a

a

wtorek, 6 grudnia 2016

Zimowa jadłodajnia

O mój Boże! Znów wypadłam z blogowego światka. Nie mam czasu na życie wirtualne, a tu tyle się dzieje! I dobrego i złego, i pocieszającego, że w tym złym jednak potrafimy się zjednoczyć. Brawo Hano i dziewczyny z Kurnika. Aż mi wstyd, że żyłam w nieświadomości, na szczęście jeszcze mogę to naprawić małą darowizną. Dziewczyny- jesteście naprawdę zjawiskiem na skalę całego Kosmosu!!!

A czym jestem taka zajęta? Ano życiem ogólnie rzecz biorąc. 
Zima na zmianę pojawia się i znika. Na starej śliwie roi się od sikorek. Ze zwykłej butelki po napoju, kawałka druta i podstawki od doniczki Jurek zbudował automatyczny (samonapełniający się) karmnik.




Zajęło mu to około dziesięciu minut, a radości co niemiara ma cała rzesza. Sikorki i mazurki tłoczą się przy flaszce niczym przekupki na targu. Pokrzykują, kłócą się, wyrywają sobie z dziobków co smaczniejsze kąski, nie patrząc na to, że duża część dobra leci na ziemię. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci, a nawet czwarty korzysta, więc wysypane ziarno wcale nie idzie na zmarnowanie. Czego nie wydziobią wróble to zje Saba. A wszyscy mówią, że psy są mięsożerne i co? Okazało się, że niekoniecznie. Zajada sobie psina suszone owocki, na prawo i lewo pluje łuskami słonecznika i jest cała szczęśliwa ;) 
Od kilku dni do wspólnej ptasio-psiej jadalni dołączył jeszcze jeden konsument. Może pamiętacie moją opowieść o kocie Bolku- przyjacielu wszystkich gryzoni. Coś podejrzewam, że to właśnie on odszukał gdzieś biedaka i zaprosił do wspólnego stołu. Gdy sikory porozwalają już karmę naokoło, wróble wydziobią co lepsze, pies dogodzi sobie owsianymi płatkami, do stołu podchodzi on. Szary, wielki, z połową ogona i wyłupionym jednym okiem. Tajemniczy i czujny, bo jeszcze ani razu nie udało mi się uwiecznić go na zdjęciu czy filmiku. Chyba wiekowy, bo pyszczek ma oprószony siwizną. Ruchliwe wąsiki cały czas drgają, gdy przednimi łapkami chwyta jakiś zapomniany okruch i szybciutko pałaszuje ze smakiem. I choć gnębiłam myszy wewnątrz domu, w ogóle mi nie przeszkadza że pod śliwą ucztuje sobie w najlepsze stary szczur. Hm... kotu też nie. Gdy wygospodaruję sobie chwilę, siadam z kawką przy oknie i obserwuję ten komediowo- kryminalno- obyczajowy film z wieloma bohaterami w rolach głównych. A wszystko za kilka złotych i odrobinę poświęconego czasu.

Co oprócz tego? Pomału szykuję święta, ozdabiam dom i obejście, wytwarzam jakieś stroiki z szyszek, gałązek i owoców dzikiej róży, kupuję prezenty i robię burzę mózgu wymyślając kto i z czego najbardziej się ucieszy. Co roku, podczas spotkania przy okazji Święta Zmarłych losujemy osoby którym robimy jeden, większy prezent, ale któż nie ucieszy się z jakiegoś własnoręcznie uszykowanego drobiazgu? Piotrkowi wręczę nalewkę. Jurkowi- nalewkę. Ajronowi, hm...  chyba nalewkę. Anka pewnie też najbardziej ucieszy się z nalewki. I tym sposobem burzę mózgu mam za sobą ;)
Na 22 grudnia Anna ma zaplanowane cesarskie cięcie. Na świecie pojawi się mój nowy siostrzeniec i siostrzenica ;)))
Może będzie Adaś i Ewa?

sobota, 19 listopada 2016

Zmysłowo...

Arystoteles twierdził, że o jakości życia człowieka decydują zmysły. Że trzeba się w życiu nawąchać, napatrzeć i nasłuchać. Nasmakować i nadotykać.

Ja uwielbiam zapach skoszonej trawy, konwalii i cynamonu. Inni zapach pieniędzy i sukcesu- nie to, żebym miała coś naprzeciwko, ale jeśli zapach mamony przewyższa wszystkie inne zapachy, to chyba mamy problem. Jeszcze inni uwielbiają wywąchiwać małe, cudze brudki i napawają się nimi w skrytości ducha, własne ciemne sprawki ukrywając pod gęstą mgiełką perfum „z jumy”.
Napatrzeć się można na różne cuda. Czasem tak irracjonalne, że nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać. Swoją drogą chyba muszę odwiedzić okulistę, widzę coraz mniej. Szczególnie pod koniec miesiąca...
Ze słuchem też różnie bywa. Co dziwne, najbardziej głuchotwórcze jest słówko „daj” i pokrewne „pożycz”
Sama czasem nie słyszę, w odróżnieniu od słówka „masz”, które jakoś super wyraźnie i interesująco brzmi ;)
Jeśli chodzi o smaki, to wszyscy znamy słodycz, gorycz, słony, słodki i kwaśny. Zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Jest jednak jeszcze subtelny smak umami. Potrawy umami wydają się gęstsze, bardziej wypełniają usta i ma się wrażenie, że czuć je nie tylko na języku, ale i na podniebieniu. Zdecydowanie lepiej smakują. Według Wikipedii nazwa „umami” pochodzi z języka japońskiego, ale według mnie to kompletna bzdura. Przecież najpyszniej było, jest i będzie zawsze u mami ;)
No a dotyk to już kwestia wybitnie indywidualna. Jedni podskakują na dotyk piórka, a po drugich walec może przejechać i nic nie poczują. Ani na skórze, ani w głębi duszy.


Arystoteles nie odkrył jednak wszystkich zmysłów. Posiadamy również zmysł odczuwania ciepła (lub jego brak), równowagi i propriocepcji, czyli świadomości ułożenia ciała w przestrzeni. 
I również tymi zmysłami nie jesteśmy po równo obdarowani. Jedni trzęsą się z zimna przy temperaturze 20 stopni Celsjusza, inni rozbierają się przy dziesięciu. Z pozostałymi zmysłami jest jeszcze gorzej. Jeden wypije morze wódki, a drugi już po kielichu traci równowagę, a słowa „propriocepcja” nie wymówi za żadne skarby świata ;) Hm... czasem nawet słowo „równowaga” jest za trudne. Cóż, robaka trzeba niekiedy zalać, każdego z nas czasem jakiś podgryza i gnębi. Na marginesie- powiedzenie pochodzi od nazwy części środkowej móżdżku, która nosi nazwę robak. Alkohol zaburza przepływ informacji, jakie docierają do móżdżku, w tym do robaka, który odpowiada za zachowanie równowagi i koordynację ruchów.

Zdarza się, iż z różnych powodów brak nam któregoś ze zmysłów. Natura jednak wyrównuje deficyt, rozwijając ponad miarę inny. Jeśli- dajmy na to- jedną nogę mamy krótszą, to druga z pewnością jest dłuższa. No, to może nie był najlepszy przykład... ;)
Nie wiem, jak mogłabym funkcjonować bez któregokolwiek z wyżej wymienionych i z całego serca podziwiam ludzi, którym udaje się to doskonale. Niewidomym, niesłyszącym, a jednak żyjącym pełnią życia. Nie potrafię powiedzieć, który ze zmysłów znaczy dla mnie najwięcej. 
A Wy? Który ze zmysłów cenicie najbardziej?

niedziela, 13 listopada 2016

Jesienne liście i co z nimi zrobić.

Liście w życiu rośliny spełniają trzy zasadnicze funkcje: fotosyntezy, wymiany gazów i transpiracji. W życiu człowieka spełniają funkcji dużo więcej.

Już od początku marca biegamy po ogrodzie, parku, lesie i szukamy pierwszych oznak wiosny. Cieszymy się na widok pierwszych, malutkich pączusiów na gałązkach drzew i krzewów. Podniecamy się szukając wychodzących z ziemi czubeczków liści tulipanów, szafirków i narcyzów. 
Letnia zieloność jest zbawieniem dla naszych oczu. Z kwiatów i liści układamy bukiety lub pleciemy wianki. 
Jesień barwi je na niesamowite kolory i znów zachwycamy się widokiem bajecznych ogrodów, czerwonych buków i złotych klonów. 
A w listopadzie tysiące, miliony tychże, do niedawna cudnych liści, opada na nasze trawniki i spędza sen z powiek wielu ogrodnikom. Czy jesienne liście muszą być zmorą? Czy nie dałoby się jakoś ich wykorzystać? A dałoby się! I to na wiele sposobów.

Liście, które opadły na grządki czy rabaty śmiało można zostawić. Taka naturalna ściółka ochroni ziemię przed mrozem, erozją i wzbogaci ją w cenną próchnicę. Te z trawników, szczególnie tych pięknych i zadbanych, wypadałoby jednak zgrabić. Liście pozostawione na trawniku odetną dostęp do światła słonecznego, co w połączeniu z wilgocią może prowadzić do powstania grzybowych chorób oraz żółknięcia trawy. 
Podobno są tacy ludzie, którzy z nastaniem jesieni grabią liście kilka razy w tygodniu. Wygrzebują je z krzewów (nawet tych iglastych), strząsają z pergol i altanek, sprzątają, sprzątają, sprzątają... 
Ja tam idę na łatwiznę, choć dla spokojności sumienia nazywam to praktycznością ;) Zgrabiam, gdy opadną wszystkie. Jeżdżę po trawie kosiarką z koszem i do niego zbieram liście. Jest to dodatkowy plus, gdyż materiał jest już rozdrobniony i szybciej się rozłoży. Tam, gdzie nie dojadę wkraczam z grabiami i tworzę malownicze, liściaste kupki.


Zgarniam je później do taczki, wywożę w kąt sadu i zostawiam w spokoju. W ten sposób daję szansę na ciepły, zimowy i darmowy hotel wszelkim małym pomocnikom ogrodnika. Jeżom, ropuchom, zaskrońcom i kto tam jeszcze sobie życzy. 
Rozdrobnione liście z kosiarki zużyłam na kilka sposobów. Część poszła na świeżo założony maliniak (kupiłam i wsadziłam kilka sadzonek żółtej maliny „Fallgold”- podobno pyszna) i grządkę krokusowo- tulipanowo- hiacyntowo- i tym podobne.



Część jako ściółka na moje piękne nowe trumny (o których tutaj), a z reszty postanowiłam zrobić ziemię liściową. 
Ziemia liściowa nie jest tym samym co kompost. Jest to jednak wyjątkowo pożyteczna materia organiczna, powstała dzięki pracy grzybów. 
Jest doskonała do wiosennych rozsad. Nasiona są wyposażone we wszystko, co potrzebne do wykiełkowania, więc nie ma potrzeby (a nawet jest to niewskazane) siać je w super ziemię. Idealnym podłożem dla młodych siewek jest właśnie ziemia liściowa wymieszana z kompostem (lub kupną ziemią do rozsad) w proporcji 2-1.
Nie ma nic prostszego od zrobienia takiej ziemi. Liście wrzucamy do worka, szczodrze podlewamy, dziurawimy worek w kilku miejscach, odkładamy i zapominamy (ewentualnie polewamy wodą co jakiś czas, jeśli worki składowane są w pomieszczeniu).



Po sześciu miesiącach (jeśli liście były rozdrobnione) mamy gotową ziemię liściową. Do produkcji nie nadają się liście orzecha włoskiego (zawierają toksyczny juglon), liście dębu (bo rozkładają się nawet do trzech lat, lecz jeśli komuś się nie spieszy, to spoko ;)), kasztanowca (z uwagi na szrotówka, który opanował już chyba wszystkie kasztanowce w Polsce) i liście drzew i krzewów zimozielonych (pokryte są woskiem, który powoduje sklejanie się powierzchni liści i utrudnia dostęp powietrza, a w tym samym prawidłowy rozkład). Idealne są liście brzozy, jesionu, wierzby i wszystkich drzew owocowych.

Uważam, że palenie, lub wyrzucanie liści to prawdziwe marnotrawstwo. Jeśli- tak jak ja- dopiero teraz wzięliście się za liście (ooo, zrymowało mi się ;))- to może przypadnie Wam do gustu ten pomysł?

czwartek, 27 października 2016

Grzybobranie na trawniku

Tak się jakoś zdarzyło, że ani razu nie byłam w tym roku na grzybach. 
Śmiechu warte, bo las rośnie tuż za płotem ;) 
Owszem, kilka prawdziwków i garść podgrzybków wylądowało w garnku, ale stało się to mimochodem. Przy okazji wyprowadzania czy przyprowadzania kóz, zbierania owoców dzikiej róży pod lasem i wyprawie po czarny bez. Na skraju pastwiska wyrosło kilka ładnych kań, które całkiem udanie zastąpiły schabowego, a przy pryzmie obornika Boczek wyniuchał (i zeżarł oczywiście) kilkanaście pieczarek.
Jednak typowej, kilkugodzinnej wyprawy na grzyby, z koszykiem, nożykiem i kanapką zapakowaną w papier śniadaniowy jakoś nie udało się zorganizować. A szkoda, bo zawsze uwielbiałam grzybobranie. Lubię jak leśne runo ugina się pod moimi stopami (hm... pod Anką się nie ugina- tzn. dopóki nie była w ciąży, bo teraz ugina się nawet asfalt ;)), lubię trzaski łamanych pod stopami gałązek (Winnetou zapłakałby rzewnie), lubię wilgotny zapach leśnego powietrza. Trochę mniej lubię pajęczyny oplatające moją twarz i nagłe uczucie konsternacji gdy wyłażę z młodniaka, w którym na czworaka kosiłam malutkie podgrzybki, prostuję się i za cholerę nie wiem gdzie reszta ekipy. Ani którędy do domu ;)

Koniec października też jest dobrym czasem na grzyby. Zdecydowana większość grzybiarzy amatorów zbiera tylko podgrzybki, prawdziwki i kurki. Czasem trafi się koźlarz czy maślak, ale już taki np. rydz, sprawia iż stajemy z miną- „dla mnie, czy dla teściowej?”. Listopad to miesiąc blaszkowych opieniek i zielonek. Jeśli jednak mamy choćby pół procenta wątpliwości, lepiej wyrzucić i zapomnieć, nawet jeśli miałby to być trufel, czy inny superzajebisty smardz.

No właśnie. Nie tylko w lesie rosną grzyby. Nie tylko na łąkach. We własnych ogródkach również możemy znaleźć ciekawe i -co dziwne- jadalne grzyby. Choćby taki właśnie smardz. Wiosną pod jabłoniami i iglakami (szczególnie sosnami), a także pomiędzy kawałkami kory rozsypanej dookoła kwiatów na świat wydobywają się owocniki smardza.




Wyglądają kompletnie niejadalnie, ale są jak najbardziej jadalne i podobno wyjątkowo smaczne.




Te dziko rosnące znajdują się pod ścisłą ochroną, ale kto nam zabroni zerwać je z własnego podwórka? A jeśli komuś wybitnie zasmakują, może wybrać się na smardzobranie do Czech lub Słowacji. Rosną one tam w dużej ilości i można je zbierać bez wyrzutów sumienia i strachu o ewentualny mandat.

Latem na naszych trawnikach pojawia się twardzioszek przydrożny.




Kapelusiki twardzioszka przydrożnego dorastają do 6 cm średnicy. Lubi wyrastać wzdłuż polnych dróg. Można je spotkać na łąkach, trawnikach, pastwiskach, trawiastych polanach. Rośnie od maja do listopada. Zwykle wyrasta masowo w tzw. czarcich kręgach, czyli owocniki znajdują się na obrysie mniejszego lub większego koła.



To bardzo smaczne grzyby jadalne chociaż ze względu na swoje niewielkie wymiary niezbyt wydajne. Zbiera się same kapelusze, bo trzony są łykowate. Traktujemy je tak samo jak znane nam grzyby. Do smażenia, suszenia, w marynaty... Jak kto lubi.

Wychodząc jesienią na obchód gumna możemy natknąć się na przeróżne grzybki. Zazwyczaj niejadalne i niezbyt zachęcajaco wyglądające, można wszak trafić również na takiego gagatka:




Też nie wygląda zjadliwie, jest to jednak jadalny czernidłak kołpakowaty. 
Fajna nazwa, nie? 
I tego właśnie grzyba wypatrzyłam na moich włościach.



Wysokość kapelusza wynosi zwykle 6-14 cm. Trzon jest biały, gładki, o długości 5-12 cm i średnicy 1-1,5 cm. Czernidłak ma kruchy i bardzo smaczny miąższ. Spożywać można grzyby młode, białe, bez różowego przebarwienia u dołu kapelusza. Szukając w necie informacji o tym dziwolągu z trawnika natknęłam się nawet na oferty sprzedaży grzybni czernidłaka do ogrodowej hodowli. Proszę, a u mnie same sobie rosną ;).

Ze względu na swój charakterystyczny wygląd i smak, w Niemczech nazywany jest grzybem „szparagowym” i jest chętnie spożywany.

Tego dużego już nie ruszę, bo może za stary i kto wie co na niego sikało...


Ale o te maluchy zadbam i spróbuję. No, chyba...
A co ciekawego rośnie u Was?

Niektórych szczęściarzy odwiedza taki oto piękniś ;)

Słodki... hrehrehre.

wtorek, 18 października 2016

Twardy obcas Lorda Vadera

Byłam dzisiaj na poczcie. Oprócz mnie na ten sam pomysł wpadło chyba pół Choszczna, bo kolejka była do samych drzwi. Westchnęłam pod nosem i karnie ustawiłam się w ogonku, bo cóż innego mogłam zrobić? Chwilę później okazało się, że jednak coś mogłam. Mogłam założyć koloratkę i czarną kieckę. 
Na pocztę wszedł jakiś ksiądz i niczym burza pomknął wprost przed siebie, na nas maluczkich nawet nie patrząc. Petent podchodzący właśnie do okienka grzecznie potulnie i z własnej woli zrobił krok w tył, pani urzędniczka bez mrugnięcia okiem zaczęła obsługiwać faceta w czerni, a czekający tłum nawet nie sapnął. Tylko ja mruknęłam pod nosem: „A ten co? W ciąży?”, czym zasłużyłam sobie na pełne potępienia spojrzenie, rzucone przez panią w berecie stojącą przede mną. Nie wiem czemu tak się oburzyła- spod sutanny wystawał brzuch większy niż mój w ósmym miesiącu ciąży.

Przypomniała mi się wówczas historia sprzed kilku lat. Pracowałam w laboratorium. Już od siódmej godziny pod gabinetem ustawiały się tłumy ludzi z moczem w słoiczkach i strachem na obliczach. Cóż- nikt nie lubi kłucia i widoku własnej krwi wypływającej z żyły wprost do próbówki. Wtedy również bez kolejki- sądząc po pełnych oburzenia odgłosach- wepchnął się jakiś facet.

-Słucham pana?- Odezwałam się.
-Jestem księdzem.- Odpowiedział, wyciągając głowę i eksponując koloratkę na szyi.
-Słucham?!- Powtórzyłam dobitniej.
-Proszę się do mnie zwracać per „proszę księdza”. I grzeczniej.
Rozkazującym tonem zbeształ mnie księżulo. 
Zdenerwowałam się. Mało tego, że wlazł bez kolejki, to jeszcze rządzi się w moim własnym (no, przychodniowym) gabinecie. Niczym jakiś cholerny król patrzy na mnie z góry i mówi mi, co i jak mam gadać. Jakim tonem i z jakiej litery. Krew mnie zalała.
-Przykro mi, proszę pana. Nie mogę. To jest niezgodne z moim światopoglądem.
Uśmiechnęłam się słodko.
Gdyby gość odezwał się normalnie, mogłabym go nawet eminencją nazywać. Albo Lordem Vaderem, jakby miało to go uszczęśliwić. Pracując w służbie zdrowia różnych przypadków się naoglądałam...
Ksiądz zwrócił się do mojej koleżanki siedzącej na krześle obok.
-Jehowa?- kiwnął głową w moją stronę.
-Nie... buddystka...
Gośka miała świetne poczucie humoru ;)

W końcu to Gosia pobrała krew (błękitną zapewne) z czarnego łokcia, a właściciel owego łokcia nie zaszczycił mnie już ani jednym spojrzeniem. Po jego wyjściu pośmiałyśmy się trochę i chwilę później nie pamiętałyśmy już o sprawie.


I tak sobie myślę, że dziś pewnie nie poszłoby tak łatwo. Pewnie zostałabym wezwana na dywanik, a koleżanka wyleciałaby z roboty za herezje. A może obie spłonęłybyśmy na stosie?
Mając tak rozbudowane zaplecze księża panoszą się niczym książęta. I nie ma co się dziwić, sądząc po zachowaniu ludzi na poczcie. Jeżeli dajemy komuś przyzwolenie na wywyższanie się, to oczywiste jest, że za chwilę zostaniemy zdeptani. A później jęczymy spod obcasa dziwiąc się bardzo jakim cudem tam się znaleźliśmy...

poniedziałek, 10 października 2016

Podwyższona grządka

Nie wiem doprawdy, dlaczego o grządkach podwyższonych mówi się, iż są to grządki dla leniwych!? Całe trzy dni spędziłam na jej budowaniu i narobiłam się jak głupia. Ile to człek musi się napracować, żeby później mógł nie pracować ; )

Zeszłą jesienią, w ramach ogrodowego eksperymentu, ułożyłam wzdłuż płotu grządkę wzniesioną na bazie słomy. Ogórki wyrosły na niej pięknie (do pierwszego gradu), podobnie sałata i inne zieloności. Jednakże podczas sezonu grządka bardzo opadła i praktycznie musiałabym robić ją od początku 
(może zresztą i zrobię ; )) Estetyka też nie jest najwyższych lotów, choć tutaj głównie zawinił Boczek, wpychając w grządkę swój zakazany ryj w poszukiwaniu ocalałych i zjadliwych części warzywek. Kropkę nad i postawiły kozy, wyżerając resztki resztek, a co się nie dało zeżreć rozniosły po całym obejściu. 
Tak więc idąc z duchem czasu (leci on jak głupi, cholera) postanowiłam zrobić grządkę podwyższoną w trumnie- czyli w drewnianej skrzyni. Wymarzyłam sobie, że będzie konkretna- wysoka i solidna. W pobliskim tartaku zakupiłam niezbędny materiał. Przy okazji pobytu w mieście Jurek kupił impregnat. Trzy razy prosiłam, żeby był w miarę neutralny kolorystycznie. Zaczęłam malować. Kupił mahoń... 




No, tak właściwie kto mi zabroni zrobić sobie trumny z mahoniowego drewna?
Technika to mój wróg. Przybicie gwoździa i ewentualnie wymiana żarówki to niestety szczyt moich manualnych możliwości. Przyznaję się bez bicia. Tak więc prośbami, groźbami, a w końcu szantażem kulinarnym zmusiłam swych panów do zbicia trumny.







I zaczęłam ją napełniać.

Pod spód poszła siatka przeciw kretom, gdyż wiosną planuję wrzucić do trumny trochę Madź (dżdżownic kalifornijskich) i nie chciałabym aby grządka właśnie trumną się dla nich stała ;)


Nie zrywałam darni, więc dno trumny wyścieliłam grubą warstwą kartonów. Na to poszły gałęzie, spróchniałe deski ze starego ogrodzenia, chrust z lasu i tym podobne. W większości leszczyna, którą postanowiłam wyciąć w cholerę, bo wielka jak dąb a orzechów na ząb. Jeden.




Następna warstwa to trociny. Właściwie jest to ta sama warstwa, bo wióry wypełniły wolne przestrzenie. 



Trociny zawierają mało azotu, który jest potrzebny mikroorganizmom przeprowadzającym ich rozkład. Dostarczenie azotu spowoduje że procesy rozkładu będą przebiegały znacznie szybciej, więc następna warstwa to musi być obornik. Duuużo obornika z koziarni i trochę końskiego. Ale to dopiero za kilka dni, bo gówniane porządki mam w planach na weekend. 
Ostatnia warstwa to ziemia z kompostownika. Nie wiem- teraz, czy na wiosnę? Jak myślicie? A w międzyczasie resztki z kuchni, lekko przesypywane ziemią. Mam nadzieję, że do wiosny wszystko się ładnie przekompostuje i będzie git.
W takiej grządce mam w planie posadzić pomidory, ogórki, fasolkę itp.,  pamiętając oczywiście o allelopatii. Wstrzymam się jeszcze z korzeniowymi, bo dla nich to pewnie będzie jeszcze za wcześnie. 
A jak u Was z pracami jesiennymi? Dajecie radę?

niedziela, 2 października 2016

Ptasie móżdżki

Nie będę pisać. 
Nie będę, bo po co mam siebie i Was denerwować!?
Nie będę pisać o kurduplach zakazujących badań prenatalnych. O facetach w czerni, których nie kręci spowiedź z in vitro. O idiotkach, które wołają głośno, że urodzenie chorego dziecka to dla matki wielki dar od Boga. Nie będę- bo po co? Podobno temat ustawy antyaborcyjnej jest tylko przykrywką i zasłoną dymną dla jeszcze podlejszych sztuczek- więc tym bardziej nie będę!

Będę natomiast musiała iść na czarny marsz. Według Anki podobno jestem, podobno myślę, podobno decyduję. No to ostatnie to już w ogóle fantasy! Pisałam już kiedyś tutaj, że podobne imprezy jakoś mnie nie podniecają, ale po rozmowie ze wzburzoną Anką nie mam wyjścia. Muszę iść albo zostanę wrzucona do jednego worka z moherami, społecznymi egoistami i pisuarami ;) Czyli- z tego wynika- zasłona dymna spełnia swą funkcję doskonale. 
Anka pół dnia truła mi o feminizmie i wyłącznym prawie do własnej macicy, musiałam więc ulec i chcąc nie chcąc jutro ubieram się w czerń i jadę do Choszczna. Wśród setek protestujących kobiet znajdzie się dziewczyna z dwójką dzieci, marząca o trzecim (Olka), dziewczyna w zaawansowanej ciąży (Anka. Pisałam już, że będą bliźniaki? ;))) Jeden to na pewno chłopiec, a drugie nie wiadomo, bo ściśle przytulone do braciszka pokazuje przy usg. tylko cztery litery;0) i dziewczyna, która najchętniej wyrzuciłaby do śmieci telewizor i radio i w ogóle nie udzielała się politycznie. Taki apolityczny laik- czyli ja. Niestety, nie da się! Polityka tak przeniknęła do naszych świadomości albo i nawet podświadomości, że pomimo iż wcale nie miałam takiego planu, pół posta poświęciłam właśnie jej. A niech to szlag!

Więc koniec na ten temat. W Rapsodii jesień. Po śniadaniu siadam sobie z kawką na tarasie i przez pół godziny nie ma mnie dla nikogo.


Sączę boski napój i obserwuję sikorkę, siedzącą na samym czubku wielkiego orzecha. Swoją drogą, gdzie sikorki podziewają się latem? No więc siedzi sobie i dziubie w wiszącego, ukrytego w poczerniałej skorupce orzeszka. Dziubie, dziubie, dziubie... W końcu siłą rzeczy (i upartego ptasiego dzioba) orzech spada. Zdziwiona sikorka odprowadza go wzrokiem, przez chwilę kręci z degustacją łebkiem w czarnym berecie, po czym robi mały skok i obrabia następnego. I dochodzę do wniosku, że określenie „ptasi móżdżek” ma jednak sens ;) Orzechów co niemiara. Każdego ranka zbieram dobre kilo jesiennych skarbów. Leszczyna dla odmiany nieudana w tym roku. Orzechów mało, co druga skorupka pusta, chyba trzeba będzie ją jakąś chemią jednak potraktować. Buraczki już w słoikach, jabłka w większości też, przyszła pora na gruszki. Kilka słoików gruch w miodowo- goździkowej zalewie czeka na wyniesienie do piwnicy, część na pasteryzację, a część na obranie. Chyba zrobię nalewkę.




Co wieczór palę w kominku. Bynajmniej, nie dlatego że jest zimno (choć czasami rzeczywiście jest;)) Spalam jedno, dwa drewka, a późnej w żar rzucam ziemniaki. I wciągamy na kolację z masłem i solą. Mniam...



A później zdziwko- znów spodnie w praniu się skurczyły...?

Poranki mgliste. Tajemnicze welony snują się nad polami. Tajemnicze pajęczaki atakują twarze, włosy i ręce gdy tylko wejdę do lasu. Wypuszczając kozy na łąkę, zachwycam się misterną koronką, w jaką przystroiły się przydrożne krzaki. Na ścianie koziarni zaczyna się czerwienić bluszcz. Jeszcze trochę i zacznę zbiory czarnego bzu. 
Jesień...