a

a

wtorek, 8 września 2015

Sezon na dynie uważam za otwarty


Pisałam już kiedyś, że najlepszą terapią na stres jest dla mnie lepienie pierogów. Tego lata nalepiłam ich kilka ton. Na początku znajomości z Ajronem na tapetę poszły pierogi z owocami. Hm... że niby tak słodko? Przed przyjazdem Emilki lodówka zapełniła się pierogami ze szpinakiem i kaszą jęczmienną. Gdy przyjechał Jurek i Dawid, na porządku dziennym były pierogi z mięsem. Przed wizytą doktorka i jego konfrontacją z moim ślubnym (nawet nie pytajcie!) wyprodukowałam obłędną ilość ruskich. A teraz przyszła kolej na pierogi z dynią.

Tak się jakoś złożyło, że nie mam swojego ogródka. Właściwie mam, ale rosną tam tylko okazałe chwasty- przysmaki moich kóz. Gdy była pora na jego uprawę, ja remontowałam dom, przyzwyczajałam się do życia na wsi i nie miałam ani głowy, ani czasu, żeby pomyśleć o własnych warzywach. Babcia Robaczkowa nie dała mi jednak umrzeć z głodu, co rusz donosząc swoje zbiory. A to ogórki, a to pomidory... Wczoraj Dawid pojechał do Wiatraków (gdzie mieszka doktorek z Zuzanną) i przywiózł stamtąd 11 niewielkich dyń. Nie będę wnikać, co tam robił i za co te dynie otrzymał (dorosły chłop w końcu ; ), trzeba było jednak jakoś je spożytkować. 
Na pierwszy ogień poszła oczywiście zupa- krem.



Najprostsza rzecz pod słońcem. Dynia, marchew, ziemniak, pietruszka idą pod nóż i do gara. Cebulę podsmażam na patelni. Dodaję do ugotowanych warzyw, blenderuję, doprawiam i już. Można zabielić śmietaną lub jogurtem.

Z następnej dyni powstało pikantne i aromatyczne curry.


Cebule obrałam, pokroiłam w piórka i podsmażyłam w garnku z olejem. Dodałam obrany i pokrojony w plastry imbir.
Po kilku minutach do garnka włożyłam obrane i okrojone w duże kawałki warzywa: selera, dynię i ziemniaki (niekoniecznie). Po chwili dodałam rozgnieciony czosnek, obrane ze skórki pomidory, przykryłam i dusiłam na średnim ogniu około 25 minut. Doprawiłam solą, pieprzem, curry i cynamonem.
Z apetytem zjedliśmy na kolację, z ryżem, szczerze posypane natką pietruszki.

Pierogi okazały się hitem, choć trochę się przy nich narobiłam.


Miąższ dyni pokroiłam w kawałki, skropiłam oliwą i upiekłam w piekarniku. Na patelni podsmażyłam cebulę i czosnek. Wymieszałam dynię z cebulą, dodałam szklankę zamrożonego zielonego groszku, dotarkowałam kilka centymetrów świeżego imbiru, doprawiłam solą, pieprzem i kurkumą. Odstawiłam na kilkanaście minut, aby odlać ewentualny nadmiar soku (może go wydzielić dynia). A reszta normalnie. Palce kleją, głowa w chmurach;)
No i ukoronowanie dyniowego dnia. Mokre, miękkie i bardzo smaczne niebo na talerzu- czyli ciasto z dyni.



Najlepiej, by wszystkie składniki miały pokojową temperaturę.
 - 2 szklanki startego na tarce lub malakserem miąższu z dyni - 2,5 szklanki mąki - 4 jajka-pół szklanki roztopionego, ostudzonego masła lub oleju - 2/3 szklanki cukru-półtorej łyżeczki proszku do pieczenia-łyżeczka cynamonu (można pominąć) składniki (na długą keksówkę ok.12 × 40 cm lub prostokątną blaszkę ok. 23 × 30 - 3 łyżki posiekanych orzechów włoskich lub laskowych - 3 łyżki rodzynek-ew. cukier-puder do posypania ciasta
Piekarnik ustawić na 170 st. W pierwszej misce ubić jajka z cukrem na pienistą masę. Pod koniec ubijania, cienką strużką wlać roztopione masło lub olej, dodać startą dynię. W osobnej misce zmieszać mąkę, proszek do pieczenia, cynamon, bakalie. Mokre składniki dodać do suchych i wymieszać łyżką, niezbyt porządnie (to ważne, porządnie wymieszane lubi zakalec). Blaszkę wysmarować masłem i wysypać tartą bułką lub wyłożyć papierem do pieczenia. Piec ciasto ok. 45-55 minut. Kiedy patyczek od szaszłyków wsadzony w ciasto, po wyjęciu jest suchy, placek jest gotowy. Ostudzić w lekko uchylonym piekarniku, wyjąć z formy i posypać cukrem-pudrem.
Smacznego ;)

To dopiero przygrywka. Sezon na dynie w pełnej krasie rozpocznie się dopiero na początku listopada, lecz już teraz w sklepach pojawiły się pierwsze dynie i można spokojnie kupić jedną lub dwie na nadchodzący obiad czy kolację. Nieważne na który posiłek, możliwości jest tak wiele, że znajdziecie inspirację na wszystkie posiłki w ciągu całego dnia. Lubię dynię i dania z dyni, bardzo lubię. Tym bardziej że ma ona niewiele kalorii ;) A Wy jak delektujecie się tym jesiennym warzywem?

sobota, 5 września 2015

Pizza, która z pewnością wyjdzie mi bokiem...


Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. I to ustawić się należy pośrodku, żeby cię życzliwie nie wycięli... Dziś przekonałam się o tym na własnej skórze. Znacie już doskonale moją szwagierkę Aleksandrę i kuzynkę Ankę. Aleksandra- dobra dusza, matka dzieciom i opiekunka ogniska domowego. Anka- nieobliczalna policjantka, niespokojny duch o ciętym, złośliwym języku, moja najlepsza przyjaciółka. I te oto kobiety okazały się mataczkami, kombinerkami i intrygantkami. Jednym słowem Maty kurna Hari w spódnicach, choć generalnie obie preferują raczej spodnie.

Zmartwiona moimi psychicznymi dołkami i psychologicznymi traumami Anka, zadzwoniła z propozycją babskiego wypadu. My trzy i nowootwarta pizzeria. Pizza w promocyjnej cenie, cola do bólu i terapeutyczne rozdzielanie włosa na cztery. Zajęta analizowaniem swego skomplikowanego życia i płaczem nad niespełnioną namiętnością do przystojnego doktorka, nie bardzo miałam chęć, ale spróbujcie odmówić Ance. Po prostu się nie da.

Już po drodze coś mi śmierdziało. I nie był to zapach zjełczałego jogurtu walającego się po tylnym siedzeniu ani świeżo zatankowanej benzyny. Olka trajkotała zupełnie jak nie ona, a Anka milczała jak grób. Pizzeria wyglądała całkiem sympatycznie. Zapach wzmagał pracę ślinianek i przyspieszał produkcję soków żołądkowych, a do uszu dobiegały odgłosy wydawane przez zadowolonych konsumentów. Zewsząd dochodziły zachłanne mlaskania i dzwoniły sztućce. Wszystkie stoliki były zajęte przez jedzących, gadających i śmiejących się ludzi. Jeden, wyjątkowo głośny śmiech wydał mi się dziwnie znajomy...
Czas się zatrzymał i znów to poczułam. Ucisk w piersiach, miękkie kolana i mokre dłonie. Uśpione motyle i inne owady znów się obudziły i zaczęły świrować w moich jelitach. Spojrzałam na swoje towarzyszki. Wina była wręcz wypisana na ich twarzach. Grubą krechą...

Nie wiem, jak przeżyłam to spotkanie. Nie wiem, o czym rozmawialiśmy, czy pizza była dobra czy wręcz przeciwnie, czy obsługiwał nas kelner czy jakiś kosmita. Wiedziałam za to z całą pewnością, że moje ponoć najlepsze przyjaciółki, zginą śmiercią marną, gdy tylko wyjdziemy z lokalu.
Nie zdążyłam ich zamordować. Gdy tylko wysiadłyśmy przed domem Olki, zaczerpnęłam powietrza do płuc chcąc wygarnąć im z głębi serca. Zanim wypowiedziałam choćby jedno słowo, te wariatki zaczęły się śmiać. Tarzały się po podjeździe i chichotały tak idiotycznie, że w sąsiednim domu podniosła się roleta w oknie i ciekawski sąsiad z pewnością dzwonił do psychiatryka.

Nie rozumiem, co je tak rozbawiło. Czyżby aż tak bardzo śmieszne było, gdy stanęłam z otwartymi ustami i z niedowierzaniem w oczach patrzyłam jak Ajron zjada kęs pizzy prosto z rąk Beti- naszej wspólnej kosmetyczki? Czy może rozbawił je tak nagły atak kaszlu speszonego doktorka, który zobaczywszy mnie w drzwiach, zakrztusił się ową pizzą i gdyby nie porządny cios w plecy wymierzony mu przez Beti, być może nie byłby w stanie przeżyć tego spotkania?


Nie przyjęłam do wiadomości ich głupich tłumaczeń. Że niby wszystko dla mojego dobra, że mam przejrzeć na oczy i zrozumieć, że Ajron szybko się pocieszył, że nie jest on tak kryształowy, jak mi się wydaje...

Maty kurna Hari nie przewidziały tylko jednego. Że na widok Ajrona mój mózg działa na zwolnionych obrotach i że zaproszę go do „Rapsodii”

Matko jedyna!!! I co ja teraz powiem Jurkowi???

piątek, 4 września 2015

Samotność w tłumie, tłumy w samotni


Kiedyś, w mieście, czułam się samotnie wśród tłumów ludzi. Dziś, w mojej samotni pętają się tłumy. W oborze meczą trzy kozy i kwiczy prosiak. Na podwórzu Saba ugania się za dwoma kociakami, uciekając przed Emilką, która w obawie o zdrowie swych miauczących pupili odgania psa. W domu również pełno ludzi. Jerzy, wciąż niesprawny z powodu zerwanego ścięgna Achillesa, wziął się za przetwory. Namiętnie wyciska z jabłek wszystkie soki, a śliwki przemienia w aromatyczne dżemy. Mój mąż i przetwory??? Świat się kończy. Moja rola to tylko przytachać z sadu kosze owoców. Swoją drogą, niech mi ktoś powie, z czego tak się cieszyłam, widząc pierwszy raz liczne drzewa i krzewy w sadzie?

Cierpiąc na niespodziewany nadmiar wolnego czasu, postanowiłam potrenować mózg. Kupiłam zwykłe panoramiczne krzyżówki i patrząc na krzątającego się przy sokowniku Jurka albo zerkając przez okno na wywalającego gnój z obory Dawida, wpisuję w kratki literki, dziwiąc się czasem niepomiernie. Na przykład hasło- wzór kurtki. Myślę, główkuję: parka, trencz, pilotka... Nic nie pasuje. Jaka odpowiedź?- krój. Albo autor „Sonetów do Laury”. Wydawałoby się, że Petrarka. Nie pasuje. Odpowiedź- liryk. Dziecko świni. Prosiak, warchlak, knurek... Nie. Młode. I weź tu człowieku trenuj mózg.

Podczas tych treningów zastanowiłam się nad słowami i ich znaczeniem. Zwykłe homonimy bywają zabawne. Taka na przykład mysz. Na jej widok Olka piszczy i Miśka piszczy. Tyle że Olka ze strachu na widok małego zwierzątka, a Miśka z radości, odpychając od komputera Hankę. Anka ubiera się w golf(a) a Piotrek bierze kije i wybiera się na golfa. Hania maluje zamki kredkami i farbami, a Aleksandra wszywa do spodni, czy spódnic. Jurek wiąże muchę pod szyją, a ja latam za nią z klapką. Wieloznacznych słów wiele by można jeszcze było wymienić. Macie jakieś pomysły?
Albo słowo- przeceniać. Prawdziwy majstersztyk. Jeżeli przeceniamy towar w sklepie, to zaniżamy jego wartość.
Jeżeli przeceniamy swoje umiejętności to je zawyżamy ;)

Równie problematyczne może być znaczenie, prostych zdawałoby się, słów i fraz. Jeśli kobieta mówi- nie, niekoniecznie znaczy to, że ma na myśli przeczenie. Jeśli powie: A rób co chcesz- to spróbuj tylko tak zrobić. Afera murowana ;)

Uczucia też można nazwać przeróżnymi słowami. Czasem –nienawidzę- tak naprawdę znaczy- kocham. Najlepszym przykładem są tutaj Ajron i Jurek. Kiedy doktorek ma na myśli seks- mówi że chce oglądać z tobą zachód słońca, podczas gdy Jurek mówi- choć na numerek. Gdy Ajron jest zły- mówi, że czarne chmury zbierają się na horyzoncie, a Jurek rzuci ku...rą i trzaśnie drzwiami. I zastanawiam się co jest uczciwsze. Szczerość do bólu czy delikatność i wyczucie? Czy nie lepiej jednak mieć do czynienia z kimś prawdziwym? Może nie aż tak podniecającym, ale po którym wiem czego się spodziewać? Kimś, kto mówi, że chce jeść, gdy jest głodny i pić, gdy jest spragniony? Kto mówiąc- dupa- ma na myśli tylko i wyłącznie to? Czy chciałabym przez całe życie analizować każde słowo swojego faceta i zastanawiać się co poeta miał na myśli?

A przy okazji, przypomniała mi się anegdotka:
Podczas wyborów na prezydenta Iraku karta do głosowania wyglądała następująco:
Czy nie masz nic przeciwko prezydenturze Saddama Husseina?
• NIE, nie mam nic przeciwko
• TAK, nie mam nic przeciwko

Tak. Słowa to potęga, a ich interpretacja to prawdziwa sztuka.



poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Wyprawa po odchody dinozaurów


Postanowiłam wyrwać się na jeden dzień z mojego Wersalu i schamić w towarzystwie dalszej rodziny. Ku rozpaczy Hanki wakacje się skończyły. Aby obetrzeć gorzkie łzy nieszczęśliwego dziecka, rodzice postanowili zabrać dziewczynki na całodniową wycieczkę. Piotrek dysponuje pojemnym, rodzinnym vanem, więc z radością skorzystałam z zaproszenia i wraz z Emilką zabrałyśmy się z nimi. Wybór padł na oddalony o 80 km Ś. w którym znajduje się zoo-safari i park dinozaurów. 
Na dzień dobry przywitały nas dwa strusie.



Wolniutko ruszyliśmy autem wyznaczoną drogą, a dookoła biegały przeróżne zwierzaki. Do samochodu przed nami usiłowały dostać się wielbłądy.



 Nasz obległo stado osiołków.



 Cóż... swój ciągnie do swego... Miła zebra usiłowała dać Hance buziaka.



 Po skończonym objeździe poszliśmy na wybieg miniaturowych kózek.




 Biała alpaka o jedwabistej sierści, koncertowo opanowała żebranie i udanie robiąc maślane oczy, została pupilką Emilki.



 Po odwiedzinach u żarłocznych kóz zaliczyliśmy karuzele, diabelskie młyny i tym podobne atrakcje. Po czwartej z kolei karuzeli lekko zielonkawy już Piotrek ubłagał nas o zastępstwo. Przyznam, że trochę miałam cykora ; ) Kręcąc się z zawrotną prędkością i wirując dodatkowo dookoła osi darłam się jak wariatka ;) Pocieszam się, że Olka darła się równie głośno. Nie wiem dlaczego, ale po przejażdżce z nami dziewczynkom odechciało się kolejnych wirujących atrakcji, mogliśmy więc spokojnie przejść do następnego punktu wycieczki. 
Park dinozaurów był równie ciekawy. Umiejscowiony w obłędnie pachnącym i na szczęście chłodniejszym niż patelnia w zoo, sosnowym lesie. Zaczęliśmy od muzeum skamieniałości. Nie wiem na ile autentyczne były jego eksponaty, ale nie przeszkadzało nam to w podziwianiu odcisków paproci w kawałkach skał, różnej wielkości, spiralnie zakręconych amonitów i innych wspomnień z odległej przeszłości.





W sklepiku można było kupić pamiątkę. Były tam przecudnej urody minerały, szlifowane kamyki i biżuteria z nich wykonana, pluszowe figurki dinozaurów... Co kupiły nasze dziewczynki? Skamieniałe odchody tyranozaura. Hm... jakim sposobem wpadli na to paleontolodzy? Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć... ;) 
Oprócz olbrzymich modeli dinozaurów, malowniczo poustawianych na cienistych polankach, lub ukrytych w krzakach, mogliśmy obejrzeć inne stwory.





Można też było usiąść przy ognisku i zrobić selfie z naszymi przodkami ;)



Nieopodal prehistorycznego obozowiska czaił się jaskiniowy niedźwiedź.



Nie zważając na tabliczkę z napisem- nie dotykać eksponatów- Miśka natychmiast go ujarzmiła.



Zanim Olka zdążyła zareagować, Hanka wdrapała się na protoplastę jeleniowatych.



Na zakończenie spaceru wszystkie małe znalazły się w paszczy jakiegoś potwora. Dinuś stwierdził (hm... słusznie), że są jednak ciężkostrawne i zanim zdążyliśmy odetchnąć, wszystkie bachorki były już na zewnątrz paszczy. I mimo długiego marszu i tylu emocji biegiem pognały do stoisk z lodami ;)



Trochę martwiłyśmy się z Olką o drogę powrotną. Dziewczynki od rana na nogach, małymi stópkami pokonały wiele kilometrów, moc wrażeń, a do tego lejący się z nieba żar. Byłyśmy pewne że padną jak trusie, gdy tylko Piotrek odpali auto. W połowie drogi głowy opiekunek kiwały się na zakrętach, a niezmordowane małe głośno śpiewały do wtóru radia i do samego domu były radosne i ożywione, niczym szczypiorek na wiosnę ... ;)

A jutro koniec wakacji...

piątek, 28 sierpnia 2015

Savoir-vivre


Savoir-vivre (fr. savoir – wiedzieć, vivre – żyć; „znajomość życia”) – ogłada, dobre maniery, bon-ton, konwenans towarzyski, znajomość obowiązujących zwyczajów, form towarzyskich i reguł grzeczności obowiązujących w danej grupie. 
Znajomość zasad savoir-vivre jest jednym z wyznaczników kultury osobistej człowieka.

No więc wyszło szydło z worka. Jestem osobnikiem bez kultury, bo atmosfera w moim domu doprowadza mnie do białej gorączki. W końcu (ha!, ha!, ha!) jesteśmy wszyscy razem. Jak Pan Bóg przykazał- mąż, żona i potomek. Dawid chyba jest zadowolony, ja załamana, a Jurek... hm. Nie wiem kim jest ten gość, który jada z nami posiłki, mija się ze mną w drzwiach łazienki i śpi na sofie w salonie. Niby wygląda jak mój mąż, ale takie jakieś sztuczne jest wszystko. Chodzimy dookoła siebie jak pies z kotem. Niby grzecznie i kulturalnie, ale właśnie to jest okropne. Wersal normalnie.

Podczas jedzenia i całej pozostałej części dnia, savoir vivre kwitnie w pełnej okazałości.
-Bardzo dobry obiad. Dziękuję...
-Ta kawa smakuje naprawdę wyśmienicie...
-Nie, dam radę... nie rób sobie kłopotu...
-Przepraszam...
-Proszę....

Pod koniec dnia bolą mnie zęby od nadmiaru słodyczy, a mięśnie twarzy od przyklejonego cały czas, sztucznego uśmiechu. Gdy po kolacji Dawid beknął sobie, szczerze acz po chamsku, miałam ochotę rzucić mu się ze szczęścia na szyję... Gdy popołudniu doiłam Cytrynę klęłam cicho do jej ucha. Matko jedyna! Sama się przeraziłam, że znam aż tyle inwektyw. Pies ci mordę lizał, suka marsza grała; rozgarnięty jak kupa gnoju przez wypierzone kurrrczaki; o ja cierpię dolę, obdarty ze skór wielu; Ku... ch... pi... i inne słowa w tym stylu, były dla mnie prawdziwą muzyką. Wiem. Tragedia. Całe szczęście, że to nie wigilia, bo pewnie Cytryna odbluznęłaby mi zdrowo...

I jak tu żyć? Wśród krążących wciąż proszę, dziękuję i przepraszam? Jak żyć, skoro zwykłą k...urą nie wypada rzucić we własnym domu???


wtorek, 25 sierpnia 2015

Piorun z nieba


Pamiętacie, jak tydzień temu pisałam o chmurach, wulkanach i gąbczastym mózgu? Jak unosiłam się kilka centymetrów nad ziemią, śmiałam radośnie z byle czego i z zachwytem słuchałam kumkania żab? Jak motyle zrobiły sobie w moim brzuchu salę balową i tańczyły, tańczyły, tańczyły... Pamiętacie? To zapomnijcie.

Kończąc swe górskie wojaże, Dawid zahaczył o Przemyśl. W domu zastał ojca siedzącego przy na wpół opróżnionej butelce wódki, z nogą w gipsie opartą o kuchenny taboret. Okazało się, że dwa tygodnie temu Jerzy przewrócił się tak niefortunnie, że naderwał ścięgno Achillesa. Unieruchomiony, bez rodziny, na łasce sąsiadów z którymi wcześniej o byle głupstwo koty darł, nie oponował zbytnio, kiedy Dawid zaproponował mu przyjazd do „Rapsodii”. I już jutro zjawi się w Jagodzicach. Ze swoją nogą w gipsie, skwaszoną miną i wiecznymi pretensjami.

Część z Was pewnie się oburzy. Wytknie mi egoizm, bezduszność i brak odpowiedzialności. I będziecie mieli rację. Wiem, on wciąż jest moim cholernym mężem, któremu przysięgałam w zdrowiu i cholernej chorobie. Ale wiem też, jak to będzie... Znów zaczną się ciągłe wyrzuty. Krytyka tego, co zrobiłam, albo czego nie zrobiłam. Narzekanie na wszystko i wszystkich. On jest jak jakiś cholerny wampir energetyczny, który wysysa pozytywną energię z całego otoczenia, a najbardziej ze mnie... I nigdy nie jest szczęśliwy, co tam szczęśliwy, on nie potrafi być nawet zadowolony. A ja nie wiem, czy interesuje mnie jeszcze poziom jego zadowolenia ani czy chce mi się robić cokolwiek, aby ten poziom podwyższyć.

A Emilka? Dopiero co się otworzyła. Nauczyła się śmiać i ponownie ufać innym, a zaraz znajdzie się z powrotem w towarzystwie obcego. Który w dodatku nie jest taki łatwy we współżyciu jak chociażby Ajron. I Ajron... Jaka ja byłam głupia! Certowałam się, wstydziłam niczym jakaś cholerna cnotka. Wzdychałam tylko i marzyłam, zamiast posłuchać Anki i pozwolić sobie na to, czego pragnęłam... A teraz już dupa. Koniec. Mogę tylko dalej ślinić się do niego cichaczem, a na pokaz udawać, jaka jestem szczęśliwa z ukochanym małżonkiem. Aż się kiedyś w końcu porzygam z tego szczęścia...

Pamiętacie, jak tydzień temu pisałam o chmurach, wulkanach i gąbczastym mózgu?
Białe obłoczki zamieniły się w czarne chmury z których pierdyknął ognisty piorun. Wulkany wygasły i rzygają dookoła szarym pyłem. Jedynie mózg nadal został otępiony i obija się w mojej głowie z jedną, jedyną myślą- nie, nie, nie...
I panicznie wręcz się boję, że przeszłość znowu stanie się moją teraźniejszością...



niedziela, 23 sierpnia 2015

Wypadki chodzą po ludziach


Ludziom wypadają różne rzeczy. Koleżance Anki wypadł niespodziewany wyjazd do Paryża. Ma dziewczyna podejrzenia, że będzie to najromantyczniejszy wypad w życiu, bo znajoma dowiedziała się od koleżanki, której znajoma pracuje w jubilerskim sklepie, że wieloletni chłopak koleżanki Anki, oglądał pierścionki zaręczynowe. I niespodziankę szlag trafił. Gorzej będzie, jeśli plotka okaże się tylko plotką i najromantyczniejszy wyjazd zmieni się w największe rozczarowanie. A mówią, że przyjaciele to największy skarb...

Ance wypadł z torebki żelowy, jaskrawożółty wibrator. Była w markecie i szukała portfela przy kasie. Portfel, jak to zazwyczaj z nimi bywa, schował się gdzieś na dnie, i zbyt energiczna policjantka wytrząsnęła na ladę zawartość torebki wraz z owym nieszczęsnym sprzętem, kupionym dla żartów dla wyjeżdżającej i oczekującej domniemanych oświadczyn koleżanki. A że w zakupach towarzyszyły jej Hanka i Miśka, ludzie patrzyli na Anię niczym na najprawdziwszą Sodomitkę, a na dziewczynki jak na niewinne owieczki, zbrukane przez rozwiązłą matkę. Anka usiłowała głupio się tłumaczyć, że to sorbetowy lód cytrynowy dla dzieci, ale chyba nikt jej nie uwierzył...

Współpracownikowi Piotrka wypadł dysk. Schylił się chłopina zbyt gwałtownie i już w tej pozycji pozostał. Koledzy ledwo wpakowali go do auta i w pozycji półleżącej, w akompaniamencie przekleństw i syków zawieźli na choszczeński SOR. Pech chciał, że stało się to w sobotę i poczekalnia pełna była przeróżnych nieszczęśników, z dużą przewagą uczestników weekendowych imprez, z rozkwaszonymi nosami lub zatruciem alkoholowym. Jednemu z lekarzy wypadł właśnie urlop, więc biedny dyskowiec tkwił na czworaka w szpitalnej poczekalni dobrą godzinę, zanim zajął się nim pechowiec w białym kitlu, któremu w ten dzień wypadł niestety dyżur.

Babci Robaczkowej wypadła sztuczna szczęka. Wpadła do talerza, rozbryzgując na obrus niedzielny rosół. Wiem, to nie było śmieszne. I też nie rozumiem, dlaczego Hanka i Emilka o mało nie wpadły ze śmiechu pod stół. Gorsze jest to, że ja również miałam kłopoty z zachowaniem powagi. Nie spodziewałam się, że jestem takim prymitywem...

Boczek, jak burza wypadł z obory i wpadł prościutko na Sabę. Wywiązała się bójka. Prosiak ma obszarpane ucho, a pies kuleje. Dobrze, że mam znajomego weta ;)

A Hance wypadł ząb. W nocy przyszła Wróżka Zębuszka i podkradła ząbek spod poduszki, zostawiając w zamian 20 złotych. Dumna mała wszem i wobec chwaliła się lekko krwawą jeszcze dziurą i jeszcze bardziej owym papierkiem z Bolesławem Chrobrym. Całe szczęście, że coś podkusiło Olkę do pójścia do obory, bo pozostałe dziewczynki, zazdrosne pewnie o tę grubą kasę, kombinowały jakby tu wyrwać sobie dwójki przy pomocy zardzewiałych kombinerek.



Wiele jeszcze wypadków można by było wymienić. Życzę Wam wszystkim, aby wypadkowa owych wypadków, wypadała jednak zawsze na plus ;)