a

a
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 września 2019

Koło czasu

Jedyne co pewne w życiu to powtarzalność Matki Natury. 
Może nie co do dnia, nie co do miesiąca nawet, lecz wiadomo, że po zimnych dniach przyjdą ciepłe, po burzy wyjdzie słońce, zielone liście poczerwienieją, zszarzeją i opadną, lecz wiosną powrócą jako wyczekiwane pączki na nagich, zmarzniętych po zimie gałęziach. Miedze i pobocza ścieżek zażółciły się nawłociami. Ogród zakwitł rozchodnikami i zimowitami.





Zamiast wodą z lodem i listkiem mięty coraz częściej raczymy się ciepłą herbatą. Niby mamy jeszcze lato, lecz ustrojona koralami z jarzębiny, głogu i owoców dzikich róż jesień stoi u bram. Mało tego, ona już wali w te bramy zaciśniętymi kułakami, rzuca pociskami z kasztanów, żołędzi i orzechów. Smaga po twarzach babim latem i śpiewa klangorem odlatujących żurawi przeplatanym klekotem spóźnionych bocianów. 
Do domów ciągną z pól i lasów jej szpiedzy. Tarantule o metrowych odnóżach przebiegają bezczelnie przez środek pokoju. Tak zapierdzielają na tych długaśnych girach, że prawie słychać stukot ich stóp i nie wiadomo: zwiewać, wołać o pomoc, lecieć za dziadem z klapką, czy po prostu zaakceptować fakt, że idzie jesień i wznosić modły, aby jesienny gość nie wlazł nam nocą do otwartej paszczy. 
Idzie jesień, a wraz z nią pająki i biedronkopodobne harlekiny. Nie śpiewajmy im jednak żeby leciały do nieba i nie oczekujmy, że przyniosą kawałek chleba. Jeśli już to ugryzą i nasmrodzą przed śmiercią. 
Częstymi jesiennymi gośćmi są też myszy i nornice. Z nimi zazwyczaj robi porządek moja kociczka. Kaszanka ma zwyczaj przynosić na taras różne swoje krwawe łupy. A to mysz z przegryzionym gardłem, a to jaszczurkę, zdarzyła się nawet biedna jaskółeczka. Cóż- prawo natury. Gdy więc zobaczyłam leżącą na progu zdechłą mysz, nie zdziwiłam się zbytnio, pchnęłam ją czubkiem buta, aby nie wypadła do pokoju i chciałam iść po szufelkę, aby usunąć tę wątpliwą dekorację. Zdążyłam zrobić pół obrotu, gdy mysz ożyła! Z ponadświetlną prędkością wpadła do domu i zakitrała się za komodą. Jeeezu! Zamiast szufelki złapałam za miotłę na długim kiju i próbowałam wypłoszyć intruza. Po kilku próbach niechciany gość wybiegł na szczęście na taras, choć „szczęście" nie jest w tym wypadku trafionym słowem, bo tam czekała już Kaszanka z gościnnie rozwartymi pazurami i kłami.

Pewnie nie ostatnia to mysz i nie ostatnie pająki w tym roku. Jesienne migracje dopiero się zaczęły. Lecz choć pożyteczna biedronka może okazać się drapieżnym harlekinem, a martwa nornica żywą myszą jedno jest pewne- jesień idzie...


sobota, 15 czerwca 2019

Końce świata

I znów się zaczęło! 
Niektórzy prorokują, że jesteśmy ostatnim pokoleniem na Ziemi, inni dają nadzieję że jeszcze trochę pożyjemy. Co prawda marne to będzie życie, bo w suszach, huraganach, ulewach i pożarach na zmianę. Jedni zapewniają że roztopią się lodowce i zniknie większość lądu, inni że upały i wiatry wysuszą wszelkie wody i umrzemy z powodu jej braku.

Kilka końców świata już przeżyłam. 
Pierwsza godzina 2000 roku miała spowodować że komputery zdurnieją i wystrzelą bomby nuklearne. Starożytni Majowie zakończyli swój kalendarz 21.12.2012 r. i to wystarczyło żebyśmy zaczęli panikować. Koniec świata miał też zwiastować krwawy księżyc z 27.09.2015. Najnowsza prognoza to asteroida Apophis, która ma uderzyć w Ziemię 15.06.2019, czyli dziś. No, ma jeszcze szansę przez 1,5 godziny.



Jeśli czytacie ten tekst, to znaczy, że chybiła. 
Tak czy siak, zgodzić się musimy, że źle się dzieje. Ponad 30-stopniowe upały, gwałtowne wyładowania atmosferyczne: burze, grad wielkości klusek śląskich, trąby powietrzne i inne kataklizmy zdarzają się coraz częściej.  Przyczyną efektu cieplarnianego jest nadmierne gromadzenie się gazów cieplarnianych w atmosferze Ziemi. Wbrew obiegowym opiniom nie jest to tylko dwutlenek węgla, ale również para wodna i metan, więc za globalne ocieplenie odpowiada też sama Matka Natura. 
Wszyscy wiemy, że powinniśmy oszczędzać wodę i energię, segregować śmieci, kupować i używać jak najmniej plastiku, nie palić w piecach byle czym. Wiemy ale czy robimy? Niby to kropla w morzu potrzeb, bo potentatami w tej dziedzinie są przemysł i transport, ale skoro nie możemy nic poradzić na światowe potęgi, to może  dorzućmy choć tę kropelkę?
Byłam dziś na zorganizowanej przez jednego z choszczeńskich radnych akcji oczyszczania ze śmieci brzegu naszego, mieszczącego się w środku miasta, jeziora. Piękne, z malowniczymi plażami, szumiącymi trzcinami i licznymi kładkami, z których wędkarze łowią płotki i szczupaki. Pływają po nim łabędzie i kaczki, ale też kajaki, żaglówki, a jeszcze nie tak dawno statek wycieczkowy. Można by powiedzieć- duma miasta. Niestety, nie można. Wraz z grupą mieszkańców wyciągnęliśmy z wody kilka worków puszek, szklanych i plastikowych butelek, słoików, opakowań po czipsach, starych ciuchów, zapalniczek, reklamówek, że o koszu na śmieci i jakimś innym złomie nie wspomnę. Wstyd i hańba!

Być może nasza matka Ziemia umiera, lecz czy musi umierać w brudzie? Tym, który sami robimy dookoła siebie. Z lenistwa, wygodnictwa, głupoty, braku elementarnego wychowania i kompletnego braku wyobraźni? Nie wiem. Rodzice tak mnie wychowali, że wyrzucenie przysłowiowego papierka na drogę jest dla mnie nie do pomyślenia- szczególnie gdy obok stoi kosz na śmieci. Owszem, przyznam się bez bicia, że czasem przez okno samochodu wyleciał ogryzek jabłka lub skórka po bananie, lecz nigdy w życiu puszka, butelka czy inny plastikowy szajs.
Tego samego starałam się nauczyć mojego syna. Opowiadał kiedyś, jak to na jakimś wypadzie z przyjaciółmi jeden z uczestników wypił browara i wyrzucił puszkę do jeziora. Dziecię me bez słowa weszło do wody, wyłowiło puszkę i wyrzuciło do śmietnika. Tam też znalazły się wszystkie pozostałe pojemniki po plenerowej imprezce, a rumieniec wstydu na policzku syfiarza utrzymywał się długo. I może tego właśnie nam potrzeba? Przykładu? Publicznego zawstydzenia?



Bo przecież tak naprawdę każdy z nas chciałby kąpać się w czystej wodzie i oddychać niezanieczyszczonym powietrzem. Przestańmy liczyć na innych i dorzućmy własną kroplę do morza. Skończmy gadać a zacznijmy działać. Nie tłumaczmy się brakiem czasu, bo w końcu rzeczywiście tego czasu nam zabraknie.

środa, 23 stycznia 2019

Natura próżni nie lubi

Fatalnie zaczął się dla mnie ten rok. Prawie równie fatalnie, jak zakończył zeszły. Ale to już wiecie. 
Dzień po świętach Saba zakończyła swe życie, a w kolejny wieczór Sonia dała susa przez płot i, pomimo wielkiej pomocy ludzi-znajomych i całkiem obcych, wszelki ślad po niej zaginął. Nie będę pisała o tym co przeżyłam i wciąż przeżywam. Ile łez wylałam i nie przespałam nocy. Każda z Was wie to doskonale i równie doskonale rozumie. Nie dziwicie się więc pewnie wcale, że nie mam chęci ani do pisania, ani czytania, ani w ogóle do niczego. Snuję się jak jakieś zombie, a dni mijają prawie nie różniąc się od siebie. 
Paradoksalnie najgorsze są te dni słoneczne, z rześkim, zimowym powietrzem, bielą i iskrzeniem śniegu, zapraszające do spaceru. Patrzę przez okno i wspominam jak łaziłyśmy sobie po polach, ganiałyśmy po lesie, czy po prostu bawiłyśmy się na własnym podwórku. Patrzę przez okno, a łzy same ciekną mi po policzkach. Jerzy zerka na mnie ze współczuciem, proponuje spacer, czy jakąś wyprawę za miasto, lecz wiem, że to nic nie da. Spróbowałam raz- przez całą drogę wyłam jak syrena. Każde miejsce przypominało mi jakąś sytuację z którymś z psów w roli głównej. Brakowało mi ich zimnych nosów, merdających ogonów, odciśniętych w śniegu łap, wesołego szczekania i w ogóle... Do dupy z takim spacerem. 

Stoję więc w oknie i obserwuję ptaki. Choć zima nie jest u nas jakoś szczególnie śnieżna ani mroźna, ptaki przylatują całymi stadami. W przeważającej ilości sikorki i mazurki. Czasem trafi się kos z żółtym dziobem, zięba błyśnie niebieską czapeczką czy rudzik wypnie pomarańczową pierś. Na pniu starej węgierki kilka razy przysiadł dzięcioł. Regularnie odwiedzają mnie też sroki- ciekawe czy któraś z nich to Klara?[pamiętacie sroczkę "wypadniętą" z gniazda?] Odkąd nie ma psów śmielej siadają na trawie i szukają jakichś smakołyków. Nie raz i nie dwa widzę jak podrywają się do lotu trzymając w dziobach niezauważonego przeze mnie, lub zapomnianego orzecha włoskiego. Amatorów orzechów jest zresztą więcej. Któregoś razu wypatrzyłam szczura, który spokojnie, bezstresowo, z orzechem w pyszczku maszerował do swej kryjówki wśród opałowego drewna. Stałe widoki, przewidywalne dni. A jednak... 

Dzisiejszego poranka odwiedził mnie jeszcze ktoś. Siedzę sobie przy stole, popijam kawę i usiłuję wmówić sobie, że te otręby z jogurtem są naprawdę zajebiste, gdy nagle w karmniku zapanował popłoch. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie ptaki poderwały się równocześnie i zgodnie przeniosły na czubek śliwki.



Zaintrygowana, wyostrzyłam zmysł wzroku. Pod ptasią stołówką zauważyłam jakiś podejrzany ruch. Nie znam się na kotach, moją miłością zawsze były psy, wiem jednak, że trójkąt: pies, kot i ptak, niekoniecznie musi być udany, poderwałam się więc z krzesła, aby w lodówce poszukać czegoś smaczniejszego niż sikorka. Z kawałkiem smażonej piersi z wczorajszego obiadu wyszłam na taras. Szaro-rudy cień śmignął za choinkę. Postałam chwilkę, pomachałam kąskiem, aby smakowita woń rozeszła się po okolicy i próbowałam przywołać gościa zachęcającym: kici- kici. Żadne z moich działań nie przekonały futrzastego gościa do ujawnienia się. Położyłam więc kąsek na podłodze tarasu, wróciłam do domu i, łapiąc po drodze komórkę, zajęłam strategiczne miejsce przy drzwiach balkonowych. Po kilku chwilach kot przycupnął sobie jak gdyby nigdy nic, na podłodze altanki.



Jednak zapach kusił ;



Zachęcony bezruchem przysiadł sobie na tarasie, udając, że ten kawałek kurczaka w ogóle go nie rusza, w każdej chwili gotowy zwiać.



W końcu chapnął smakołyk i popatrzył mi prosto w oczy. 



Chciałam poczęstować go jeszcze jedną porcyjką, wstawałam z podłogi bardzo powoli, ale na mój pierwszy ruch kot zniknął bezszelestnie niczym duch i tylko tłusty ślad po kurczaku świadczył o jego niedawnej obecności. 
Ciekawe czy jeszcze wróci.

Mimochodem, rozmyślając i wybierając  zdjęcia na których cokolwiek widać, naszły mnie dwie wiekopomne i odkrywcze myśli:

Po pierwsze- natura próżni nie lubi. Wystarczyło kilka raptem tygodni i już miejsce psa próbuje zagarnąć kot. 
Po drugie- muszę umyć okno...

sobota, 17 marca 2018

Szura

Ja wiem, że to już się robi nudne, tylko psy i psy, ale dzisiaj zdarzyła się taka historia, że muszę Wam o niej opowiedzieć. 
Właściwie nie będzie to opowieść o psach, tylko o sile mediów społecznościowych. 
Kto by pomyślał, że Internet będzie miał aż tak wielką siłę przebicia i moc sprawczą. A jednak... Kiedyś ludzie umawiali się na randki w realu. Od razu wiedzieli czy chemia jest, czy nie ma, czy z tej mąki będzie chleb, czy co najwyżej zakalec. Teraz na portalach randkowych każdego wieczoru można zaliczyć choćby ze stu partnerów, a suma sumarum i tak pozostanie się dziewicą [prawiczkiem]. Na zakupy ruszało się z pełnym portfelem i w wygodnych butach. Dzisiaj siadamy przed netem, szast-prast i zakupy zrobione. Nie dość, że kilka kliknięć wystarczyło, to jeszcze same do domu się dostarczą. Brak wiedzy nie jest już [hm...] żadnym problemem, bo wujek Gugiel na każde pytanie odpowie i dodatkowo ze szczegółami na obrazkach pokaże. Języków obcych znać nie trzeba, bo słownik przetłumaczy, funkcja autokorekty eliminuje błędy ortograficzne i tak dalej. A największym chyba przebiciem cieszy się fejsbuk. Ileż osób dzięki niemu zostało odnalezionych [nawet wbrew swej woli], sprzedanych samochodów i rowerów, wymienionych książek i swetrów, odszukanych znajomych i wrogów... Niezmiennie zadziwia mnie moc udostępnień. Ktoś- coś, jeden, drugi, dziesiąty i już pół Polski wie, że dwa małe kotki szukają domu, zgubiła się czarna suczka w czerwonej obroży, a złoty retriever tęskni za swoim właścicielem. 

Na swych stronach schroniska dla zwierząt publikują zdjęcia wychowanków, a życzliwi ludzie posyłają w wirtualny świat wołanie o pomoc. Nierzadko zdarza się, że wołanie zyskuje odzew w świecie realnym i jakiś biedak wygrywa nowy dom. Lub odwrotnie- zmartwiony opiekun odzyskuje pupila.

Dostałam dziś maila na messengerze. 
Zaczynał się kilkoma zdjęciami. Otworzyłam plik i nie mogłam uwierzyć własnym oczom- na fotkach była moja Sonia! Młodsza, szczuplejsza, w obcym dla mnie, ludzko-psim towarzystwie.



Zamarłam. Po przeczytaniu kilku pierwszych zdań zachciało mi się ryczeć. Jak to- właściciele? Jak to – zaginiona? Odnaleziona? Przeraziłam się, że chcą mi odebrać moją dziewczynkę! Teraz? Jak ją pokochałam? Jak zaaklimatyzowała się w nowym domu, zapomniała o traumatycznych przeżyciach? Przez chwilę chciałam zignorować maila, zamknąć laptopa i udać, że nic się nie zdarzyło. Ale sumienie podgryzało mnie uporczywie: przecież mają prawo, martwili się, kochali, szukali, znaleźli... Na szczęście okazało się, że mogę zatrzymać moją dziewczynkę. Odezwała się do mnie wnuczka nieżyjących właścicieli Soni. Naświetliła sytuację i opowiedziała historię. Okazało się, że po niefortunnych narodzinach na stacji paliwowej i ciężkich pierwszych tygodniach życia dwie małe sunie trafiły do dobrych domów. Szura do dziadków, Ała do rodziców. Przez pięć lat wychowywały się w pełnych miłości domach. Niestety śmierć zabrała właścicieli Szury, a pies znalazł się u kolejnego Pana. Nie wiadomo co się stało, że pewnego razu przeskoczyła przez płot i nie wróciła już do nowego domu. Nie wiadomo gdzie się błąkała i jakie były jej losy, dopóki nie trafiła do choszczeńskiego schroniska. Z moich obliczeń wynika, że cały rok musiała jakoś radzić sobie sama. W marcu 2017 roku podpisałam dokumenty adopcyjne, a rok później wnuczki zmarłego państwa odnalazły Szurę w jednym ze schroniskowych postów. Jakże wielka była ich radość z odkrycia, że Szura jest zdrowa i szczęśliwa! Jakże się ucieszyłam na wieść, że moja Sonia miała spokojną i pełną miłości młodość! Wymieniłyśmy kilka mailów, ja dowiedziałam się o przeszłości Soni, one o przyszłości Szury. Portal rozwiał tajemnice dwóch epok i uspokoił kilka rodzin.


Globalna cyfryzacja i wirtualny ekshibicjonizm mają- jak się okazuje- również swoje dobre strony ;)

wtorek, 27 czerwca 2017

Jak sroczce kaszkę gotowałam.

No, moi drodzy. To były dwa dni pełne emocji.
W niedzielę w porze obiadowej rozszalała się zawierucha. W jednej chwili świeciło słońce, a już w drugiej czarne chmury kotłowały się po niebie, a deszcz chlustał jak z przysłowiowego cebra. Całe szczęście, że podwiązałam róże, bo jak nic poleciałyby na przeciwny koniec wsi, po drodze rozkładając dywan żółtych płatków wichurze pod nogi. Zawierucha nie trwała długo, okazało się jednak, że wyrządziła bardzo poważne szkody. Nie tyle na moim ogródku, ile u rodziny srok, mieszkającej po sąsiedzku tuż za płotem. Od dłuższego czasu obserwowałam czarno- białą parkę. Niechybnie miały młode, bo krzątały się pracowicie całymi dniami. Ciężko było odszukać wzrokiem gniazdo. Sroki mają to do siebie, że lubią na świat patrzeć z góry, więc na lokalizację domostwa wybrały jedną z najwyższych gałęzi pokaźnego głogu.


Po obiedzie Jurek poszedł do auta dolać oleju, czy tam jakiego innego płynu i prawie potknął się o pisklaka leżącego tuż przy aucie. Żył na szczęście, bo umknął w krzaczory za śmietnikiem. Pisklak naturalnie, nie Jurek. Jurkowi pokrzywy przeszkadzają... ;) 
Przyleciałam oczywiście natychmiast, gotowa do... sama nie wiedziałam do czego. Pisklak wyglądał zdrowo, nie miał złamanego skrzydła, nie utykał, a wręcz przeciwnie. Zostawiliśmy go więc w spokoju. Spokój jednak opuścił mnie. Co kilkanaście minut zaglądałam przez okno,  aby wypatrzeć co się dzieje w śmietnikowych rejonach, nic jednak nie udało mi się zaobserwować. Cisza, spokój, żadnego ratunku z góry, żadnych pomocnych dłoni ani skrzydeł. I tylko maluch ćwierkał żałośnie co chwilę, wzywając rodziców. Rodzice ogłuchli, nie ogłuchły jednak koty. Z przerażeniem obserwowałam, jak bure cienie schodzą się z różnych zakamarków. Wieczór się zbliżał, stwierdziłam więc, może źle, że nie ma co czekać, trzeba bidoka ratować. Zaczaiłam się, narzuciłam małego ręcznikiem i przyniosłam do domu. Skulił się w kącie pudła i udawał, że go nie ma. Próbowałam ośmielić malucha jedzeniem, ale moje próby spełzły na niczym. Przytachałam z garażu starą klatkę po wiewiórze, z budy Sońki podkradłam trochę słomy i uwiłam sroczce prowizoryczne gniazdko. 
Już późnym wieczorem udało mi się wcisnąć do dzioba kawałek jajka, ale Bogiem a prawdą było to nader żałosne. Więcej jajka było na pisklaku, dywanie, słomie i wszystkim dookoła, niż w ptasim dzióbku. Postanowiłam dać spokój. 
Drugiego dnia z rana, okazało się, że moje działania przyniosły jednak jakiś skutek, bo na mój widok sroczka od razu rozwarła paszczę w oczekiwaniu na coś pysznego. Dostała jajka i twarożku. Gdy nakarmiłam żarłoczka, poszłam się zorientować jakby tu podrzucić go z powrotem na górę, bo jednak co to za życie w niewoli, a tu szok!!! Sroki zniknęły! Cicho, nic nie skrzeczy, nie skacze po gałązkach... Trudno, pomyślałam. Wychowamy jak swoją. W międzyczasie poczytałam, pooglądałam itp. Sroki bardzo szybko się oswajają i przyzwyczajają do człowieka. Ciężko późnej dorosłemu ptakowi wrócić do natury. A jeśli w ogóle się uda, to zdany jest na śmietniki i padlinę, bo sam nie potrafi zdobyć pożywienia. Załamałam się. Nie takiego losu chciałabym dla małej sroczki. Jasne, z jednej strony to byłby niezły szpan, mieć oswojoną biało-czarną pięknisię. Przychodziliby, podziwiali, zazdraszczali... Ale czy takie życie byłoby lepsze dla sroki? Z całą pewnością nie.
Dlatego, gdy pod wieczór usłyszałam znajomy skrzek i ćwierkanie młodych momentalnie podjęłam decyzję. Ryzyk- fizyk [nie mylić z Rydzykiem].
Złapałam przygotowane wcześniej ustrojstwo, które Jurek zmajstrował z dwóch kijów od szczotki, Dawid pobiegł do garażu po drabinę i całą procesją ruszyliśmy pod głóg, starając się zrobić jak najmniej hałasu. 
Może i dobrze, że z rana się nie udało, bo mała sroczka już się do nas częściowo przyzwyczaiła. Przeskoczyła sprytnie z mojego palca na kij od szczoty, Dawid wszedł najwyżej jak się dało, podniósł kij i poczekał, aż mała przeskoczyła na gałąź. Strasznie to wysoko było. We łbie mi się kręciło, gdy zadzierałam głowę, by nie uronić ani sekundy z tego doniosłego, acz równocześnie przerażającego widowiska. Dawid kolebał się na drabinie, gałęzie kolebały się pod pisklakiem, a kamera, o której kompletnie zapomniałam, kolebała się na moim ramieniu nagrywając trawę, niebo i kawałek płota.

Młody zabrał sprzęt i poszedł do domu a ja zostałam pod drzewem, usuwając się jedynie dyskretnie, ale nie spuszczając wzroku ze sroczki. A ta bidula siedziała jak zamurowana. Pozostałe pisklaki zaczęły skakać po gałęziach, ale do malutkiej nie zbliżał się nikt. Minął kwadrans, później drugi. Nic się nie działo.

Zaczęłam żałować podjętej decyzji. Tak już było fajnie. Brała jedzenie, próbowała fruwać po pokoju, wdrapywała się śmiesznie po nodze albo ramieniu. A teraz co? Nie ma szansy na ściągnięcie jej z powrotem. Rodzeństwo ją ignoruje, rodziców nie widać. Z załzawionymi oczami poszłam do domu. Po godzinie znów mnie poniosło pod drzewo. Siedziała dalej, tyle że jakby trochę wyżej. Dawid i Jurek, który w międzyczasie wrócił do domu, klepali się w czoło, ale Wy mnie rozumiecie, prawda? Też by Was nosiło, jestem pewna. 
Późnym wieczorem oględziny zaczęłam od chaszczy. Prawie pewna, że mała leży gdzieś tutaj nieżywa, zadziobana, zagłodzona, odrzucona zarówno przez matkę biologiczną, jak i zastępczą. Czułam się podle. Na szczęście nie znalazłam żadnego małego ciałka. Usłyszałam natomiast hałas dobiegający z korony głogu. Nie mogłam wypatrzeć co się tam dzieje, ale sam fakt, że sroczki na tamtej gałęzi [ani oczywiści pod gałęzią, dzięki Bogu] nie było, pozwolił mi mieć nadzieję, że sytuacja się poprawia.
Co zrobiłam dzisiaj z samego rana? Zgadza się. Dokładnie to samo jak wieki temu, gdy wypuściliśmy Wiewióra. Poleciałam pod głóg. I o radości przeogromnej, zauważyłam całe stadko małych sroczek hasających w pobliżu gniazda. Nie mogłam rozpoznać mojej, ale żadna nie odstawała jakoś od reszty, więc wszystkie znaki na niebie, ziemi i drzewie sugerują, że mała szczęśliwie wróciła na łono rodziny. I wszystkim mocom świata niech będą za to dzięki!!!
Oczywiście drzewo będzie jeszcze inwigilowane przez jakiś czas. Nie mam też żadnej pewności, czy na pewno wszystko skończyło się dobrze, ale wolę myśleć, że tak. W końcu i tak nie mam żadnego wpływu na losy sroczej rodzinki, a natura rządzi się własnymi prawami. I tak chyba powinno być. 

Ps. Jakby ktoś nie widział to fotki w poprzednim poście ;)


sobota, 24 czerwca 2017

Na stresy- najlepsze piesy ;)

Remedium na smutki i stresy mogą być różne rzeczy. Sen, książka, film, porządne trzaśnięcie garami, albo stłuczenie kilku talerzy. 
Dla mnie najlepszym lekiem są moje psy. Gdy mam doła wystarczy trochę przytulasów, liźnięcie czy dwa po dłoni i już mi lepiej. Gdy krew gotuje się w moich żyłach i w myślach układam epitafium na nagrobku Jurka, które zazwyczaj kończy się słowami- „uduszony przez własną żonę”, biorę smycz i idę na długi spacer do lasu. Po drodze wyżalę się, wybluzgam czasami, wygadam od serca i, co najlepsze, nie muszę wysłuchiwać żadnych dobrych rad czy krytyki własnego zachowania. Choć kiedy jedna albo druga spojrzy na mnie z wyrzutem, to zaczynam się zastanawiać, czy czasem one nie rozumieją aby zbyt dużo...?

Babcia Saba jest z nami już czternaście lat i nie raz i nie dwa ryczałam w jej futro. Sońka jest od marca i już nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej z nami nie być. 
A przecież to był czysty przypadek. Mogłam jej nie zauważyć, mogła być na spacerze z którymś z wolontariuszy, mogłoby być jeszcze wiele innych przeszkód. O naszym spotkaniu możecie poczytać tutaj.


Przez pierwsze kilka dni była zastraszoną, zabiedzoną kupką nieszczęścia.



Ileż cierpliwości wykazała, gdy wyczesywałam jej skołtunione od nie wiadomo ilu lat kudły. Grzebieniem, szczotą, nożyczkami... Nigdy nawet nie warknęła, choć ja na jej miejscu sama siebie z pewnością bym pogryzła. Raz tylko napędziła mi niezłego stracha, gdy zniknęła. Z jakiegoś powodu przeskoczyła przez płot. Gdy załamana i pełna wyrzutów sumienia wróciłam z bezowocnych poszukiwań, siedziała pod furtką i na mój widok lekko machnęła ogonem. Gdy tylko wytuliłam ją z wielką ulgą, chciałam dać jej wychowawczą reprymendę, ale na mój podniesiony głos i zamarkowane klapnięcie w tyłek tak się skuliła, tak wielkie przerażenie i smutek pojawiły się w jej oczach, tak panicznie stuliła uszy i przypadła do ziemi, że tylko się rozryczałam i zabrałam za głaskanie i przepraszanie. Nie wiem, jakie były jej losy, ale z pewnością poznała co to jest krzyk i ból. Co znaczy uniesiona ręka albo noga. Pewnie dlatego nie lubi aportować, a zamach ręką nie kojarzy jej się z zabawą. Zabiłabym gnoja, który zrobił jej krzywdę!

Przez pierwsze dni Saba oprowadzała nową koleżankę po włościach.


Już wyobrażam sobie ich rozmowy: 
-Tu pod tą sosną niby jest kibel, ale gdy pańcia nie widzi, to sram wszędzie... ;)

Dziewczyny jakoś nie zaprzyjaźniły się specjalnie. Ich wzajemne stosunki nazwałabym nieagresywną akceptacją. Sikają w te same miejsca i obwąchują te same krzaczki, ale ani jednej, ani drugiej nie ciągnie do wspólnej zabawy. Sądzę, że to z powodu wieku. Schroniskowy weterynarz ocenił Sonię na dwa lata, ale wg mnie ma ich co najmniej pięć. Oczywiście nie ma to najmniejszego znaczenia.

Sońka jest taka jak ja. No... trochę bardziej owłosiona. Obie uwielbiamy żonkile


i nie tolerujemy suchej karmy. Gdy widzę jak Jurek albo Dawid zalewają chińską zupkę, a potem siorbią ze smakiem... Brrr.
Mogłoby się wydawać, że Sońka, jako pies schroniskowy będzie nienażarta i niewybredna. Nic bardziej błędnego. Suchej nie ruszy, mokrą tak sobie, drób zje jak jest bardzo głodna. Taka hrabianka mi się trafiła ;)

Tak jak ja, nie lubi burzy. Podejrzewam, że cichaczem podgląda przez okno telewizję i jak widzi w prognozie zapowiedź burzy układa się pod tarasowymi drzwiami. Ma jakiś siódmy zmysł, bo nigdy się nie pomyliła- jak Sońka leży pod drzwiami to na bank w nocy będzie grzmiało i lało. Zabieram więc z dworu co wrażliwsze kwiaty, chowam hamak, dobrze zamykam drzwi od pomieszczeń gospodarczych, a gdy Jurek idzie spać [udając, że nic nie wie] wpuszczam moją pogodynkę do domu. Kładzie się grzecznie na starym kocu i kima spokojnie całą noc.


Choć raptem minęły zaledwie trzy miesiące Sonia już jest innym psem.





Wciąż wycofana i ostrożna, ale jej pysk się śmieje, a w oczach ma spokój. Nie wywija szaleńczo ogonem, gdy wracamy z miasta, ale podchodzi bez strachu i swoim zwyczajem wtula głowę pod pachę albo przytula się ufnie do kolan. Nie jest chętna do wygłupów ani nie umie sztuczek, ale każdym swym gestem pokazuje, że kocha mnie bezgranicznie.

Schroniska na całym świecie pełne są takich pięknych dusz. Skrzywdzonych, zagubionych, czekających aby obdarować kogoś swoją miłością i wiernością.
Nie kupuj- przygarnij.

sobota, 11 marca 2017

Siła imienia

Był już post o sile spojrzenia, dziś muszę, po prostu muszę napisać o sile imienia. Albo się uduszę ;)

Od wczoraj jestem dumną i szczęśliwą posiadaczką nowego psa. Słodka jest. Mądra, piękna, pojętna, wrażliwa itd. Itp. Ale bezimienna. 
Aby zaradzić temu niedopatrzeniu, w Rapsodii odbył się rodzinny zjazd z noclegiem. Anka, Olka z dziewczynkami i ja zrobiłyśmy prawdziwą burzę mózgów, bo imię to imię. Może być zwykłe i proste, ale musi być przemyślane. Musi pasować do psa jak smycz, obroża czy buda [tymczasowa na razie]. 

Dziewczynki rzuciły świetną myśl, żeby imię zaczynało się na „S”- tak jak imię Saby. No to burza mózgów zawrzała. Sparta- bo już się pewnie w życiu nawalczyła, Szansa- bo wiadomo, Samba- bo jak biegnie to tak zalotnie kręci bioderkami, Sarna- bo takie nogi zgrabne i długie, Salami- bo pewnie lubi... 
Tu się oburzyłam. Nie będę psa truć solą i konserwantami. O nie! Niech Jurek i Dawid sobie jedzą! 
I tak leciały propozycje jedna za drugą. Dzieci dawno się znudziły i poszły z Bezimienną na spacer, a dziewczyny się rozochociły i propozycje stawały się coraz bardziej perwersyjne. Flaszka wina, w której już było widać dno, też pewnie miała jakiś niewielki wpływ na ten fakt. 

-Może Nefretete, bo tak się wyłoniła z tej brudnej piany po kąpieli niczym bogini jaka?- zaproponowała Anka.
-Durna jesteś, to była Afrodyta- uświadomiła nas Olka.- Poza tym miało być na „S”.
 – Oooo- ucieszyła się mitologiczna laiczka- w takim razie mam- Sulejka! Ona taka nieco czarniawa. 
Wybuchnęłyśmy śmiechem, bo pewien nasz znajomy poczuł po pięćdziesiątce drugą młodość, zostawił żonę, wyjechał na zgniły Zachód i ożenił się z Zulejką. Czarniawą. 
Durnowaty śmiech zerwał chyba wszystkie tamy przyzwoitości. Bardzo szybko Sulejka zamieniła się w Stulejkę. 
-Dlaczego Stulejka?- zbulwersowała się Anka- to już lepiej porządna Polucja. Albo nie. Jeszcze lepiej- Erekcja.
- No wiesz co...- Olka nie była przekonana.- Przecież to w końcu kobieta. Może Menstruacja? W skrócie będzie się wołać Ciotka. 
Boże!!! Padłyśmy na podłogę i tarzałyśmy się ze śmiechu. Nie usłyszałyśmy jak wróciły dzieci z lekko zziajanym psem. Hanka chwilę patrzyła na nas w milczeniu. Widząc, że nie reagujemy na jej potępiający wzrok lekko pociągnęła smycz.
- Choć Sonia. Pójdziemy do sadu. 
Do niedawna bezimienna machnęła ogonem i radośnie wytuptała za dziewczynkami a my zaniemówiłyśmy. Tak. Sonia. Pięknie, prosto i na „S”. Saba i Sonia- super sunie ;)



I tak jedna z wielu schroniskowych Miś przeistoczyła się w jedyną, wyjątkową Sonię ;).

Spragnionych fotek zapraszam na facebuka, bo tutaj coś nie chce się więcej wkleić ;/

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Wpadka stulecia

No to się narobiło...
Pamiętacie moją kuzynkę Ankę, zadeklarowaną singielkę i nieugiętą feministkę? Ankę, która również, ku własnej zgryzocie, jak i radości nas wszystkich, nie oparła się urokowi Aarona Medinopolusa i wreszcie znalazła własne skarpetki do zbierania? Która w końcu odzyskała spokój w ramionach przystojnego weterynarza?
No więc już go straciła. Zerwała z Ajronem i posłała go w kosmos. Wcześniej jednak w kosmos latali wspólnie i  okazało się,  że z tych międzyplanetarnych podróży moja kuzynka przywiozła ze sobą pasażera na gapę. Objawił się on w postaci dwóch błękitnych paseczków. Jednym słowem, moja czterdziestoletnia przyjaciółka zaliczyła najbanalniejszą w świecie wpadkę, która ewentualnie mogłaby być zrozumiana u młodocianej pannicy, ale u dojrzałej, a nawet lekko przejrzałej (choć w sumie okazało się, że jednak nieprzejrzałej) kobiety jest... no cóż, sami sobie dopowiedzcie, bo mnie nie wypada jej przecież oceniać. No i chwilę wcześniej pogoniła przyszłego tatusia i nie zamierza (mam nadzieję, że tylko chwilowo) powiedzieć mu o celnym strzale, jaki był jego udziałem.


Dziewczyna wpada ze skrajności w skrajność. Raz widzi siebie, spacerującą z wózkiem i rozmawiającą z innymi mamami o pieluchach i odżywkach i nie umyka jej w owym obrazku, że pozostałe mamy są o piętnaście lat młodsze. Widzi, jak, umordowana kolkami i wiecznym płaczem nie wiadomo z jakiego powodu, strzela sobie w łeb z ukochanego glocka. Maluje w swej głowie obrazy szczęśliwego Ajrona spacerującego z jakąś wydrą lub inną zwierzyną łowną, podczas gdy ona z ryczącym tłumoczkiem przez kilka godzin czeka na wizytę lekarską. Matko jedyna. Nawet kielicha nie może sobie strzelić na poprawę humoru…
Godzinę później chodzi z rozanielonym uśmieszkiem, głaskając się po wciąż płaskim brzuchu.
Codziennie oglądane widoki nabrały innego wymiaru. Przez szyby samochodu obserwuje place zabaw pełne bawiących się dzieci i kolorowe wystawy sklepów z zabawkami. Zatrzymuje auto, gdy widzi zbliżające się do przejść dla pieszych matki pchające dziecięce wózki, choć wcześniej na taki widok przyciskała z irytacją pedał gazu, chcąc zdążyć pokonać pasy przed rozglądającymi się po sto razy na boki kobietami. Uśmiecha się na widok niezgrabnego człapania ciężarnych i jest to uśmiech pełen sympatii, który pojawił się w miejsce wcześniejszego, współczującego grymasu.

Jednym słowem- nie poznaję jej. Czy to już hormony? Wiem, łatwo mi pisać, bo ja mam już odchowanego, dorosłego syna i męża u boku. Gdy pomyślę sobie, że znów musiałabym zagrzebać się w pieluchach, zupkach i zasypkach... brrr! A do tego bez drugiej zmiany w postaci tatusia? Matko jedyna!

sobota, 2 stycznia 2016

Zegar tyka


Rok 2015 pożegnał nas piękną, wiosenną pogodą, a 2016 powitał śnieżkiem i całkiem porządnym mrozem. Patrzę przez okno i zachwycam się krajobrazem za oknem. Gałęzie porzeczkowych krzewów otuliły się delikatną koronką, iglaki założyły białe czapeczki, a trawy stoją na baczność, salutując zimowemu słonku. Wychodzę z domu i... przestaję się zachwycać. Mało brakowało, a wyrżnęłabym orła na oszronionym chodniku chodząc dookoła samochodu i zdrapując grubą warstwę lodu z szyb, a zgrabiałe ręce miały problem z włożeniem kluczyka do stacyjki. Nie odpalił- dziad jeden. Jurek fuka- że nie ma się co dziwić, skoro nie chciało się auta do garażu odstawić... Noż kurna, jakbym wiedziała że rano nie odpali, to bym odstawiła...

Tak więc z podróży do miasta nici. Akumulator z mojego golfa ładuje się w kuchni, a swoje auto Jerzy pożyczył Dawidowi, który pojechał balować gdzieś pod Poznań, później do szkoły i wróci dopiero za dwa tygodnie. Jesteśmy udupieni.
Całe szczęście, że po noworocznym obiedzie, na który znów przyjechała cała famuła, zostały jakieś resztki. Hm... po obadaniu lodówki, stwierdziłam, że całkiem pokaźne resztki- z głodu nie umrzemy ;)
Olka zrobiła wczoraj przepyszne dewolaje z indyka i sałatkę z brokułów. Pokroję mięso na kawałki, dodam do resztki sałatki i będzie całkiem nowa, odlotowa, sałatka z indyka ;)

Cytryna ma już tak wielki brzuch, że gdyby Ajron nie powiedział mi, że przychówku powinnam spodziewać się w pierwszej połowie lutego, przeprowadziłabym się do obory, pewna, że koza urodzi lada moment. Tak samo (mimo moich uspokajających słów) myśli Hania i już profilaktycznie przygotowuje się do ewentualnego „cesarzowego wycięcia”, bo skoro wypadki chodzą po ludziach, to i po kozach też przecież mogą. Nasz domowy wet wciąż baluje gdzieś na Bornholmie i Hanka postanowiła godnie go zastąpić ;)

Mała Miśka dalej przeżywa wideo od Mikołaja, choć nie znaczy to oczywiście, że przestała tłuc się ze starszą siostrą. Tłucze się dalej, mając pewnie nadzieję, że Mikołaj odpoczywa po ciężkiej pracy i nie obserwuje niegrzecznych dzieci zbyt gorliwie. Na szczęście nie tłucze (jeszcze) Natana. Od kilkunastu dni mieszka z nami czteroletni chłopczyk. W ciągu dnia jest już całkiem dobrze, ale nocki na razie wciąż są przerąbane. Kilka razy muszę zmieniać zasikaną przez małego pościel. Trafił do mnie po kilkudniowej odtrutce w szpitalu, w którym to wylądował dzięki swoim rodzicom- nałogowym narkomanom. Na myśl o nich wciąż zgrzytają mi zęby, a dłonie automatycznie zaciskają się w pięści.

No i naturalnie, po kilku głębszych, podjęliśmy noworoczne postanowienia. Olka (jak co roku) będzie się odchudzać, Anka będzie milsza dla ludzi (ha !- czyli zanim walnie pałą, da powąchać marchewkę) a ja obiecałam nie zmarnować ani jednego owocu z sadu. To było bardzo sprytne z mojej strony, bo zawsze mogę się wytłumaczyć ;) Czego nie przerobię, zjedzą kozy lub Boczek, a co spadnie – użyźni ziemię. Nic się nie zmarnuje ;) Ale tak serio, gdy przypomnę sobie te olane w zeszłym roku porzeczki, to jestem wściekła sama na siebie.

Co jeszcze z nowości? Po szalonej sylwestrowej zabawie Anka obudziła się we własnym co prawda łóżku, ale za to u boku nieznanego przystojniaka. Zamiast w budzik palnęła ręką w jakąś buźkę i dobrą chwilę ugniatała męską wargę, zanim zorientowała się, że nie jest to dzyndzel od budzika. Na moje pytanie, czy inne dzyndzle też były w użyciu zaprzeczyła, ale tak jakoś niepewnie ;) Obie z Olką bardzo się cieszymy. W końcu czemu Anka ma mieć lepiej niż my? Tym bardziej że zegar biologiczny bezlitośnie tyka. Dacie wiarę, że dzisiaj ukończyłam czterdzieści pięć lat??? Niemożliwe... ;)


środa, 9 grudnia 2015

Rodzinne Pogotowie Opiekuńcze


No i stało się. Klepnięte, zatwierdzone, podpisane. Dwa pełne dokumentów segregatory zostały upchnięte na dnie szuflady i mam nadzieję, że nie będę musiała wyciągać ich do żadnych kontroli, a tym bardziej dokładać nowych papierzysk. Przeszliśmy długą drogę. Najpierw prekwalifikacja- czyli prześwietlanie nas ze wszystkich stron i grzebanie w każdym aspekcie życia. Później badania psychologiczne, sprawdzające nasze predyspozycje i motywacje. Kilkanaście spotkań informacyjnych, miliony testów i tony dokumentów do podpisania. Po pierwszej dziesiątce dalej już ich nie czytałam (wiem, że to źle), zostawiając to żmudne zajęcie Jurkowi. Wielogodzinne warsztaty, odbywające się przez kilkanaście tygodni. Dalej- bardzo ciężki emocjonalnie staż w różnych placówkach opiekuńczo-wychowawczych. Znowu spotkania konsultacyjne i badania psychologiczne. W końcu otrzymanie zaświadczeń kwalifikacyjnych i proces w sądzie. Ustalenie kuratora, podpisanie kolejnych wniosków w PCPR-rze, kilka niezapowiedzianych kontroli domowych i w „Rapsodii” powstało oficjalne i prawomocne Rodzinne Pogotowie Opiekuńcze, dla dzieci powyżej lat trzech!



Okazało się szybko, że instytucje takie, jak nasza nowo powstała, są bardzo deficytowe, bo już lada dzień przybędzie nowe, pokrzywdzone przez los i własnych rodziców dziecko. Nie znam szczegółów, wiem tylko, że będzie to czteroletni chłopczyk, przebywający obecnie w szpitalu. I z jednej strony cieszę się na jego przyjazd, a z drugiej martwię tym, co przyniesie los. Pamiętacie Emilkę? klik. Z nią też na początku nie było łatwo. Poradziliśmy jednak sobie, a mała szczęśliwie wróciła do matki, gdy ta mogła już się nią zaopiekować. 
Mam nadzieję, i zrobię wszystko, aby również ta nieszczęśliwa historia miała swój happy end.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Piorun z nieba


Pamiętacie, jak tydzień temu pisałam o chmurach, wulkanach i gąbczastym mózgu? Jak unosiłam się kilka centymetrów nad ziemią, śmiałam radośnie z byle czego i z zachwytem słuchałam kumkania żab? Jak motyle zrobiły sobie w moim brzuchu salę balową i tańczyły, tańczyły, tańczyły... Pamiętacie? To zapomnijcie.

Kończąc swe górskie wojaże, Dawid zahaczył o Przemyśl. W domu zastał ojca siedzącego przy na wpół opróżnionej butelce wódki, z nogą w gipsie opartą o kuchenny taboret. Okazało się, że dwa tygodnie temu Jerzy przewrócił się tak niefortunnie, że naderwał ścięgno Achillesa. Unieruchomiony, bez rodziny, na łasce sąsiadów z którymi wcześniej o byle głupstwo koty darł, nie oponował zbytnio, kiedy Dawid zaproponował mu przyjazd do „Rapsodii”. I już jutro zjawi się w Jagodzicach. Ze swoją nogą w gipsie, skwaszoną miną i wiecznymi pretensjami.

Część z Was pewnie się oburzy. Wytknie mi egoizm, bezduszność i brak odpowiedzialności. I będziecie mieli rację. Wiem, on wciąż jest moim cholernym mężem, któremu przysięgałam w zdrowiu i cholernej chorobie. Ale wiem też, jak to będzie... Znów zaczną się ciągłe wyrzuty. Krytyka tego, co zrobiłam, albo czego nie zrobiłam. Narzekanie na wszystko i wszystkich. On jest jak jakiś cholerny wampir energetyczny, który wysysa pozytywną energię z całego otoczenia, a najbardziej ze mnie... I nigdy nie jest szczęśliwy, co tam szczęśliwy, on nie potrafi być nawet zadowolony. A ja nie wiem, czy interesuje mnie jeszcze poziom jego zadowolenia ani czy chce mi się robić cokolwiek, aby ten poziom podwyższyć.

A Emilka? Dopiero co się otworzyła. Nauczyła się śmiać i ponownie ufać innym, a zaraz znajdzie się z powrotem w towarzystwie obcego. Który w dodatku nie jest taki łatwy we współżyciu jak chociażby Ajron. I Ajron... Jaka ja byłam głupia! Certowałam się, wstydziłam niczym jakaś cholerna cnotka. Wzdychałam tylko i marzyłam, zamiast posłuchać Anki i pozwolić sobie na to, czego pragnęłam... A teraz już dupa. Koniec. Mogę tylko dalej ślinić się do niego cichaczem, a na pokaz udawać, jaka jestem szczęśliwa z ukochanym małżonkiem. Aż się kiedyś w końcu porzygam z tego szczęścia...

Pamiętacie, jak tydzień temu pisałam o chmurach, wulkanach i gąbczastym mózgu?
Białe obłoczki zamieniły się w czarne chmury z których pierdyknął ognisty piorun. Wulkany wygasły i rzygają dookoła szarym pyłem. Jedynie mózg nadal został otępiony i obija się w mojej głowie z jedną, jedyną myślą- nie, nie, nie...
I panicznie wręcz się boję, że przeszłość znowu stanie się moją teraźniejszością...



środa, 19 sierpnia 2015

Babiniec i nowi mieszkańcy "Rapsodii"


No i został w „Rapsodii” prawie sam, wielogatunkowy babiniec. Jako przedstawiciel płci brzydkiej ostał się Boczek i ... Bolek. Ale o Bolku za chwilę. Dawid wyjechał na bieszczadzką tułaczkę. Wakacje pomału się kończą i syn mój, przed ponownym wkręceniem się w uczelniane tryby postanowił zażyć nieco wolności. Zabrał ze sobą Zuzannę. A znacie piosenkę „Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni...”- strach się bać ;) Choć na razie nie w głowie mi niegrzeczne pomysły. W głowie mam jabłka, ogórki i uczynną sąsiadkę, która codziennie obdarowuje mnie plonami ze swojego ogródka. Zemszczę się w przyszłym roku... A do tego sery i codzienny obrządek zwierząt. Dopiero teraz doceniam syna. Co dwie pary rąk, to nie jedna, niestety.

Pierwszy dzień bez Dawida dał mi nieco popalić. Po szybkim wydojeniu Cytryny wypuściłam kozy na łąkę. Nakarmiłam Boczka dzień wcześniej przygotowaną warzywno-zbożową mieszanką i jemu również dałam wolną rękę, choć wietnamek, podobnie jak spora część ludzkiej populacji, zamiast ręką zdecydowanie wolał działać ryjem. Zaniosłam mleko do kuchni i poszłam do sadu, aby zebrać opadłe przez noc owoce, zanim zajmą się nimi kozy lub knur. Zrobiłam kanapki dla siebie i Emilki. Ledwo ogarnęłam kuchnię po śniadaniu, zabrałam się za przetwarzanie owoców i robienie serów, gdy już trzeba było myśleć o obiedzie. Emilka - złote dziecko- zajęta baaardzo ważnymi sprawami, nie domagała się uwagi. Jakież to ważne sprawy może mieć pięcioletnie dziecko? Za chwilę się dowiecie ;)

W poniedziałek wpadł Ajron. Jak po ogień, gdyż po tygodniowym urlopie miał olbrzymie zaległości. Dzień wcześniej wrócili z Zuzką znad morza, opaleni, uśmiechnięci i zrelaksowani. Zuzannie wybaczę, ale to niesprawiedliwe, że facet po czterdziestce może tak wyglądać. Choć przyglądałam się bardzo uważnie, oprócz kilku kurzych łapek pod oczami, nie znalazłam ani jednej zmarszczki na jego twarzy. Chamstwo.

No więc wpadł zaraz po śniadaniu. Z prezentem. Nie dla mnie. 
W niedzielę sporo rozmawialiśmy o Emilce i oboje zgodnie zauważyliśmy, że mała najlepiej czuje się w towarzystwie czworonogów. Okazało się, że zwierzęta najlepiej nadają się na psychoterapeutów i pocieszycieli. Ich obecność sprawiła o wiele więcej, niż mogłabym marzyć.

No więc przyniósł prezent. Nie postarał się za bardzo. Stare, kartonowe pudełko nie dość, że nieoklejone żadnym kolorowym papierem, bez kokardki, to do tego całe podziurawione. Ho ho- pomyślałam sobie- nasz czaruś nie miał dziś czasu na czarowanie.- Otworzyłam pudełko i natychmiast zmieniłam zdanie.



 Z czeluści pudła spojrzały na mnie dwie pary błyszczących oczu, a z dwóch gardziołek wyrwały się przerażone miauknięcia. Położyłam pudełko na podłodze, a po chwili nieśmiało wysunęły się z niego dwa prześliczne kocięta. Oba kociaki usiadły, otaczając się ogonami i badając otoczenie wzrokiem, a za chwilę, węsząc, rozeszły się po kuchni, zaglądając ciekawie w każdy kąt.




W moim sercu pojawiło się ciepło i narodziła się dziwna myśl. Ani ciepło, ani myśl nie dotyczyły zabójczo przystojnego Greka, który mówił gładkie słówka i powalał oszałamiającym uśmiechem. Dotyczyły za to prostego, wiejskiego weterynarza, który sprawił że buzia małej dziewczynki rozkwitła pełnym szczęścia uśmiechem.

piątek, 14 sierpnia 2015

Zielonoskrzydła mucha


Życie jest zaskakujące. Czasem nabiera pędu i czujemy się jakbyśmy pruły polską autostradą z ponadświetlną prędkością. W pewnym momencie, na którymś z zakrętów dociera jednak do nas, że przecież w Polsce nie ma autostrad (pomijając te kilkaset kilometrów, za które musimy tak słono zapłacić, że nie opłaca się nimi jechać) i zatrzymujemy się niespodziewanie na zwykłej, pełnej dziur asfaltówce. 
Obiektywne media opowiadają nam, że Polacy są zadowoleni ze sprawnie działającej demokracji i uczciwych polityków. Gdy wyłączysz gadające głowy i wsłuchasz się we własne myśli, dochodzisz do innych wniosków. 
Po pierwsze- nie ma obiektywnych mediów. Każda stacja, tak telewizyjna jak i radiowa, przedstawia swój punkt widzenia i chwali tych, którzy posypali więcej grosza. A uczciwy polityk- to klasyczny oksymoron. Podobnie zresztą jak zadowolony Polak, odważny Francuz, trzeźwy Czech (a może Rusek?), czy ładna Niemka (pomijając oczywiście Polonię ;)) Po przyswojeniu tych podstawowych wiadomości, zastanawiamy się dalej. Komu więc wierzyć? Reprezentujący nasz kraj politycy, są naprawdę wybitnie elokwentni i wielce pomysłowi. Nasz skoczny elektryk wypominając innym ich dodatnie i ujemne plusy, dokonał w Polsce zwrotu o 360 stopni. Był za a nawet przeciw i obojętnie czy „szłem czy szedłem” grunt, że doszedł. Doszedł do wniosku, iż nie o take Polske walczył. Miała być demokracja, a tu każdy gada co chce. Nie chciał, ale musiał ustąpić pola i jego miejsce zajęła kolejna mądra głowa. Nie miał szczęścia abstynent Olek. Podczas pobytu na Filipinach zaraził sie ciężką chorobą, objawiającą się bełkotaniem i niespodziewanymi utratami równowagi. Co gorsza, utracił również zaufanie swych naiwnych wyborców, którzy wybrali innego, równie elokwentnego i równie pomysłowego. I kolejnego... Nie tylko prezydenci starają się, aby Polska była na ustach całego świata. Nasi mądrzy i spostrzegawczy politycy odkryli i ogłosili prawdziwą naturę Tinkyego- Winkiyego i ekshibicjonizm Misia Uszatka oraz odkryli, że białe tak naprawdę jest czarne.

Ale o czym to ja chciałam...?

Na codzień, dookoła mnie również występuje wiele słownych pułapek i sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem pragnień. Jeśli Dawid mówi, że idzie na godzinę z Robaczkiem na ryby, wiadomo, iż mam wolne całe popołudnie i prawdopodobnie pół nocy. Jeśli Robaczek mówi że idzie na jedno piwko, to będę miała przynajmniej z pięć nowych butelek na cydr. Brak już w piwnicy miejsca na porzeczkowe soki i wiśniowe kompoty, a jakoś mi smutno, gdy patrzę na zasuszone krzewy i drzewka na których wiszą już tylko żółtawe liście. Równocześnie wzdycham ciężko pod nosem, patrząc na dojrzewające jabłka i śliwki... Boże... Zdecydowana kobieta- to równie częste zjawisko jak wierny mężczyzna, bogaty student czy rozsądny nastolatek. 
I tylko jedno mnie zaskoczyło. Posłuszne dziecko- to również rzadkość. Biały kruk. Unikatowy bursztyn z zatopioną w nim i nieuszkodzoną zielonoskrzydłą muchą. I ten ewenement trafił właśnie do mnie. 
Emilka.
Mieszka ze mną od kilku dni. Grzeczna, cicha, poukładana... Jak aniołek żywcem sprowadzony z nieba. Marzenie każdej matki, wychowawczyni w szkole, przyszłej teściowej... A ja ? Ja czekam z utęsknieniem, kiedy wyrosną jej różki. Choćby najmniejsze. Czekam, żeby mi odpyskowała, czegoś nie zrobiła, pokłóciła się z Dawidem... Czekam na jej emocje. Na śmiech, krzyk, łzy, cokolwiek. Nic. Cisza. Czy to biedne dziecko zostało już tak strasznie stłamszone, czy to ja nie potrafię do niej dotrzeć? Co robię źle? Co mogłabym zrobić jeszcze? Czy rany zadane niewinnemu dziecku mają szansę zagoić się kiedykolwiek bezpowrotnie...?

W każdym z nas siedzi jakiś mroczny pasażer. Różnie się nazywa. Wstyd, strach, porażka... Może wysiądzie na którymś z przystanków życia. Pożegna się, podziękuje za podwózkę i odejdzie w zapomnienie. Może usunie się cichaczem, nie wiadomo kiedy ani gdzie. A może nie. Może na zawsze zostanie w jakimś ciemnym zakamarku, niezauważony, dyskretny, i będzie na nas pasożytował do końca życia.