a

a

sobota, 11 lipca 2015

Magiczny fotel


Wiklina jest to popularna ogólnie przyjęta nazwa dla krzewiastych form wierzby. Pierwotnie do celów plecionkarskich wykorzystywano dziko rosnące krzewy, stopniowo zaczęto jednak zakładać regularne uprawy. Towarzyszy człowiekowi tak jak drzewa i kamienie, od najdawniejszych czasów. Nie wiadomo, kto i w jakich okolicznościach zainteresował się silnymi i sprężystymi gałęziami wikliny i postanowił je wykorzystać do ułatwienia sobie życia. Być może człowiek zaobserwował poczynania pewnych gatunków ptaków, które splatały gniazda z gałązek i liści, nadając im formę zbliżoną do kosza.
Ponieważ wyroby z wikliny nie wymagają zbyt wielkiego nakładu środków, każdy mający umiejętności manualne i cierpliwość mógł parać się owym rzemiosłem. Aby wyroby z wikliny były piękne i trwałe, wierzby muszą być uprawiane w odpowiednich warunkach. Pierwszym z nich jest klimat drugim gleba, a trzecim odpowiednie nawodnienie pola wiklinowego. Kiedy wiklina osiągnie już odpowiedni wzrost, a pora roku wskazuje na zbiory, rozpoczyna się ścinanie i korowanie gałązek. I tak odpowiednio przygotowana wiklina nadaje się do dalszej obróbki manualnej. Zaczynają powstawać piękne wiklinowe kosze, bujane fotele, parawany, krzesła, kołyski, płoty i jeszcze wiele innych wspaniałych wiklinowych produktów, które nie tylko służą do użytku codziennego, ale i cieszą oko.

Ja również posiadam wiklinowe dzieło. Tak stare, że całkiem prawdopodobne, iż twórca jego żył przed wiekami. Jest to tradycyjny fotel, na dużych biegunach. Nie jakiś oszałamiająco piękny ani nawet super wygodny, ale coś w nim jest. Stoi sobie zazwyczaj na tarasie. Czasem służy jako siedzisko, czasem leży na nim pościel do wietrzenia lub świeżo zebrane ze sznurków pranie. U jego stóp lubi odpoczywać Zaraza. Leży sobie, przeżuwa i patrzy tęsknie w dal. Czasem ni z tego, ni z owego zameczy cichutko, tak jakby komuś odpowiadała. Nie jest to dziwne, bo za życia Franciszki obrazek ten codziennie widziany był przez mieszkających obok sąsiadów. Frania siedziała na bujaku i rozmawiała z kozą godzinami, a Zaraza meczała o swoich problemach i radościach, stojąc lub leżąc obok niej. Dlaczego jednak równie namiętną miłością od pierwszego wejrzenia pokochała bujak Saba? Nie wiem. Od początku układała się do snu w cieniu stojącego fotela. Zdarzało się, że koza leżała z jednej strony, a z drugiej posapywała błogo moja sunia, śniąc coś i przebierając wszystkimi łapami. Jerzy również siadał często na fotelu z filiżanką kawy w dłoni i wówczas wydawał się spokojny i zrelaksowany. Gdy odjechał, bujałam się bezmyślnie ze dwie godziny, a gdy wstałam byłam dziwnie pogodzona z życiem i pełna nadziei na przyszłość.

Czasem, wieczorem, kątem oka widzę przez okno ruch na tarasie. Wiem, że to wiatr porusza starym fotelem, ale gdzieś z głębi serca przychodzi wtedy wspomnienie Cioci Franciszki. Jej pomarszczonej twarzy, spracowanych dłoni i tego niesamowitego ciepła w oczach. I choć nie ma nikogo dookoła mnie, już nie czuję się samotnie...



piątek, 10 lipca 2015

Fotorelacja monotematyczna nr 3


Nie wiem, jak to się zaczęło. Może wypadłem z gniazda, może matka mnie odrzuciła, może zadziałały jakieś inne czynniki, niemożliwe teraz do odkrycia. Natura rządzi się własnymi, czasem okrutnymi prawami. Mnie skazała na śmierć. I zginąłbym pewnie z zimna lub w żołądku jakiegoś zwierzęcia, gdyby nie wmieszał się człowiek.


Na przekór przeznaczeniu rosłem szybko i zdrowo. Nie pamiętam smaku matczynego mleka, ale to którym karmił mnie człowiek, powodowało że mój talerz gwałtownie zmniejszał swe rozmiary.




Zamiast w ciasnej, ciemnej dziupli, jak z pewnością moi bracia i siostry, spałem w apartamencie ze słonecznego szalika. Po krótkim czasie apartament zmienił się w dywanik.






Początkowo nie wiedziałem do czego służą gałęzie. Nie miał kto nauczyć mnie wspinaczki. Nie mogłem obserwować jak moja mama z gracją i wdziękiem przeskakuje z miejsca na miejsce, a człowiek nie nadawał się w tym zakresie na nauczyciela. Pewnie łamałyby się pod nim nawet najgrubsze konary... Matka Natura poczuła chyba wyrzuty sumienia, bo gdy tylko poczułem pod pazurkami szorstką korę leśnego drzewa, wiedziałem co mam robić.






Gdy ujrzałem wielką przestrzeń dookoła siebie trochę mnie zatkało, ale już po chwili wyruszyłem na poszukiwanie przygód.



Zamiast przygód, pod drzewem znalazłem coś pysznego. Znalazłem sam. Nikt nie podał mi z ręki ani na talerzu, nie pachniało człowiekiem, było smaczne, naturalne i wiedziałem, że to właśnie od dziś będzie moja dieta. Nie brokuły ani marchewka, nie banany czy musli (których zresztą człowiek napakował mi do budki tyle, że starczy co najmniej na tydzień), lecz to co znajdę. Nasiona, ziarna, orzechy..., to, czym zechce obdarować mnie Natura.


Ledwie zdążyłem zjeść, gdy większy człowiek zapakował mnie do kieszeni i poczułem, że wspinamy się do góry. Hm... sam zrobiłbym to dużo szybciej... Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się i człowiek zaczął wykonywać dziwne manewry. Stukał, pukał, hałasował... A mniejszy człowiek, ten który został na dole, darł się: Mocniej przywiąż, trochę w prawo, nie... za dużo... 




W końcu ten większy wypuścił mnie z kieszeni i włożył prosto do mojego domku. Rozejrzałem się. Pachnące sianko, prowiancik... Całe szczęście, że człowiek nie włożył do środka żółtego dywanika, choć miał taki plan.
Duży człowiek zlazł z drzewa i poszedł na ryby, a mniejszy stał jeszcze ze dwie godziny i, choć przecież deszcz nie padał, miał mokrą twarz. Wyjrzałem na zewnątrz...




 Nie zobaczyłem tiulowych firanek, białego sufitu ani podłogi z paneli. Zobaczyłem firany z zielonych liści, błękitny sufit z grzejącym ciepło żyrandolem i aksamitny dywan z traw. Odetchnąłem pełną piersią. Jestem wolny...

PS Kolejny dzień- wieczór. Przepraszam, że tak długo trzymałam Was w niepewności. Ten post zaczęłam pisać już wczoraj, ale nie udało mi się skończyć. Ryczałam jak głupia, mimo że w głębi serca wiedziałam, że tak właśnie powinno być. Przed chwilą wróciłam z lasu (he, he- nie zdziwiłyście się z pewnością) i już odpowiadam na Wasze zapytania. Dawid patrzy na mnie z lekkim politowaniem, ale co on tam wie... mężczyzna. Wy rozumiecie prawda?

środa, 8 lipca 2015

Różne różności


Na kaca- najlepsza praca. Na smutki i rozterki również, więc ostatnie dwa dni upłynęły pod hasłem: Jedziesz Mariolka, jedziesz ! Ogród szaleje. Drzewa pracują pełną parą. Na wczesnych papierówkach wiszą już całkiem spore piłki tenisowe, brzoskwinia obklejona jest dosłownie małymi owockami. Będę musiała porządnie ją poprzecinać, bo owocki nie wyglądają za ciekawie. Drobne, parchate i podejrzewam że nie będą zbyt smaczne. Czereśnie w większości zjadły szpaki. Zaledwie kilka słoiczków z czereśniowym kompotem udało mi się wynieść do piwnicy. Zaczynają dojrzewać wiśnie. Dzisiaj na obiad zrobiłam zupę z własnoręcznie zerwanych (i wydrylowanych agrafką ;)), pachnących, rubinowych kul. Do tego kluski lane... mniam... Wspomnienie dzieciństwa. Dawid nie wybrzydzał, pałaszował aż uszy mu się trzęsły- całkiem jak nie on ;) No, prawdę mówiąc doprawił się zaraz bułami z serem, ale o tym za chwilę ;) Truskawki pomału się kończą. Zrobiłam pięć słoiczków dżemu truskawkowo-rabarbarowego, a dziesięć zasypałam cukrem, na zimowe kompoty lub ciasta. Najcudniej wyglądają teraz krzewy porzeczek.



Wygrzebałam w piwnicy stary sokownik (po Frani) i namiętnie wyciskam sok z błyszczących, krwistoczerwonych gron. Świeżo po wyciśnięciu jest tak kwaśny, że aż cierpną zęby, ale po zagotowaniu z cukrem zamienia się w przepyszną ambrozję ;) Czarne i białe porzeczki potrzebują jeszcze trochę słońca i czasu, ale też zapowiada się bogaty zbiór. Mimo nawału pracy jestem zadowolona i podekscytowana. Pierwszy raz robię przetwory z własnych owoców i pękam z dumy patrząc na zapełniające się z wolna półki w piwnicy. Czy będę pękać również zimą?- zobaczymy. Całkiem prawdopodobne, że wcześniej pękną słoiki, bo nie mam wprawy i kombinuję nieco na wyczucie.

Pierwszy również raz, postanowiłam zrobić kozią „mozzarellę”. Twarogi trochę już mi się przejadły, trochę znudziły, postanowiłam więc rozwinąć skrzydła w dziedzinie serowarstwa. Poczytałam w necie, w małym, osiedlowym sklepiku zamówiłam naturalną podpuszczkę w płynie i wzięłam się za eksperymenty. Pierwsze zapodpuszczkowane mleko wylał w kanalizę Jurek, myśląc że jest zepsute ;) Drugą porcję przegrzałam i wyszła wiórowata, sucha paćka. Trzeci ser wyszedł idealny ;) Na zawodowym serowarze lub doświadczonej gospodyni pewnie nie zrobiłby większego wrażenia, ale dla mnie było to osiągnięcie porównywalne do zdobycia Tarnicy (najwyższy szczyt polskich Bieszczadów- 1346m n.p.m.) zimą i do tego w szpilkach ;)


Dla zainteresowanych przepis, który bezczelnie ściągnęłam stąd- link

- Podgrzewamy słodkie mleko do temperatury 30 - 34 C
- Do podgrzanego dodajemy podpuszczkę ( w ilości 1 kropla na litr mleka)
- Dokładnie mieszamy i odstawiamy na 30 minut.
- Po tym czasie wytworzy się nam piękny skrzep.
Kroimy go dokładnie nożem, na małe kawałeczki.
Czekamy 10 - 15 minut, żeby serwatka ładnie oddzieliła się od serka.
Na duże sito wyłożone pieluchą, powoli przelewamy ser.
Proces ten troszkę trwa, ponieważ serwatka odcieka powoli.

Na tym etapie, gdy ser już lekko odciekł, możemy dodać zioła, przyprawy, 
jeśli chcemy urozmaicić jego smak.
Oczywiście serek sam w sobie jest pyszny, więc dodatki nie są konieczne.
Wstępne odciekanie trwa około 20 - 30 minut.

Taki serek przekładam do formy (plastikowa, podziurawiona od spodu miseczka), obciążam
  słoikiem wypełnionym wodą, pod słoiczek na serek włożyłam
woreczek foliowy.
Odciekanie trwa około 4 godzin.
Po tym czasie wkładamy serek do solanki.
Przepisy na solanki też się różnią. 
Ja dałam soli "na oko" - woda ma być bardzo słona.
W solance serek trzymam 4-5 godzin
Ser osuszam na kratce i można jeść:)))

Przy produkcji sera podpuszczkowego, zostaje nam serwatka, 
którą można poddać ponownie obróbce.
Dzięki temu otrzymamy serek ricotta.

Serwatkę podgrzewamy do 90 C.
Do gorącej serwatki dodajemy sok z cytryny - 1 łyżeczka na litr serwatki.
Dokładnie mieszamy i podgrzewamy jeszcze 2 - 3 minuty, ciągle mieszając.
Odstawiamy z gazu i czekamy 10 - 15 minut.
Po tym czasie w serwatce wytworzą sie maleńkie skrzepy - nasza ricotta.
Powoli przelewamy ją na podwójnie złożoną pieluchę  ( skrzepy mogą nam uciec z pieluchy :P )
I formujemy łyżką kuleczkę.
 Serek odcieka około 2 - 3 godziny.
I jest gotowy do zjedzenia.
Jest pyszny i o niebo lepszy niż ricotta ze sklepowej półki.
Świetnie smakuje z miodem i suszonymi owocami np, na drugie śniadanie, 

albo ze szczypiorkiem, koperkiem i solą.


Serka ricotta nie robiłam, ale pokuszę się następnym razem, a Ambrozji bardzo dziękuję za przepis.

W międzyczasie pogadałam telefonicznie z Anią. Oj, nie ma dziewczyna lekkich dni. Nie dość, że wciąż gryzie się sprawą z Jerzym, to ma paskudną akcję w pracy. Już jakiś czas temu dostała wezwanie do maltretowanej przez męża- alkoholika kobiety. Wówczas sprawa się jakoś rozmyła (pisałam o tym tutaj- link), ale wczoraj mężuś znów się uaktywnił. I to tak, że kobieta wylądowała w szpitalu, a pięcioletnia córka, z braku innego rozwiązania została umieszczona w policyjnej izbie dziecka w Stargardzie Szczecińskim. Anka dwoi się i troi, żeby znaleźć dla małej tymczasowe schronienie, ale wszystkie rodzinne pogotowia i domy dziecka są przepełnione. Nie mogę przyjąć do świadomości, że są ludzie znęcający się nad własną rodziną. I to tutaj, zaledwie kilkanaście kilometrów ode mnie. Darłabym pasy z typa do gołego mięsa!

Wiewiór mój męczy się w klatce. Nie wypuszczam go, bo szaleje strasznie po domu. Drzwi są wiecznie otwarte i boję się, że szmyrgnie na dwór. A na podwórku panoszy się pies. Stara, poczciwa sunia nic by mu pewnie nie zrobiła, ale nie chcę żeby oswajał się z psami. Niech czuje instynktowny strach, bo przecież już za chwilę nie będę mogła go bronić. Z tego też powodu zmieniłam plany co do lokalizacji budki. Początkowo miałam zamiar powiesić ją tuż przy płocie, na skraju lasu. Później zachwyciłam się na chwilę pomysłem Ewy, aby zainstalować go na którymś z drzew owocowych w sadzie, po przemyśleniu jednak odrzuciłam z niechęcią ten plan. Nie chcę Kubła uzależniać od siebie. Niech żyje pełnią życia wśród swoich dzikich kuzynów i znajdzie miłą, piękną żonę ;) Już postanowiłam, że jutro Kubuś opuści mój dom. Mam nadzieję, że będzie zachodził na bananowe chipsy, ale jeśli nie, to będę wmawiać sobie, że jest szczęśliwy, wolny i bezpieczny.

Ależ się rozpisałam... Mam nadzieję, że nie zanudziliście się na śmierć ;).


wtorek, 7 lipca 2015

Rozstania dobre i złe


I znów muszę potraktować blog jako swoją osobistą terapię a Was jako osobistych terapeutów. Wspaniałe, wyczekiwane wakacje właśnie się skończyły. Na nowym, olbrzymim łóżku znów będę spać samotnie, będę przytulać się do Mandarynki i rozpieszczać co najwyżej Kubła- pod warunkiem oczywiście, że da się złapać i będzie miał ochotę na mizianie. Cały tydzień Jurek oswajał się z wiejskim życiem. W sobotę odbył się rodzinny grill, na który zjechała cała choszczeńska rodzina. Jedzenie było pierwsza klasa. Olka przeszła samą siebie szykując sałatki, Piotrek uwijał się przy rożnie a Anka zabawiała towarzystwo. Rozwiązujące języki i mające zdziałać adaptacyjnie piwo lało się strumieniami. I rozwiązało języki. Zarówno bezpośredniej i szczerej do bólu Ance, jak i Jerzemu. Po kilku zaczepkach ze strony mojego męża Anka nie wytrzymała i powiedziała mu kilka przykrych słów. Jurka poniosło. Wyzwał Ankę od egocentrycznych feministek, Olę od domowych kur bez aspiracji i przy okazji mnie od zwieśniaczonych panien dziedziczek. Atmosfera się zważyła, grill zakończył się przed czasem i w bardzo gwałtowny sposób, a obrażony Jerzy wczoraj pojechał do Przemyśla. I w ten, jakże prozaiczny sposób zostałam ni żoną, ni panną, ni rozwódką. Bo jak nazwać kobietę, która nagle znalazła się w nieoczekiwanej separacji? Separatystką? 
Najpierw Jerzy, a później również ja, uznaliśmy że musimy od siebie odpocząć. Dać sobie trochę luzu, trochę czasu na przemyślenie czy lepiej nam razem, czy wręcz odwrotnie. Czy wciąż idziemy tą samą drogą, czy gdzieś w międzyczasie rozeszliśmy się każde w inną stronę. Czy łączy nas miłość, przyjaźń chociaż, czy to już tylko przyzwyczajenie...

Gorzki ten post, ale tak samo gorzko mi na duszy. Na osłodę został Dawid. Całe szczęście, bo chyba ryczałabym całymi dniami, zastanawiając się co zrobiłam źle. Została również Saba- nasza czternastoletnia sunia i to chyba jeszcze bardziej rozsierdziło mojego męża. Usiadła w połowie drogi, pomiędzy odpalonym już autem Jurka a domem, nie umiejąc wybrać pomiędzy nami. 
Anka, pełna wyrzutów sumienia, kajała się strasznie, lecz nie mam do niej żadnych pretensji. Po pierwsze nie skłamała, po drugie wyszło to Jerzemu i chyba także mnie, tylko i wyłącznie na dobre. Zdenerwował się cholernie, to prawda, ale chyba dawno nikt nie powiedział mu takich słów prosto w twarz. Albo i nigdy. Ja zawsze przeczekiwałam, Dawid się nie wtrącał, a on utwierdzał się w swojej doskonałości. Jeżeli kilka słów rzuconych w złości tak łatwo nas rozdzieliło, to może faktycznie trzeba zrobić przerwę?
Dawid jest dobrej myśli. Jest święcie przekonany, że ojciec przemyśli sobie wszystko na spokojnie, zatęskni i wróci. Czy ja jestem równie przekonana? Sama już nie wiem...

Jeszcze jedno pożegnanie czeka mnie niedługo. Dziś rano Dawid był z Kubusiem u weterynarza. Ten zaszczepił wiewióra przeciw wściekliźnie, polecił przetrzymać go jeden dzień w domu i zwrócić wolność. Stwierdził, że mój maluszek jest już dorosły, zdrowy i z pewnością da radę w swoim naturalnym środowisku. Z jednej strony cieszę się, ale z drugiej...

środa, 1 lipca 2015

W końcu razem...


Trzy dni temu snułam się na luzie po „Rapsodii”. Leniwie piłam kawę a na obiad jadłam kanapkę. Równie leniwie doiłam Cytrynę, czochrałam Kubła i zrywałam truskawki z krzaczków. Dwa dni temu wrzuciłam piąty bieg. Zasuwałam po pokojach ze szmatą i odkurzaczem, a o obiedzie całkiem zapomniałam. Zwierzęta patrzyły ze zdziwieniem, bo ich pańcia w końcu wzięła się za wyrywanie chwastów, latała jak wariatka z konewką i lała wodę gdzie się dało, przewieszała doniczki z kwiatami w te i wewte i hałasowała straszecznie kosząc trawę na podwórku (kosiarką sąsiadów). Jednym słowem miotałam się niczym ryba na haczyku, dopinając wszystko na ostatni guzik, aby Jurek i Dawid zakochali się w mojej wiejskiej samotni od pierwszego wejrzenia. 
Wczorajsze przedpołudnie zeszło mi na gotowaniu hurtowej ilości jedzenia (gar pomidorowej na żołądkach, a na drugie ziemniaki, mielone i buraki), bo już na czternastą zapowiedzieli się moi panowie. Dawid pomyślnie zdał wszystkie egzaminy, Jurek równie pomyślnie pozdawał wszystkie projekty i w końcu miały zacząć się upragnione WAKACJE. Ręce drżały mi z podniecenia, gdy wyciągałam z kuchennego kredensu nowe, nieużywane jeszcze talerze. Uroniłam ze wzruszenia kilka łez komponując z polnych kwiatów i zielonych gałązek bukiet do wazonu, mający ozdobić stół, przy którym do obiadu zasiądzie wreszcie cała moja rodzina. Prasując odświętny obrus, popatrzyłam spod byka na hasającego po tarasie wiewióra, przypominając sobie moje świętej pamięci hafciarskie arcydzieło... Od trzynastej godziny, niczym mała, podekscytowana dziewczynka, co rusz wybiegałam do furtki i wzrokiem tęskniącym za rozumem wpatrywałam się w drogę prowadzącą do Choszczna, którą mieli przyjechać moi mężczyźni...

A dziś? Dzisiaj czuję się jakby ktoś niespodziewanie walnął mnie od tyłu jakąś zardzewiałą łopatą. Patrzę na mojego męża, który siedzi ze wzrokiem wlepionym w telewizor i nie wiem o co chodzi. Dlaczego nie zachwycił się tak jak ja? Czemu nie czuje takiej samej ekscytacji? Nie widzi piękna dookoła, nie słyszy muzyki a za to czepia się bzdur? Że nie ma gazu, Internet powolny niczym dwustuletni żółw, że pięć domów zaledwie w sąsiedztwie, że brukowana droga... Pięć razy sprawdzał, czy drzwi do garażu są dobrze zamknięte, z obawy że któraś z kóz lakier na samochodzie zadrapie. Zgonił Kubła z kolan, bo pazurkami zaciągał jego nowe spodnie, kręcił z niesmakiem nosem na kozie mleko do porannej kawy...
Dawid po śniadaniu złapał wędkę i poleciał nad Drawę, razem z namiętnie obwąchującą wszystko Sabą, ale Jurek jest wyraźnie nieswój i nawet jakby trochę obrażony. Rozumiem, że nie każdy ma naturę romantyka. Nie każdy zachwyca się zapachem świeżo skoszonej trawy, czy smakiem kompotu z rabarbaru. Mój mąż jest dobrym człowiekiem, ale straszny z niego konserwatysta. Jest typem mieszczucha. Nienawidzi zmian i boi się wsi. O jego charakterze i niezrozumiałej dla mnie niechęci do "Rapsodii" napisałam tu klik, tu klik, i tu klik
Mam jednak gorącą nadzieję, że po pierwszym szoku odnajdzie się i niebawem poczuje w „Rapsodii” jak we własnym domu. Na weekend zapowiada się wielki rodzinny spęd i grill świętujący rozpoczęcie lata. Po kilku browarkach i wesołej zabawie będzie dobrze. Musi być.

niedziela, 28 czerwca 2015

Fotorelacja monotematyczna 2


Coraz ciaśniej Kubusiowi w "Rapsodii". Płaskie, nudne powierzchnie już go nie interesują...









Wysokości nie są już najmniejszym problemem...




Nowy, docelowy domek już gotowy i zaakceptowany...






I tęsknie spogląda przez okna, czując zew natury...




Będę ryczeć...

sobota, 27 czerwca 2015

Tolerancja - a głupota "mądrych" ludzi


Łagodna zazwyczaj jak baranek Olka, rzucała dziś łaciną niczym największa patologia, której zabrakło niskobudżetowych, acz wysokoprocentowych napojów. Powodem było zakończenie roku szkolnego. Nie miało na to jednak żadnego wpływu świadectwo Hanki, która oprócz lekkich zarzutów co do estetyki pisma, dostała same pochwały, uśmiechnięte słoneczka i ogólnie rzecz biorąc, stwierdzono że mądra z niej dziewczynka ;)
Hania jest córką mojego kuzyna i właśnie otrzymała promocję do drugiej klasy szkoły podstawowej. Jakoś tak się złożyło, że chodzi do klasy z „prominenckimi” dziećmi. Olka spotykała się na wywiadówkach z paniami doktorowymi, dyrektorowymi i tym podobną choszczeńską „śmietanką”. Na zakończeniu roku szkolnego, po rozdaniu świadectw i nagród, pani wychowawczyni poprosiła rodziców na małe spotkanie przy kawie i ciasteczku. Poinformowała, że w przyszłym roku chcą z tejże klasy zrobić grupę integracyjną. Dołączyć niepełnosprawne dzieci, porozrzucane do tej pory po różnych klasach i zagubione lekko wśród zdrowych kolegów. Po konsultacji z psychologami grono pedagogiczne postanowiło wszystkie dzieci ze zdrowotnymi defektami zebrać razem, aby nie czuły się odrzucone, inne niż wszystkie i żeby uczyły się współżycia z pozostałymi, zdrowymi dzieciakami.
Nie wiem czy to dobrze, czy tak powinno być, nie jestem psychologiem i nie mi wymądrzać się na ten temat. Na zdrowy, chłopski rozum, wydaje mi się że jednak dobrze. Jeden żółty kanarek nie ma szans wśród stada gawronów, ale kilka może jakoś dałoby radę przetrwać. A i gawrony nauczyłyby się tolerancji, wyrobiłyby odruch pomagania innym i ogólnie rzecz biorąc spojrzały na świat trochę innym okiem. Przekonałyby się, że te kanarki tak samo myślą, czują i nie chcą być traktowane niczym dziwolągi. Że są takimi samymi ptaszkami jak one, tyle tylko, że trochę inaczej wyglądają...

Dzieci jest trójka. Dwie dziewczynki na wózkach inwalidzkich i jeden głuchoniemy chłopiec. Wszystkie w tym samym wieku i bez żadnych upośledzeń psychicznych. Wiązałoby się to oczywiście z pewnymi komplikacjami. Dostosowana klasa, dwóch nauczycieli na lekcjach, dodatkowa opieka psychologa, specjalny tor nauczania... Szkoła wszystko zapewnia, potrzebuje tylko pisemnej zgody rodziców dzieci. Olka jako jedyna wstała od razu, gotowa do podpisania dokumentu. Panie dyrektorowe i- o dziwo- panie doktorowe zaczęły wielką debatę, pełną krzyków, oburzeń i protestów. Że obniży się poziom nauczania, że ich dzieci będą „służącymi”, że w tak młodym wieku już zetkną się z takimi nieszczęściami i nie wiadomo jak wpłynie to na ich emocjonalny rozwój... Debata była tak długa i niekonstruktywna, że postanowiono odłożyć decyzję o miesiąc. Chore mamusie zdrowych dzieci mają pomyśleć, podjąć decyzję i zgłosić się do szkoły na początku sierpnia. Ciemnogród i zacofanie!!! Oczywiście nie wszystkie mamy tak zareagowały. Ponad połowa od razu podpisała zgodę, ale ta druga połowa zepsuła Oli całą resztę dnia i nie mogła się nawet biedula pocieszyć doskonałym świadectwem Hani. Hanka zresztą od razu zapowiedziała matce, że jak pozostali się nie zgodzą, to ona prosi żeby przepisać ją do tej integracyjnej klasy, bo chce pomagać, a ten chłopiec, który nic nie mówi jest bardzo przystojny i ma niebieskie oczy ;)

Słuchając sprawozdania Aleksandry, szczególnie o spontanicznych słowach Hani, przeraziłam się wręcz myślą, jak wielką rolę, my- rodzice- mamy w kształtowaniu charakterów naszych dzieci. Dla Hanki nie było żadnego problemu. Dziewczynki na wózkach były po prostu nowymi koleżankami a chłopiec być może kandydatem na kolejnego „narzeczonego”. Nie dzieliła dzieci na zdrowe i chore, lepsze i gorsze, białe i czarne. Nie okazała również jakiegoś specjalnego współczucia, zdziwienia, strachu czy litości. Po prostu przyjęła fakt do wiadomości i już.
I tak się zastanawiam, kto od kogo powinien się uczyć. Nasze dzieci od nas, czy my od nich?