Przyszła do mnie wczoraj znajoma.
Zdziwiłam się bardzo tą wizytą, bo ani my za bardzo zakolegowane, ani nie sąsiadki, ani w ogóle nic. Ot kiedyś zapoznała nas w sklepie Ola, porozmawiałyśmy chwilę, a po zakupach we trzy poszłyśmy na kawę do pobliskiej kawiarenki. Babka miała klasę. Ubrana, umalowana, rzęsy jak firanki prosto z kosmetycznego salonu, złote kolczyki w uszach i drogi zegarek na nadgarstku. Przy rachunku upierścienioną dłonią sięgnęła do drogiej [na oko] torebki i lekką ręką wyciągnęła stówkę ze skórzanego portfela. Jednym słowem dobrze zrobiona i nieźle zakonserwowana.
Później Olka opowiadała mi, że to emerytowana pani sędzina. Rozwiedziona, dzieci za granicą, żyła sobie jak pączek w maśle. Bez stresów, kłopotów ani żadnych innych zawirowań, które większość z nas ma na co dzień.
I przyszła ta farciara do mnie- średniozamożnej [z naciskiem na średnio], średniozadbanej [z naciskiem na to samo] i obarczonej mężem, dzieciarami, psami i kotami, że o kozach i prosiaku nie wspomnę, po prośbie. Chciała pożyczyć pięćdziesiąt złotych...
Już od progu uderzył mnie jej wygląd. Włosy dawno nie widziały fryzjera, firanki na powiekach wyraźnie się przerzedziły, zniknęło złoto... Tylko torebka wciąż była ta sama.
Okazało się, że kobieta wpadła w błędne koło. Spiralę kredytów, pożyczek, superatrakcyjnych chwilówek, okazjonalnych ofert i sklepowych wyprzedaży. Tu promocja na laserowe spalanie tłuszczu, karnet do kosmetyczki na masaże liftingujące, przedłużanie rzęs i regenerację cebulek włosowych. Atrakcyjne spotkania organizowane przez firmy wciskające ludziom wspaniałe garnki, cudowną pościel, rewelacyjne aparaty do masażu...
Wieczorami oglądała telezakupy i zamawiała kolejne niezastąpione w każdym gospodarstwie domowym gadżety jak: szybkowar, wolnowar, robot samoczyszczący, magiczny mop i tym podobne.
Doszło w końcu do tego, że kupowała na krechę ubrania w sklepie. Golfik z rękawami trzy czwarte za trzysta pięćdziesiąt, buty za pięćset, płaszcz za tysiaka. Oddawała, gdy przyszła emerytura.
W końcu zabrakło. Nie spłaciła raty na czas, o innej zapomniała, na kolejną nie starczyło kasy. A odsetki rosły jak na drożdżach. Zastawiła w komisie złoto i zegarek. Zaczęła wyprzedawać dorobek swojego całego życia, a dług wciąż rósł. Lichwiarskie chwilówki od Bociana i Providenta zaczęły pochłaniać lwią część jej całkiem niezłej emerytury, całą emeryturę, emeryturę i ostatnie grosze chowane na czarną godzinę...
Dzisiaj ma więcej opłat niż zarobku. Nikt nie chce [już] pożyczyć jej pieniędzy. Nie ma na jedzenia ani na opłaty, lada dzień komornik wejdzie na jej mieszkanie, jest załamana...
Dałam jej stówę bez wielkich nadziei, że kiedykolwiek kasa do mnie wróci. Nakarmiłam ją i wcisnęłam na odchodne kurczaka, który miał być na dzisiejszy obiad, ale szczerze mówiąc mam mieszane odczucia. Współczuję jej, że znalazła się w takim beznadziejnym położeniu, bo wiadomo- pożyczać łatwo, ale banki a tym bardziej parabanki nie są instytucją charytatywną. Musi oddać co do grosza plus wiele, wiele więcej.
Ale przecież nie jest ona ciemną, biedną analfabetką. Jest wykształconą kobietą, sędziną, osobą, która przez całe dorosłe życie oceniała innych i wydawała wyroki. Z pewnością jest samotna i być może chciała tę samotność zrekompensować sobie odrobiną [!!!] luksusu na kredyt.
Nie mnie ją oceniać i nie mnie ją pouczać, ale po wyjściu kobiety obiecałam sobie solennie- żadnego kredytu!
Lepiej jeść chleb ze smalcem niż kawior na raty.
a
piątek, 27 stycznia 2017
piątek, 13 stycznia 2017
I znowu piątek trzynastego
Dwa lata piszę bloga i drugi raz w mojej "blogerskiej karierze" wypada piątek trzynastego. Hm... jakiś znak? ;)
W zeszłym roku pisałam o przeróżnych przesądach i zabobonach, dziś chciałabym skupić się na tym konkretnie. Piątek trzynastego. Każdy z nas kojarzy tę datę. Templariusze- każdy kojarzy ten zakon. „Pan Samochodzik i Templariusze” - coraz mniej z nas kojarzy ten tytuł... [dygresja taka malutka...]
Piątek trzynastego jest bardzo ściśle powiązany ze średniowiecznym Zakonem Rycerzy Świątyni, bardziej znanym pod nazwą Zakonu Templariuszy.
Początki zakonu były nader skromne. Założony w 1119 r. jako bractwo dla ochrony pielgrzymów wędrujących między Jerozolimą i Jaffą przez rycerzy Hugona z Payens i Gotfryda z Sain-Omer, liczył osiem osób. Szybko zaczęli dołączać do niego inni rycerze, przede wszystkim ze znamienitych europejskich rodów. Głównymi założeniami zakonu było osobiste ubóstwo, czystość i posłuszeństwo, natomiast zwyczajową kontemplację i pracę fizyczną zastąpił nakaz walki w służbie Boga i Kościoła. Członkowie założyli na siebie białe płaszcze z ciemnoczerwonymi krzyżami, przyjęli herb przedstawiający dwóch rycerzy jadących na jednym koniu (z powodu ubóstwa) i zajęli się obroną szlaków pielgrzymkowych na Bliskim Wschodzie oraz walką z Maurami na Półwyspie Iberyjskim. Posiadając regularną, bardzo dobrze wyszkoloną armię, szybko stali się czołową potęgą wojskową Bliskiego Wschodu. Wsparcie możnych protektorów i przychylność władców zaowocowały licznymi nadaniami i pozwoleniem na prowadzenie operacji finansowych. Dzięki świetnemu zarządzaniu swoim majątkiem, w krótkim czasie szybko go pomnożyli, co zapewniło im wpływy na słabych królów jerozolimskich i na wielu władców europejskich. Wielu z nich było u templariuszy zadłużonych po koniuszki uszu.
Jednym z największych dłużników templariuszy był król Francji Filip IV, zwany Pięknym. Jego zachowanie było jednak odwrotnie proporcjonalne do przydomku. Pragnąc uwolnić się od długów i zdobyć środki na nowe kampanie wojenne, postanowił zniszczyć templariuszy i przejąć ich majątek. A że był wytrawnym graczem politycznym, zrobił to tak, że mało kto zorientował się co do jego prawdziwych pobudek. Jako rzekomy obrońca wiary przed bluźnierstwem i herezją oskarżył zakon m.in. o bałwochwalstwo, znieważanie krzyża, wypaczanie rytuałów kościelnych, rozpustę, w tym praktyki homoseksualne, kontakty polityczne z niewiernymi oraz zbyt skwapliwe gromadzenie dóbr doczesnych. Rozkazał aresztować jego członków i skonfiskować ich całą własność.
Akcja została przeprowadzona w piątek 13 października 1307 r. z iście zegarmistrzowską precyzją. Tego dnia do lochów trafili o jednej godzinie wszyscy przebywający na terytorium Francji bracia, z wielkim mistrzem Jacquesem de Molayem na czele.
Sąd nad nimi trwał 7 lat. Ci spośród templariuszy, którzy przyznali się do zarzucanych im czynów, zostali zwolnieni z więzień i skończyli jako żebracy. Ci, którzy nie przyznali się do winy, pozostali w lochach do końca życia. Wielki [i ostatni] Mistrz Jacques de Molay długo nie przyznawał się do winy. W końcu złamały go jednak nieludzkie tortury, jakim był poddawany przez bogobojnych i szlachetnych sługusów Pięknego. I pomimo tego, iż odwołał swoje zeznania został skazany na stos. Wyrok został wykonany w Paryżu 18 marca 1314 roku. Na chwilę przed śmiercią w płomieniach Jacques rzucił przekleństwo na papieża Klemensa V, króla francuskiego Filipa IV Pięknego i jego ministra policji Wilhelma de Nogaret – głównego organizatora procesu templariuszy. Objęty płomieniami miał wówczas wypowiedzieć słowa:
Papieżu Klemensie, królu Filipie, rycerzu Wilhelmie! Nim rok minie spotkamy się na Sądzie Bożym!
Klemens V zmarł miesiąc później z powodu dyzenterii, a król Filip IV osiem miesięcy później – w niewyjaśnionych okolicznościach, najprawdopodobniej na skutek wylewu krwi do mózgu (inne źródła mówią o otruciu i wypadku przy polowaniu). Klątwa de Molaya miała dotyczyć również potomków króla aż do trzynastego pokolenia. Pewnym jest, że 14 lat od jego śmierci dobiegła końca dynastia Kapetyngów, która panowała we Francji od 987 r.
Nie wiem, czy właśnie ta historia była kamieniem węgielnym przesądu na temat pechowego piątku. Czy klątwa niesłusznie posądzonego Wielkiego Mistrza dalej krąży po świecie i czyha na Pięknopodobnych pałętających się po świecie od zarania wieków aż do dziś. Wierzę wszelako, że co dajemy, to otrzymujemy, staram się więc nie być jednak zbyt piękna.
Ps. W 2011 roku ówczesny papież Benedykt XVI publicznie przeprosił w imieniu Kościoła za fałszywe oskarżenie, za śmierć Jakuba de Molay oraz reszty rycerzy zakonu Templariuszy. Przyznał, że zakonnicy byli niewinni.
Lepiej późno niż wcale...
W zeszłym roku pisałam o przeróżnych przesądach i zabobonach, dziś chciałabym skupić się na tym konkretnie. Piątek trzynastego. Każdy z nas kojarzy tę datę. Templariusze- każdy kojarzy ten zakon. „Pan Samochodzik i Templariusze” - coraz mniej z nas kojarzy ten tytuł... [dygresja taka malutka...]
Piątek trzynastego jest bardzo ściśle powiązany ze średniowiecznym Zakonem Rycerzy Świątyni, bardziej znanym pod nazwą Zakonu Templariuszy.
Początki zakonu były nader skromne. Założony w 1119 r. jako bractwo dla ochrony pielgrzymów wędrujących między Jerozolimą i Jaffą przez rycerzy Hugona z Payens i Gotfryda z Sain-Omer, liczył osiem osób. Szybko zaczęli dołączać do niego inni rycerze, przede wszystkim ze znamienitych europejskich rodów. Głównymi założeniami zakonu było osobiste ubóstwo, czystość i posłuszeństwo, natomiast zwyczajową kontemplację i pracę fizyczną zastąpił nakaz walki w służbie Boga i Kościoła. Członkowie założyli na siebie białe płaszcze z ciemnoczerwonymi krzyżami, przyjęli herb przedstawiający dwóch rycerzy jadących na jednym koniu (z powodu ubóstwa) i zajęli się obroną szlaków pielgrzymkowych na Bliskim Wschodzie oraz walką z Maurami na Półwyspie Iberyjskim. Posiadając regularną, bardzo dobrze wyszkoloną armię, szybko stali się czołową potęgą wojskową Bliskiego Wschodu. Wsparcie możnych protektorów i przychylność władców zaowocowały licznymi nadaniami i pozwoleniem na prowadzenie operacji finansowych. Dzięki świetnemu zarządzaniu swoim majątkiem, w krótkim czasie szybko go pomnożyli, co zapewniło im wpływy na słabych królów jerozolimskich i na wielu władców europejskich. Wielu z nich było u templariuszy zadłużonych po koniuszki uszu.
Jednym z największych dłużników templariuszy był król Francji Filip IV, zwany Pięknym. Jego zachowanie było jednak odwrotnie proporcjonalne do przydomku. Pragnąc uwolnić się od długów i zdobyć środki na nowe kampanie wojenne, postanowił zniszczyć templariuszy i przejąć ich majątek. A że był wytrawnym graczem politycznym, zrobił to tak, że mało kto zorientował się co do jego prawdziwych pobudek. Jako rzekomy obrońca wiary przed bluźnierstwem i herezją oskarżył zakon m.in. o bałwochwalstwo, znieważanie krzyża, wypaczanie rytuałów kościelnych, rozpustę, w tym praktyki homoseksualne, kontakty polityczne z niewiernymi oraz zbyt skwapliwe gromadzenie dóbr doczesnych. Rozkazał aresztować jego członków i skonfiskować ich całą własność.
Akcja została przeprowadzona w piątek 13 października 1307 r. z iście zegarmistrzowską precyzją. Tego dnia do lochów trafili o jednej godzinie wszyscy przebywający na terytorium Francji bracia, z wielkim mistrzem Jacquesem de Molayem na czele.
Sąd nad nimi trwał 7 lat. Ci spośród templariuszy, którzy przyznali się do zarzucanych im czynów, zostali zwolnieni z więzień i skończyli jako żebracy. Ci, którzy nie przyznali się do winy, pozostali w lochach do końca życia. Wielki [i ostatni] Mistrz Jacques de Molay długo nie przyznawał się do winy. W końcu złamały go jednak nieludzkie tortury, jakim był poddawany przez bogobojnych i szlachetnych sługusów Pięknego. I pomimo tego, iż odwołał swoje zeznania został skazany na stos. Wyrok został wykonany w Paryżu 18 marca 1314 roku. Na chwilę przed śmiercią w płomieniach Jacques rzucił przekleństwo na papieża Klemensa V, króla francuskiego Filipa IV Pięknego i jego ministra policji Wilhelma de Nogaret – głównego organizatora procesu templariuszy. Objęty płomieniami miał wówczas wypowiedzieć słowa:
Papieżu Klemensie, królu Filipie, rycerzu Wilhelmie! Nim rok minie spotkamy się na Sądzie Bożym!
Klemens V zmarł miesiąc później z powodu dyzenterii, a król Filip IV osiem miesięcy później – w niewyjaśnionych okolicznościach, najprawdopodobniej na skutek wylewu krwi do mózgu (inne źródła mówią o otruciu i wypadku przy polowaniu). Klątwa de Molaya miała dotyczyć również potomków króla aż do trzynastego pokolenia. Pewnym jest, że 14 lat od jego śmierci dobiegła końca dynastia Kapetyngów, która panowała we Francji od 987 r.
Ps. W 2011 roku ówczesny papież Benedykt XVI publicznie przeprosił w imieniu Kościoła za fałszywe oskarżenie, za śmierć Jakuba de Molay oraz reszty rycerzy zakonu Templariuszy. Przyznał, że zakonnicy byli niewinni.
Lepiej późno niż wcale...
piątek, 6 stycznia 2017
Sami Wiecie Kto
Styczeń to dla części z nas czas bardzo stresujący.
Tuż po Nowym Roku pewni osobnicy wsiadają w swoje fury [z kierowcą] i ruszają na miasta i wioski w poszukiwaniu łatwego łupu. Porządniejsza część obywateli sprząta domy i szykuje koperty, natomiast ta mniej porządna zaczyna kombinować.
Można iść w gości. Można pogasić światła, uciszyć rodzinę i udawać że nikogo nie ma w domu z nadzieją iż Czarny Pan nie będzie dzwonił do drzwi w nieskończoność.
Można też uruchomić swą wyobraźnię, obudzić kreatywność i dobrze przygotować się na wizytę [czy też raczej wizytację]
Można też uruchomić swą wyobraźnię, obudzić kreatywność i dobrze przygotować się na wizytę [czy też raczej wizytację]
Niezłym pomysłem jest nasmarowanie poręczy smalcem lub innym tłuszczem. Najlepiej już lekko zjełczałym. Na wszelki wypadek smarujemy też schody. Zamiast tłuszczu można użyć kleju, ale w tym jedynie wypadku, gdy dysponujemy tylnym wyjściem, z którego od teraz będziemy korzystać. Jeśli pomimo naszych starań gość się nie zrazi, proponuję na maksa puścić składankę The Prodigy, albo innej mocnej kapeli i udawać że nie słyszymy dzwonienia ani głośnego walenia w drzwi. Czarny Pan nie poddaje się jednak łatwo. Gdy mimo wszystko dostanie się do naszego domu każdy kto posiada choćby najmniejsze talenty magiczne może spróbować zaklęcia „jęzzlep” bądź „petrificus totalus”, lecz- tak jak pisałam wcześniej- istnieje prawdopodobieństwo że jest on na takie zaklęcia całkowicie uodporniony. W takim przypadku należy zachować pozory. Odwrócić się do dziecka lub innego współmieszkańca mówiąc do niego „spokojnie kochanie, schowaj czosnek i odłóż dębowy kołek- to nasi”, uśmiechnąć się do wizytatora i zaprosić na pokoje. Można napomknąć mimochodem, że w domu panuje świerzb, ospa wietrzna czy owsica. Niektórzy obok dewocjonaliów kładą na stole najnowszy numer „Playboya”, jest to jednak mocno ryzykowne. Zamiast skrócić wizytę może ją znacznie wydłużyć. Gość będzie się modlił. Módl się razem z nim {burcz coś pod nosem dla picu], a później pozwól chodzić po domu i lać wodą po meblach. Na wszelki wypadek chodź jednak za nim i pilnuj czy nie wyciąga niczego z szafek.
Na koniec imprezy nie patrz z żalem za kopertą, którą Czarny Pan wkłada do teczki i z wdzięcznością przyjmij obrazek nie kręcąc nosem iż nie jest to bon na zakupy w supermarkecie. Kiedy gość będzie się szykował do wyjścia uważaj, żeby nie wymsknęło ci się „nareszcie”. Nie mów też „uff”, zanim nie upewnisz się, że drzwi się zamkną oraz że żaden pomocnik czarnego [śmierciożerca] nie czai się w korytarzu. To byłoby nietaktowne.
Jeśli zachowacie się zgodnie z wytycznymi żadne niebezpieczeństwo Was nie spotka.
Chyba...
poniedziałek, 26 grudnia 2016
Ciężka dola Mikołaja
Tyle było szumu. Tyle roboty, krzątaniny, latania w te i nazad po sklepach, piwnicach, spiżarniach i tym podobne. Mycie okien, przyozdabianie domów, wybór i strojnie drzewek, dumanie nad prezentami. I po co? Ano po to, żeby w przyjaznym gronie i miłej atmosferze spędzić te kilka świątecznych dni.
Ze względu na młodą (no, umówmy się, że młodą) mamę, kolacja wigilijna odbyła się we Wiatrakach. Anka niczym królowa przywitała nas siedząc w fotelu z Jasiem i Małgosią w ramionach, a Ajron, jak prawdziwy giermek (pokojówka, dama dworu- wybierzcie sobie) krążył w pobliżu czekając na rozkazy ;) Anna nie wytrzymała długo w roli matrony i oddawszy dzieci pod opiekę dumnemu tatusiowi ( i nie mniej dumnym wujciom), rzuciła się wir wigilijnych przygotowań. No, może trochę przesadziłam z tym rzucaniem się ;) Najbardziej, jak zwykle, rzuciła się Olka rozkładając na świątecznie przybranym stole śledziowe sałatki, naleśniki z grzybami i karpia w galarecie. Mimo iż zgodnie i łaskawie zwolniłyśmy gospodynię od pichcenia, Anka wyciągnęła z szafki sernik i makowiec, po czym kryjąc się przed bratową (i puszczając do mnie oko) wyrzuciła do śmietnika firmowe opakowania miejscowej piekarni ;)
Jako, że mieliśmy całą furę dzieciaków, któryś z facetów musiał być Mikołajem. W związku z tym że Piotrek ma największe brzuszysko, padło na niego. Zajęłam dzieci wypatrywaniem pierwszej gwiazdki, a Piotrek poszedł do stajni się przebrać. Wrócił z workiem pełnym prezentów. Wszedł z rumorem i hałasem. Dzieci były zachwycone... w pierwszej chwili. Po sekundzie bliźniaki Anki zaczęły przeraźliwie ryczeć. Pewnie przez przypadek, bo kilkudniowe noworodki raczej w nosie mają wszystkich świętych włącznie z dziadkiem w czerwonym kubraczku. Po kilku następnych Hanka zaczęła głośno dyskutować, że ten Mikołaj to chyba jakiś oszust, bo ma brodę z waty i sztuczne włosy. I na pewno przyszedł tu, żeby nas wszystkich pozabijać. Po tych słowach, na biednego Mikołaja napadła Michalina.- Gdzie mój tatuś! Zabiłeś go?- Ajron z Jerzym zwiali do kuchni i tarzali się po podłodze, my uspokajałyśmy dzieci, a biedny Piotrek tłumaczył się własnej córce. – No co ty dziewczynko. Czemu miałbym zabić twojego tatę?- Bo masz na swoich nogach jego kapcie!- Darła się Miśka, usiłując zedrzeć mu z nóg bambosze ukochanego ojczulka.
W końcu Mikołajowi udało się ewakuować a Hania ( z podejrzanym uśmieszkiem na ustach) zaczęła dzielić prezenty. Miśka uspokoiła się dopiero gdy nieco zasapany Piotrek wrócił do pokoju. W przyszłym roku chyba zrezygnujemy z tego pomysłu i Mikołaj wejdzie do domu tak jak wypada, przez komin i po kryjomu ;)
Pierwszy dzień świąt spędziliśmy u mnie a drugi- tradycyjnie- jest odpoczynkiem po poprzednich dwóch. Siedzimy sobie z Jurkiem na kanapie, wyżeramy resztki, lampki się świecą, choinka pachnie...
I choć zawsze po świętach mówię sobie” i po co ci to było- durna ty”, to wiem, że za rok znowu będę sprzątać, gotować i latać jak z pieprzem po to, żeby ponownie było tak fajnie.
Ze względu na młodą (no, umówmy się, że młodą) mamę, kolacja wigilijna odbyła się we Wiatrakach. Anka niczym królowa przywitała nas siedząc w fotelu z Jasiem i Małgosią w ramionach, a Ajron, jak prawdziwy giermek (pokojówka, dama dworu- wybierzcie sobie) krążył w pobliżu czekając na rozkazy ;) Anna nie wytrzymała długo w roli matrony i oddawszy dzieci pod opiekę dumnemu tatusiowi ( i nie mniej dumnym wujciom), rzuciła się wir wigilijnych przygotowań. No, może trochę przesadziłam z tym rzucaniem się ;) Najbardziej, jak zwykle, rzuciła się Olka rozkładając na świątecznie przybranym stole śledziowe sałatki, naleśniki z grzybami i karpia w galarecie. Mimo iż zgodnie i łaskawie zwolniłyśmy gospodynię od pichcenia, Anka wyciągnęła z szafki sernik i makowiec, po czym kryjąc się przed bratową (i puszczając do mnie oko) wyrzuciła do śmietnika firmowe opakowania miejscowej piekarni ;)
Jako, że mieliśmy całą furę dzieciaków, któryś z facetów musiał być Mikołajem. W związku z tym że Piotrek ma największe brzuszysko, padło na niego. Zajęłam dzieci wypatrywaniem pierwszej gwiazdki, a Piotrek poszedł do stajni się przebrać. Wrócił z workiem pełnym prezentów. Wszedł z rumorem i hałasem. Dzieci były zachwycone... w pierwszej chwili. Po sekundzie bliźniaki Anki zaczęły przeraźliwie ryczeć. Pewnie przez przypadek, bo kilkudniowe noworodki raczej w nosie mają wszystkich świętych włącznie z dziadkiem w czerwonym kubraczku. Po kilku następnych Hanka zaczęła głośno dyskutować, że ten Mikołaj to chyba jakiś oszust, bo ma brodę z waty i sztuczne włosy. I na pewno przyszedł tu, żeby nas wszystkich pozabijać. Po tych słowach, na biednego Mikołaja napadła Michalina.- Gdzie mój tatuś! Zabiłeś go?- Ajron z Jerzym zwiali do kuchni i tarzali się po podłodze, my uspokajałyśmy dzieci, a biedny Piotrek tłumaczył się własnej córce. – No co ty dziewczynko. Czemu miałbym zabić twojego tatę?- Bo masz na swoich nogach jego kapcie!- Darła się Miśka, usiłując zedrzeć mu z nóg bambosze ukochanego ojczulka.
W końcu Mikołajowi udało się ewakuować a Hania ( z podejrzanym uśmieszkiem na ustach) zaczęła dzielić prezenty. Miśka uspokoiła się dopiero gdy nieco zasapany Piotrek wrócił do pokoju. W przyszłym roku chyba zrezygnujemy z tego pomysłu i Mikołaj wejdzie do domu tak jak wypada, przez komin i po kryjomu ;)
Pierwszy dzień świąt spędziliśmy u mnie a drugi- tradycyjnie- jest odpoczynkiem po poprzednich dwóch. Siedzimy sobie z Jurkiem na kanapie, wyżeramy resztki, lampki się świecą, choinka pachnie...
I choć zawsze po świętach mówię sobie” i po co ci to było- durna ty”, to wiem, że za rok znowu będę sprzątać, gotować i latać jak z pieprzem po to, żeby ponownie było tak fajnie.
poniedziałek, 19 grudnia 2016
Kosmos
W sobotni wieczór okutana w sweter, koc i wełnianą czapkę usiadłam sobie na tarasie. Z moich ust, niczym z ust palacza, którym byłam wcale nie tak dawno temu, wydobywały się chmury siwej pary, ręce zgrabiały prawie momentalnie, ale niebo nade mną było tak pełne gwiazd, że zastygłam. No, pewien wpływ na zastygnięcie miał też pewnie fakt, że siedzisko rattanowego fotela przymarzło mi do tyłka ;)
Oparłam głowę na oparciu i zapatrzyłam się w ogromne, absolutnie czarne, przepastne, gigantyczne niebo i połyskliwą, jasną wstęgę mrugającą milionem gwiazd.
Droga Mleczna w rzeczywistości nie jest pasmem ale dyskiem. Jest spiralną galaktyką, w której znajduje się nasz Układ Słoneczny. Najjaśniej świeci w okolicy gwiazdozbioru Strzelca. Pas Drogi Mlecznej sięga na północy do gwiazdozbioru Kasjopei, a na południu do gwiazdozbioru Krzyża Południa. Zawiera ona czterysta miliardów gwiazd i sto miliardów planet. Tuż obok, całkiem niedaleko, bo w odległości zaledwie dwóch i pół miliona lat świetlnych (w perspektywie kosmosu jest to tuż za rogiem) znajduje się kolejna galaktyka- Andromeda, zawierająca kolejne miliardy ciał niebieskich. I tak gapiąc się w niebo, uświadamiam sobie, że nasza Ziemia jest mikroskopijną cząstką kosmosu. Że księżyc, morze, dąb za płotem, ja, Ty, jesteśmy po prostu fragmentem czegoś wielkiego.
Siedzę sobie na własnym ganku, z zadartym w górę łbem i widzę wszechświat. Cóż znaczy, wobec tej świadomości, że świeżo umyte okno balkonowe jest znów do połowy uciapane psim nosem? Że na wigilijnym stole każdy talerz będzie z innej parafii? Że pierniczki się za bardzo podpiekły i wyglądają raczej jak murzynki w kształcie śnieżynek?
Najważniejsze, abyśmy zawsze umieli zachwycić się gwiazdami i pamiętali, że jesteśmy częścią czegoś większego. Czegoś istotnego. To prawda, że diabeł tkwi w szczegółach, ale tak czy siak, szczegóły zawsze pozostaną szczegółami.
Wszystkim Wam życzę Wesołych Świąt Bożego Narodzenia. Oby przyniosły to, na co najbardziej czekacie.
Buźka- Mariolka.
Oparłam głowę na oparciu i zapatrzyłam się w ogromne, absolutnie czarne, przepastne, gigantyczne niebo i połyskliwą, jasną wstęgę mrugającą milionem gwiazd.
Droga Mleczna w rzeczywistości nie jest pasmem ale dyskiem. Jest spiralną galaktyką, w której znajduje się nasz Układ Słoneczny. Najjaśniej świeci w okolicy gwiazdozbioru Strzelca. Pas Drogi Mlecznej sięga na północy do gwiazdozbioru Kasjopei, a na południu do gwiazdozbioru Krzyża Południa. Zawiera ona czterysta miliardów gwiazd i sto miliardów planet. Tuż obok, całkiem niedaleko, bo w odległości zaledwie dwóch i pół miliona lat świetlnych (w perspektywie kosmosu jest to tuż za rogiem) znajduje się kolejna galaktyka- Andromeda, zawierająca kolejne miliardy ciał niebieskich. I tak gapiąc się w niebo, uświadamiam sobie, że nasza Ziemia jest mikroskopijną cząstką kosmosu. Że księżyc, morze, dąb za płotem, ja, Ty, jesteśmy po prostu fragmentem czegoś wielkiego.
Siedzę sobie na własnym ganku, z zadartym w górę łbem i widzę wszechświat. Cóż znaczy, wobec tej świadomości, że świeżo umyte okno balkonowe jest znów do połowy uciapane psim nosem? Że na wigilijnym stole każdy talerz będzie z innej parafii? Że pierniczki się za bardzo podpiekły i wyglądają raczej jak murzynki w kształcie śnieżynek?
Najważniejsze, abyśmy zawsze umieli zachwycić się gwiazdami i pamiętali, że jesteśmy częścią czegoś większego. Czegoś istotnego. To prawda, że diabeł tkwi w szczegółach, ale tak czy siak, szczegóły zawsze pozostaną szczegółami.
Wszystkim Wam życzę Wesołych Świąt Bożego Narodzenia. Oby przyniosły to, na co najbardziej czekacie.
Buźka- Mariolka.
wtorek, 6 grudnia 2016
Zimowa jadłodajnia
O mój Boże! Znów wypadłam z blogowego światka. Nie mam czasu na życie wirtualne, a tu tyle się dzieje! I dobrego i złego, i pocieszającego, że w tym złym jednak potrafimy się zjednoczyć. Brawo Hano i dziewczyny z Kurnika. Aż mi wstyd, że żyłam w nieświadomości, na szczęście jeszcze mogę to naprawić małą darowizną. Dziewczyny- jesteście naprawdę zjawiskiem na skalę całego Kosmosu!!!
A czym jestem taka zajęta? Ano życiem ogólnie rzecz biorąc.
Zima na zmianę pojawia się i znika. Na starej śliwie roi się od sikorek. Ze zwykłej butelki po napoju, kawałka druta i podstawki od doniczki Jurek zbudował automatyczny (samonapełniający się) karmnik.
Zajęło mu to około dziesięciu minut, a radości co niemiara ma cała rzesza. Sikorki i mazurki tłoczą się przy flaszce niczym przekupki na targu. Pokrzykują, kłócą się, wyrywają sobie z dziobków co smaczniejsze kąski, nie patrząc na to, że duża część dobra leci na ziemię. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci, a nawet czwarty korzysta, więc wysypane ziarno wcale nie idzie na zmarnowanie. Czego nie wydziobią wróble to zje Saba. A wszyscy mówią, że psy są mięsożerne i co? Okazało się, że niekoniecznie. Zajada sobie psina suszone owocki, na prawo i lewo pluje łuskami słonecznika i jest cała szczęśliwa ;)
Od kilku dni do wspólnej ptasio-psiej jadalni dołączył jeszcze jeden konsument. Może pamiętacie moją opowieść o kocie Bolku- przyjacielu wszystkich gryzoni. Coś podejrzewam, że to właśnie on odszukał gdzieś biedaka i zaprosił do wspólnego stołu. Gdy sikory porozwalają już karmę naokoło, wróble wydziobią co lepsze, pies dogodzi sobie owsianymi płatkami, do stołu podchodzi on. Szary, wielki, z połową ogona i wyłupionym jednym okiem. Tajemniczy i czujny, bo jeszcze ani razu nie udało mi się uwiecznić go na zdjęciu czy filmiku. Chyba wiekowy, bo pyszczek ma oprószony siwizną. Ruchliwe wąsiki cały czas drgają, gdy przednimi łapkami chwyta jakiś zapomniany okruch i szybciutko pałaszuje ze smakiem. I choć gnębiłam myszy wewnątrz domu, w ogóle mi nie przeszkadza że pod śliwą ucztuje sobie w najlepsze stary szczur. Hm... kotu też nie. Gdy wygospodaruję sobie chwilę, siadam z kawką przy oknie i obserwuję ten komediowo- kryminalno- obyczajowy film z wieloma bohaterami w rolach głównych. A wszystko za kilka złotych i odrobinę poświęconego czasu.
Co oprócz tego? Pomału szykuję święta, ozdabiam dom i obejście, wytwarzam jakieś stroiki z szyszek, gałązek i owoców dzikiej róży, kupuję prezenty i robię burzę mózgu wymyślając kto i z czego najbardziej się ucieszy. Co roku, podczas spotkania przy okazji Święta Zmarłych losujemy osoby którym robimy jeden, większy prezent, ale któż nie ucieszy się z jakiegoś własnoręcznie uszykowanego drobiazgu? Piotrkowi wręczę nalewkę. Jurkowi- nalewkę. Ajronowi, hm... chyba nalewkę. Anka pewnie też najbardziej ucieszy się z nalewki. I tym sposobem burzę mózgu mam za sobą ;)
Na 22 grudnia Anna ma zaplanowane cesarskie cięcie. Na świecie pojawi się mój nowy siostrzeniec i siostrzenica ;)))
Może będzie Adaś i Ewa?
sobota, 19 listopada 2016
Zmysłowo...
Arystoteles twierdził, że o jakości życia człowieka decydują zmysły. Że trzeba się w życiu nawąchać, napatrzeć i nasłuchać. Nasmakować i nadotykać.
Ja uwielbiam zapach skoszonej trawy, konwalii i cynamonu. Inni zapach pieniędzy i sukcesu- nie to, żebym miała coś naprzeciwko, ale jeśli zapach mamony przewyższa wszystkie inne zapachy, to chyba mamy problem. Jeszcze inni uwielbiają wywąchiwać małe, cudze brudki i napawają się nimi w skrytości ducha, własne ciemne sprawki ukrywając pod gęstą mgiełką perfum „z jumy”.
Napatrzeć się można na różne cuda. Czasem tak irracjonalne, że nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać. Swoją drogą chyba muszę odwiedzić okulistę, widzę coraz mniej. Szczególnie pod koniec miesiąca...
Ze słuchem też różnie bywa. Co dziwne, najbardziej głuchotwórcze jest słówko „daj” i pokrewne „pożycz”
Sama czasem nie słyszę, w odróżnieniu od słówka „masz”, które jakoś super wyraźnie i interesująco brzmi ;)
Jeśli chodzi o smaki, to wszyscy znamy słodycz, gorycz, słony, słodki i kwaśny. Zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Jest jednak jeszcze subtelny smak umami. Potrawy umami wydają się gęstsze, bardziej wypełniają usta i ma się wrażenie, że czuć je nie tylko na języku, ale i na podniebieniu. Zdecydowanie lepiej smakują. Według Wikipedii nazwa „umami” pochodzi z języka japońskiego, ale według mnie to kompletna bzdura. Przecież najpyszniej było, jest i będzie zawsze u mami ;)
No a dotyk to już kwestia wybitnie indywidualna. Jedni podskakują na dotyk piórka, a po drugich walec może przejechać i nic nie poczują. Ani na skórze, ani w głębi duszy.
Arystoteles nie odkrył jednak wszystkich zmysłów. Posiadamy również zmysł odczuwania ciepła (lub jego brak), równowagi i propriocepcji, czyli świadomości ułożenia ciała w przestrzeni.
I również tymi zmysłami nie jesteśmy po równo obdarowani. Jedni trzęsą się z zimna przy temperaturze 20 stopni Celsjusza, inni rozbierają się przy dziesięciu. Z pozostałymi zmysłami jest jeszcze gorzej. Jeden wypije morze wódki, a drugi już po kielichu traci równowagę, a słowa „propriocepcja” nie wymówi za żadne skarby świata ;) Hm... czasem nawet słowo „równowaga” jest za trudne. Cóż, robaka trzeba niekiedy zalać, każdego z nas czasem jakiś podgryza i gnębi. Na marginesie- powiedzenie pochodzi od nazwy części środkowej móżdżku, która nosi nazwę robak. Alkohol zaburza przepływ informacji, jakie docierają do móżdżku, w tym do robaka, który odpowiada za zachowanie równowagi i koordynację ruchów.
Zdarza się, iż z różnych powodów brak nam któregoś ze zmysłów. Natura jednak wyrównuje deficyt, rozwijając ponad miarę inny. Jeśli- dajmy na to- jedną nogę mamy krótszą, to druga z pewnością jest dłuższa. No, to może nie był najlepszy przykład... ;)
Nie wiem, jak mogłabym funkcjonować bez któregokolwiek z wyżej wymienionych i z całego serca podziwiam ludzi, którym udaje się to doskonale. Niewidomym, niesłyszącym, a jednak żyjącym pełnią życia. Nie potrafię powiedzieć, który ze zmysłów znaczy dla mnie najwięcej.
A Wy? Który ze zmysłów cenicie najbardziej?
Ja uwielbiam zapach skoszonej trawy, konwalii i cynamonu. Inni zapach pieniędzy i sukcesu- nie to, żebym miała coś naprzeciwko, ale jeśli zapach mamony przewyższa wszystkie inne zapachy, to chyba mamy problem. Jeszcze inni uwielbiają wywąchiwać małe, cudze brudki i napawają się nimi w skrytości ducha, własne ciemne sprawki ukrywając pod gęstą mgiełką perfum „z jumy”.
Napatrzeć się można na różne cuda. Czasem tak irracjonalne, że nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać. Swoją drogą chyba muszę odwiedzić okulistę, widzę coraz mniej. Szczególnie pod koniec miesiąca...
Ze słuchem też różnie bywa. Co dziwne, najbardziej głuchotwórcze jest słówko „daj” i pokrewne „pożycz”
Sama czasem nie słyszę, w odróżnieniu od słówka „masz”, które jakoś super wyraźnie i interesująco brzmi ;)
Jeśli chodzi o smaki, to wszyscy znamy słodycz, gorycz, słony, słodki i kwaśny. Zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Jest jednak jeszcze subtelny smak umami. Potrawy umami wydają się gęstsze, bardziej wypełniają usta i ma się wrażenie, że czuć je nie tylko na języku, ale i na podniebieniu. Zdecydowanie lepiej smakują. Według Wikipedii nazwa „umami” pochodzi z języka japońskiego, ale według mnie to kompletna bzdura. Przecież najpyszniej było, jest i będzie zawsze u mami ;)
No a dotyk to już kwestia wybitnie indywidualna. Jedni podskakują na dotyk piórka, a po drugich walec może przejechać i nic nie poczują. Ani na skórze, ani w głębi duszy.
Arystoteles nie odkrył jednak wszystkich zmysłów. Posiadamy również zmysł odczuwania ciepła (lub jego brak), równowagi i propriocepcji, czyli świadomości ułożenia ciała w przestrzeni.
I również tymi zmysłami nie jesteśmy po równo obdarowani. Jedni trzęsą się z zimna przy temperaturze 20 stopni Celsjusza, inni rozbierają się przy dziesięciu. Z pozostałymi zmysłami jest jeszcze gorzej. Jeden wypije morze wódki, a drugi już po kielichu traci równowagę, a słowa „propriocepcja” nie wymówi za żadne skarby świata ;) Hm... czasem nawet słowo „równowaga” jest za trudne. Cóż, robaka trzeba niekiedy zalać, każdego z nas czasem jakiś podgryza i gnębi. Na marginesie- powiedzenie pochodzi od nazwy części środkowej móżdżku, która nosi nazwę robak. Alkohol zaburza przepływ informacji, jakie docierają do móżdżku, w tym do robaka, który odpowiada za zachowanie równowagi i koordynację ruchów.
Zdarza się, iż z różnych powodów brak nam któregoś ze zmysłów. Natura jednak wyrównuje deficyt, rozwijając ponad miarę inny. Jeśli- dajmy na to- jedną nogę mamy krótszą, to druga z pewnością jest dłuższa. No, to może nie był najlepszy przykład... ;)
Nie wiem, jak mogłabym funkcjonować bez któregokolwiek z wyżej wymienionych i z całego serca podziwiam ludzi, którym udaje się to doskonale. Niewidomym, niesłyszącym, a jednak żyjącym pełnią życia. Nie potrafię powiedzieć, który ze zmysłów znaczy dla mnie najwięcej.
A Wy? Który ze zmysłów cenicie najbardziej?
Subskrybuj:
Posty (Atom)






