a

a
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 lipca 2019

Miejskie wieści

Moje miasto jest niewielką, powiatową miejscowością. Mieszka tu nie więcej niż 16 tys. głów, z czego niestety, jak w coraz większej ilości polskich miast, większość tychże głów oprószonych jest siwizną. Młodzież wyjechała, wyjeżdża, lub ma wyjazd w planach. Na studia, w poszukiwaniu lepszej pracy [lub w ogóle jakiejś pracy] i ciekawszego życia. Fakt- życie płynie tu leniwie i spokojnie, choć oczywiście różne ekscesy też się czasem zdarzają. Zaciukają bezdomnego za flaszkę wódki, okradną jubilera, pozostawione bez opieki dzieciaki rozpalą grilla w dużym pokoju i zjarają pół dachu czteropiętrowego bloku... Życie.

Jednakże na wakacje miasto me się obudziło. Wyrwało z letargu, otrzepało z kurzu i odziało w kolory. 
Od końca czerwca co weekend oferuje mieszkańcom i przyjezdnym najróżniejsze atrakcje. Może nie jakichś najwyższych lotów, nie za największe pieniądze, lecz w końcu coś się dzieje. W sobótkową noc zajechały food trucki. Spragnieni nowoczesności mieszkańcy rzucili się na wołowe pastrami za trzy dychy, które okazały się zwykłymi kanapkami z mięsem i ogórasem ;) 


Włodarze miasta zaprosili gwiazdy znane z tv. Future Folk z przesympatycznym Stanisławem Karpiel-Bułecką występowało jako support przed... Sławomirem! Serio! I tak jak Stasiu z chłopakami dali z siebie wszystko, tak gwiazdor Sławomir uraczył nas „Kolorowymi kredkami” i „Mydełkiem Fa”! No cóż... jakoś musiał zapełnić tę godzinę, za którą aż boję się pomyśleć ile zainkasował kasiory!


Kolejny weekend poświęcony był najmłodszym. Teatrzyk, pokaz i uczestnictwo w robieniu baniek mydlanych, ciekawe zabawy z animatorami z choszczeńskiego domu kultury. Dzieciaki były zachwycone. Następna atrakcja, która po raz pierwszy zagościła w naszym mieście to Holi- Festiwal Kolorów. Generalnie nie było tu nic specjalnie inteligentnego ani kreatywnego, właściwie było całkiem głupkowate, bo polegało na równoczesnym sypnięciu w górę [na siebie i wszystkich dookoła] kolorowym proszkiem [w skład którego wchodzi mąka ziemniaczana, talk i odrobina barwnika spożywczego], ale możliwość bezkarnego usmarowania się od stóp do głów wywoływała euforię u dzieci i młodzieży i lekko skrępowaną radochę dorosłych. Za magicznym proszkiem w cenie 10 zł za 75 gram. [czyli jak łatwo policzyć najdroższą mąką świata: 133 zł za kilogram], ustawiały się kolejki niczym w sklepach monopolowych w latach 80-tych.


Odbył się również Choszczno Graffiti Jam, na którym ośmiu malarzy na 300-u metrach kwadratowej ściany stworzyło mural przedstawiający historię miasta. I choć moim skromnym, dyletanckim zdaniem woj Choszcz wygląda jakby spadł z kosmosu, jest moc, a ozdobiona malunkami ulica Krótka stała się popularnym miejscem spacerów.


Ostatnia sobota wybrzmiała rytmem miejscowego zespołu rockowego. I choć rytm czasem gdzieś się gubił, młody wokalista zapominał tekst i w międzyczasie wyłączono prąd, na dobrą chwilę uciszając tak gitary jak i mikrofony, publiczność bawiła się znakomicie. Mam tylko szczerą nadzieję, iż słowa które wyartykułował wokalista na melodię „Autobiografii” Perfectu: „W hotelu fan mówi- na taśmie mam to jak w gardłach im rodzi się śmiech” nie będzie złą wróżbą dla zespołu.

Wspomnę jeszcze o rowerowym maratonie dookoła jeziora, zawodach wędkarskich, mistrzostwach w kajak polo, czytelniczych popołudniach w bibliotece i otwartym spotkaniu z Choszcznianinem, który zagrał epizod w słynnej na cały świat produkcji „Gra o tron”.
Fajnie, że coś się dzieje i każdy z łatwością znajdzie coś dla siebie. Mniej fajnie, że i tak znajdą się mieszkańcy, którzy będą zrzędzić i marudzić, narzekać i psioczyć, jęczeć i krytykować. Ale widocznie taka to już jest ta nasza polska, małomiasteczkowa natura, że naprawdę zadowoleni jesteśmy dopiero wtedy, gdy możemy coś i kogoś porządnie skrytykować.

wtorek, 21 marca 2017

Darcie papy

Pierwszy dzień wiosny- taka data nie może przejść bez echa. 
Wyczekana, wymarzona, wytęskniona nie tylko przez ogrodników- w końcu przyszła, jest. Skąd wiem? 
Nie to, że krokusy kwitną a co niektóre nawet przekwitły,




że tulipany już zawiązują pąki, że trawa się zazielenia, a chwasty już się całkiem dobrze mają. Nie to nawet, że na parapecie wschodzi pięknie papryka a szczypiorek lada dzień można będzie kroić na kanapki.



Nie to, że żurawie i gęsi całymi kluczami po moim niebie latają, że ptaki świergolą radośniej a dzień jest coraz dłuższy [na marginesie- w weekend przestawiamy zegarki- pamiętacie?].

Wiem że jest wiosna po wszechobecnym darciu papy. 
Zaczyna się gdzieś tak około trzeciej w nocy. Imprezę inicjują koty. Drą się niemiłosiernie śpiewając swoje miłosne serenady i jak bum cyk, cyk każden jeden ma coś z uszami, bo ani to melodyjne, ani do rytmu, ani do tańca, ani do różańca! Do seksu, cholera, też nie! W odpowiedzi na darcie kotów zaczyna drzeć się Sonia. Chwilę później swe darcie zaczyna Saba, bo co to za porządki! Ona też już i natychmiast chce dołączyć do Soni i razem z nią zagłuszać kocie pieśni. Ze względu na swój sędziwy wiek i artretyczne stawy, Saba śpi w domu [w odróżnieniu od Soni], więc zaczyna drapać pazurami w tarasowe drzwi, ani na chwilę nie przerywając ujadania. Po jakiejś minucie zaczyna drzeć się Jurek.- Jasna cholera, ucisz te psy, bo pójdę po strzelbę!!! Dla uspokojenia Szanownych Czytelników dodam, że mój mąż żadnej strzelby nie posiada. No... chyba że ma na myśli swoją pukawkę, ale nią żadnej większej krzywdy raczej nie zrobi... W odpowiedzi na darcie Jerzego zaczynam drzeć się ja, że przecież od tego psy pyski mają, żeby się drzeć, więc niech przestanie się wygłupiać, bo to bez sensu kompletnie. Za chwilę zaczyna drzeć się Dawid, że tak się drzemy, że on nie może spać. I tak drzemy się wszyscy pospołu, dopóki koty nie postanowią, że koniec darcia. Wtedy zalega błoga cisza. Sonia zamyka paszczę i chowa się w budzie, Saba grzecznie idzie na swoje legowisko przy kominku, Jurek odwraca się w drugą stronę i zaczyna cicho pochrapywać. 
Cicho... cichutko...
A za chwilę... MIAAAAAUUUUUU... i impreza zaczyna się od początku.
Wiosna przyszła... ;)))





poniedziałek, 2 listopada 2015

Stare Dobre Małżeństwo


Był kiedyś taki zespół. Może jest nadal, nie wiem. Nota bene, jednopłciowy. Proszę, jak wyprzedzili swoją epokę ;) W czasach licealnych żadne ognisko nie odbyło się bez gitary i przebojów SDM. Piosenki z tekstem, melodią na kilka prostych akordów i jakimś przekazem. Każdy rozumiał je trochę inaczej. Młodzież śpiewała jak leciało, zakochani nucili sobie cicho do uszu, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, domorośli filozofowie rozbierali tekst na czynniki pierwsze. 
Przez najczystszy przypadek usłyszałam jedną z pieśni Małżeństwa, dobiegającą z czyjegoś samochodu. Włączyła mi się nostalgia i poszukałam w necie kilka starych przebojów. I wiecie co? Jeden z nich opowiada o mnie.
https://www.youtube.com/watch?v=IjEo4Fdhqas

„Opadły mgły i miasto ze snu się budzi, górą czmycha już noc”

Opadła mgła i przejrzałam na oczy. Doszłam do wniosku, że moje życie polegało na zabijaniu czasu, robieniu rzeczy których nie chciałam robić i zadowalaniu się resztkami. Wyjechałam na wieś. Sama.

„Pies się włóczy pod murami bezdomny, niesie się tęsknota czyjaś na świata cztery strony”

Jurek został. Egocentryzm i upór nie pozwalały mu przyznać mi racji. Opowiadał później, że po kilka razy pakował się i rozpakowywał z powrotem. Wiele razy siedział w samochodzie z włączonym silnikiem i zapakowanym bagażnikiem. Tak samo często gasił auto i wracał do pustego mieszkania. Zbyt ciężko było wygrać z własnym ego. Przeszkodą nie do pokonania była duma. Ja zresztą wcale nie byłam lepsza. 
I kolejna zwrotka, kolejny etap.

„Ktoś tam cicho czeka, by ktoś powrócił, do gwiazd jest bliżej niż krok.
Ciągną swoje wózki — dwukółki mleczarze;
Nad dachami snują się sny podlotków pełne marzeń!
A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy;
Toczy, toczy się los!”


Pamiętacie przystojnego weterynarza? Dawny, szkolny kolega  niespodziewanie objawił się w moim życiu. Zwariowałam na chwilę. Motyle w brzuchu, miękkie kolana, i te sny, marzenia na jawie, przypalone garnki... Na szczęście lub na nieszczęście, los nie potoczył się dla nas zbyt daleko. Jerzy skręcił nogę i Dawid przywiózł go do „Rapsodii”. Po kilku niezręcznych tygodniach wygarnęliśmy sobie wzajemnie od serca.

„Ty co płaczesz, ażeby śmiać mógł się ktoś.
Już dość! Już dość! Już dość!”


Jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi, poważna i szczera rozmowa nas uzdrowiła. Wcale nie było łatwo. O nie! Czasem prościej jest zwierzyć się obcej osobie niż własnemu mężowi. Mniej niezręcznie wysłuchać spowiedzi kogoś obcego niż własnego męża. I nie było tak, że nagle, niczym za sprawą czarodziejskiej różdżki, przestaliśmy mieć problemy. Dalej mamy, ale zmieniły one swój wymiar. Przestały być kamieniem u szyi i powodem do rozwodu. Stały się raczej po prostu sprawą do rozwiązania, jak u starego, dobrego małżeństwa ;)

„Z dusznego snu już miasto się wynurza,
Słońce wschodzi gdzieś tam,
Tramwaj na przystanku zakwitł jak róża;
Uchodzą cienie do bram!”


Nie jest to może poezja doskonała, ale tak samo niedoskonałe jest nasze życie. Lecz przez to bardziej prawdziwe. Bardziej realne, ze swoimi radościami i smutkami.

„A ziemia toczy, toczy, swój garb uroczy”


Niech toczy...



Ps.- Pamiętacie Beatę? Moją ulubioną kosmetyczkę? Dziewczynę o czułym sercu i romantycznym usposobieniu? Jak się okazało, od lat platonicznie i skrycie kochającą się w koledze z pracy (w schronisku dla zwierząt)? No więc ta miłość nie jest już ani skryta, ani z pewnością nie platoniczna ;)

Porzuć błędny wzrok!
Niech to wszystko zabierze już noc!
Bo nowy dzień wstaje,
Bo nowy dzień wstaje,
Nowy dzień!


I hm... Ten kolega z pracy ma na imię Ajron ;).

środa, 7 października 2015

Umpa, umpa, tralalala, somsiad zeżarł mi rogala


Barometr leci chyba na łeb i szyję, bo po obiedzie trochę mi się przysnęło. Obudził mnie śmiech. Śmiech nie dyskretny i chichotliwy, ale prawdziwe ryczenie o natężeniu co najmniej stu decybeli ; ) Ryczał Jurek. Zdziwiłam się bardzo, bo mój mąż to raczej milczek i dawno nie słyszałam go w takiej akcji. Siedział przy komputerze ze słuchawkami na uszach i śmiał się jak wariat. Oczywiście natychmiast wygrzebałam się z pieleszy i podeszłam aby sprawdzić, co go tak rozbawiło. Oglądał YouTube. Filmik zmontowany z fragmentów zagranicznych piosenek z przetłumaczonym na język polski fonetycznym brzmieniem pewnych fraz. Nie była to może rozrywka najwyższych lotów, ale śmiech jest zaraźliwy i za chwilę ja również rżałam jak opętana ;)
Żule w taxi i inne głupotki ;)

Stąd też wziął się pomysł dzisiejszego wpisu. Piosenki mają to do siebie, że wpadają w ucho, lub nie. Najpierw „łapiemy” melodię, a dopiero później (jeśli w ogóle) zastanawiamy się nad tekstem. I tu zaczyna się tragedia... Albo komedia, zależy jak na to spojrzeć ;) Jakaś zasłyszana nie wiadomo gdzie muzyczka przyczepi się upierdliwie, i chodzimy przez cały dzień nucąc pod nosem: umpa, umpa, tralalala, somsiad zeżarł mi rogala. Tutaj przynajmniej wiadomo o co chodzi, ale o czym śpiewa Brodka w słowach: Głęboko w środku gdzieś i choćby śladu łez, jej oczy nie poznały nigdy nie, głęboko w środku tam, otwiera ci swój świat, otwiera wszystko to co w sercu ma... Feel z kolei jest baaardzo poetycki: Jest już ciemno, ale wszystko jedno, pytam siebie czym jest piękno. Piękne usta, jasne dłonie, czyste myśli, o Boże i mówi tak jak ja! Po głębszej analizie doszłam do wniosku, iż piosenkarz ciemną nocą, gdzieś na wygnaniu, spotkał mówiącą tym samym językiem rodaczkę. Ale za Chiny Ludowe nie mogę odkryć o co chodzi z tą pomarańczą w szklance...: Widzę obraz twój w pustej szklance pomarańcze to dobytek mój. Wydaje mi się, że szklanka nie może być pusta, jeśli są w niej pomarańcze. Wiadomo także, że nie da się wsadzić kilku pomarańczy do szklanki. Ale może się czepiam...
Już od rana wspaniałe zespoły, jak na przykład Strachy Na Lachy, witają się ze swoimi słuchaczami: Dzień dobry, kocham cię, już posmarowałem tobą chleb. Piękne, choć trochę kanibalistyczne wyznanie miłości ;)
Najwięcej piosenek jest oczywiście o uczuciach. O poświęceniu, do jakiego zdolny jest mężczyzna dla ukochanej, pięknie śpiewa Formacja Nieżywych Schabuff: Ptaki zaryczały świtem na niebie, zaśpiewałem parę dźwięków tylko dla ciebie. Chcę dać ci wielki balon wina, no i czego, czego jeszcze chcesz? Lato, lato wszędzie, a ty dziewczę wpadniesz zaraz w moje ręce. Andrzej Piaseczny- Piasek- marzy, że: Zostaniemy sami, hukiem ciał rozgrzani. Szymon Wydra denerwuje się: Boże mój, jak ja jej to powiem, że ja już dłużej tak nie mogę. Muszę żyć życiem towarzyskim! Fronczewski nie bawi się w owijanie bawełną: Będę brał cię (gdzie?) w aucie (mnie?), ehe. Jeszcze bardziej dosłowny jest niejaki Lerek: Ona jest moja jak butelka, jako panienka. Każdy ją wali i nikt nie wymięka a ja na nią zerkam. Jest cała moja od kapsla do denka. Boszszsz... Jak ktoś mógł napisać taki tekst??? Nic więc dziwnego, że Ania Wyszkoni śpiewa ze Łzami w oczach: Dałeś mi czerwoną różę, nie wytrzymam tego dłużej. Doda na to dodaje: Lecz nie martw sięęęę, uśmiechnij sięęęę, nie jest tak źleeee, problemy sąąąą, lecz zdrowie masz, żeby rozwiązać jeeee! A Wydra dochodzi do wniosku: Nasze życie będzie jak poemat, trzeba tylko znaleźć dobry temat.

Wynotowałam sobie jeszcze kilka „kwiatków”, ale dam Wam już spokój z tą poezją, bo wyszedłby post- gigant. Więc na zakończenie spuentuje wszystko Kult: Nie wszystko równie dobrze się sprzedaje, niewiele już gorszego może być. Sztuka jest już sługą polityki, czemu robisz bracie k..wę z muzyki? Hej!
No to Hej!

czwartek, 16 lipca 2015

Sezon ogórkowy


W sprawie Ajrona nic jeszcze nie wymyśliłam (marna ze mnie Mata Hari) i wciąż czekam na Wasze pomysły, jak zaplanować niezaplanowane spotkanie ;) Na wszelki wypadek pójdę jednak jutro do zaprzyjaźnionej kosmetyczki i zrobię sobie paznokcie. U rąk i nóg ;)

Zaczął się sezon ogórkowy. Lada dzień zacznie się sezon na wczesne papierówki. Już mi ślinka cieknie na myśl o racuchach z jabłkami. Krzewy porzeczek obwieszone są owocami niczym szyja modystki różnokolorowymi, drogocennymi kamykami. Zjadłam już dwa słoje ogórków małosolnych i pora chyba zacząć robić słoiki na zimę. Najbardziej lubię malutkie ogóreczki, choć niestety najwięcej z nimi roboty. Kilka kilogramów zielonego drobiazgu kupiłam na rynku w Choszcznie, a babcia Robaczkowa co kilka dni zaprasza mnie na zbiory ze swojego ogródka- (Bierz dziecko, bierz... mojemu już ogórkowa zbrzydła...) 
No to biorę ;)



Szoruję...



 I pakuję w słoiki...


Oprócz kiszonych i korniszonów zrobiłam kilka słoiczków z wynalazkami. Jeden- to ogórki w miodowej zalewie: Ogórki upakowałam ciasno w słoikach (wg przepisu trzeba było pokroić w plastry, ale nie chciało mi się ;)) i zalałam gorącą zalewą z wody, octu i miodu. Drugi wynalazek to sałatka w słodko- kwaśnej marynacie. Pokrojone w plastry ogórasy wymieszałam z cebulą, czosnkiem i solą. W garnku zagotowałam ocet jabłkowy z cukrem, nasionami gorczycy i selera, goździkami i kurkumą. Po odsączeniu włożyłam ogórki do słoików, zalałam zalewą i gotowe. W planach mam jeszcze kilka słoiczków przecieru na zupę i pikle, ale to później, z większych egzemplarzy.

Z eksperymentów, mogę pochwalić się jeszcze własnym jogurtem. Mleko podgrzałam tak jak na twaróg (czyli na oko- a właściwie na palec. Ma być mocno ciepłe, ale nie parzyć). Do mleka dodałam kubeczek kupnego jogurtu z bakteriami probiotycznymi, wlałam do termosu i zostawiłam na noc. Po schłodzeniu w lodówce i wymieszaniu z owocami – niebo w gębie. Można go jeszcze zagęścić, odparowując wodę poprzez gotowanie mleka na minimalnym ogniu ze dwie godziny. Wychodzi wtedy gęsty, kremowy jogurt, idealny do sałatek czy deserów. Zostawiam kilka łyżeczek na następną porcję, a resztą zajadam się do woli.

Rano byłam pod Kubusiowym drzewem. Nie widziałam żadnych rudych cieni, ale podrzucane jedzenie znika. Nie wiem czy w żołądku Kubełka, czy inne gryzonie raczą się przy Kubusiowym stole, może ptaki wydziobują — ale niech będzie im wszystkim na zdrowie. Dawid mówi, że powinnam zaprzestać tego całego procederu z podkarmianiem. Możliwe że ma rację, ale tak trudno całkowicie i bezpowrotnie odciąć pępowinę.

Z Anką nie widziałam się od czasu sianokosów. Miota się, szukając domu dla małej, maltretowanej przez ojca alkoholika, i przebywającej wciąż w policyjnej izbie dziecka, Emilki. Chyba mała trafi ostatecznie do domu dziecka. Jej matka zostanie w szpitalu jeszcze co najmniej miesiąc, a policja nie może przetrzymywać dłużej dziewczynki. Zresztą obcowanie z małoletnimi przestępcami z pewnością nie wyjdzie biedulce na dobre. Posrane bywa to życie...

Wyparzam słoiki, szoruję tony ogórków, dryluję wiśnie a w tle lecą romantyczne, choć gorące, ballady zespołu Iron Maiden...

niedziela, 21 czerwca 2015

Choszczeńska Sobótka


Leje. Kozy kursują pomiędzy sadem i oborą. Na widok pierwszych kropli deszczu Zaraza wstrząsa się z obrzydzeniem i galopuje pod dach, a tuż za nią pozostałe. Kładą się na słomie i przeżuwają to, co zdążyły zjeść. Przywódczyni małego stada, jakimś szóstym zmysłem wyczuwa kiedy zamierza spaść ostatnia kropla, bo czai się w drzwiach koziarni i dokładnie w momencie ustania deszczu wybiega z powrotem do sadu. Lepsza i czulsza niż barometr ;) Tej niechęci do opadów nabawiły się chyba wczoraj. Całe popołudnie były na łące, podczas gdy pańcia odchamiała się w mieście. Pogoda była wyjątkowo kapryśna. Raz świeciło piękne słońce, a za chwilę lało jak z cebra. Piotrek dopracował ogrodzenie, dokładając drugą taśmę i puszczając ją na wysokości kilkunastu centymetrów nad ziemią. Pilnowane przez podwójnego pastucha kozy, nie miały szansy zwiać z pastwiska. Sąsiad zaproponował mi pal i łańcuch, ale szybciej założyłabym łańcuch na własną szyję, niż któremuś z moich zwierząt!

W Choszcznie odbywała się „Choszczeńska Sobótka”, coroczna impreza, na której prezentują się okoliczne wioski i miejscowi artyści.



Ot, taki małomiasteczkowy festyn. Okazja do wyjścia z domu, spotkania się ze znajomymi, wypicia piwka pod chmurką... Ku wielkiej uciesze dzieci i trochę mniejszej ich rodziców nie zabrakło również dmuchańców, trampolin i innych tego typu atrakcji. Podczas gdy ja i Anka siedziałyśmy w piwnym ogródku (Anka- która wyjątkowo miała wolne przy piwie, a ja- jako kierowca, niestety przy soczku;)), Olka ganiała niczym mały samochodzik z dwiema przyczepkami, od karuzeli do stoiska z watą cukrową i z powrotem ;) Na zadaszonej scenie śpiewały na zmianę ludowe zespoły, kilkuletni piosenkarze i miejscowe kapele rockowe. Na wieczór zapowiadali fajerwerki i „wielką gwiazdę”, o której nigdy w życiu do tej pory nie słyszałam ;) Hania tańczy w jednym z licznych choszczeńskich zespołów tanecznych. O osiemnastej miał być ich występ, więc wstałyśmy od stołu i poszłyśmy pod scenę. Zabawne to było. Odbyła się swoista wędrówka ludów. Rodziny dzieci które właśnie zakończyły swój występ, zmierzały do stołów, wyłączając kamery i chowając aparaty fotograficzne, od stołów natomiast wstawały rodziny, których dzieci występ zaczynały, włączając kamery i wyciągając aparaty ;) Występ Hanki był cudny. Olka klaskała jak szalona a Ania nagrywała aparatem komórkowym. To, że każde dziecko tańczyło w trochę innym rytmie, Hanka pomyliła kierunek i obróciła się w przeciwną, niż reszta dzieci stronę, a jedna z dziewczynek (czymś widocznie wkurzona) zeszła ze sceny w połowie występu naprawdę nie miało znaczenia. Tak było, jest i będzie, że dla każdej matki jej dziecko śpiewa najpiękniej (choć inni modlą się o koniec pieśni), tańczy najwspanialej (taniec współczesny może mieć przecież najdziwniejszą choreografię) i jest najmądrzejsze (choć innym słuchającym włosy czasem na głowie się jeżą ;))
 Mądra matka zna jednak również wady swego dziecka i choć skoczy do gardła każdemu kto je publicznie wytknie, w zaciszu własnego domu pracuje nad nimi i stara się je wyeliminować.

To był miły dzień. Wróciłam do domu, wypuściłam z klatki Kubę, oporządziłam i zamknęłam kozy i zrobiłam dwa słoiczki dżemu truskawkowo- rabarbarowego. W poniedziałek wybieram się na meblowe zakupy. Czas przenieść się na górę. Do tej pory spałam w salonie na rozkładanej sofie a na górę wchodziłam tylko popodziwiać robotę Piotrka i jego ekipy lub wykąpać się w dużej wannie. Remont jest już całkowicie zakończony. Jeśli ktoś z Was ma ochotę pospacerować po „Rapsodiowym” domu zapraszam tutaj Klik. Podwórze, sad i najbliższe otoczenie opisałam tutaj Klik, a trochę dalszą okolicę tutaj Klik. 
Piękne pokoje czekają już tylko na meble. I na mieszkańców. Jeszcze tydzień. Siedem dni i cała rodzina będzie w końcu razem. Pisałam już, że nie mogę się doczekać? No więc piszę. NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ ! ;)

środa, 17 czerwca 2015

Romantyczno- liryczno- melodyjnie


Rychły przyjazd Jurka i Dawida nastroił mnie romantycznie. Cały ranek sprzątałam dom i obejście. Zdawać by się mogło, że czynność ta z romantyzmem niewiele ma wspólnego, ale dla chcącego nic trudnego ;) 
Zaczęłam od kurzy. Ścierałam ślady drobnych łapek z szafek i uśmiechałam się do Kubła. Jego słownik i możliwości porozumiewania rozszerzają się z każdym dniem. Gdy trzy tygodnie temu znalazłam pod płotem małą, futrzastą kuleczkę, fukała na mnie ze strachem i popiskiwała żałośnie. Teraz rozmawiamy godzinami. Gdy jest śpiący fuka przyjaźnie, cichutko i dyskretnie. Wiem, że za chwilę nakryje się swoją bujną kitą i uśnie momentalnie tam, gdzie akurat się znajduje. Gdy się obudzi fukanie ma całkiem inny ton. Jest niecierpliwe i ponaglające. Jeść, jeść, jeść... Kuca przed swoją miseczką, chwyta w łapki wiórek marchewki czy jabłka i fukanie zamienia się w apetyczne chrupanie. Czasem, dla żartów droczę się z nim i udaję, że zamierzam odebrać michę. Wiewiór syczy wtedy rozzłoszczony, a jego paciorkowate oczka zwężają się i patrzą na mnie z autentyczną złością. Inny odgłos wydaje, gdy chce się bawić. Przyczaja się niczym dzika pantera, rozgląda dookoła i skacze niespodziewanie. Gdy dostanie się na miejsce, które sobie upatrzył (na przykład na moje plecy), zaczyna latać dookoła jak opętany. Nierzadko wydaje wtedy dziwne odgłosy, które brzmią jakby- pitu,pitu,pitu,uuuuu, a ja wybucham wtedy szalonym śmiechem ;) Rudzielec zerka wówczas na mnie i zeskakuje zdegustowany, nierozumiejąc dlaczego kolumna po której tak fajnie się wspinało zaczyna być mało stabilna, skręcając się i podrygując dziwacznie ;)

Po starciu kurzu wzięłam się za okna. Otworzyłam je na oścież i stałam chwilę, podziwiając jak drobinki kurzu które właśnie starłam, wracają na swoje miejsce. Jak wirują tańcząc w smugach słońca i mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Przetarłam pobieżnie szyby wsłuchując się w wiejską muzykę, która z każdej strony dobiegała do moich uszu. Ptaki nieustannie kłóciły się w zaroślach, z Robaczkowego podwórka zabrzmiało pianie koguta, dumnego z którejś ze swych licznych żon a w sadzie Zaraza przywoływała do porządku psotną Mandarynkę. Wyszłam na dwór wyrzucić śmieci do kubła stojącego nieopodal płotu. Znów zamarłam, stojąc jak wryta z pustym wiadrem w ręce, ponownie zachwycając się miejscem, w które rzucił mnie los. Przy akompaniamencie gospodarczych odgłosów, wiatr wygrywał w gałęziach prawdziwą muzykę. Wystarczyło się wsłuchać, a pośród soczyście zielonych liści zabrzmiały walce, sonaty i rapsodie. A gdy do chóru, z głębi lasu włączył się jakiś dzięcioł, to nawet marsze.

Rapsodia to rodzaj pieśni wywodzący się ze starożytnej Grecji. Pochodzi od słów rapto i ode, co w wolnym tłumaczeniu możemy zrozumieć jako „tkana muzyka”, więc, jako nazwa mojego siedliska, pasuje wręcz idealnie. Tkam swe życie w taki wzór, o jakim zawsze podświadomie marzyłam. Czasem jakiś ścieg nie wyjdzie, jakaś nutka zabrzmi fałszywie, wśród harmonii rozlegnie się zgrzytliwy dysonans, ale takie właśnie jest życie. Gdyby nie było łez, nie docenilibyśmy uśmiechu, gdyby nie było tęsknoty, nie docenilibyśmy radości ze spotkania. Gdyby nie było dysonansów, nie zauważylibyśmy harmonii, jaka panuje dookoła nas.

A teraz zdjęcia całkowicie niezwiązane z nastrojem powyższego wpisu. Kubeł- rudy psotnik, niszczyciel, najsłodszy wiewiór świata, całą rodzinę okręcił z łatwością dookoła swej rudej kity i wszedł nam na głowy. Dosłownie ;))

          Haloo! Daj jeść, a nie tylko siedzisz w tym komputrze...



          Nie ruszaj się Olka. Widzisz, że ćwiczę wspinaczkę...



                         Hanka! Jesteś tam, pod tym kapturem?