylko o sile mediów społecznościowych.
Kto by pomyślał, że Internet będzie miał aż tak wielką siłę przebicia i moc sprawczą. A jednak... Kiedyś ludzie umawiali się na randki w realu. Od razu wiedzieli czy chemia jest, czy nie ma, czy z tej mąki będzie chleb, czy co najwyżej zakalec. Teraz na portalach randkowych każdego wieczoru można zaliczyć choćby ze stu partnerów, a suma sumarum i tak pozostanie się dziewicą [prawiczkiem]. Na zakupy ruszało się z pełnym portfelem i w wygodnych butach. Dzisiaj siadamy przed netem, szast-prast i zakupy zrobione. Nie dość, że kilka kliknięć wystarczyło, to jeszcze same do domu się dostarczą. Brak wiedzy nie jest już [hm...] żadnym problemem, bo wujek Gugiel na każde pytanie odpowie i dodatkowo ze szczegółami na obrazkach pokaże. Języków obcych znać nie trzeba, bo słownik przetłumaczy, funkcja autokorekty eliminuje błędy ortograficzne i tak dalej. A największym chyba przebiciem cieszy się fejsbuk. Ileż osób dzięki niemu zostało odnalezionych [nawet wbrew swej woli], sprzedanych samochodów i rowerów, wymienionych książek i swetrów, odszukanych znajomych i wrogów... Niezmiennie zadziwia mnie moc udostępnień. Ktoś- coś, jeden, drugi, dziesiąty i już pół Polski wie, że dwa małe kotki szukają domu, zgubiła się czarna suczka w czerwonej obroży, a złoty retriever tęskni za swoim właścicielem.
Na swych stronach schroniska dla zwierząt publikują zdjęcia wychowanków, a życzliwi ludzie posyłają w wirtualny świat wołanie o pomoc. Nierzadko zdarza się, że wołanie zyskuje odzew w świecie realnym i jakiś biedak wygrywa nowy dom. Lub odwrotnie- zmartwiony opiekun odzyskuje pupila.
Dostałam dziś maila na messengerze.
Zaczynał się kilkoma zdjęciami. Otworzyłam plik i nie mogłam uwierzyć własnym oczom- na fotkach była moja Sonia! Młodsza, szczuplejsza, w obcym dla mnie, ludzko-psim towarzystwie.
Zamarłam. Po przeczytaniu kilku pierwszych zdań zachciało mi się ryczeć. Jak to- właściciele? Jak to – zaginiona? Odnaleziona? Przeraziłam się, że chcą mi odebrać moją dziewczynkę! Teraz? Jak ją pokochałam? Jak zaaklimatyzowała się w nowym domu, zapomniała o traumatycznych przeżyciach? Przez chwilę chciałam zignorować maila, zamknąć laptopa i udać, że nic się nie zdarzyło. Ale sumienie podgryzało mnie uporczywie: przecież mają prawo, martwili się, kochali, szukali, znaleźli... Na szczęście okazało się, że mogę zatrzymać moją dziewczynkę. Odezwała się do mnie wnuczka nieżyjących właścicieli Soni. Naświetliła sytuację i opowiedziała historię. Okazało się, że po niefortunnych narodzinach na stacji paliwowej i ciężkich pierwszych tygodniach życia dwie małe sunie trafiły do dobrych domów. Szura do dziadków, Ała do rodziców. Przez pięć lat wychowywały się w pełnych miłości domach. Niestety śmierć zabrała właścicieli Szury, a pies znalazł się u kolejnego Pana. Nie wiadomo co się stało, że pewnego razu przeskoczyła przez płot i nie wróciła już do nowego domu. Nie wiadomo gdzie się błąkała i jakie były jej losy, dopóki nie trafiła do choszczeńskiego schroniska. Z moich obliczeń wynika, że cały rok musiała jakoś radzić sobie sama. W marcu 2017 roku podpisałam dokumenty adopcyjne, a rok później wnuczki zmarłego państwa odnalazły Szurę w jednym ze schroniskowych postów. Jakże wielka była ich radość z odkrycia, że Szura jest zdrowa i szczęśliwa! Jakże się ucieszyłam na wieść, że moja Sonia miała spokojną i pełną miłości młodość! Wymieniłyśmy kilka mailów, ja dowiedziałam się o przeszłości Soni, one o przyszłości Szury. Portal rozwiał tajemnice dwóch epok i uspokoił kilka rodzin.
Globalna cyfryzacja i wirtualny ekshibicjonizm mają- jak się okazuje- również swoje dobre strony ;)
środa, 1 listopada 2017
Rozwiane złudzenia
Dzień Wszystkich Świętych dobiegł końca.
W mojej rodzinie tradycją jest, że po mszy i wizytach na grobach naszych bliskich spotykamy się na rodzinnym obiedzie. Trochę powspominamy, pooglądamy stare zdjęcia, porozmawiamy, po prostu pobędziemy razem.
W tym roku stało się inaczej. Zamiast jeść obiad w miłej atmosferze, znalazłam się na posterunku policji, bynajmniej nie w sympatycznym nastroju.
Zaczęło się jak zwykle. Na mieście korki, zawalone parkingi, niedzielni kierowcy wykonujący nadzwyczajne manewry- normalka. Na głównych skrzyżowaniach i w pobliżu cmentarza niebiesko od policyjnych kogutów. Panowie policjanci kierują ruchem, pilnują bezpieczeństwa, starają się aby ten dzień minął bez większych nieprzyjemności. Niestety, w moim przypadku stało się odwrotnie...
Może to niemodne, ale do tej pory miałam bardzo dobre zdanie o choszczeńskiej policji. W dużym stopniu pewnie wynika to z racji kilkupokoleniowej już tradycji. Mój Tata był policjantem, jego Brat, teraz kuzynostwo tak po mieczu, jak i po kądzieli. Jednym słowem- policja to nasi ;)
Jako że pogoda była pod, notabene, przysłowiowym psem, Dawid wysadził nas przy cmentarzu i pojechał poszukać miejsca do zaparkowania samochodu. Dziewczyny z dziećmi poszły na groby a ja, czekając na syna, chcąc nie chcąc obserwowałam policjanta pilnującego porządku przy jednym z wjazdów na cmentarz.
Rozumiem, że praca w taki dzień to nic przyjemnego. Jestem w stanie pojąć, że ktoś ma zły humor. Mogę sobie wyobrazić, że nie było jak się odstresować, bo na przykład żonę z rana głowa bolała, ale wyładowywanie swoich frustracji na przypadkowych kierowcach jest dla mnie nie do przyjęcia. Najpierw w niegrzeczny sposób pogonił kilku z nich, chcących zaparkować zbyt blisko wjazdu. Gdy nadjechało kolejne auto, na władcze machnięcie ręką kierowca zareagował pytaniem: „Dlaczego? Miejsca dużo, zakazu nie ma...” No i rozpętała się furia. Policjant podbiegł do samochodu, gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi, zaczął wyzywać i straszyć bezczelnego kierowcę.
Nie widziałam finału, bo przyszedł Dawid i weszliśmy na cmentarz. Zapaliliśmy znicze, pomodliliśmy się, zrobiliśmy obchód grobów. Lało jak z cebra i dziewczynki zaczęły marudzić, więc postanowiliśmy się zbierać. Młody poszedł po auto, a my z powrotem na parking. Sfrustrowany policjant był tam nadal. Akurat zwierzał się jakimś swoim znajomym, że taki jego pieski los. I wiecie co? Sama bluznę. Czasami nawet publicznie. Lecz gdy słyszy się niecenzuralne słowa z prędkością strzałów z karabinu maszynowego wydobywające się z ust ubranego w mundur i będącego na służbie w publicznym miejscu policjanta, robi się tak jakoś nieprzyjemnie. Korki i zwiększony ruch spowodowały, że czekałyśmy na Dawida dobre dwadzieścia minut. Przez ten czas nieszczęśliwy, ubrany na niebiesko pan pogonił kilku kierowców, opierniczył idącą zbyt wolno starszą panią i pogroził pięścią grupie nastolatków. Zmęczone dziewczynki przestępowały z nogi na nogę, gdy w końcu nadjechało nasze auto. Zwinęłyśmy parasolki i z westchnieniem ulgi wpakowałyśmy się do samochodu. Dawid już ruszał, gdy powstrzymało nas wściekłe walenie w okno.
-Ty gówniarzu! Zabroniłem ci się zatrzymywać!
-Ale przecież pasażerowie nie dadzą rady wskoczyć w biegu. Rozejrzałem się. Nic za mną nie jedzie, nikt nie wyjeżdża z parkingu, przecież nie tamuję ruchu.
-TY GÓWNIARZU! Będziesz ZE MNĄ dyskutował? Zakazałem stawać, a mimo to TE dalej PAKUJĄ SIĘ do środka!
I dawaj, huzia na Józia. Rzucał inwektywami, darł się jak opętany, straszył zabraniem prawa jazdy, nie bacząc na obecne w aucie dzieci, ani na korek, który tworzył się za nami. Jedynie wzgląd na dziewczynki i Dawida powstrzymał mnie przed zrobieniem natychmiastowej awantury. Roztrzęsieni pojechaliśmy do domu, wypakowaliśmy towarzystwo i wróciliśmy. Prosto na komendę.
Nigdy w życiu na nikogo nie naskarżyłam. Nigdy nawet przez myśl nie przemknęło mi, że pójdę na komendę złożyć skargę. W najgorszych koszmarach nie wyobrażałam sobie, że takie traktowanie spotka mnie ze strony policjanta! Człowieka, który zawsze był dla mnie godny zaufania, do którego czułam szacunek, który był dla mnie, może naiwnie, wzorem do naśladowania.
I wiecie co dołuje mnie najbardziej? To, że na instytucję patrzy się jednak przez pryzmat jednostki. Jeden człowiek potrafi zniszczyć prestiż całej grupy zawodowej. Jest jak kret, który podkopuje zaufanie, będące przecież podstawą współpracy policji z resztą świata. Bez zaufania i szacunku społeczeństwa praca policjanta po prostu mija się z celem.
Jeden człowiek podkopał moją wiarę w całą policję. Wiem, że wciąż pracują tam ludzie tacy jak mój Tato, jego Brat, moi kuzyni. Policjanci, którzy są dla ludzi, a nie przeciw nim.
A jednak nie jest już tak, jak było jeszcze dziś rano.
W mojej rodzinie tradycją jest, że po mszy i wizytach na grobach naszych bliskich spotykamy się na rodzinnym obiedzie. Trochę powspominamy, pooglądamy stare zdjęcia, porozmawiamy, po prostu pobędziemy razem.
W tym roku stało się inaczej. Zamiast jeść obiad w miłej atmosferze, znalazłam się na posterunku policji, bynajmniej nie w sympatycznym nastroju.
Zaczęło się jak zwykle. Na mieście korki, zawalone parkingi, niedzielni kierowcy wykonujący nadzwyczajne manewry- normalka. Na głównych skrzyżowaniach i w pobliżu cmentarza niebiesko od policyjnych kogutów. Panowie policjanci kierują ruchem, pilnują bezpieczeństwa, starają się aby ten dzień minął bez większych nieprzyjemności. Niestety, w moim przypadku stało się odwrotnie...
Może to niemodne, ale do tej pory miałam bardzo dobre zdanie o choszczeńskiej policji. W dużym stopniu pewnie wynika to z racji kilkupokoleniowej już tradycji. Mój Tata był policjantem, jego Brat, teraz kuzynostwo tak po mieczu, jak i po kądzieli. Jednym słowem- policja to nasi ;)
Jako że pogoda była pod, notabene, przysłowiowym psem, Dawid wysadził nas przy cmentarzu i pojechał poszukać miejsca do zaparkowania samochodu. Dziewczyny z dziećmi poszły na groby a ja, czekając na syna, chcąc nie chcąc obserwowałam policjanta pilnującego porządku przy jednym z wjazdów na cmentarz.
Rozumiem, że praca w taki dzień to nic przyjemnego. Jestem w stanie pojąć, że ktoś ma zły humor. Mogę sobie wyobrazić, że nie było jak się odstresować, bo na przykład żonę z rana głowa bolała, ale wyładowywanie swoich frustracji na przypadkowych kierowcach jest dla mnie nie do przyjęcia. Najpierw w niegrzeczny sposób pogonił kilku z nich, chcących zaparkować zbyt blisko wjazdu. Gdy nadjechało kolejne auto, na władcze machnięcie ręką kierowca zareagował pytaniem: „Dlaczego? Miejsca dużo, zakazu nie ma...” No i rozpętała się furia. Policjant podbiegł do samochodu, gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi, zaczął wyzywać i straszyć bezczelnego kierowcę.
Nie widziałam finału, bo przyszedł Dawid i weszliśmy na cmentarz. Zapaliliśmy znicze, pomodliliśmy się, zrobiliśmy obchód grobów. Lało jak z cebra i dziewczynki zaczęły marudzić, więc postanowiliśmy się zbierać. Młody poszedł po auto, a my z powrotem na parking. Sfrustrowany policjant był tam nadal. Akurat zwierzał się jakimś swoim znajomym, że taki jego pieski los. I wiecie co? Sama bluznę. Czasami nawet publicznie. Lecz gdy słyszy się niecenzuralne słowa z prędkością strzałów z karabinu maszynowego wydobywające się z ust ubranego w mundur i będącego na służbie w publicznym miejscu policjanta, robi się tak jakoś nieprzyjemnie. Korki i zwiększony ruch spowodowały, że czekałyśmy na Dawida dobre dwadzieścia minut. Przez ten czas nieszczęśliwy, ubrany na niebiesko pan pogonił kilku kierowców, opierniczył idącą zbyt wolno starszą panią i pogroził pięścią grupie nastolatków. Zmęczone dziewczynki przestępowały z nogi na nogę, gdy w końcu nadjechało nasze auto. Zwinęłyśmy parasolki i z westchnieniem ulgi wpakowałyśmy się do samochodu. Dawid już ruszał, gdy powstrzymało nas wściekłe walenie w okno.
-Ty gówniarzu! Zabroniłem ci się zatrzymywać!
-Ale przecież pasażerowie nie dadzą rady wskoczyć w biegu. Rozejrzałem się. Nic za mną nie jedzie, nikt nie wyjeżdża z parkingu, przecież nie tamuję ruchu.
-TY GÓWNIARZU! Będziesz ZE MNĄ dyskutował? Zakazałem stawać, a mimo to TE dalej PAKUJĄ SIĘ do środka!
I dawaj, huzia na Józia. Rzucał inwektywami, darł się jak opętany, straszył zabraniem prawa jazdy, nie bacząc na obecne w aucie dzieci, ani na korek, który tworzył się za nami. Jedynie wzgląd na dziewczynki i Dawida powstrzymał mnie przed zrobieniem natychmiastowej awantury. Roztrzęsieni pojechaliśmy do domu, wypakowaliśmy towarzystwo i wróciliśmy. Prosto na komendę.
Nigdy w życiu na nikogo nie naskarżyłam. Nigdy nawet przez myśl nie przemknęło mi, że pójdę na komendę złożyć skargę. W najgorszych koszmarach nie wyobrażałam sobie, że takie traktowanie spotka mnie ze strony policjanta! Człowieka, który zawsze był dla mnie godny zaufania, do którego czułam szacunek, który był dla mnie, może naiwnie, wzorem do naśladowania.
I wiecie co dołuje mnie najbardziej? To, że na instytucję patrzy się jednak przez pryzmat jednostki. Jeden człowiek potrafi zniszczyć prestiż całej grupy zawodowej. Jest jak kret, który podkopuje zaufanie, będące przecież podstawą współpracy policji z resztą świata. Bez zaufania i szacunku społeczeństwa praca policjanta po prostu mija się z celem.
Jeden człowiek podkopał moją wiarę w całą policję. Wiem, że wciąż pracują tam ludzie tacy jak mój Tato, jego Brat, moi kuzyni. Policjanci, którzy są dla ludzi, a nie przeciw nim.
A jednak nie jest już tak, jak było jeszcze dziś rano.
sobota, 11 marca 2017
Siła imienia
Był już post o sile spojrzenia, dziś muszę, po prostu muszę napisać o sile imienia. Albo się uduszę ;)
Od wczoraj jestem dumną i szczęśliwą posiadaczką nowego psa. Słodka jest. Mądra, piękna, pojętna, wrażliwa itd. Itp. Ale bezimienna.
Aby zaradzić temu niedopatrzeniu, w Rapsodii odbył się rodzinny zjazd z noclegiem. Anka, Olka z dziewczynkami i ja zrobiłyśmy prawdziwą burzę mózgów, bo imię to imię. Może być zwykłe i proste, ale musi być przemyślane. Musi pasować do psa jak smycz, obroża czy buda [tymczasowa na razie].
Dziewczynki rzuciły świetną myśl, żeby imię zaczynało się na „S”- tak jak imię Saby. No to burza mózgów zawrzała. Sparta- bo już się pewnie w życiu nawalczyła, Szansa- bo wiadomo, Samba- bo jak biegnie to tak zalotnie kręci bioderkami, Sarna- bo takie nogi zgrabne i długie, Salami- bo pewnie lubi...
Tu się oburzyłam. Nie będę psa truć solą i konserwantami. O nie! Niech Jurek i Dawid sobie jedzą!
I tak leciały propozycje jedna za drugą. Dzieci dawno się znudziły i poszły z Bezimienną na spacer, a dziewczyny się rozochociły i propozycje stawały się coraz bardziej perwersyjne. Flaszka wina, w której już było widać dno, też pewnie miała jakiś niewielki wpływ na ten fakt.
-Może Nefretete, bo tak się wyłoniła z tej brudnej piany po kąpieli niczym bogini jaka?- zaproponowała Anka.
-Durna jesteś, to była Afrodyta- uświadomiła nas Olka.- Poza tym miało być na „S”.
– Oooo- ucieszyła się mitologiczna laiczka- w takim razie mam- Sulejka! Ona taka nieco czarniawa.
Wybuchnęłyśmy śmiechem, bo pewien nasz znajomy poczuł po pięćdziesiątce drugą młodość, zostawił żonę, wyjechał na zgniły Zachód i ożenił się z Zulejką. Czarniawą.
Durnowaty śmiech zerwał chyba wszystkie tamy przyzwoitości. Bardzo szybko Sulejka zamieniła się w Stulejkę.
-Dlaczego Stulejka?- zbulwersowała się Anka- to już lepiej porządna Polucja. Albo nie. Jeszcze lepiej- Erekcja.
- No wiesz co...- Olka nie była przekonana.- Przecież to w końcu kobieta. Może Menstruacja? W skrócie będzie się wołać Ciotka.
Boże!!! Padłyśmy na podłogę i tarzałyśmy się ze śmiechu. Nie usłyszałyśmy jak wróciły dzieci z lekko zziajanym psem. Hanka chwilę patrzyła na nas w milczeniu. Widząc, że nie reagujemy na jej potępiający wzrok lekko pociągnęła smycz.
- Choć Sonia. Pójdziemy do sadu.
Do niedawna bezimienna machnęła ogonem i radośnie wytuptała za dziewczynkami a my zaniemówiłyśmy. Tak. Sonia. Pięknie, prosto i na „S”. Saba i Sonia- super sunie ;)
I tak jedna z wielu schroniskowych Miś przeistoczyła się w jedyną, wyjątkową Sonię ;).
Spragnionych fotek zapraszam na facebuka, bo tutaj coś nie chce się więcej wkleić ;/
Od wczoraj jestem dumną i szczęśliwą posiadaczką nowego psa. Słodka jest. Mądra, piękna, pojętna, wrażliwa itd. Itp. Ale bezimienna.
Aby zaradzić temu niedopatrzeniu, w Rapsodii odbył się rodzinny zjazd z noclegiem. Anka, Olka z dziewczynkami i ja zrobiłyśmy prawdziwą burzę mózgów, bo imię to imię. Może być zwykłe i proste, ale musi być przemyślane. Musi pasować do psa jak smycz, obroża czy buda [tymczasowa na razie].
Dziewczynki rzuciły świetną myśl, żeby imię zaczynało się na „S”- tak jak imię Saby. No to burza mózgów zawrzała. Sparta- bo już się pewnie w życiu nawalczyła, Szansa- bo wiadomo, Samba- bo jak biegnie to tak zalotnie kręci bioderkami, Sarna- bo takie nogi zgrabne i długie, Salami- bo pewnie lubi...
Tu się oburzyłam. Nie będę psa truć solą i konserwantami. O nie! Niech Jurek i Dawid sobie jedzą!
I tak leciały propozycje jedna za drugą. Dzieci dawno się znudziły i poszły z Bezimienną na spacer, a dziewczyny się rozochociły i propozycje stawały się coraz bardziej perwersyjne. Flaszka wina, w której już było widać dno, też pewnie miała jakiś niewielki wpływ na ten fakt.
-Może Nefretete, bo tak się wyłoniła z tej brudnej piany po kąpieli niczym bogini jaka?- zaproponowała Anka.
-Durna jesteś, to była Afrodyta- uświadomiła nas Olka.- Poza tym miało być na „S”.
– Oooo- ucieszyła się mitologiczna laiczka- w takim razie mam- Sulejka! Ona taka nieco czarniawa.
Wybuchnęłyśmy śmiechem, bo pewien nasz znajomy poczuł po pięćdziesiątce drugą młodość, zostawił żonę, wyjechał na zgniły Zachód i ożenił się z Zulejką. Czarniawą.
Durnowaty śmiech zerwał chyba wszystkie tamy przyzwoitości. Bardzo szybko Sulejka zamieniła się w Stulejkę.
-Dlaczego Stulejka?- zbulwersowała się Anka- to już lepiej porządna Polucja. Albo nie. Jeszcze lepiej- Erekcja.
- No wiesz co...- Olka nie była przekonana.- Przecież to w końcu kobieta. Może Menstruacja? W skrócie będzie się wołać Ciotka.
Boże!!! Padłyśmy na podłogę i tarzałyśmy się ze śmiechu. Nie usłyszałyśmy jak wróciły dzieci z lekko zziajanym psem. Hanka chwilę patrzyła na nas w milczeniu. Widząc, że nie reagujemy na jej potępiający wzrok lekko pociągnęła smycz.
- Choć Sonia. Pójdziemy do sadu.
Do niedawna bezimienna machnęła ogonem i radośnie wytuptała za dziewczynkami a my zaniemówiłyśmy. Tak. Sonia. Pięknie, prosto i na „S”. Saba i Sonia- super sunie ;)
I tak jedna z wielu schroniskowych Miś przeistoczyła się w jedyną, wyjątkową Sonię ;).
Spragnionych fotek zapraszam na facebuka, bo tutaj coś nie chce się więcej wkleić ;/
niedziela, 5 marca 2017
Siła spojrzenia
Różne mamy oczy. Niebieskie, zielone, piwne, czasem czerwone i podpuchnięte. Duże, okolone firanką rzęs, małe, okrągłe, skośne i jakie tam jeszcze chcecie. Różnie ich używamy. Czasami widzimy, czasami tylko patrzymy i nic nie widzimy. Patrzymy tępo, inteligentnie, smutno, wesoło, zalotnie [albo jedynie wydaje nam się że zalotnie], groźnie, lękliwie... Że tak polecę sloganem- oczy to zwierciadło duszy. I pewne brązowe, przerażone oczy z wielką mocą odbiły się w mojej duszy.
Moja przyjaciółka Beti pracuje społecznie w choszczeńskim schronisku. Oj, naoglądała się tam dziewczyna przeróżnych nieszczęść i tragedii, ale również wielkich radości, gdy pies trafił na swojego ludzia i bez tęsknoty, bez ostatniego machnięcia ogonem żegnał się ze swoim sierocińcem. Beata co jakiś czas podrzuca mi [i wszystkim kto chce oglądać] fotki swoich podopiecznych i opowiada jakie to wspaniałe charaktery, oddani przyjaciele i biedne istoty.
W końcu przekonała i mnie.
Nie cierpię na brak zwierząt, a nawet wręcz przeciwnie, ale wszystkie moje czworonogi to dziwolągi. Kot przyjaźni się z myszami, Boczek odda się każdemu za kawałek jabłka, a pies każdego potencjalnego złodzieja zalizałby z miłości na śmierć. Pomyślałam więc sobie, że przyda się jakiś porządny stróż. Pies sporych gabarytów, z odpowiednio basowym szczekiem i budzącą respekt facjatą. Pies za nic mający fotele i ciepłe legowisko przed kominkiem. Jednym słowem- Facet przez duże F. Beti bardzo szybko znalazła mi odpowiedniego kandydata. Huskypodobny, pięcioletni, energiczny z jednym błękitnym a drugim brązowym okiem, a oba błyskały równie inteligentnie.
Poszłam więc zapoznać się z owym kawalerem. Schronisko Beaty jest porządnym miejscem. Zanim powierzą wychowanka nowym opiekunom, robią dokładny wywiad. Najpierw spotkanie oko w oko, spacer, konfrontacja z pozostałymi czworonożnymi mieszkańcami przyszłego domu. Solidna firma, mająca na uwadze dobro zarówno psa, jak i jego potencjalnego człowieka. Spotkanie oko w oko poszło tak sobie. Zarówno brązowe jak i błękitne łypało na mnie nieufnie, a z huskyowego pyska pryskały kropelki śliny. Ujadał groźnie aż do momentu, w którym Beti założyła mu obrożę i kaganiec. No, w końcu chciałam Faceta... Wzięłam smycz i poszliśmy na spacer. Facet ciągnął jak głupi nie bacząc, że obroża wrzyna mu się w szyję. Dyszał i ciągnął, a ja z całej siły próbowałam go utrzymać, ślizgając się po błotnistych ścieżkach. Po chwili oboje dyszeliśmy w tym samym rytmie. I mam wrażenie, że podobnie wywalaliśmy jęzory... Gdy już trochę się wybiegał usiłowałam nawiązać z nim kontakt. Podrapać za uszami, spojrzeć w oczy, dać smakołyka. Pomimo starań Beti jakoś nie udało się nam nawiązać nici porozumienia. Wracałam z mieszanymi uczuciami. Usprawiedliwiałam Miśka [bo wszystkie psy w schronie to Miśki albo Misie], bo przecież schronisko to nie trzygwiazdkowy hotel z sauną i jacuzzi, pies ma swoje lata i ukształtowany charakter i niby z jakiej paki miał mi tak od razu zaufać? Prawie przekonałam sama siebie i już umówiłam się z Beatą na spacer następnego dnia, gdy zobaczyłam ją...
Misiek niezmordowanie parł do przodu, a ja zastygłam. W boksie obok, zwinięta w kulkę, leżała kupka nieszczęścia. Skołtunione kudły śmierdziały z daleka, żebra prawie przecinały skórę, leżała nieruchomo i patrzyła na mnie. Ale jak! Wielkie, brązowe oczy były pełne smutku i beznadziei. Nie zważając na huskiego uklękłam pod boksem.
-Misia... Misiunia...
Kulka wstała i podeszła do kraty. Smród uderzył mnie w nozdrza, ale był on zupełnie nieważny. Ważne były jej oczy. Coś w nich błysnęło. Nadzieja? Oddanie? Obietnica? Beti odprowadziła Miśka do jego boksu i bez pytania weszła do boksu Misi. Założyła jej obrożę i podała mi smycz.
- Trafiła do nas przedwczoraj. Idźcie. Czuję, że tym razem nie będę wam potrzebna.
Szła tak, jakby nigdy nic innego nie robiła. Grzecznie, przy nodze, co chwila zerkała na mnie z niepokojem. Jej tylne nogi drżały mocno. Nie wiem, czy ze strachu, z nerwów, czy z emocji. Po jakimś czasie drżenie ustało a w jej oczach pojawiła się radość. Malutka, niepewna, gotowa ulecieć w jednej chwili. Usiadłam na zwalonym pniaku. Misia stanęła niepewnie a po chwili z własnej woli podeszła i wtuliła głowę pod moją pachę. Popłakałam się. Gdyby zależało to tylko ode mnie już, natychmiast, w jednej sekundzie wpakowałabym ją do samochodu i wróciłybyśmy do Jagodzic. Lecz przepisy przepisami. Jutro wrócę tu z moją Sabą i gdy tylko konfrontacja okaże się udana zabieram obie do domu.
Do domu!!!
Ps. następnego dnia.
Spotkanie obu suń przeszło bezproblemowo. Może nie zapałały do siebie jakąś nagłą miłością, ale nie było również żadnej agresji. Ot, umiarkowane, obustronne zainteresowanie.
Czuję, że będzie dobrze.
Hm... i znowu nie mam groźnego stróża...
Moja przyjaciółka Beti pracuje społecznie w choszczeńskim schronisku. Oj, naoglądała się tam dziewczyna przeróżnych nieszczęść i tragedii, ale również wielkich radości, gdy pies trafił na swojego ludzia i bez tęsknoty, bez ostatniego machnięcia ogonem żegnał się ze swoim sierocińcem. Beata co jakiś czas podrzuca mi [i wszystkim kto chce oglądać] fotki swoich podopiecznych i opowiada jakie to wspaniałe charaktery, oddani przyjaciele i biedne istoty.
W końcu przekonała i mnie.
Nie cierpię na brak zwierząt, a nawet wręcz przeciwnie, ale wszystkie moje czworonogi to dziwolągi. Kot przyjaźni się z myszami, Boczek odda się każdemu za kawałek jabłka, a pies każdego potencjalnego złodzieja zalizałby z miłości na śmierć. Pomyślałam więc sobie, że przyda się jakiś porządny stróż. Pies sporych gabarytów, z odpowiednio basowym szczekiem i budzącą respekt facjatą. Pies za nic mający fotele i ciepłe legowisko przed kominkiem. Jednym słowem- Facet przez duże F. Beti bardzo szybko znalazła mi odpowiedniego kandydata. Huskypodobny, pięcioletni, energiczny z jednym błękitnym a drugim brązowym okiem, a oba błyskały równie inteligentnie.
Poszłam więc zapoznać się z owym kawalerem. Schronisko Beaty jest porządnym miejscem. Zanim powierzą wychowanka nowym opiekunom, robią dokładny wywiad. Najpierw spotkanie oko w oko, spacer, konfrontacja z pozostałymi czworonożnymi mieszkańcami przyszłego domu. Solidna firma, mająca na uwadze dobro zarówno psa, jak i jego potencjalnego człowieka. Spotkanie oko w oko poszło tak sobie. Zarówno brązowe jak i błękitne łypało na mnie nieufnie, a z huskyowego pyska pryskały kropelki śliny. Ujadał groźnie aż do momentu, w którym Beti założyła mu obrożę i kaganiec. No, w końcu chciałam Faceta... Wzięłam smycz i poszliśmy na spacer. Facet ciągnął jak głupi nie bacząc, że obroża wrzyna mu się w szyję. Dyszał i ciągnął, a ja z całej siły próbowałam go utrzymać, ślizgając się po błotnistych ścieżkach. Po chwili oboje dyszeliśmy w tym samym rytmie. I mam wrażenie, że podobnie wywalaliśmy jęzory... Gdy już trochę się wybiegał usiłowałam nawiązać z nim kontakt. Podrapać za uszami, spojrzeć w oczy, dać smakołyka. Pomimo starań Beti jakoś nie udało się nam nawiązać nici porozumienia. Wracałam z mieszanymi uczuciami. Usprawiedliwiałam Miśka [bo wszystkie psy w schronie to Miśki albo Misie], bo przecież schronisko to nie trzygwiazdkowy hotel z sauną i jacuzzi, pies ma swoje lata i ukształtowany charakter i niby z jakiej paki miał mi tak od razu zaufać? Prawie przekonałam sama siebie i już umówiłam się z Beatą na spacer następnego dnia, gdy zobaczyłam ją...
Misiek niezmordowanie parł do przodu, a ja zastygłam. W boksie obok, zwinięta w kulkę, leżała kupka nieszczęścia. Skołtunione kudły śmierdziały z daleka, żebra prawie przecinały skórę, leżała nieruchomo i patrzyła na mnie. Ale jak! Wielkie, brązowe oczy były pełne smutku i beznadziei. Nie zważając na huskiego uklękłam pod boksem.
-Misia... Misiunia...
Kulka wstała i podeszła do kraty. Smród uderzył mnie w nozdrza, ale był on zupełnie nieważny. Ważne były jej oczy. Coś w nich błysnęło. Nadzieja? Oddanie? Obietnica? Beti odprowadziła Miśka do jego boksu i bez pytania weszła do boksu Misi. Założyła jej obrożę i podała mi smycz.
- Trafiła do nas przedwczoraj. Idźcie. Czuję, że tym razem nie będę wam potrzebna.
Szła tak, jakby nigdy nic innego nie robiła. Grzecznie, przy nodze, co chwila zerkała na mnie z niepokojem. Jej tylne nogi drżały mocno. Nie wiem, czy ze strachu, z nerwów, czy z emocji. Po jakimś czasie drżenie ustało a w jej oczach pojawiła się radość. Malutka, niepewna, gotowa ulecieć w jednej chwili. Usiadłam na zwalonym pniaku. Misia stanęła niepewnie a po chwili z własnej woli podeszła i wtuliła głowę pod moją pachę. Popłakałam się. Gdyby zależało to tylko ode mnie już, natychmiast, w jednej sekundzie wpakowałabym ją do samochodu i wróciłybyśmy do Jagodzic. Lecz przepisy przepisami. Jutro wrócę tu z moją Sabą i gdy tylko konfrontacja okaże się udana zabieram obie do domu.
Do domu!!!
Ps. następnego dnia.
Spotkanie obu suń przeszło bezproblemowo. Może nie zapałały do siebie jakąś nagłą miłością, ale nie było również żadnej agresji. Ot, umiarkowane, obustronne zainteresowanie.
Czuję, że będzie dobrze.
Hm... i znowu nie mam groźnego stróża...
poniedziałek, 19 grudnia 2016
Kosmos
W sobotni wieczór okutana w sweter, koc i wełnianą czapkę usiadłam sobie na tarasie. Z moich ust, niczym z ust palacza, którym byłam wcale nie tak dawno temu, wydobywały się chmury siwej pary, ręce zgrabiały prawie momentalnie, ale niebo nade mną było tak pełne gwiazd, że zastygłam. No, pewien wpływ na zastygnięcie miał też pewnie fakt, że siedzisko rattanowego fotela przymarzło mi do tyłka ;)
Oparłam głowę na oparciu i zapatrzyłam się w ogromne, absolutnie czarne, przepastne, gigantyczne niebo i połyskliwą, jasną wstęgę mrugającą milionem gwiazd.
Droga Mleczna w rzeczywistości nie jest pasmem ale dyskiem. Jest spiralną galaktyką, w której znajduje się nasz Układ Słoneczny. Najjaśniej świeci w okolicy gwiazdozbioru Strzelca. Pas Drogi Mlecznej sięga na północy do gwiazdozbioru Kasjopei, a na południu do gwiazdozbioru Krzyża Południa. Zawiera ona czterysta miliardów gwiazd i sto miliardów planet. Tuż obok, całkiem niedaleko, bo w odległości zaledwie dwóch i pół miliona lat świetlnych (w perspektywie kosmosu jest to tuż za rogiem) znajduje się kolejna galaktyka- Andromeda, zawierająca kolejne miliardy ciał niebieskich. I tak gapiąc się w niebo, uświadamiam sobie, że nasza Ziemia jest mikroskopijną cząstką kosmosu. Że księżyc, morze, dąb za płotem, ja, Ty, jesteśmy po prostu fragmentem czegoś wielkiego.
Siedzę sobie na własnym ganku, z zadartym w górę łbem i widzę wszechświat. Cóż znaczy, wobec tej świadomości, że świeżo umyte okno balkonowe jest znów do połowy uciapane psim nosem? Że na wigilijnym stole każdy talerz będzie z innej parafii? Że pierniczki się za bardzo podpiekły i wyglądają raczej jak murzynki w kształcie śnieżynek?
Najważniejsze, abyśmy zawsze umieli zachwycić się gwiazdami i pamiętali, że jesteśmy częścią czegoś większego. Czegoś istotnego. To prawda, że diabeł tkwi w szczegółach, ale tak czy siak, szczegóły zawsze pozostaną szczegółami.
Wszystkim Wam życzę Wesołych Świąt Bożego Narodzenia. Oby przyniosły to, na co najbardziej czekacie.
Buźka- Mariolka.
Oparłam głowę na oparciu i zapatrzyłam się w ogromne, absolutnie czarne, przepastne, gigantyczne niebo i połyskliwą, jasną wstęgę mrugającą milionem gwiazd.
Droga Mleczna w rzeczywistości nie jest pasmem ale dyskiem. Jest spiralną galaktyką, w której znajduje się nasz Układ Słoneczny. Najjaśniej świeci w okolicy gwiazdozbioru Strzelca. Pas Drogi Mlecznej sięga na północy do gwiazdozbioru Kasjopei, a na południu do gwiazdozbioru Krzyża Południa. Zawiera ona czterysta miliardów gwiazd i sto miliardów planet. Tuż obok, całkiem niedaleko, bo w odległości zaledwie dwóch i pół miliona lat świetlnych (w perspektywie kosmosu jest to tuż za rogiem) znajduje się kolejna galaktyka- Andromeda, zawierająca kolejne miliardy ciał niebieskich. I tak gapiąc się w niebo, uświadamiam sobie, że nasza Ziemia jest mikroskopijną cząstką kosmosu. Że księżyc, morze, dąb za płotem, ja, Ty, jesteśmy po prostu fragmentem czegoś wielkiego.
Siedzę sobie na własnym ganku, z zadartym w górę łbem i widzę wszechświat. Cóż znaczy, wobec tej świadomości, że świeżo umyte okno balkonowe jest znów do połowy uciapane psim nosem? Że na wigilijnym stole każdy talerz będzie z innej parafii? Że pierniczki się za bardzo podpiekły i wyglądają raczej jak murzynki w kształcie śnieżynek?
Najważniejsze, abyśmy zawsze umieli zachwycić się gwiazdami i pamiętali, że jesteśmy częścią czegoś większego. Czegoś istotnego. To prawda, że diabeł tkwi w szczegółach, ale tak czy siak, szczegóły zawsze pozostaną szczegółami.
Wszystkim Wam życzę Wesołych Świąt Bożego Narodzenia. Oby przyniosły to, na co najbardziej czekacie.
Buźka- Mariolka.
czwartek, 2 czerwca 2016
Psia dola
Z pewnych powodów, które doskonale pojmą blogowe koleżanki, wzięło mnie na wspominki. Kochana P, jeśli Cię to zrani, omiń, zignoruj, olej ten post.
W moim domu zawsze był pies.
Pierwszy pupilek to Mikado. Jedną z moich ukochanych lektur były opowieści o zwierzętach Jana Grabowskiego, a „Puc, Bursztyn i goście” to już w ogóle ;) No i tak trułam, błagałam i zaklinałam, aż pod choinkę dostałam cudnego pekińczyka. Oj, to był pies z charakterem. Potrafił obrazić się na cały świat, nie tknąć jedzenia i nie wyjść z domu przez kilka godzin. I ta spłaszczona, uparta mordka...
Później była Kaja. Nieco skundlony, podpalany cocer spaniel. Jakiż to był żywiołowy pies! Uwielbiała wodę i często gęsto wracała ze spaceru umorusana po ostatni najmniejszy kłaczek. Podczas największej suszy i tak wywęszyła swym ruchliwym nosem choćby kropelkę kałuży lub błota i nie było siły. Nie ruszyła się, dopóki nie pozwoliłam jej dotknąć wody. Choć jednym pazurkiem. Zazwyczaj ulegałam i pozwalałam jej się potarzać, a z powrotem do domu prowadziłam zmierzwioną kupę sierści. Ale jakże szczęśliwą kupę! Uwielbiała biegać. Ganiała za wróblami, kotami, rowerami... Nie po to aby zabić, czy obszczekać, ale dla czystej radości biegania. I to właśnie doprowadziło ją do śmierci. Wyrwała smycz z ręki mojego Taty i wbiegła wprost pod koła samochodu. Pamiętam jak rodzice bali się opowiedzieć mi o tej tragedii i jak bardzo to przeżyliśmy.
Po jakimś czasie pojawiła się znajdka Frytka. Czarny kłębuszek z białym krawacikiem. Została z rodzicami, gdy ja wyprowadziłam się do Przemyśla. Miała długie, szczęśliwe życie, choć sąsiedzi być może nie mieli z nią lekko. No cóż- lubiła sobie pogadać ;)
Z zaniedbanego, opuszczonego gospodarstwa pod miastem wzięliśmy czarną sunię. Była zaniedbana, zagłodzona i dzika. Tak też dostała na imię- Dzika. Bardzo szybko się udomowiła, zapomniała o nieszczęśliwej młodości i była najspokojniejszym psem jakiego znałam. Dawid przechrzcił ją na Dziunię i lepszego opiekuna dla dwulatka nie mogłam sobie wymarzyć. Byłam w pracy, gdy Jurek zadzwonił z informacją, że Dziunia ma raka płuc. Ryczałam tak strasznie, że koleżanki przeraziły się, że coś stało się mojej rodzinie. I tak właśnie było, bo każdy pies był jej pełnoprawnym członkiem.
Po Dziuni był podrzutek Tośka. Przyjęliśmy ją chyba z sentymentu, bo była prawie dokładną kopią Dzikiej. Ta sama sylwetka, czarny, lśniący włos i zabawnie klapnięte jedno ucho. Okazało się, że była jednak absolutnym przeciwieństwem Dziuńki. Szatan nie pies. Energią mogłaby obdzielić całe miasto. Nigdy nie nauczyła się porządnie chodzić na smyczy, a że był to kawał zwierza, utrzymanie jej było nie lada wyzwaniem. Nic nie pomagało ani przysmaki, ani groźby, ani nawet kolczatka. Zbyt duży temperament. Wywoziliśmy ją za miasto i podczas gdy my spacerowaliśmy nieśpiesznie, Tośka latała dookoła nas niczym zwariowany elektron. Któregoś dnia zrobiła się ospała i apatyczna. Nie chciała jeść ani pić, a z jej pyska wydzielała się niedobra woń. Diagnoza lekarza była wyrokiem. Parwowiroza. A przecież była szczepiona!!!
Saba jest z nami do dziś. Piętnastoletnia mieszanka wyżła z... chyba jamnikiem ;) ma się dobrze, choć widać po niej oznaki starzenia. Głucha jest prawie kompletnie, zębów więcej nie ma, niż ma, ale potrafi jeszcze pogonić kozę, czy opierniczyć prosiaka ;) Dawid wybrał ją w schronisku. Stanął przy kojcu, w którym kilka szczeniaków baraszkowało dookoła suki wyżła i od razu palcem wskazał właśnie ją. Pomimo iż wolontariuszka chciała pokazać inne boksy, mały nie ruszył się o krok, z miejsca zakochany w jednym z maluchów. Płowa sunia wyczuła chyba że ważą się jej losy, bo zostawiła rodzeństwo, podeszła do ogrodzenia i wysuwając różowy języczek zaczęła kręcić ogonkiem. Wystarczyło jedno liźnięcie i już miała w kieszeni nas wszystkich;) I mimo że minęło piętnaście lat, dalej ma.
Każdy właściciel powie, że jego pies jest najlepszy, najmądrzejszy, najbardziej wierny. Ale uwierzcie- naj, naj, naj jest właśnie moja Saba ;)
Pozdrawiam wszystkie psiaki i ludzi których zaszczyciły swoją miłością. Kochajmy je, póki są.
W moim domu zawsze był pies.
Pierwszy pupilek to Mikado. Jedną z moich ukochanych lektur były opowieści o zwierzętach Jana Grabowskiego, a „Puc, Bursztyn i goście” to już w ogóle ;) No i tak trułam, błagałam i zaklinałam, aż pod choinkę dostałam cudnego pekińczyka. Oj, to był pies z charakterem. Potrafił obrazić się na cały świat, nie tknąć jedzenia i nie wyjść z domu przez kilka godzin. I ta spłaszczona, uparta mordka...
Później była Kaja. Nieco skundlony, podpalany cocer spaniel. Jakiż to był żywiołowy pies! Uwielbiała wodę i często gęsto wracała ze spaceru umorusana po ostatni najmniejszy kłaczek. Podczas największej suszy i tak wywęszyła swym ruchliwym nosem choćby kropelkę kałuży lub błota i nie było siły. Nie ruszyła się, dopóki nie pozwoliłam jej dotknąć wody. Choć jednym pazurkiem. Zazwyczaj ulegałam i pozwalałam jej się potarzać, a z powrotem do domu prowadziłam zmierzwioną kupę sierści. Ale jakże szczęśliwą kupę! Uwielbiała biegać. Ganiała za wróblami, kotami, rowerami... Nie po to aby zabić, czy obszczekać, ale dla czystej radości biegania. I to właśnie doprowadziło ją do śmierci. Wyrwała smycz z ręki mojego Taty i wbiegła wprost pod koła samochodu. Pamiętam jak rodzice bali się opowiedzieć mi o tej tragedii i jak bardzo to przeżyliśmy.
Po jakimś czasie pojawiła się znajdka Frytka. Czarny kłębuszek z białym krawacikiem. Została z rodzicami, gdy ja wyprowadziłam się do Przemyśla. Miała długie, szczęśliwe życie, choć sąsiedzi być może nie mieli z nią lekko. No cóż- lubiła sobie pogadać ;)
Z zaniedbanego, opuszczonego gospodarstwa pod miastem wzięliśmy czarną sunię. Była zaniedbana, zagłodzona i dzika. Tak też dostała na imię- Dzika. Bardzo szybko się udomowiła, zapomniała o nieszczęśliwej młodości i była najspokojniejszym psem jakiego znałam. Dawid przechrzcił ją na Dziunię i lepszego opiekuna dla dwulatka nie mogłam sobie wymarzyć. Byłam w pracy, gdy Jurek zadzwonił z informacją, że Dziunia ma raka płuc. Ryczałam tak strasznie, że koleżanki przeraziły się, że coś stało się mojej rodzinie. I tak właśnie było, bo każdy pies był jej pełnoprawnym członkiem.
Po Dziuni był podrzutek Tośka. Przyjęliśmy ją chyba z sentymentu, bo była prawie dokładną kopią Dzikiej. Ta sama sylwetka, czarny, lśniący włos i zabawnie klapnięte jedno ucho. Okazało się, że była jednak absolutnym przeciwieństwem Dziuńki. Szatan nie pies. Energią mogłaby obdzielić całe miasto. Nigdy nie nauczyła się porządnie chodzić na smyczy, a że był to kawał zwierza, utrzymanie jej było nie lada wyzwaniem. Nic nie pomagało ani przysmaki, ani groźby, ani nawet kolczatka. Zbyt duży temperament. Wywoziliśmy ją za miasto i podczas gdy my spacerowaliśmy nieśpiesznie, Tośka latała dookoła nas niczym zwariowany elektron. Któregoś dnia zrobiła się ospała i apatyczna. Nie chciała jeść ani pić, a z jej pyska wydzielała się niedobra woń. Diagnoza lekarza była wyrokiem. Parwowiroza. A przecież była szczepiona!!!
Saba jest z nami do dziś. Piętnastoletnia mieszanka wyżła z... chyba jamnikiem ;) ma się dobrze, choć widać po niej oznaki starzenia. Głucha jest prawie kompletnie, zębów więcej nie ma, niż ma, ale potrafi jeszcze pogonić kozę, czy opierniczyć prosiaka ;) Dawid wybrał ją w schronisku. Stanął przy kojcu, w którym kilka szczeniaków baraszkowało dookoła suki wyżła i od razu palcem wskazał właśnie ją. Pomimo iż wolontariuszka chciała pokazać inne boksy, mały nie ruszył się o krok, z miejsca zakochany w jednym z maluchów. Płowa sunia wyczuła chyba że ważą się jej losy, bo zostawiła rodzeństwo, podeszła do ogrodzenia i wysuwając różowy języczek zaczęła kręcić ogonkiem. Wystarczyło jedno liźnięcie i już miała w kieszeni nas wszystkich;) I mimo że minęło piętnaście lat, dalej ma.
Każdy właściciel powie, że jego pies jest najlepszy, najmądrzejszy, najbardziej wierny. Ale uwierzcie- naj, naj, naj jest właśnie moja Saba ;)
Pozdrawiam wszystkie psiaki i ludzi których zaszczyciły swoją miłością. Kochajmy je, póki są.
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Wpadka stulecia
No to się narobiło...
Pamiętacie moją kuzynkę Ankę, zadeklarowaną singielkę i nieugiętą feministkę? Ankę, która również, ku własnej zgryzocie, jak i radości nas wszystkich, nie oparła się urokowi Aarona Medinopolusa i wreszcie znalazła własne skarpetki do zbierania? Która w końcu odzyskała spokój w ramionach przystojnego weterynarza?
No więc już go straciła. Zerwała z Ajronem i posłała go w kosmos. Wcześniej jednak w kosmos latali wspólnie i okazało się, że z tych międzyplanetarnych podróży moja kuzynka przywiozła ze sobą pasażera na gapę. Objawił się on w postaci dwóch błękitnych paseczków. Jednym słowem, moja czterdziestoletnia przyjaciółka zaliczyła najbanalniejszą w świecie wpadkę, która ewentualnie mogłaby być zrozumiana u młodocianej pannicy, ale u dojrzałej, a nawet lekko przejrzałej (choć w sumie okazało się, że jednak nieprzejrzałej) kobiety jest... no cóż, sami sobie dopowiedzcie, bo mnie nie wypada jej przecież oceniać. No i chwilę wcześniej pogoniła przyszłego tatusia i nie zamierza (mam nadzieję, że tylko chwilowo) powiedzieć mu o celnym strzale, jaki był jego udziałem.
Dziewczyna wpada ze skrajności w skrajność. Raz widzi siebie, spacerującą z wózkiem i rozmawiającą z innymi mamami o pieluchach i odżywkach i nie umyka jej w owym obrazku, że pozostałe mamy są o piętnaście lat młodsze. Widzi, jak, umordowana kolkami i wiecznym płaczem nie wiadomo z jakiego powodu, strzela sobie w łeb z ukochanego glocka. Maluje w swej głowie obrazy szczęśliwego Ajrona spacerującego z jakąś wydrą lub inną zwierzyną łowną, podczas gdy ona z ryczącym tłumoczkiem przez kilka godzin czeka na wizytę lekarską. Matko jedyna. Nawet kielicha nie może sobie strzelić na poprawę humoru…
Godzinę później chodzi z rozanielonym uśmieszkiem, głaskając się po wciąż płaskim brzuchu.
Codziennie oglądane widoki nabrały innego wymiaru. Przez szyby samochodu obserwuje place zabaw pełne bawiących się dzieci i kolorowe wystawy sklepów z zabawkami. Zatrzymuje auto, gdy widzi zbliżające się do przejść dla pieszych matki pchające dziecięce wózki, choć wcześniej na taki widok przyciskała z irytacją pedał gazu, chcąc zdążyć pokonać pasy przed rozglądającymi się po sto razy na boki kobietami. Uśmiecha się na widok niezgrabnego człapania ciężarnych i jest to uśmiech pełen sympatii, który pojawił się w miejsce wcześniejszego, współczującego grymasu.
Jednym słowem- nie poznaję jej. Czy to już hormony? Wiem, łatwo mi pisać, bo ja mam już odchowanego, dorosłego syna i męża u boku. Gdy pomyślę sobie, że znów musiałabym zagrzebać się w pieluchach, zupkach i zasypkach... brrr! A do tego bez drugiej zmiany w postaci tatusia? Matko jedyna!
Pamiętacie moją kuzynkę Ankę, zadeklarowaną singielkę i nieugiętą feministkę? Ankę, która również, ku własnej zgryzocie, jak i radości nas wszystkich, nie oparła się urokowi Aarona Medinopolusa i wreszcie znalazła własne skarpetki do zbierania? Która w końcu odzyskała spokój w ramionach przystojnego weterynarza?
No więc już go straciła. Zerwała z Ajronem i posłała go w kosmos. Wcześniej jednak w kosmos latali wspólnie i okazało się, że z tych międzyplanetarnych podróży moja kuzynka przywiozła ze sobą pasażera na gapę. Objawił się on w postaci dwóch błękitnych paseczków. Jednym słowem, moja czterdziestoletnia przyjaciółka zaliczyła najbanalniejszą w świecie wpadkę, która ewentualnie mogłaby być zrozumiana u młodocianej pannicy, ale u dojrzałej, a nawet lekko przejrzałej (choć w sumie okazało się, że jednak nieprzejrzałej) kobiety jest... no cóż, sami sobie dopowiedzcie, bo mnie nie wypada jej przecież oceniać. No i chwilę wcześniej pogoniła przyszłego tatusia i nie zamierza (mam nadzieję, że tylko chwilowo) powiedzieć mu o celnym strzale, jaki był jego udziałem.
Dziewczyna wpada ze skrajności w skrajność. Raz widzi siebie, spacerującą z wózkiem i rozmawiającą z innymi mamami o pieluchach i odżywkach i nie umyka jej w owym obrazku, że pozostałe mamy są o piętnaście lat młodsze. Widzi, jak, umordowana kolkami i wiecznym płaczem nie wiadomo z jakiego powodu, strzela sobie w łeb z ukochanego glocka. Maluje w swej głowie obrazy szczęśliwego Ajrona spacerującego z jakąś wydrą lub inną zwierzyną łowną, podczas gdy ona z ryczącym tłumoczkiem przez kilka godzin czeka na wizytę lekarską. Matko jedyna. Nawet kielicha nie może sobie strzelić na poprawę humoru…
Godzinę później chodzi z rozanielonym uśmieszkiem, głaskając się po wciąż płaskim brzuchu.
Codziennie oglądane widoki nabrały innego wymiaru. Przez szyby samochodu obserwuje place zabaw pełne bawiących się dzieci i kolorowe wystawy sklepów z zabawkami. Zatrzymuje auto, gdy widzi zbliżające się do przejść dla pieszych matki pchające dziecięce wózki, choć wcześniej na taki widok przyciskała z irytacją pedał gazu, chcąc zdążyć pokonać pasy przed rozglądającymi się po sto razy na boki kobietami. Uśmiecha się na widok niezgrabnego człapania ciężarnych i jest to uśmiech pełen sympatii, który pojawił się w miejsce wcześniejszego, współczującego grymasu.
Jednym słowem- nie poznaję jej. Czy to już hormony? Wiem, łatwo mi pisać, bo ja mam już odchowanego, dorosłego syna i męża u boku. Gdy pomyślę sobie, że znów musiałabym zagrzebać się w pieluchach, zupkach i zasypkach... brrr! A do tego bez drugiej zmiany w postaci tatusia? Matko jedyna!
piątek, 11 marca 2016
Wstyd mi...
Opowiadałam Wam już kiedyś, że w naszym rejonie działa jakaś świnia, zabijająca dzikie, leśne zwierzęta. Za kilka dni Anka bierze udział w dużej, policyjnej obławie na tego bydlaka i mam nadzieję, że gnój sam złapie się w swoje sidła. Rozmawiałyśmy o tym dzisiaj i coś mnie, cholera, naszło, że kliknęłam w necie hasło „kłusownictwo”. Nie wiem, po jakiego ch...ja. Boże... zryczałam się jak durna. I choć łzy zalewały mi oczy, z uporem maniaka klikałam dalej, dalej i z przerażeniem czytałam o największej bestii w dziejach wszechświata. I o jego ofiarach...
Nosorożce to przepiękne, majestatyczne zwierzęta, łagodne pożeracze trawy i kolczastych listków. Chodzące skamieliny o skórze grubej jak pancerz, która pozornie mogłaby znieść wszystko. Pozornie, bo tak naprawdę nosorożce czują każde dotknięcie, a ta niby gruba skóra jest zadziwiająco delikatna. Nosorożce czują siadające na nich komary i łaskotanie liści. Czują, jak wysychające błoto je ochładza i jak przyjemnie drapie tarzanie się po ziemi w krzakach.
Potrafią się sobą nawzajem opiekować, zakochują się, są czułe i łagodne. Każdy ma temperament i osobowość, potrafi się cieszyć i smucić. To zwierzęta rozumiejące, co się wokół dzieje, i umiejące się wzruszyć albo bać. Zwierzęta tak ludzkie, że czasem aż trudno w to uwierzyć.
Zabija się je dla rogów.
Za kilogram sproszkowanego rogu nosorożca płaci się na czarnym rynku nawet 60 tys. dolarów — więcej niż za złoto czy kokainę. Jeszcze na początku XX wieku w Afryce żyło około miliona nosorożców czarnych należących do czterech podgatunków. Dzisiaj są na granicy wymarcia. Róg zwierzęcia wyżyna się, często żywcem, mieli na proszek i spożywa jako afrodyzjak i „lek” na impotencję.
Boże, szybko wyleczyłabym tych impotentów! Raz i na wieki!
Kolejna ofiara ginąca w mękach dla ludzkiej próżności to słoń. W Afryce co kwadrans zabija się słonia po to, żeby zabrać jego ciosy i chwalić się figurką na komodzie. W latach sześćdziesiątych żyło w Kenii 60 tys. słoni, dziś — może 10 tys. Młode, „bezkłowe” jeszcze słoniątka po ataku kłusowników giną bądź pozostają przy zabitych matkach i umierają z głodu. Większe słoniki ruszają w samotną podróż lub czasami przyjmuje je kolejna rodzina. Trauma po rzezi towarzyszy im do końca życia.
Przy okazji warto przypomnieć, że w Polsce za samo kupienie bądź posiadanie produktów z kości słoniowej, grozi kara do pięciu lat pozbawienia wolności.
Najbardziej zbulwersowała mnie historia azjatyckich niedźwiedzi księżycowych. Nazwę swą zawdzięczają białej plamie na piersi w kształcie sierpa księżyca. Są piękne... Ich żółć jest „lekarstwem” na... kaca, a hodowla tych zwierząt jest w Chinach legalna! Większość niedźwiedzi hodowlanych przetrzymywana jest w niehumanitarnych warunkach. Mieszkają w ciasnych klatkach, których powierzchnia jest często tak mała, że nie pozwala na swobodne obrócenie się zwierzęcia, a nawet stanięcie na czterech łapach. Duża część niedźwiedzi jest umieszczana na fermach jako młode osobniki. Całe swoje życie spędzają w klatce, nigdy jej nie opuszczając, a okres ten może trwać nawet do trzydziestu lat. Nacinana się ich brzuchy, umieszcza w nich metalowe bądź gumowe rury i „doi” regularnie, aby pobrać żółć. Pobieranie żółci powoduje nieustanny ból odczuwany przez zwierzę i przyczynia się do jego powolnej śmierci.
Po to, żeby jakiś pier...ny alkoholik nie miał kaca!!!
Oprócz tego, że chcemy się „leczyć”, chcemy też dobrze pojeść.
Może by tak foie gras, czyli pasztet z silnie otłuszczonych gęsich i kaczych wątróbek? Ptaki hodowane na foie gras są tuczone w sposób barbarzyński. Do ich przełyku wtłaczana jest rura, przez którą przez kilka sekund podawana jest specjalna pasza. Dzięki temu ptaki szybko przybierają na wadze. Wątroba tych gęsi osiąga monstrualne rozmiary. U człowieka byłoby to 70 kg. Jeżeli ktoś miał poważne problemy z wątrobą, to jest w stanie sobie wyobrazić, jak koszmarnie czują się te zwierzęta. Podobno zdarzały się przypadki ich samobójstw poprzez walenie głową w ścianę. Głównym producentem foie gras jest Francja, ale też Belgia, Hiszpania, Bułgaria i Węgry. W Polsce również pasztet ten traktowany jest jako przysmak, polecany między innymi przez Magdę G.
A może zupka z rekina?
Rocznie zabija się aż 70 mln rekinów. Płetwy grzbietowe przeznaczone są na zupę bądź „cudowne” afrodyzjaki w pigułce. Populacja tego rekina spadła w ostatnim czasie aż o 98 procent. Mimo to w dalszym ciągu jego ubój odbywa się na skalę przemysłową. Za prawdziwą rzeź odpowiadają Japończycy, którzy wysyłają mięso do Hongkongu i Szanghaju. To główni odbiorcy przysmaku.
Kłusownicy mają w zwyczaju łowić rekiny, wciągać je na pokład, gdzie odcina im się płetwy i jeszcze ŻYWE wyrzuca z powrotem do morza. Po jakimś czasie wykrwawiają się na śmierć.
Zupa z płetwy rekina jest rarytasem chętnie spożywanym w wielu krajach azjatyckich. Cena za talerz ugotowanej na nich zupy sięga nawet 300 dolarów.
Człowiek jest strasznie nieczułą i pazerną bestią. Podejrzewam, iż gdyby ktoś za dużą sumkę zaczął skupować np. ludzkie palce, to sąsiad sąsiadowi szybko by te palce upierd...ił.
KU*WA!
Wziąć takich i obciąć jaja, oblać benzyną i zabijać POWOLI.
Najpierw odciąć ręce potem nogi, pomoczyć głowę w sedesie, przecinać ścięgna, nasypać w rany soli...
O tak... Zemsta doskonała.
Nie zasnę dziś...
I przepraszam Was za ten wpis, ale musiałam się jakoś wyżyć.
Nosorożce to przepiękne, majestatyczne zwierzęta, łagodne pożeracze trawy i kolczastych listków. Chodzące skamieliny o skórze grubej jak pancerz, która pozornie mogłaby znieść wszystko. Pozornie, bo tak naprawdę nosorożce czują każde dotknięcie, a ta niby gruba skóra jest zadziwiająco delikatna. Nosorożce czują siadające na nich komary i łaskotanie liści. Czują, jak wysychające błoto je ochładza i jak przyjemnie drapie tarzanie się po ziemi w krzakach.
Potrafią się sobą nawzajem opiekować, zakochują się, są czułe i łagodne. Każdy ma temperament i osobowość, potrafi się cieszyć i smucić. To zwierzęta rozumiejące, co się wokół dzieje, i umiejące się wzruszyć albo bać. Zwierzęta tak ludzkie, że czasem aż trudno w to uwierzyć.
Zabija się je dla rogów.
Za kilogram sproszkowanego rogu nosorożca płaci się na czarnym rynku nawet 60 tys. dolarów — więcej niż za złoto czy kokainę. Jeszcze na początku XX wieku w Afryce żyło około miliona nosorożców czarnych należących do czterech podgatunków. Dzisiaj są na granicy wymarcia. Róg zwierzęcia wyżyna się, często żywcem, mieli na proszek i spożywa jako afrodyzjak i „lek” na impotencję.
Boże, szybko wyleczyłabym tych impotentów! Raz i na wieki!
Kolejna ofiara ginąca w mękach dla ludzkiej próżności to słoń. W Afryce co kwadrans zabija się słonia po to, żeby zabrać jego ciosy i chwalić się figurką na komodzie. W latach sześćdziesiątych żyło w Kenii 60 tys. słoni, dziś — może 10 tys. Młode, „bezkłowe” jeszcze słoniątka po ataku kłusowników giną bądź pozostają przy zabitych matkach i umierają z głodu. Większe słoniki ruszają w samotną podróż lub czasami przyjmuje je kolejna rodzina. Trauma po rzezi towarzyszy im do końca życia.
Przy okazji warto przypomnieć, że w Polsce za samo kupienie bądź posiadanie produktów z kości słoniowej, grozi kara do pięciu lat pozbawienia wolności.
Najbardziej zbulwersowała mnie historia azjatyckich niedźwiedzi księżycowych. Nazwę swą zawdzięczają białej plamie na piersi w kształcie sierpa księżyca. Są piękne... Ich żółć jest „lekarstwem” na... kaca, a hodowla tych zwierząt jest w Chinach legalna! Większość niedźwiedzi hodowlanych przetrzymywana jest w niehumanitarnych warunkach. Mieszkają w ciasnych klatkach, których powierzchnia jest często tak mała, że nie pozwala na swobodne obrócenie się zwierzęcia, a nawet stanięcie na czterech łapach. Duża część niedźwiedzi jest umieszczana na fermach jako młode osobniki. Całe swoje życie spędzają w klatce, nigdy jej nie opuszczając, a okres ten może trwać nawet do trzydziestu lat. Nacinana się ich brzuchy, umieszcza w nich metalowe bądź gumowe rury i „doi” regularnie, aby pobrać żółć. Pobieranie żółci powoduje nieustanny ból odczuwany przez zwierzę i przyczynia się do jego powolnej śmierci.
Po to, żeby jakiś pier...ny alkoholik nie miał kaca!!!
Oprócz tego, że chcemy się „leczyć”, chcemy też dobrze pojeść.
Może by tak foie gras, czyli pasztet z silnie otłuszczonych gęsich i kaczych wątróbek? Ptaki hodowane na foie gras są tuczone w sposób barbarzyński. Do ich przełyku wtłaczana jest rura, przez którą przez kilka sekund podawana jest specjalna pasza. Dzięki temu ptaki szybko przybierają na wadze. Wątroba tych gęsi osiąga monstrualne rozmiary. U człowieka byłoby to 70 kg. Jeżeli ktoś miał poważne problemy z wątrobą, to jest w stanie sobie wyobrazić, jak koszmarnie czują się te zwierzęta. Podobno zdarzały się przypadki ich samobójstw poprzez walenie głową w ścianę. Głównym producentem foie gras jest Francja, ale też Belgia, Hiszpania, Bułgaria i Węgry. W Polsce również pasztet ten traktowany jest jako przysmak, polecany między innymi przez Magdę G.
A może zupka z rekina?
Rocznie zabija się aż 70 mln rekinów. Płetwy grzbietowe przeznaczone są na zupę bądź „cudowne” afrodyzjaki w pigułce. Populacja tego rekina spadła w ostatnim czasie aż o 98 procent. Mimo to w dalszym ciągu jego ubój odbywa się na skalę przemysłową. Za prawdziwą rzeź odpowiadają Japończycy, którzy wysyłają mięso do Hongkongu i Szanghaju. To główni odbiorcy przysmaku.
Kłusownicy mają w zwyczaju łowić rekiny, wciągać je na pokład, gdzie odcina im się płetwy i jeszcze ŻYWE wyrzuca z powrotem do morza. Po jakimś czasie wykrwawiają się na śmierć.
Zupa z płetwy rekina jest rarytasem chętnie spożywanym w wielu krajach azjatyckich. Cena za talerz ugotowanej na nich zupy sięga nawet 300 dolarów.
Człowiek jest strasznie nieczułą i pazerną bestią. Podejrzewam, iż gdyby ktoś za dużą sumkę zaczął skupować np. ludzkie palce, to sąsiad sąsiadowi szybko by te palce upierd...ił.
KU*WA!
Wziąć takich i obciąć jaja, oblać benzyną i zabijać POWOLI.
Najpierw odciąć ręce potem nogi, pomoczyć głowę w sedesie, przecinać ścięgna, nasypać w rany soli...
O tak... Zemsta doskonała.
Nie zasnę dziś...
I przepraszam Was za ten wpis, ale musiałam się jakoś wyżyć.
środa, 9 marca 2016
Czwarty krzyżyk i Krzyż Pański...
Jakoś tak się utarło, że czterdzieste urodziny są przełomem w życiu kobiety. A przynajmniej tak odbiera to moja szalona kuzynka Anka, która właśnie zaczęła dźwigać na grzbiecie swój czwarty krzyżyk. Aleksandra- dobra dusza- wymyśliła dla niej przyjęcie- niespodziankę, a mnie zapędziła do pomocy w jego realizacji. Choć przebiegła Anka domyśliła się podstępu swojej bratowej, do końca udawała zaskoczenie i Ola była w pełni usatysfakcjonowana ;) Fakt- impreza była świetna, ale nie o niej chciałam napisać, a o jednym z gości szanownej jubilatki.
Poznali się w Noc Sylwestrową i od tej pory nic już nie miało być tak samo. Niestety...
Jacek skończył 26 lat i pracuje jako trener choszczeńskiej drużyny kajak polo w kategorii młodzików. No i wciąż mieszka z mamusią. Jest prawdziwym niewolnikiem własnego ciała. Dzień zaczyna i kończy gimnastyką. Przed podniesieniem łyżki do ust liczy kalorie i sprawdza indeks glikemiczny pokarmu na niej zawartego. Każdy mięsień, przeciętnym ludziom służący do poruszania się, jest jego przyjacielem i ma swoje imię. I każdemu poświęca odpowiednią liczbę minut na indywidualny trening. Okazał się całkiem sympatycznym młodzieńcem. No, może nie zabija intelektem, ale wiedział, że bitwa pod Grunwaldem była w 1410 roku. Nie był tylko pewien, kto wygrał…
Jego znajomość z Anką jest doprawdy skomplikowana. Wydaje mi się, że trzyma go ona przy sobie jako remedium na konflikt serca i rozumu, jaki ostatnio nieustannie toczy jej ciało i duszę ;) Ewentualnie chce być poprawna politycznie i akceptuje w pełni genderowatość młodziana. Skąd gender u takiego macho? Cóż, przytoczę Wam dialog bohaterów tegoż wpisu i oceńcie sami ;) Działo się to na początku ich znajomości, gdy Anka zachorowała, a Jacuś postanowił ją porozpieszczać. Natrudził się chłopak, uszykował wzmacniający przecier z selera naciowego i załatwił najnowszą komedię rodem z Hollywood. ;)
– Chcesz trochę? – zapytał Jacek, wychodząc z kuchni z dzbankiem shrekopodobnej mikstury.
Anna energicznie zaprzeczyła.
– To przecier z selera. Jest doskonały na potencję.
– Nie, dziękuję. Nie mam jeszcze problemów z potencją – odpowiedziała żartobliwie Anka.
– A prostatę badałam w zeszłym miesiącu.
Jacek z aprobatą pokiwał głową.
– To dobrze. Lepiej zapobiegać niż leczyć.
Matko jedyna…
– Masz całkowitą rację. A ty systematycznie wykonujesz mammografię? – Anka badała dalej intelektualne możliwości Jacka.
– Oczywiście.
– Cytologię też?
Napakowany hermafrodyta skinął potakująco głową, podszedł do DVD i włączył płytę.
– Oglądamy?
Załamana Anna bez słowa skinęła głową.
Nie wiem, dlaczego się załamała. W końcu naprawdę lepiej zapobiegać niż leczyć, prawda? Miał chłopak rację ;)))
Osobiście poznałam go jednak dopiero na owej imprezie.
Jedzenia naszykowałyśmy masę, bo Ola zaprosiła wszystkich z otoczenia Anki, których znała. Goście zajadali się przysmakami przez nas przygotowanych. Na stole stało wszystko, co tylko można było sobie wyobrazić: sałatki, mięsiwa we wszystkich postaciach, miliony przystawek na ciepło i zimno. Wszyscy jedli, jakby co najmniej przez tydzień nie mieli nic w ustach, z wyjątkiem oczywiście Jacka. Na pytanie Ajrona, dlaczego odmawia sobie tych pyszności, chłopak udzielił wyczerpującego wykładu na temat prawidłowego żywienia.
– Ale przecież trzeba korzystać z życia! Dieta dietą, rygoru trochę też się przyda, lecz drobne przyjemności są równie ważne – tłumaczył sportowcowi Ajron. – Carpe diem, mój młody przyjacielu.
Przerośnięty chłopiec spojrzał na dziwnie mówiącego weterynarza.
– No… karpia zjem… Ryby są zdrowe i mają dużo białka, choć ta akurat trochę mułem zaciąga… – powiedział, po czym spojrzał zdziwiony na twarze ryczących ze śmiechu gości.
Rany! To był hit imprezy! Wielcy filozofowie mają to do siebie, że ich słowa można interpretować w rozmaity sposób, ale takiej interpretacji Horacego jeszcze nie słyszałam ;)))
Nie był to koniec spektakularnych występów chłopaka Anki. Przy wydatnej pomocy Jurka powstał edukacyjny filmik o dorastaniu. Zaczął się on czołówką ze znanej komedii „I kto to mówi II”. Gdy plemniki dostały się w końcu do komórki jajowej i mała dziewusia stwierdziła, że ma dwie pary warg, na ekranie pojawiło się zdjęcie Anki w ramionach rodziców. Slajd za slajdem ukazywał małą Andzię. Ze smoczkiem w buzi, w zabawnych kapelusikach, na spacerach… Wszyscy z zachwytem obserwowali, jak z małego bąka wyrasta kilkuletnia panienka. Pierwsze świadectwo, szczerbaty uśmiech, na kilku zdjęciach z „Rapsodii”, w tle machała do nich ciocia Frania. W pewnym momencie Ajron musiał zastopować film, gdyż znów wszyscy, jak jeden mąż, buchnęli śmiechem, pokładając się na podłodze. Z ekranu telewizora wdzięczyła się do nich mała Ania w wielkim słomianym kapeluszu, machając radośnie rączką i obejmując nogami kłapouchego osiołka, na którym siedziała.
– Rany, Anka! Kto na tobie siedzi? – zawył Tomek, kolega z pracy, skręcając się ze śmiechu.
Wszyscy, włącznie z jubilatką, zarechotali. Najgłośniej śmiał się Jacek. Pozostali goście siedzieli już spokojnie, a on dalej zwijał się na podłodze. Po dłuższej chwili opanował się w końcu i spojrzał z uznaniem na Tomka.
– Dobre to było. – Wyszczerzył zęby. – Ale przecież nikt na niej nie siedzi. To kapelusz! – Jacek nów zaczął wesoło rechotać.
Agnieszka- żona komendanta policji, znana w mundurowych kręgach jako prawdziwa śmieszka, prychnęła niepohamowanie. A że właśnie popijała kolorowego drinka, z jej ust wystrzeliła rozproszona struga pomarańczowego płynu i osiadła na klapach marynarki, pechowo siedzącego naprzeciw niej, chłopaka Beaty. Zamarła, ze strachem wpatrując się w oplutego solidnie marynarza. Ten wytarł z twarzy sok pomarańczowy i uśmiechnął się do Agnieszki.
– Trafiony – zatopiony. – Po czym dodał z powagą: – I jaki celny, symetryczny strzał.
Uwierzcie mi, na takiej imprezce jeszcze nie byłam! I, mimo że w głowie Jacka hula wiatr, jest on naprawdę przemiły. Takie duże dziecko. Szczery, uczynny i poczciwy. W końcu nie jego wina, że kolejka po rozum była taka długa... Z drugiej strony nie wiem, jakim cudem Anka z nim wytrzymuje, choć ktoś, kiedyś może być z nim szczęśliwy. Ktoś nieoczekujący rozmowy po...
Poznali się w Noc Sylwestrową i od tej pory nic już nie miało być tak samo. Niestety...
Jacek skończył 26 lat i pracuje jako trener choszczeńskiej drużyny kajak polo w kategorii młodzików. No i wciąż mieszka z mamusią. Jest prawdziwym niewolnikiem własnego ciała. Dzień zaczyna i kończy gimnastyką. Przed podniesieniem łyżki do ust liczy kalorie i sprawdza indeks glikemiczny pokarmu na niej zawartego. Każdy mięsień, przeciętnym ludziom służący do poruszania się, jest jego przyjacielem i ma swoje imię. I każdemu poświęca odpowiednią liczbę minut na indywidualny trening. Okazał się całkiem sympatycznym młodzieńcem. No, może nie zabija intelektem, ale wiedział, że bitwa pod Grunwaldem była w 1410 roku. Nie był tylko pewien, kto wygrał…
Jego znajomość z Anką jest doprawdy skomplikowana. Wydaje mi się, że trzyma go ona przy sobie jako remedium na konflikt serca i rozumu, jaki ostatnio nieustannie toczy jej ciało i duszę ;) Ewentualnie chce być poprawna politycznie i akceptuje w pełni genderowatość młodziana. Skąd gender u takiego macho? Cóż, przytoczę Wam dialog bohaterów tegoż wpisu i oceńcie sami ;) Działo się to na początku ich znajomości, gdy Anka zachorowała, a Jacuś postanowił ją porozpieszczać. Natrudził się chłopak, uszykował wzmacniający przecier z selera naciowego i załatwił najnowszą komedię rodem z Hollywood. ;)
– Chcesz trochę? – zapytał Jacek, wychodząc z kuchni z dzbankiem shrekopodobnej mikstury.
Anna energicznie zaprzeczyła.
– To przecier z selera. Jest doskonały na potencję.
– Nie, dziękuję. Nie mam jeszcze problemów z potencją – odpowiedziała żartobliwie Anka.
– A prostatę badałam w zeszłym miesiącu.
Jacek z aprobatą pokiwał głową.
– To dobrze. Lepiej zapobiegać niż leczyć.
Matko jedyna…
– Masz całkowitą rację. A ty systematycznie wykonujesz mammografię? – Anka badała dalej intelektualne możliwości Jacka.
– Oczywiście.
– Cytologię też?
Napakowany hermafrodyta skinął potakująco głową, podszedł do DVD i włączył płytę.
– Oglądamy?
Załamana Anna bez słowa skinęła głową.
Nie wiem, dlaczego się załamała. W końcu naprawdę lepiej zapobiegać niż leczyć, prawda? Miał chłopak rację ;)))
Osobiście poznałam go jednak dopiero na owej imprezie.
Jedzenia naszykowałyśmy masę, bo Ola zaprosiła wszystkich z otoczenia Anki, których znała. Goście zajadali się przysmakami przez nas przygotowanych. Na stole stało wszystko, co tylko można było sobie wyobrazić: sałatki, mięsiwa we wszystkich postaciach, miliony przystawek na ciepło i zimno. Wszyscy jedli, jakby co najmniej przez tydzień nie mieli nic w ustach, z wyjątkiem oczywiście Jacka. Na pytanie Ajrona, dlaczego odmawia sobie tych pyszności, chłopak udzielił wyczerpującego wykładu na temat prawidłowego żywienia.
– Ale przecież trzeba korzystać z życia! Dieta dietą, rygoru trochę też się przyda, lecz drobne przyjemności są równie ważne – tłumaczył sportowcowi Ajron. – Carpe diem, mój młody przyjacielu.
Przerośnięty chłopiec spojrzał na dziwnie mówiącego weterynarza.
– No… karpia zjem… Ryby są zdrowe i mają dużo białka, choć ta akurat trochę mułem zaciąga… – powiedział, po czym spojrzał zdziwiony na twarze ryczących ze śmiechu gości.
Rany! To był hit imprezy! Wielcy filozofowie mają to do siebie, że ich słowa można interpretować w rozmaity sposób, ale takiej interpretacji Horacego jeszcze nie słyszałam ;)))
Nie był to koniec spektakularnych występów chłopaka Anki. Przy wydatnej pomocy Jurka powstał edukacyjny filmik o dorastaniu. Zaczął się on czołówką ze znanej komedii „I kto to mówi II”. Gdy plemniki dostały się w końcu do komórki jajowej i mała dziewusia stwierdziła, że ma dwie pary warg, na ekranie pojawiło się zdjęcie Anki w ramionach rodziców. Slajd za slajdem ukazywał małą Andzię. Ze smoczkiem w buzi, w zabawnych kapelusikach, na spacerach… Wszyscy z zachwytem obserwowali, jak z małego bąka wyrasta kilkuletnia panienka. Pierwsze świadectwo, szczerbaty uśmiech, na kilku zdjęciach z „Rapsodii”, w tle machała do nich ciocia Frania. W pewnym momencie Ajron musiał zastopować film, gdyż znów wszyscy, jak jeden mąż, buchnęli śmiechem, pokładając się na podłodze. Z ekranu telewizora wdzięczyła się do nich mała Ania w wielkim słomianym kapeluszu, machając radośnie rączką i obejmując nogami kłapouchego osiołka, na którym siedziała.
– Rany, Anka! Kto na tobie siedzi? – zawył Tomek, kolega z pracy, skręcając się ze śmiechu.
Wszyscy, włącznie z jubilatką, zarechotali. Najgłośniej śmiał się Jacek. Pozostali goście siedzieli już spokojnie, a on dalej zwijał się na podłodze. Po dłuższej chwili opanował się w końcu i spojrzał z uznaniem na Tomka.
– Dobre to było. – Wyszczerzył zęby. – Ale przecież nikt na niej nie siedzi. To kapelusz! – Jacek nów zaczął wesoło rechotać.
Agnieszka- żona komendanta policji, znana w mundurowych kręgach jako prawdziwa śmieszka, prychnęła niepohamowanie. A że właśnie popijała kolorowego drinka, z jej ust wystrzeliła rozproszona struga pomarańczowego płynu i osiadła na klapach marynarki, pechowo siedzącego naprzeciw niej, chłopaka Beaty. Zamarła, ze strachem wpatrując się w oplutego solidnie marynarza. Ten wytarł z twarzy sok pomarańczowy i uśmiechnął się do Agnieszki.
– Trafiony – zatopiony. – Po czym dodał z powagą: – I jaki celny, symetryczny strzał.
Uwierzcie mi, na takiej imprezce jeszcze nie byłam! I, mimo że w głowie Jacka hula wiatr, jest on naprawdę przemiły. Takie duże dziecko. Szczery, uczynny i poczciwy. W końcu nie jego wina, że kolejka po rozum była taka długa... Z drugiej strony nie wiem, jakim cudem Anka z nim wytrzymuje, choć ktoś, kiedyś może być z nim szczęśliwy. Ktoś nieoczekujący rozmowy po...
poniedziałek, 29 lutego 2016
Moja oldskulowa filmoteka
No, Kochani... Taka data zdarza się raz na cztery lata. Grzechem byłoby nic nie napisać ;)
A w związku z tym, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego, będzie o filmach.
Już kiedyś, tutaj, przy okazji moich miłosnych perturbacji, pisałam o moim ukochanym Rutgerze Hauerze i „Zaklętej w sokoła”, a dzisiaj krótki przegląd scen, które doprowadziły mnie do przeróżnych emocji. Gdybym urodziła się w średniowieczu, największą karierę zrobiłabym jako płaczka. Ryczę jak bóbr i wstyd mnie czasem do kina zabierać ;) Najbardziej lubię sobie poryczeć w zaciszu domowego fotela, smarkając namiętnie w papier toaletowy. Biały, miękki, żeby nochala nie obetrzeć ;)
Filmów do ryku mam całe mnóstwo, więc aby Was nie zanudzać w ogromnym skrócie. „Zaklinacz koni”, kiedy boski Robert Redford pierwszy raz widzi zmasakrowanego Pielgrzyma i „Mój przyjaciel Hachiko” to podstawa. Oprócz tego, z cyklu „zwierzęcych”- „Tańczący z wilkami”. Gdy białe bydło strzela z pociągu do stada bizonów- ryk murowany. Z „indiańskich” filmów uwielbiam „Ostatniego Mohikanina”, z obłędną wręcz muzyką Trevora Jonesa i Randy Edelmana i „Białą squaw”. Ten drugi niewątpliwie z powodu przebosko męskiego Rodneya A. Granta, który W 1990 roku został znalazł się na liście najpiękniejszych ludzi świata magazynu „People".
Skoro już jesteśmy przy filmowych amantach, „Joe Black” z niewinnym niczym prawiczek Bradem Pittem, i „Słodki listopad” z Keanu Reevesem, mogę oglądać kilka razy do roku. Scena miłosna Brada i Claire Forlani należy do jednej z moich ulubionych. Och... te sceny miłosne. Piękne i romantyczne, do powzdychania z zazdrości. Pewnie sądzicie tak samo jak ja, że splecenie palców i przyspieszony oddech podniecają bardziej niż widok powyginanych w miłosnych ekscesach nagich ciał. Ktoś kiedyś ( zdaje mnie się, że Petroniusz z "Qwo wadis") powiedział, że jedna hurysa w prześwitującej szacie jest dużo bardziej podniecająca niż całe stado roznegliżowanych niewolnic. I miał rację.
W ten oto płynny sposób przechodzimy do moich ulubionych scen miłosnych ;) Oprócz wyżej wspomnianej, uwielbiam akt poczęcia Johna Connora w pierwszej części „Terminatora”. Wspólne lepienie dzbana z gliny przez Patricka Swayze i Demi Moore w filmie „Uwierz w ducha” po prostu mnie zachwyca. Gdy Nicolas Cage zatapia zęby w gruszce i wspomina Meg Ryan w „Mieście aniołów”, przechodzi mnie dreszcz. A największe namiętności szarpią me trzewia (;)), gdy Ralph Fiennes, jako mroczny Heathcliff porywa w ramiona martwą Juliett Binoche. I tak sobie wtedy myślę- to jest Miłość, przez duże M,a łzy płyną ciurkiem... „Wichrowe wzgórza”, to jedyna zresztą ekranizacja, gdzie film zachwycił mnie dużo bardziej niż książka.
Ale żeby nie było tylko na smutno lub rzewnie, mam też filmy, przy których rechoczę jak durna, nawet jeśli sceny nie są już dla mnie żadną niespodzianką. Uwielbiam stare, polskie komedie. Pomijając „Samych swoich”-bo jak można ich nie lubić- smarkam przy „Poszukiwany, poszukiwana”, „Rozmowach kontrolowanych” czy „Seksmisji”. Jeśli chodzi o produkcje zagramaniczne, to „Goście, goście” z Jeanem Reno, zajmują zdecydowanie pierwsze miejsce w moim rankingu. Zestawienie honorowego rycerza z przygłupim giermkiem rozbawia mnie do łez. Zresztą bardziej chyba niż z samego filmu chichram się z rechotów Jurka i Dawida ;) Być może powinnam się lekko wstydzić, ale młodzieżowa klasyka „American pie” bawi mnie podobnie. Taaak... seksualne frustracje młodych ludzi doprowadzają do przeróżnych sytuacji. Lubię czasem obejrzeć prawdziwy pokaz absurdalnej głupoty w wykonaniu Liama Neesona. W większym gronie i po kilku drinkach ogłuszający ryk śmiechu jest pewny ;)
Na koniec bajki nie tylko dla dzieci. „Shreka” nie trzeba nikomu przedstawiać. Jerzy Stuhr dubbingujący osła jest po prostu genialny. Jak ważna jest to rola, może poświadczyć fakt, że „Epoka lodowcowa” jest dla mnie nie do obejrzenia, bo seplenienie Pazury działa na mnie jak płachta na byka. „Król lew”- ryczałam oczywiście ;) Podobnie zresztą jak na „Mustangu z dzikiej Doliny”. „Madagaskar”, „Jak wytresować smoka”, dużo by jeszcze wymieniać.
Są oczywiście również bajki i filmy zupełnie niezjadliwe, ale to już z pewnością kwestia gustu.
A Wy? Jakie sceny z filmów lub filmy w całości moglibyście oglądać, oglądać i oglądać?
Ps. Najlepsze życzenia dla wszystkich jubilatów. To dopiero pech, urodzić się 29 lutego. A może szczęście? W końcu starzejecie się najwolniej z nas wszystkich ;)))
A w związku z tym, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego, będzie o filmach.
Już kiedyś, tutaj, przy okazji moich miłosnych perturbacji, pisałam o moim ukochanym Rutgerze Hauerze i „Zaklętej w sokoła”, a dzisiaj krótki przegląd scen, które doprowadziły mnie do przeróżnych emocji. Gdybym urodziła się w średniowieczu, największą karierę zrobiłabym jako płaczka. Ryczę jak bóbr i wstyd mnie czasem do kina zabierać ;) Najbardziej lubię sobie poryczeć w zaciszu domowego fotela, smarkając namiętnie w papier toaletowy. Biały, miękki, żeby nochala nie obetrzeć ;)
Filmów do ryku mam całe mnóstwo, więc aby Was nie zanudzać w ogromnym skrócie. „Zaklinacz koni”, kiedy boski Robert Redford pierwszy raz widzi zmasakrowanego Pielgrzyma i „Mój przyjaciel Hachiko” to podstawa. Oprócz tego, z cyklu „zwierzęcych”- „Tańczący z wilkami”. Gdy białe bydło strzela z pociągu do stada bizonów- ryk murowany. Z „indiańskich” filmów uwielbiam „Ostatniego Mohikanina”, z obłędną wręcz muzyką Trevora Jonesa i Randy Edelmana i „Białą squaw”. Ten drugi niewątpliwie z powodu przebosko męskiego Rodneya A. Granta, który W 1990 roku został znalazł się na liście najpiękniejszych ludzi świata magazynu „People".
Skoro już jesteśmy przy filmowych amantach, „Joe Black” z niewinnym niczym prawiczek Bradem Pittem, i „Słodki listopad” z Keanu Reevesem, mogę oglądać kilka razy do roku. Scena miłosna Brada i Claire Forlani należy do jednej z moich ulubionych. Och... te sceny miłosne. Piękne i romantyczne, do powzdychania z zazdrości. Pewnie sądzicie tak samo jak ja, że splecenie palców i przyspieszony oddech podniecają bardziej niż widok powyginanych w miłosnych ekscesach nagich ciał. Ktoś kiedyś ( zdaje mnie się, że Petroniusz z "Qwo wadis") powiedział, że jedna hurysa w prześwitującej szacie jest dużo bardziej podniecająca niż całe stado roznegliżowanych niewolnic. I miał rację.
W ten oto płynny sposób przechodzimy do moich ulubionych scen miłosnych ;) Oprócz wyżej wspomnianej, uwielbiam akt poczęcia Johna Connora w pierwszej części „Terminatora”. Wspólne lepienie dzbana z gliny przez Patricka Swayze i Demi Moore w filmie „Uwierz w ducha” po prostu mnie zachwyca. Gdy Nicolas Cage zatapia zęby w gruszce i wspomina Meg Ryan w „Mieście aniołów”, przechodzi mnie dreszcz. A największe namiętności szarpią me trzewia (;)), gdy Ralph Fiennes, jako mroczny Heathcliff porywa w ramiona martwą Juliett Binoche. I tak sobie wtedy myślę- to jest Miłość, przez duże M,a łzy płyną ciurkiem... „Wichrowe wzgórza”, to jedyna zresztą ekranizacja, gdzie film zachwycił mnie dużo bardziej niż książka.
Ale żeby nie było tylko na smutno lub rzewnie, mam też filmy, przy których rechoczę jak durna, nawet jeśli sceny nie są już dla mnie żadną niespodzianką. Uwielbiam stare, polskie komedie. Pomijając „Samych swoich”-bo jak można ich nie lubić- smarkam przy „Poszukiwany, poszukiwana”, „Rozmowach kontrolowanych” czy „Seksmisji”. Jeśli chodzi o produkcje zagramaniczne, to „Goście, goście” z Jeanem Reno, zajmują zdecydowanie pierwsze miejsce w moim rankingu. Zestawienie honorowego rycerza z przygłupim giermkiem rozbawia mnie do łez. Zresztą bardziej chyba niż z samego filmu chichram się z rechotów Jurka i Dawida ;) Być może powinnam się lekko wstydzić, ale młodzieżowa klasyka „American pie” bawi mnie podobnie. Taaak... seksualne frustracje młodych ludzi doprowadzają do przeróżnych sytuacji. Lubię czasem obejrzeć prawdziwy pokaz absurdalnej głupoty w wykonaniu Liama Neesona. W większym gronie i po kilku drinkach ogłuszający ryk śmiechu jest pewny ;)
Na koniec bajki nie tylko dla dzieci. „Shreka” nie trzeba nikomu przedstawiać. Jerzy Stuhr dubbingujący osła jest po prostu genialny. Jak ważna jest to rola, może poświadczyć fakt, że „Epoka lodowcowa” jest dla mnie nie do obejrzenia, bo seplenienie Pazury działa na mnie jak płachta na byka. „Król lew”- ryczałam oczywiście ;) Podobnie zresztą jak na „Mustangu z dzikiej Doliny”. „Madagaskar”, „Jak wytresować smoka”, dużo by jeszcze wymieniać.
Są oczywiście również bajki i filmy zupełnie niezjadliwe, ale to już z pewnością kwestia gustu.
A Wy? Jakie sceny z filmów lub filmy w całości moglibyście oglądać, oglądać i oglądać?
Ps. Najlepsze życzenia dla wszystkich jubilatów. To dopiero pech, urodzić się 29 lutego. A może szczęście? W końcu starzejecie się najwolniej z nas wszystkich ;)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















