a
niedziela, 13 września 2015
Za rok- prorok ;)
Zwariować idzie. W domu i co gorsze w oborze prawdziwe apogeum. Piotrek skończył remontować, odnawiać właściwie, dom Marii i Emilki, więc obie nie mogą doczekać się jutrzejszej przeprowadzki (tatuńcio w areszcie czeka na proces). Wszystkie trzy od rana miotamy się jak szalone. Pakujemy, rozpakowujemy i przepakowujemy jeszcze raz, zaklejamy pudła, odklejamy, żeby coś jeszcze dopakować, zaklejamy ponownie i tak w kółko. Jurek i Dawid patrzą na nas jak na wariatki i pukają się w głowę nad kobiecą organizacją ;) Co pięć minut robimy przerwę i wpatrując się w jakiś przedmiot wspominamy wspólne chwile. Przez te kilka krótkich tygodni, nazbierało się wiele rzeczy Emilki i jeszcze więcej wspomnień. Co kwadrans chowam się w łazience i ronię kilka łez, na myśl o pustce, jaka zagości tu już za chwilę ;( Emilka wraca do swego domu, Dawid wyjeżdża do Poznania (tak, tak, przeniósł papiery do bliższej uczelni. Hm... bliższej matki, czy bliższej Zuzki?). Nawet za Marią będę tęsknić, bo choć znamy się zaledwie od kilku dni, szczerze ją polubiłam.
No i problemy z Cytryną. Od kilku dni zachowuje się koszmarnie. Najpierw myślałam, że empatycznie odczuwa moje zdenerwowanie i stąd jej nieustanne meczenie i niepokój. Aż się wzruszyłam, na myśl o jej wrażliwości ;) Zaczęła dawać mniej mleka, co rusz za to oddaje mocz i nerwowo macha ogonkiem. Ewidentnie coś jest nie tak. Wykończona nieustannym meczeniem kozy, poprosiłam Ajrona żeby ją obejrzał. Podejrzewałam ciężki stres, śmiertelną chorobę i w ogóle wszystko, co najgorsze. Spanikowana, opowiedziałam doktorkowi o swoich podejrzeniach. Matko jedyna! Weterynarz zabił mnie śmiechem...
Mieszkam na wsi pół roku. Mam ponad czterdzieści lat i dorosłego syna, więc wiem już co nieco o życiu. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać. Co się okazało?
Ciurlać jej się chce! Moja koza po prostu dostała rui, a ja wmawiałam sobie i jej jakieś koszmarne choroby ;) Głupio mi się zrobiło, bo taka myśl nawet nie wpadła mi do głowy. Cytryna meczy i się stresuje, ale nie z powodu wielkiej solidarności ze swoją pańcią, tylko z tęsknoty za jakimś przystojnym capem ;) Tak to czasami, w babskiej głowie zwykła, fizjologiczna rzecz może urosnąć do rangi międzynarodowego problemu ;)We wtorek Ajron zabierze ją do oddalonego o kilkanaście kilometrów gospodarstwa, w którym mieszka przystojny i utalentowany prokreacyjnie (czyli ze wszystkimi męskimi atrybutami) kozioł, a za pięć miesięcy mogę spodziewać się przychówku.
W obejściu widać, że już za pasem jesień. Jeszcze zielono, ale pod drzewami leży coraz więcej liści. Gałęzie jabłoni i grusz uginają się pod ciężarem owoców. Z myślą o przyszłym roku, posadziłam kilka krzaczków truskawek i poziomek, a w internecie zamówiłam krzewy borówki wysokiej. Na kwaśnej, podleśnej glebie powinny czuć się doskonale. Nastawiłam nalewkę z cierpkiej aronii i liści malin, Emilka zrobiła gromadkę ludzików z kasztanów, w lesie znalazłam pierwszego prawdziwka... Jesień idzie...
piątek, 11 września 2015
Chomik na karuzeli
Od dwóch dni mieszka z nami mama Emilki. Maria to drobna, wychudzona wręcz kobieta. Po ostatniej awanturze jaką zrobił jej kochający mężulek, wylądowała w szpitalu z połamanymi żebrami i stłuczoną miednicą, a Emilka tymczasowo trafiła do „Rapsodii”. Maria fizycznie jest już na szczęście zdrowa. Jeszcze trochę osłabiona i wystraszona, ale jej spotkanie z córką wywołało łzy wzruszenia na wszystkich naszych twarzach. Nie ma róży bez kolców, więc mimo mojej szczerej radości jestem przerażona myślą, że już za kilka dni Emilka opuści mój dom. Nie potrafię wyobrazić sobie „Rapsodii” bez jej śmiechu. Poranków bez jej wesołego szczebiotania, wieczorów bez opowieści o różnych, dziwnych stworkach i ciągłego, choć nieuciążliwego szumku jaki wywołuje w domu pięcioletnie dziecko.
Ale nie o Emilce chciałam dzisiaj napisać, tylko o Marii.
Historia jakich wiele. Poznali się, zakochali, zaciążyli. Szybki ślub i wyprowadzka na drugi koniec Polski, bo na miejscu ani pracy, ani perspektyw, a dodatkowo złośliwe spojrzenia niedawnych przyjaciół. Na początku było nieźle. Mąż załapał się na budowę, żona wychowywała małą, zdrową, córeczkę, w miarę możliwości dorabiając szyciem.
Z biegiem czasu zaczęło się sypać. Miły chłopak zmienił się w agresywną bestią, a dziewczyna stała się zmaltretowanym strzępem człowieka. Męczyła się tak pięć lat. Wieczne awantury, wrzaski nachlanego męża, rękoczyny... Zareagowała dopiero wtedy, gdy zaczął znęcać się fizycznie nad dzieckiem, a w efekcie owej reakcji znalazła się w szpitalu.
Nie potrafiła powiedzieć mi, dlaczego tak długo nic nie zrobiła. Dlaczego musiało dojść do tragedii, aby wreszcie powiedziała stop.
Jak wynika z policyjnych statystyk, w 2014 r. aż 132 tys. osób spotkało się z przemocą w rodzinie. Ofiarą brutalności partnera padło ponad 80 tysięcy kobiet. Drugą najbardziej dotkniętą grupą są dzieci i młodzież (40 tys., w tym 28 tys. dzieci do lat 13). Te dane są jednak z pewnością zafałszowane, bo wiele kobiet nie prosi o interwencję, ukrywając tragedię w czterech ścianach.
Amerykańska psycholog Leonora E. Walker badając kobiety doznające przemocy w rodzinie opisała pewne cyklicznie pojawiające się w ich związkach zdarzenia. Na cykl przemocy składają się trzy następujące po sobie fazy:
1. Faza narastania napięcia, czyli mężuś staje się drażliwy, każdy drobiazg wyprowadza go z równowagi, jest ciągle spięty i poirytowany. Swoje emocje wyładowuje na partnerce. Poniża ją, krytykuje... Sprawia wrażenie, jakby nie panował nad swoim gniewem. Każdy szczegół jest dobrym pretekstem do wszczęcia konfliktu i awantury.
2. Faza ostrej przemocy, czyli szał. Dochodzi do eksplozji zachowań agresywnych. Bicie pięściami, przedmiotami (książka, garnek, kabel itp.), kopanie, grożenie bronią, duszenie, silne natężenie agresji słownej.
3. Faza miodowego miesiąca. Najgorsza, bo zapętlająca całą chorą sytuację. W momencie, kiedy mężuś wyładował już swoje emocje i wie, że przekroczył wszelkie granice, zmienia się w zupełnie inną osobę. Zaczyna przepraszać za to co zrobił, szczerze żałuje swojego zachowania, obiecuje że TO już nigdy się nie powtórzy, że nie wie zupełnie co się z nim stało, starając się znaleźć zewnętrzne wytłumaczenia dla swojego zachowania.
Zaczyna okazywać skruchę, ciepło i miłość. Przynosi kwiaty, prezenty, zachowuje się tak, jakby przemoc nigdy nie miała miejsca. Dba o ofiarę, spędza z nią czas i utrzymuje satysfakcjonujące kontakty seksualne, itp. Patrząc z zewnątrz na takie osoby można odnieść wrażenie, że są szczęśliwą, świeżo zakochaną parą.
A kobieta daje się ogłupić. Przez chwilę jest szczęśliwa, pełna nadziei, zapomina o wszystkim co złe, wybacza, a już za moment a piać od nowa Polska Ludowa.
Nie potrafię tego zrozumieć. Patrzę na Marysię, dobrą, inteligentną, wrażliwą i skromną kobietę i nie rozumiem. Za dobra? Za wrażliwa i za skromna? A może, gdyby to dotyczyło mnie, zachowałabym się tak samo? Zapętliłabym się niczym chomik na karuzeli i wydawałoby mi się, że biegnę do przodu, choć tak naprawdę wciąż stałabym w tym samym miejscu?
Mam szczerą nadzieję, że żadna z Was nie jest, nigdy nie była ani nie będzie w takiej sytuacji. Lecz rozejrzyjmy się dookoła siebie. I jeśli znajdziemy taką Marię, otwórzmy jej oczy. Powiedzmy jej, że makabryczna karuzela może i powinna się zatrzymać! Nie za tydzień, miesiąc, rok, ale już. Natychmiast. Że ten słodki, miodowy miesiąc tak naprawdę jest zwykłym lepem na muchy.
wtorek, 8 września 2015
Sezon na dynie uważam za otwarty
Pisałam już kiedyś, że najlepszą terapią na stres jest dla mnie lepienie pierogów. Tego lata nalepiłam ich kilka ton. Na początku znajomości z Ajronem na tapetę poszły pierogi z owocami. Hm... że niby tak słodko? Przed przyjazdem Emilki lodówka zapełniła się pierogami ze szpinakiem i kaszą jęczmienną. Gdy przyjechał Jurek i Dawid, na porządku dziennym były pierogi z mięsem. Przed wizytą doktorka i jego konfrontacją z moim ślubnym (nawet nie pytajcie!) wyprodukowałam obłędną ilość ruskich. A teraz przyszła kolej na pierogi z dynią.
Tak się jakoś złożyło, że nie mam swojego ogródka. Właściwie mam, ale rosną tam tylko okazałe chwasty- przysmaki moich kóz. Gdy była pora na jego uprawę, ja remontowałam dom, przyzwyczajałam się do życia na wsi i nie miałam ani głowy, ani czasu, żeby pomyśleć o własnych warzywach. Babcia Robaczkowa nie dała mi jednak umrzeć z głodu, co rusz donosząc swoje zbiory. A to ogórki, a to pomidory... Wczoraj Dawid pojechał do Wiatraków (gdzie mieszka doktorek z Zuzanną) i przywiózł stamtąd 11 niewielkich dyń. Nie będę wnikać, co tam robił i za co te dynie otrzymał (dorosły chłop w końcu ; ), trzeba było jednak jakoś je spożytkować.
Na pierwszy ogień poszła oczywiście zupa- krem.
Najprostsza rzecz pod słońcem. Dynia, marchew, ziemniak, pietruszka idą pod nóż i do gara. Cebulę podsmażam na patelni. Dodaję do ugotowanych warzyw, blenderuję, doprawiam i już. Można zabielić śmietaną lub jogurtem.
Z następnej dyni powstało pikantne i aromatyczne curry.
Cebule obrałam, pokroiłam w piórka i podsmażyłam w garnku z olejem. Dodałam obrany i pokrojony w plastry imbir.
Po kilku minutach do garnka włożyłam obrane i okrojone w duże kawałki warzywa: selera, dynię i ziemniaki (niekoniecznie). Po chwili dodałam rozgnieciony czosnek, obrane ze skórki pomidory, przykryłam i dusiłam na średnim ogniu około 25 minut. Doprawiłam solą, pieprzem, curry i cynamonem.
Z apetytem zjedliśmy na kolację, z ryżem, szczerze posypane natką pietruszki.
Pierogi okazały się hitem, choć trochę się przy nich narobiłam.
Miąższ dyni pokroiłam w kawałki, skropiłam oliwą i upiekłam w piekarniku. Na patelni podsmażyłam cebulę i czosnek. Wymieszałam dynię z cebulą, dodałam szklankę zamrożonego zielonego groszku, dotarkowałam kilka centymetrów świeżego imbiru, doprawiłam solą, pieprzem i kurkumą. Odstawiłam na kilkanaście minut, aby odlać ewentualny nadmiar soku (może go wydzielić dynia). A reszta normalnie. Palce kleją, głowa w chmurach;)
No i ukoronowanie dyniowego dnia. Mokre, miękkie i bardzo smaczne niebo na talerzu- czyli ciasto z dyni.
Najlepiej, by wszystkie składniki miały pokojową temperaturę.
- 2 szklanki startego na tarce lub malakserem miąższu z dyni - 2,5 szklanki mąki - 4 jajka-pół szklanki roztopionego, ostudzonego masła lub oleju - 2/3 szklanki cukru-półtorej łyżeczki proszku do pieczenia-łyżeczka cynamonu (można pominąć) składniki (na długą keksówkę ok.12 × 40 cm lub prostokątną blaszkę ok. 23 × 30 - 3 łyżki posiekanych orzechów włoskich lub laskowych - 3 łyżki rodzynek-ew. cukier-puder do posypania ciasta
Piekarnik ustawić na 170 st. W pierwszej misce ubić jajka z cukrem na pienistą masę. Pod koniec ubijania, cienką strużką wlać roztopione masło lub olej, dodać startą dynię. W osobnej misce zmieszać mąkę, proszek do pieczenia, cynamon, bakalie. Mokre składniki dodać do suchych i wymieszać łyżką, niezbyt porządnie (to ważne, porządnie wymieszane lubi zakalec). Blaszkę wysmarować masłem i wysypać tartą bułką lub wyłożyć papierem do pieczenia. Piec ciasto ok. 45-55 minut. Kiedy patyczek od szaszłyków wsadzony w ciasto, po wyjęciu jest suchy, placek jest gotowy. Ostudzić w lekko uchylonym piekarniku, wyjąć z formy i posypać cukrem-pudrem.
Smacznego ;)
To dopiero przygrywka. Sezon na dynie w pełnej krasie rozpocznie się dopiero na początku listopada, lecz już teraz w sklepach pojawiły się pierwsze dynie i można spokojnie kupić jedną lub dwie na nadchodzący obiad czy kolację. Nieważne na który posiłek, możliwości jest tak wiele, że znajdziecie inspirację na wszystkie posiłki w ciągu całego dnia. Lubię dynię i dania z dyni, bardzo lubię. Tym bardziej że ma ona niewiele kalorii ;) A Wy jak delektujecie się tym jesiennym warzywem?
sobota, 5 września 2015
Pizza, która z pewnością wyjdzie mi bokiem...
Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. I to ustawić się należy pośrodku, żeby cię życzliwie nie wycięli... Dziś przekonałam się o tym na własnej skórze. Znacie już doskonale moją szwagierkę Aleksandrę i kuzynkę Ankę. Aleksandra- dobra dusza, matka dzieciom i opiekunka ogniska domowego. Anka- nieobliczalna policjantka, niespokojny duch o ciętym, złośliwym języku, moja najlepsza przyjaciółka. I te oto kobiety okazały się mataczkami, kombinerkami i intrygantkami. Jednym słowem Maty kurna Hari w spódnicach, choć generalnie obie preferują raczej spodnie.
Zmartwiona moimi psychicznymi dołkami i psychologicznymi traumami Anka, zadzwoniła z propozycją babskiego wypadu. My trzy i nowootwarta pizzeria. Pizza w promocyjnej cenie, cola do bólu i terapeutyczne rozdzielanie włosa na cztery. Zajęta analizowaniem swego skomplikowanego życia i płaczem nad niespełnioną namiętnością do przystojnego doktorka, nie bardzo miałam chęć, ale spróbujcie odmówić Ance. Po prostu się nie da.
Już po drodze coś mi śmierdziało. I nie był to zapach zjełczałego jogurtu walającego się po tylnym siedzeniu ani świeżo zatankowanej benzyny. Olka trajkotała zupełnie jak nie ona, a Anka milczała jak grób. Pizzeria wyglądała całkiem sympatycznie. Zapach wzmagał pracę ślinianek i przyspieszał produkcję soków żołądkowych, a do uszu dobiegały odgłosy wydawane przez zadowolonych konsumentów. Zewsząd dochodziły zachłanne mlaskania i dzwoniły sztućce. Wszystkie stoliki były zajęte przez jedzących, gadających i śmiejących się ludzi. Jeden, wyjątkowo głośny śmiech wydał mi się dziwnie znajomy...
Czas się zatrzymał i znów to poczułam. Ucisk w piersiach, miękkie kolana i mokre dłonie. Uśpione motyle i inne owady znów się obudziły i zaczęły świrować w moich jelitach. Spojrzałam na swoje towarzyszki. Wina była wręcz wypisana na ich twarzach. Grubą krechą...
Nie wiem, jak przeżyłam to spotkanie. Nie wiem, o czym rozmawialiśmy, czy pizza była dobra czy wręcz przeciwnie, czy obsługiwał nas kelner czy jakiś kosmita. Wiedziałam za to z całą pewnością, że moje ponoć najlepsze przyjaciółki, zginą śmiercią marną, gdy tylko wyjdziemy z lokalu.
Nie zdążyłam ich zamordować. Gdy tylko wysiadłyśmy przed domem Olki, zaczerpnęłam powietrza do płuc chcąc wygarnąć im z głębi serca. Zanim wypowiedziałam choćby jedno słowo, te wariatki zaczęły się śmiać. Tarzały się po podjeździe i chichotały tak idiotycznie, że w sąsiednim domu podniosła się roleta w oknie i ciekawski sąsiad z pewnością dzwonił do psychiatryka.
Nie rozumiem, co je tak rozbawiło. Czyżby aż tak bardzo śmieszne było, gdy stanęłam z otwartymi ustami i z niedowierzaniem w oczach patrzyłam jak Ajron zjada kęs pizzy prosto z rąk Beti- naszej wspólnej kosmetyczki? Czy może rozbawił je tak nagły atak kaszlu speszonego doktorka, który zobaczywszy mnie w drzwiach, zakrztusił się ową pizzą i gdyby nie porządny cios w plecy wymierzony mu przez Beti, być może nie byłby w stanie przeżyć tego spotkania?
Nie przyjęłam do wiadomości ich głupich tłumaczeń. Że niby wszystko dla mojego dobra, że mam przejrzeć na oczy i zrozumieć, że Ajron szybko się pocieszył, że nie jest on tak kryształowy, jak mi się wydaje...
Matko jedyna!!! I co ja teraz powiem Jurkowi???
piątek, 4 września 2015
Samotność w tłumie, tłumy w samotni
Kiedyś, w mieście, czułam się samotnie wśród tłumów ludzi. Dziś, w mojej samotni pętają się tłumy. W oborze meczą trzy kozy i kwiczy prosiak. Na podwórzu Saba ugania się za dwoma kociakami, uciekając przed Emilką, która w obawie o zdrowie swych miauczących pupili odgania psa. W domu również pełno ludzi. Jerzy, wciąż niesprawny z powodu zerwanego ścięgna Achillesa, wziął się za przetwory. Namiętnie wyciska z jabłek wszystkie soki, a śliwki przemienia w aromatyczne dżemy. Mój mąż i przetwory??? Świat się kończy. Moja rola to tylko przytachać z sadu kosze owoców. Swoją drogą, niech mi ktoś powie, z czego tak się cieszyłam, widząc pierwszy raz liczne drzewa i krzewy w sadzie?
Cierpiąc na niespodziewany nadmiar wolnego czasu, postanowiłam potrenować mózg. Kupiłam zwykłe panoramiczne krzyżówki i patrząc na krzątającego się przy sokowniku Jurka albo zerkając przez okno na wywalającego gnój z obory Dawida, wpisuję w kratki literki, dziwiąc się czasem niepomiernie. Na przykład hasło- wzór kurtki. Myślę, główkuję: parka, trencz, pilotka... Nic nie pasuje. Jaka odpowiedź?- krój. Albo autor „Sonetów do Laury”. Wydawałoby się, że Petrarka. Nie pasuje. Odpowiedź- liryk. Dziecko świni. Prosiak, warchlak, knurek... Nie. Młode. I weź tu człowieku trenuj mózg.
Podczas tych treningów zastanowiłam się nad słowami i ich znaczeniem. Zwykłe homonimy bywają zabawne. Taka na przykład mysz. Na jej widok Olka piszczy i Miśka piszczy. Tyle że Olka ze strachu na widok małego zwierzątka, a Miśka z radości, odpychając od komputera Hankę. Anka ubiera się w golf(a) a Piotrek bierze kije i wybiera się na golfa. Hania maluje zamki kredkami i farbami, a Aleksandra wszywa do spodni, czy spódnic. Jurek wiąże muchę pod szyją, a ja latam za nią z klapką. Wieloznacznych słów wiele by można jeszcze było wymienić. Macie jakieś pomysły?
Albo słowo- przeceniać. Prawdziwy majstersztyk. Jeżeli przeceniamy towar w sklepie, to zaniżamy jego wartość.
Jeżeli przeceniamy swoje umiejętności to je zawyżamy ;)
Równie problematyczne może być znaczenie, prostych zdawałoby się, słów i fraz. Jeśli kobieta mówi- nie, niekoniecznie znaczy to, że ma na myśli przeczenie. Jeśli powie: A rób co chcesz- to spróbuj tylko tak zrobić. Afera murowana ;)
Uczucia też można nazwać przeróżnymi słowami. Czasem –nienawidzę- tak naprawdę znaczy- kocham. Najlepszym przykładem są tutaj Ajron i Jurek. Kiedy doktorek ma na myśli seks- mówi że chce oglądać z tobą zachód słońca, podczas gdy Jurek mówi- choć na numerek. Gdy Ajron jest zły- mówi, że czarne chmury zbierają się na horyzoncie, a Jurek rzuci ku...rą i trzaśnie drzwiami. I zastanawiam się co jest uczciwsze. Szczerość do bólu czy delikatność i wyczucie? Czy nie lepiej jednak mieć do czynienia z kimś prawdziwym? Może nie aż tak podniecającym, ale po którym wiem czego się spodziewać? Kimś, kto mówi, że chce jeść, gdy jest głodny i pić, gdy jest spragniony? Kto mówiąc- dupa- ma na myśli tylko i wyłącznie to? Czy chciałabym przez całe życie analizować każde słowo swojego faceta i zastanawiać się co poeta miał na myśli?
A przy okazji, przypomniała mi się anegdotka:
Podczas wyborów na prezydenta Iraku karta do głosowania wyglądała następująco:
Czy nie masz nic przeciwko prezydenturze Saddama Husseina?
• NIE, nie mam nic przeciwko
• TAK, nie mam nic przeciwko
Tak. Słowa to potęga, a ich interpretacja to prawdziwa sztuka.
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Wyprawa po odchody dinozaurów
Postanowiłam wyrwać się na jeden dzień z mojego Wersalu i schamić w towarzystwie dalszej rodziny. Ku rozpaczy Hanki wakacje się skończyły. Aby obetrzeć gorzkie łzy nieszczęśliwego dziecka, rodzice postanowili zabrać dziewczynki na całodniową wycieczkę. Piotrek dysponuje pojemnym, rodzinnym vanem, więc z radością skorzystałam z zaproszenia i wraz z Emilką zabrałyśmy się z nimi. Wybór padł na oddalony o 80 km Ś. w którym znajduje się zoo-safari i park dinozaurów.
Na dzień dobry przywitały nas dwa strusie.
Wolniutko ruszyliśmy autem wyznaczoną drogą, a dookoła biegały przeróżne zwierzaki. Do samochodu przed nami usiłowały dostać się wielbłądy.
Nasz obległo stado osiołków.
Cóż... swój ciągnie do swego... Miła zebra usiłowała dać Hance buziaka.
Po skończonym objeździe poszliśmy na wybieg miniaturowych kózek.
Biała alpaka o jedwabistej sierści, koncertowo opanowała żebranie i udanie robiąc maślane oczy, została pupilką Emilki.
Po odwiedzinach u żarłocznych kóz zaliczyliśmy karuzele, diabelskie młyny i tym podobne atrakcje. Po czwartej z kolei karuzeli lekko zielonkawy już Piotrek ubłagał nas o zastępstwo. Przyznam, że trochę miałam cykora ; ) Kręcąc się z zawrotną prędkością i wirując dodatkowo dookoła osi darłam się jak wariatka ;) Pocieszam się, że Olka darła się równie głośno. Nie wiem dlaczego, ale po przejażdżce z nami dziewczynkom odechciało się kolejnych wirujących atrakcji, mogliśmy więc spokojnie przejść do następnego punktu wycieczki.
Park dinozaurów był równie ciekawy. Umiejscowiony w obłędnie pachnącym i na szczęście chłodniejszym niż patelnia w zoo, sosnowym lesie. Zaczęliśmy od muzeum skamieniałości. Nie wiem na ile autentyczne były jego eksponaty, ale nie przeszkadzało nam to w podziwianiu odcisków paproci w kawałkach skał, różnej wielkości, spiralnie zakręconych amonitów i innych wspomnień z odległej przeszłości.
W sklepiku można było kupić pamiątkę. Były tam przecudnej urody minerały, szlifowane kamyki i biżuteria z nich wykonana, pluszowe figurki dinozaurów... Co kupiły nasze dziewczynki? Skamieniałe odchody tyranozaura. Hm... jakim sposobem wpadli na to paleontolodzy? Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć... ;)
Oprócz olbrzymich modeli dinozaurów, malowniczo poustawianych na cienistych polankach, lub ukrytych w krzakach, mogliśmy obejrzeć inne stwory.
Można też było usiąść przy ognisku i zrobić selfie z naszymi przodkami ;)
Nieopodal prehistorycznego obozowiska czaił się jaskiniowy niedźwiedź.
Nie zważając na tabliczkę z napisem- nie dotykać eksponatów- Miśka natychmiast go ujarzmiła.
Zanim Olka zdążyła zareagować, Hanka wdrapała się na protoplastę jeleniowatych.
Na zakończenie spaceru wszystkie małe znalazły się w paszczy jakiegoś potwora. Dinuś stwierdził (hm... słusznie), że są jednak ciężkostrawne i zanim zdążyliśmy odetchnąć, wszystkie bachorki były już na zewnątrz paszczy. I mimo długiego marszu i tylu emocji biegiem pognały do stoisk z lodami ;)
Trochę martwiłyśmy się z Olką o drogę powrotną. Dziewczynki od rana na nogach, małymi stópkami pokonały wiele kilometrów, moc wrażeń, a do tego lejący się z nieba żar. Byłyśmy pewne że padną jak trusie, gdy tylko Piotrek odpali auto. W połowie drogi głowy opiekunek kiwały się na zakrętach, a niezmordowane małe głośno śpiewały do wtóru radia i do samego domu były radosne i ożywione, niczym szczypiorek na wiosnę ... ;)
A jutro koniec wakacji...
piątek, 28 sierpnia 2015
Savoir-vivre
Savoir-vivre (fr. savoir – wiedzieć, vivre – żyć; „znajomość życia”) – ogłada, dobre maniery, bon-ton, konwenans towarzyski, znajomość obowiązujących zwyczajów, form towarzyskich i reguł grzeczności obowiązujących w danej grupie.
Znajomość zasad savoir-vivre jest jednym z wyznaczników kultury osobistej człowieka.
No więc wyszło szydło z worka. Jestem osobnikiem bez kultury, bo atmosfera w moim domu doprowadza mnie do białej gorączki. W końcu (ha!, ha!, ha!) jesteśmy wszyscy razem. Jak Pan Bóg przykazał- mąż, żona i potomek. Dawid chyba jest zadowolony, ja załamana, a Jurek... hm. Nie wiem kim jest ten gość, który jada z nami posiłki, mija się ze mną w drzwiach łazienki i śpi na sofie w salonie. Niby wygląda jak mój mąż, ale takie jakieś sztuczne jest wszystko. Chodzimy dookoła siebie jak pies z kotem. Niby grzecznie i kulturalnie, ale właśnie to jest okropne. Wersal normalnie.
Podczas jedzenia i całej pozostałej części dnia, savoir vivre kwitnie w pełnej okazałości.
-Bardzo dobry obiad. Dziękuję...
-Ta kawa smakuje naprawdę wyśmienicie...
-Nie, dam radę... nie rób sobie kłopotu...
-Przepraszam...
-Proszę....
Pod koniec dnia bolą mnie zęby od nadmiaru słodyczy, a mięśnie twarzy od przyklejonego cały czas, sztucznego uśmiechu. Gdy po kolacji Dawid beknął sobie, szczerze acz po chamsku, miałam ochotę rzucić mu się ze szczęścia na szyję... Gdy popołudniu doiłam Cytrynę klęłam cicho do jej ucha. Matko jedyna! Sama się przeraziłam, że znam aż tyle inwektyw. Pies ci mordę lizał, suka marsza grała; rozgarnięty jak kupa gnoju przez wypierzone kurrrczaki; o ja cierpię dolę, obdarty ze skór wielu; Ku... ch... pi... i inne słowa w tym stylu, były dla mnie prawdziwą muzyką. Wiem. Tragedia. Całe szczęście, że to nie wigilia, bo pewnie Cytryna odbluznęłaby mi zdrowo...
I jak tu żyć? Wśród krążących wciąż proszę, dziękuję i przepraszam? Jak żyć, skoro zwykłą k...urą nie wypada rzucić we własnym domu???
Subskrybuj:
Posty (Atom)











