a

a

środa, 11 marca 2020

Koronawirus atakuje!

No i się doczekaliśmy! 
Wszyscy trąbili, że jeśli tak będzie dalej, jeśli nie będziemy dbać o siebie i naszą planetę to będzie źle. Jeśli nie będziemy używać mydła, myć rąk po wyjściu z toalety, odkażać klamek i poręczy 60% alkoholem i uważać na przesyłki z Chin to dojdzie do tragedii. I stało się!

Owszem, było źle gdy wody Nilu zamieniły się w krew i wszystkie ryby wyginęły, a zaraza powaliła bydło i zapanował głód. Żaby, szarańcze i inne muchy też nie były fajne. Krucjaty i wojny zabiły mnóstwo ludzi. Postęp techniczno-urbanizacyjny doprowadził do zmiany stylu życia, co zaskutkowało ogromem społecznych chorób dziesiątkujących ludzką populację. Klęski żywiołowe, pechowe zdarzenia, nieszczęśliwe wypadki, długo by można wymieniać, lecz jeszcze nigdy nie było aż tak źle. Zaatakował nas koronawirus!


W moim mieście jeszcze Go nie ma, ale przekroczył On już granice mojego państwa i nieuchronnie czai się tuż za progiem mego domu. 
Jeeesuuu!
W chwili gdy piszę te słowa zaatakował 30 osób, a do momentu kiedy przeczytacie ten artykuł pewnie będzie ich już z 50. To tak, jakby zachorowało jedno całe miasto! No, jedno blokowisko. No dobra, kamienica, lecz całkiem spora- kilkurodzinna! Podobno jeszcze nikt nie umarł, lecz słyszałam, jak jedna baba mówiła drugiej babie, że gdzieś na Śląsku zmarł jeden człowiek. 98-letni mężczyzna, do tej pory zdrowy jak przysłowiowy byk, czyli coś na rzeczy musi być. Tylko państwo, jak zwykle, nie zamierza podać tego faktu do publicznej wiadomości. Wiadomo- zawsze ukrywają najistotniejsze fakty.

Tak więc nie ma żartów- trzeba zacząć zabezpieczać się przed armagedonem. Udałam się do marketu. Kilka razy musiałam objechać parking, zanim znalazłam kawałek wolnego miejsca. 15 minut czekałam na koszyk. Wyciągnęłam z torebki aseptyczny środek i odkaziłam rączkę wózka, a bo to ja wiem, kto macał ją przede mną? Może jaki przybysz z Włoch, Niemiec, albo i- tfu, tfu- z Chin? Trochę potrwało, zanim dostałam się do półek z mąką. Zostało 10 kilo, to wzięłam wszystkie. Makaron był już tylko pełnoziarnisty, wzięłam. Ostatnią butelkę oleju wyrwałam z rąk jakiejś starszej kobieciny i pognałam na stoisko z ryżem. Jasna dupa. Ostatnie pięć paczek capnęłam tuż przed zdyszaną pańcią w szpilkach. Ależ mnie zbluzgała! Trudno- kto pierwszy, ten lepszy. Alejki z mydłami i antybakteryjnymi żelami były puste jak nigdy, domyśliłam się więc, że ten zazwyczaj mało atrakcyjny towar, już zniknął ze sklepowych półek. Na monopolowym też pustki. Chciałam kupić spirytus, bo w aptekach już dawno zabrakło, lecz inni okazali się sprytniejsi i zostały tylko dwie butelki wódki. Wzięłam. Co prawda koronawirusa zabija tylko ten 60%, ale wykminiłam sobie, że jak zmieszam te dwie czterdziestoprocentówki, to taki 80% odkażacz będzie idealny do umycia okien i schodów. Wiadomo to którędy wirus planuje do mnie wtargnąć? Przy kasach kilometrowe kolejki. Stoję jak na szpilkach, bo martwię się czy ktoś na mnie nie kaszlnie lub nie smarknie? Ludzie nie mają dziś za grosz kultury! Na wszelki wypadek przykleiłam na usta i nos podpaskę ze skrzydełkami, bo maseczek oczywiście też już nie ma. Masakra!
Zapakowałam bagażnik po sam dach. Zanim złapałam za kierownicę ochlapałam dłonie wódką, bo miałam wrażenie, że są jakieś takie... skażone. Na wszelki wypadek oblałam też skrzynię biegów i hamulec ręczny. W drodze powrotnej miałam niemiłą sytuację, bo zauważyła mnie sąsiadka. Obładowana tobołami machała z nadzieją ze ją podwiozę. Chyba oszalała- a jaką ja mam pewność, że jest zdrowa? Jeszcze pewnie chciałaby mi dłoń podać na powitanie albo jeszcze gorzej- pocałować! Udałam, że jej nie widzę- w końcu nie mogę narażać swojej rodziny na śmiertelne niebezpieczeństwo!

W końcu bezpiecznie wróciłam do domu. Odpaliłam kompa: koronawirus może utrzymywać się w powietrzu ponad pół godziny, blablabla.... Pstryknęłam telewizor: z powodu koronawirusa szkoły, kina i teatry zamykamy na co najmniej dwa tygodnie. A teraz czas na reklamę- pamiętaj, kwasek cytrynowy i ocet jabłkowy raczej nie powstrzymają koronawirusa, lecz doskonale odczyszczą armaturę z osadu i kamienia blablabla... Włączyłam radio: jak donoszą najnowsze badania koronawirus przenosi się nie tylko drogą kropelkową, lecz również poprzez ekskrementy, także zwierzęce, blablabla...

Rany boskie! Przez kupę? Spojrzałam ze zgrozą na Kasza i Kaszankę. Koty siedziały na kanapie i wylizywały sobie... O Matko! Na szczęście przypomniałam sobie, że w barku mam jeżynową nalewkę. Mocna jak cholera, kilkuletnia. Chlapnęłam nalewką kotom pod ogony- nie będą mi tu łajzy koronawirusem srujdać!

Styrana jak wół, bo na wszelki wypadek przeleciałam resztą nalewki podłogi, zasiadłam przed telewizorem, aby obejrzeć najnowsze doniesienia. Powariowali ci ludzie! Wszędzie obłęd i panika. I wtedy nagle zrozumiałam. To nie jest zwykły, grypopodobny zarazek chorobotwórczy. Nie wywołuje tylko gorączki i problemów z oddychaniem. To coś o wiele poważniejszego. Wywołuje zmiany w mózgu. Zmienia nas w bandę zombie, lezącą bezrozumnie jeden za drugim, zabijający empatię i zwykły zdrowy rozsądek.
Apokalipsa, zagłada, pogrom i w ogóle koniec świata!


Tylko czy te zmiany na pewno powoduje koronawirus?

niedziela, 9 lutego 2020

Wiosenny spacer w środku zimy

Pizga dzisiaj jak w kieleckim, doniczki fruwają, gałęzie drzew zamiatają ziemię, zapomniana konewka wylądowała za płotem, a koty zakitrały się w szafie. Za to wczoraj była przepiękna pogoda. Pomimo kataru wybrałam się na mały spacerek, bo po prostu grzechem byłoby nie wyjść z domu choć na kilka chwil.



Nie ma jeszcze liści ani pączków- no w końcu jest środek zimy, ale wiosnę czuje się w powietrzu.

Za to w ogrodzie dzieje się już wiosenna magia.
To, że jarmuż i pory mają się świetnie to normalka, ale równie dobrze radzi sobie seler, zieloniutki niczym w środku lata.





Czosnek kiełkuje już na poważnie.



Równie na poważnie kwitną prymulki i hiacynty.




Hiacynty właściwie kwitną już od początku stycznia!
Jednak kwitnąca pelargonia na kuchennym parapecie to już jakiś ewenement!



Tymianek i rozmaryn za nic mają sobie zimę i polecają się do obiadu.



Kaszo oczywiście też się poleca. Na śniadanie i kolację również ;)

Żonkile i tulipany prą do góry.




Wsadzone jesienią cebulki czekają już tylko na odrobinę słońca.





A ja czekam na metamorfozę przydomowej rabatki. 




Licznymi kluczami wracają żurawie. Co tylko może budzi się i szuka własnego miejsca do życia. Nawet jeśli miejsce to będzie trochę nietypowe... ;)




Bierzmy przykład z Matki Natury. Hej ludziska! Pobudka!

Ps. Właśnie...śmieci mus wystawić...
Ps2. Następny dzień- znów nie zabrali! Ja się powieszę...

wtorek, 4 lutego 2020

Segregacja

Żywy organizm oddycha, rozmnaża się, je i wydala. Ludzki żywy organizm dodatkowo jeszcze śmieci. Produkuje ogromne ilości resztek, odpadów, opakowań, pozostałości, zanieczyszczeń, gruzu... Długo by wymieniać. Przeciętny Polak wytwarza rocznie ponad 300 kg odpadów komunalnych! Brzmi tragicznie, a to jeszcze nie jest najgorsza wiadomość. Według danych Eurostatu- Urzędu Statystycznego Unii Europejskiej jesteśmy czyścioszkami, bo mniej od nas śmiecą tylko Rumuni. Taki na przykład Duńczyk produkuje aż 781 kg w ciągu roku. Jeśli Unia Europejska liczy 513 milionów ludzi, a populacja światowa prawie 8 miliardów, to nie potrafię wyobrazić sobie jak wyglądałaby góra odpadków z jednego nawet dnia. Ba, z jednej godziny!

Od początku tego roku nie ma zmiłuj. Państwo nakazało segregację i basta. I dobrze. Przyznam się szczerze, że do tej pory nie przywiązywałam do tej sprawy większej wagi. Wyrzucałam plastikowe butelki do ustawionych w mieście „dzwonów”, kartony spalałam w kominku lub piecu, biologiczne odpadki lądowały w kompostowniku, lecz generalnie odbierano ode mnie śmieci zmieszane. Zmuszona sytuacją zakupiłam cztery nowiutkie pojemniki [na szczęście mam dużą kuchnię] wydrukowałam ulotkę co gdzie, i zaczął się cyrk. 
W jednej ulotce informują, że skorupki jajek idą do bio. No to sru. Od koleżanki dowiedziałam się, że w moim województwie nie mają czegoś tam do utylizacji i jednak do zmieszanych. Wracam więc do domu i, niczym mróweczka z bajki, wygrzebuję obślizgłe resztki i przerzucam do czarnego worka. Gumowe rękawiczki do zmieszanych. No, chyba że nie? W innej ulotce doczytałam, że do plastik-metal. Zeszyty, karton, codzienna prasa do niebieskich worków. Ale już paragony ze sklepów do zmieszanych. Szkło do zielonych, lecz obiadowa porcelana, stłuczona bombka czy kubek to już nie szkło. Mało tego, doszły mnie słuchy, że w ogóle stłuczonych rzeczy nie wrzucamy do szkła, tylko do zmieszanych. Matko- i bądź ty człowieku mądry, które szkło jest szkłem, który papier papierem, i czy kauczuk to metal, czy może plastik?
  
Zyskałam za to możliwość ćwiczenia własnej cierpliwości:

-Mariolka, karton po mleku to gdzie?
-Do plastiku.
-Przecież to jest karton.
-Ale zawiera też polietylenem i aluminium.
-To czemu nie do zmieszanych?

Jezu, skąd mam wiedzieć? Nie, bo nie! Każą do plastiku, to do plastiku.

-Mamo, a po soku gdzie?
-Do plastiku!
-A opakowanie po jogurcie?

Jezus Maria- oszaleję!

-Wszystkie plastikowe i metalowe opakowania do żółtego!

Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?

-A tę butelkę po oleju do plastiku?
-Nie!
-To gdzie?
-Do zmieszanych.
-Przecież mówiłaś, że wszystkie opakowanie do plastiku!

Żartowałam, kurna...

-Ale tłuste i po mięsie do zmieszanych!
-Bez sensu!

No może i bez sensu, ale co ja poradzę?

Teraz dopiero widzę ile plastiku kupuję i wyrzucam- chyba faktycznie te 300 kilo to nie jest przesada. Wszystkie worki zapełnione w niewielkim stopniu, a żółtych nazbierało się już trzy. Według rozpiski z mojej ulicy plastiki odbierają w poniedziałek, zmieszane we wtorek. Tacham więc te trzy wory i układam w widocznym miejscu. Po śniadaniu stały, po obiedzie stały, wieczorem już leżały, bo padał deszcz. Założyłam pelerynę i poszłam po nie z powrotem, nauczona bowiem doświadczeniem, nie miałam w porannych planach zbierania puszek rozwleczonych przez psy, koty czy inne lisy. Pomyślałam sobie- okej, pewnie nie zdążyli dojechać na moje zadupie. Rano wytachałam je znowu. Zapomniałam o zmieszanych. Przyjechali śmieciarze, zajrzeli do pustego pojemnika  i odjechali, zanim zdążyłam ich zatrzymać. Żółte zostały. Wieczorem wkładam więc pelerynę i znów tacham te cholerne wory! Jezu, ze trzy dni tak ganiałam, zanim w końcu się zlitowali i zabrali!

No cóż, taki mamy klimat. Zima nie zaskoczyła drogowców, ale za to śmieciowa ustawa zaskoczyła komunalkę. Miejmy nadzieję, że za jakiś czas nauczą się i segregujący i odbierający, każda zmiana musi się przecież uleżeć.

A póki co słyszę, że Chłop woła na kawkę.

-Mariolka, a opakowanie po śmietance to gdzie?

czwartek, 30 stycznia 2020

Ewolucja

Dziwię się. 
Podobno ewolucja to proces ciągły i nieodwracalny. Proces zmian zachodzących w czasie. Doskonalenie się i rozwój. Rozwój nie przypadkowy, nie dowolny, lecz dostosowawczy. Samo słowo pochodzi od łacińskiego evolvere- rozwijać, wydawałoby się więc, że z głupich stajemy się mądrzejszymi, z brzydkich piękniejszymi, zyskujemy na atrakcyjności, z łatwością dostosowujemy się do każdych warunków, potrafimy przewidywać, wyciągać wnioski i tak dalej. 
Takie to niby proste i oczywiste! Patrzę jednak dookoła i dziwię się. Wydaje mi się, że ewolucja nagle zmieniła bieg i wpadła w jakieś patologiczne koleiny. Jeszcze trochę, a przestaniemy się ze sobą komunikować- już teraz wracamy do pisma obrazkowego i maksymalnych skrótów. Przestajemy się rozumieć, słuchać wzajemnie, logicznie myśleć- Jezu, przestajemy w ogóle myśleć! Bez Internetu nie potrafimy już funkcjonować. Wszystkie wątpliwości wyjaśnia nam Google, błędy poprawia e-słownik, media społecznościowe mówią nam co oglądać, czego słuchać, czym się interesować. Sama głupieję. Ostatnio musiałam policzyć na kalkulatorze ile właściwie mam lat. Kurde, wyszło mi za dużo...;)

Zabijamy dziki, bo roznoszą choroby, którymi pewnie zaraziły się żerując na naszych śmieciach. Wycinamy drzewa atakowane przez plagę korników, a w ich miejsce sadzimy leśne monokultury. Panikujemy czytając o coronavirusach, po czym jedziemy do Chin, bo kilka miesięcy temu wykupiliśmy przecież wycieczkę, a lepiej odchorować, niżby miało się zmarnować. Jeśli tak będzie dalej, w końcu z powrotem wejdziemy na drzewa, pod warunkiem oczywiście, że jakieś drzewa na naszej biednej planecie jeszcze zostaną.

Z drugiej strony, ewolucja to przystosowanie się do panujących aktualnie warunków. A jakie mamy warunki? Ludzie „myślący inaczej” są szykanowani lub wyśmiewani. Wszechobecne media robią nam z mózgów papkę. Wystarczy przejrzeć program telewizyjny: Głupi i głupszy, Psychol, Mordercza opona, Martwica mózgu... Matko, i to wszystko jednego dnia!!! Jeżeli ktoś pozostanie normalny po obejrzeniu którejś z tych propozycji, to szacun! Serio!



Jeśli z góry i dołu bombardowani jesteśmy głupotą, jeśli z prawa i lewa otacza nas ciemnogród, to naprawdę ewolucja ma trudny orzech do zgryzienia. Więc może zacznijmy przeć w tył? Zatrzymajmy maszyny i cała wstecz! Odwróćmy nieodwracalne prawo natury i cofnijmy się w rozwoju. Zacznijmy samodzielnie myśleć. Rozwiązywać krzyżówki bez pomocy komputera, liczyć bez kalkulatora, czytać, rozmawiać, słuchać, wyciągać wnioski...

Ech, rozmarzyłam się...

piątek, 10 stycznia 2020

Wewnętrzne dylematy

Dopadła mnie jakaś depresja. 
Mam obniżony nastrój pojawiający się już rano i utrzymujący się przez większość dnia. Bez konkretnego powodu jestem smutna i przygnębiona. Denerwują mnie ludzie. Nie rozumieją bliscy. Wszyscy robią mi na złość i nawet cholernik kot, zamiast przymilnie zamruczeć dziabnął mnie pazurem. 
Czyżby miał mi za złe utratę jąder? No, może... 
Ale Chłop? Przecież jeszcze go nie wykastrowałam- choć czasami poważnie się nad tym zastanawiam, a wciąż zrzędzi, marudzi, nie robi tego co trzeba, za to co nie trzeba, robi idealnie! 
Szybko się męczę i jestem wydrenowana z energii. Straciłam zainteresowanie podstawowymi działaniami: sprzątaniem, zmywaniem czy gotowaniem, a co gorsza również tymi, które powinny przynosić mi przyjemność, na przykład spacerami czy pisaniem. Zapadłam na kompletną anhedonię- najchętniej zakopałabym się w pościeli i przespała z tydzień. 
Sama. 
Ewentualnie z kotem.
Jak się ogarnie z tymi pazurami oczywiście.

Wypisz wymaluj- kliniczne objawy depresji. 
Jedynym objawem, który bezczelnie mnie ominął jest brak apetytu i związana z nim utrata wagi, co paradoksalnie sprawia, że popadam w jeszcze większą depresję, bo za chwilę trzeba będzie zmienić zimowe ciuchy na letnie i dopiero wtedy będę miała prawdziwe powody do depresji.

I skąd to dziadostwo się do mnie przypętało? Nie jest to depresja zimowa, bo zimy jak dotąd ani widu, ani słychu. Nie jest to również depresja nastoletnia, choć często ogarnia mnie rozdrażnienie i drażliwość.  Tym bardziej nie poporodowa. No... chyba że złapała mnie z 26-letnim opóźnieniem. Pomimo tego, że często czuję się odrzucona i bywam samotna wśród tłumów, mam nadzieję, że nie jest to również depresja starcza.

Po głębokiej analizie własnego przypadku odrzuciłam też depresję endogenną, reaktywną i lękową. Rozważałam depresję dwubiegunową, bo często zdarza mi się, że w jednej chwili jestem smutna a za moment rżę ze śmiechu. Mam doła, a po chwili podskakuję jak świr w rytm starych rockowych kawałków. Podczas żarcików z koleżankami ni z gruszki, ni z pietruszki zalewam się łzami, bo przypomną mi się makabryczne obrazy popalonych koala i martwych kangurów na tle płonących lasów Australii. 
Czasem czuję wręcz we własnym ciele ten żar. Robi mi się duszno i gorąco. Brak mi tchu i kręci mi się w głowie, jakbym jednym duszkiem wypiła z pół flaszki jakiegoś napoju wyskokowego.

Ciemna dupa! A niech to szlag! Masakra!

Przeglądając sobie Internet doszłam do niewątpliwego i nieprzyjemnego wniosku. Jasna cholera!
To nie dwubiegunówka! Nie zimowa ani poporodowa. Nie starcza nawet, choć ta autodiagnoza była najbliższa prawdy.

Dopadło mnie klimakterium! Cholerna menopauza wyciąga szpony! 



No nie! Teraz to na bank wpadnę w depresję...

wtorek, 10 grudnia 2019

Duchowe odwiedziny

„Życie po życiu”, „Życie po śmierci”, jakieś „Czerwone linie”, dowody, tajemnice, przepowiednie, spekulacje, objawienia i tak dalej- każdy znajdzie coś dla siebie na temat pośmiertnego istnienia, czy też nieistnienia. 
Nie powiem, że nigdy nie zastanawiałam się nad tymi sprawami, chyba każdy z nas poświęcił kiedyś chwilę lub dwie na takie przemyślenia. Jednak nie wgłębiałam się za bardzo w temat i szczerze mówiąc, nie wiem czy chciałabym znać odpowiedzi na te mistyczne pytania. Nigdy nie udało mi się wywołać ducha, choć pamiętam, że w czasach dzieciństwa uskuteczniało się takie seanse, nigdy żaden mnie nie nawiedził, nie przekonały mnie opowieści znajomych, tym bardziej że opowieści te snute były zazwyczaj po kilku głębszych. Filmy o duchach- cóż... są też filmy o kosmitach albo o tym, że żyli bez kłótni od ślubu do śmierci. 
W każdym razie ja nigdy nigdzie nic.

Aż do wczoraj... 

Dzień minął normalnie. Bez żadnych nostalgicznych wspominek, oglądania zdjęć czy czegoś w tym stylu. Ogarnęłam chatę, coś tam upichciłam, wieczorem naszło mnie na pieczenie pierniczków i tak zeszło do późnych godzin. Zanim doszła ostatna blacha zrobiła się noc. Pozostali domownicy chrapali już głośno, więc nie chcąc budzić Chłopa pościeliłam sobie w salonie. Pierniki pachniały, w kominku gasły ostatnie iskry, kot drzemał na poduszce „świństwem do góry"... 
Już, już miałam odlecieć w senny niebyt, gdy coś wyrwało mnie z objęć Morfeusza. Może było to niespokojne prychnięcie kota, a może trzask wypalonego polana. Usłyszałam cichutkie stukanie pazurków o panele. Lekko ugiął się materac, gdy jakiś ciężar wskoczył na wersalkę. Poczułam jak stworzenie obraca się kilka razy, po czym z zadowolonym westchnieniem zalega w nogach kanapy. Uśmiechnęłam się pod nosem. Saba. I jej odwieczny rytuał. Kładzie się spać na swoim legowisku, a nocą wskakuje na łóżko, wierci się jak fryga, mości i śpi z nami do białego rana, pochrapując pod czarnym nochalem. Czasem powarkuje, innym razem przebiera łapami, jakby biegła gdzieś zapamiętale. Z powrotem zamknęłam oczy i zaczęłam odpływać. Włoski stanęły mi na przedramionach, gdy ocknęłam się z nagle odzyskaną świadomością, że przecież moja Saba nie żyje! Minął prawie rok odkąd odeszła za Tęczowy Most. Zapaliłam światło i wrażenie psiej obecności zniknęło. Nie byłam spanikowana. Nie byłam nawet zdenerwowana. I pewnie potraktowałabym to wszystko jako zwykły sen, gdyby nie fakt, że Kaszotto siedział na swej poduszce, szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w miejsce w nogach kanapy i nerwowo kiwał ogonem.

Czy zwierzęta mają duszę? Czy gdzieś... tam... jest miejsce, do którego udają się po śmierci? Czy naprawdę odwiedziła mnie moja sunia, czy to ja znalazłam się w jakimś miejscu pomiędzy?


Nie wierzę, że tylko człowiek zasługuje na poczesny byt gdzieś tam. Jeśli istnieje sprawiedliwość, to biegamy tam razem. Sześć nóg, dwie głowy i jedno serce.


piątek, 8 listopada 2019

Odszczurzanie


Joanna Kupniewska                                           
                          Odszczurzanie

Chłód bijący od kafli, którymi wyłożona była podłoga w przedpokoju jego mieszkania przynosił ulgę. Nie pamiętał jak tu się znalazł. Nie wiedział czemu leży na podłodze i dlaczego nie może ruszyć żadną częścią swojego umordowanego ciała. Poczuł nagły, ostry ból w lewej łydce i tępy trzask wyłamywanej kości strzałkowej. Konwulsje tak wykręciły jego ciało, że pięty prawie dotknęły głowy, która mimowolnie skręciła się w stronę salonu. Przez okno widział czubki brzóz, wiatr wesoło kołysał wiotkimi gałązkami. Ostatni obraz, jaki miał zobaczyć był ironicznie radosny. Poczuł skurcz żołądka, a kwaśny smak w ustach znów sprowokował go do wymiotów. Torsje nie przyniosły ulgi. Wyrzygał już wszystko co zalegało w trzewiach. Wiedział, że umiera. Że nie uda mu się wydostać na zewnątrz i zawołać o pomoc. Wiedział, że nawet gdyby jakimś cudem doczołgał się do drzwi wyjściowych, gdyby ktoś akurat wyszedł na klatkę schodową i usłyszał jego krzyk, prawdopodobieństwo wygrania wyścigu z kostuchą było minimalne. Czuł jak trucizna rozlewa się po całym ciele. Jak zżera wątrobę, niszczy nerki, unicestwia pozostałe organy. Obezwładnia. Ciemność zataczała coraz mniejsze kręgi. Jeszcze chwila, moment, sekunda, a pochłonie go wraz z ostatnią świadomą myślą. Jak to możliwe? Dlaczego leży w pół drogi do własnego kibla, zarzygany, bez sił, z powykręcanymi członkami i koszmarnym bólem całego ciała? Czuł się, jakby ktoś obił go bezlitośnie i z premedytacją skazał na pewną śmierć. A przecież miał jeszcze tyle planów! Tyle niezrealizowanych marzeń! Dlaczego? Kiedy? Jak? Przypomniał sobie ostatnie chwile dzisiejszego poranka. Niespodziewana prośba i zaproszenie. Ten dziwny zapach. Ta lepka słodycz i nieoczekiwana nuta goryczy. Szeptem wypowiedziane słowa. Zanim nadeszła ostateczna ciemność uświadomił sobie tożsamość swojego mordercy, lecz razem z ostatnim zdławionym tchnieniem i ostatnim uderzeniem serca, przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie. Kilka pięter niżej rozległo się szczekanie psa. Ironicznie radosne.

Justyna Wybicka wyglądała jakby właśnie zeszła z pokładu statku kosmicznego. Twarz pokrywała zielona maź. Owinięte srebrną folią pasemka włosów i foliowy fartuch chroniący limonkowy kostium nadawały jej wygląd odzianego w skafander kosmonauty. Stopy moczyła w specjalnej wodnej wirówce, a pani Renatka, uzbrojona w diamentowy pilnik, nadawała kształt paznokciom jej lewej ręki. Prawa dłoń Justyny przyciskała do ucha najnowszy smartfon.
-Spoko, kochanie, nie martw się o nic. I mieszkanie, i auto, i całe nasze wspólne oszczędności są już moje. Ten kretyn jest załatwiony na amen. To jak? Kreta? Dominikana? Gdzie lecimy?
Pani Renatka pochylona nad dłonią klientki westchnęła w duchu z zazdrością.
-Fajnie, jutro rezerwuję! I nie chcę nic słyszeć, powiedziałam że funduję, to funduję. W końcu należy ci się nagroda za dobrze wykonaną pracę. Pa!
Justyna odłożyła smartfon, przeciągnęła się niczym zadowolona kocica i podstawiła kosmetyczce drugą rękę.


Mocno zaciągnął się dymem z papierosa. Czerwony punkt rozjarzył się w mroku parku.
-Sprawa załatwiona, o nic nie musisz się już martwić.
-Na pewno?
-Tak.
-Ostatnio prawie skończyłem na pieprzonej gałęzi pieprzonego dębu.
Jeden z rozmówców poruszył się niespokojnie. Nerwowy, załamujący się głos świadczył o dużym stresie. Drżącymi palcami sięgnął po zaproponowanego camela. Zaciągnął się równie głęboko i powoli wypuścił dym. Wypchana, szara koperta zmieniła właściciela.
-W końcu mogę spać spokojnie. Jestem twoim dozgonnym dłużnikiem.
-Rodzina jest najważniejsza. Wasze problemy się skończyły.
Dwaj mężczyźni wypalili w ciszy swoje papierosy, podali sobie prawe dłonie i rozeszli się każdy w inną stronę. Szarzy i anonimowi niczym nadchodzący zmierzch.


-Cześć mamo!
-Cześć skarbie!- Starsza pani obróciła się w stronę drzwi wejściowych.- Proszę cię, ucisz Cwela, bo Heathcliff znów się zestresuje i nie będzie chciał jeść.
Wbrew obawom swej pani stary, szaropręgowany kocur jedynie uniósł lekko powieki, machnął ogonem i obróciwszy się tyłem do gości pokazał, jak bardzo cieszy się z ich wizyty. Objuczony kilkoma reklamówkami Tomasz wszedł do kuchni.
-Kupiłem ci mleko i twaróg, a Gosia przesyła buziaki i pysznego schabowego.- Mężczyzna postawił na stole trojak z obiadem.- Spadaj Cwel!- Jedną ręką usiłował włożyć do lodówki nabiał, drugą odganiał podskakującego młodego owczarka.
-A nie zapomniałeś o wątróbce dla Heathcliffa?
-No, jakżebym śmiał!- Zaśmiał się Tomek.- Ale jeśli nie chcesz żeby zeżarł ją Cwel to chyba musisz mi pomóc.
Rozległ się szmer kół i starsza pani podjechała do lodówki. Choć siedziała na wózku inwalidzkim, bynajmniej nie wyglądała na chorą. Dyskretny makijaż podkreślał ciepło jej twarzy. Kurze łapki przy zewnętrznych kącikach oczu i łagodny wykrój ust świadczyły o pogodnym charakterze i wesołym usposobieniu. Maryna Pajacykow bacznie spojrzała na syna.
-Od Kica?
-No oczywiście. Swoją drogą to ciekawe, że tobie wystarcza żywność z dyskontów, a po żarcie dla kota każesz mi latać do jatki na drugi koniec miasta.
-Synu drogi, po paróweczki dla ciebie też latałam do Kica, więc nie marudź. Wypijesz herbatę?
- Skoro nie mogę liczyć na piwo, może być herbata. Tylko jakaś normalna, nie te twoje wynalazki, błagam!
Tomasz zaśmiał się wesoło, pocałował matkę w czubek głowy i poszedł do dużego pokoju. Chwilę później uszy Maryny zaatakowały wściekłe dźwięki dobiegające z telewizora. Metalica albo to drugie, no jak im tam, Guns N Roses. – Wiesz Cwel- odkroiła kawałek szynki i podała smakołyk asystującemu niezmordowanie obok szczeniakowi- czasami żałuję, że na starość nie ogłuchłam. Wbrew własnym słowom kobieta stopą wystukiwała żywy rytm melodii.- Masz biedaku jeszcze kawałek. Potraktuj to jako zadośćuczynienie za to durne imię, jakie nadał ci mój syn. Pieszczotliwie poczochrała psa za prawym uchem.- Cwel Pajacykow, wiem mały, że w przyszłości będziesz najlepszym policyjnym psem świata!

Dzikie koty z pastelowymi pazurami.
04.05- środa

Witajcie drogie Kocice. Dziś, jak co środę przeprowadzamy eksplorację terenu. Przejrzałam posty na Facebooku, strony zaprzyjaźnionych z nami organizacji i okładki tych co zawsze czasopism. Oczywiście znalazłam sporo nieciekawych informacji, ale na szczęście nic, czym pilnie musiałybyśmy się zająć. Niniejszym zasiadam na płocie i oddaję Wam głos- Wasza Montana.

Napakowana- Witajcie Koteczki i Ty Prezeskocico. Na moim terenie spokój
Bilka- Cześć i czołem, melduję nudę.
Konwaliowa- Jakiś szczur rozwalił pasiekę pod Krosnem. Może trzeba rozważyć deratyzację?
Montana- Konwalia daj więcej danych.
Konwaliowa- Nie znam jeszcze szczegółów, ale podobno zabito 250 tysięcy pszczół. To mi wygląda na wendetową sprawę.
Montana- Obserwuj.
Puma- Cześć Kocice. Wiecie co tam u Kathy?
Montana- Jeszcze nie, czekamy.
Puma- Marija, jesteś? Jak się miewa Pysiu?
Marija- Witam wszystkich miaucząco. Po ostatnich kroplówkach Pysiu ma się lepiej, ale wiek robi jednak swoje. Całe dni przesypia, a nocą szuka mojego towarzystwa, jakby bał się, że samotnie za Tęczowy Most pójdzie. Trzymajcie pazurki żebyśmy jeszcze troszkę pobyli razem.
Delfin- Marijo kochana, trzymamy z całych sił.
Montana- Dobra Koty, czas spadać z płota. Do usłyszenia za tydzień, a jakby co pilnego- skrzynka kontaktowa ta co zawsze. Wiem, że zżera Was ciekawość jak poszła deratyzacja, więc gdyby Kathy się odezwała dam Wam znać. Przypominam o skasowaniu archiwum. Mrau!
Hasło na jutro: Na pochyłe drzewo, odzew: i Salomon nie naleje.



-Cwel, siad. Siad mówię, zostań!
Nic sobie nie robiąc z okrzyków pana, owczarek podbiegł do ubranej w policyjny mundur kobiety, trzymającej w dłoni coś, co zachęcająco pachniało. Chleb o kwaśnej woni razowego zakwasu z masłem i kiełbasą. Wieprzową. W większości. Psiak wyczuwał też woń wołowiny, tłuszczu, wieprzowych skórek i soli. Majeranku, czosnku i ostrego pieprzu. I czegoś paskudnego- mocniej wciągnął powietrze swym czułym nosem. Glutaminian, askorbinian, maltodekstryna i jeszcze kilkaset innych, delikatniejszych poszlakowych zapachów. Na własne szczęście nie wiedział co właściwie wyniuchał i niewiedza ta pozwalała mu na bezwstydną żebraninę. Cwel usiadł u obutych w szpilki stóp i nie spuszczał łapczywego wzroku z kanapki. Jego głowa poruszała się w doskonałej synchronizacji z ręką kobiety.
-Cwel?! Człowieku! Pajac i Cwel- przecież cała komenda cię wyśmieje!- Aspirant Anna Medinopolus, partnerka i przyjaciółka Tomasza nie wiedziała, czy ma się śmiać czy wręcz odwrotnie.- Dlaczego Cwel?
Z lekkim wstydem Tomek podrapał się po brodzie.
-Tak naprawdę to miał być Docent. Albo chociaż Magister. Ale ten durny szczeniak reaguje jedynie na skrót ze swojej legitymacji. Proszę, sama zobacz.- Zrezygnowanym ruchem podał Ance psie dokumenty. Dziewczyna zerknęła na plastikową plakietkę. Czita-C/W/L- 05.02.2019.
- No i co? Nie kumam?
Tomasz westchnął rozdzierająco.
-Żadna nowość...- uchylił się przed rzuconym dziurkaczem.- Czita to imię matki. „C” oznacza trzeci miot suki, druga litera oznacza kolejność przyjścia na świat szczeniaków, przy czym „Z” jest pierwszy, „L” oznacza Lubianę, czyli nazwę miejscowości, w której znajduje się hodowla, a na końcu jest data urodzin.- Policjant zamyślił się na chwilę.- Pracownicy pewnie wołali na niego CeWuEl, i tak się gówniarz przyzwyczaił.
Anka wybuchnęła śmiechem i oddała psu resztkę swojej kanapki. Rozanielony szczeniak mlasnął z rozkoszą, w ułamku sekundy pożarł chleb i zazezował do torby kobiety sugerując że wie doskonale, iż w środku jest jeszcze co najmniej jedna kromka.
-Próbowałem wołać na niego Swen, Cel, Cywil nawet i nic! Nie raczył w ogóle zerknąć. W końcu został Cwelem i w sumie to do niego pasuje. Najpierw dał się wydymać bratu, który przed nim wypchał się na świat i został w psiarni jako przyszły reproduktor. Taki to ma godne pozazdroszczenia życiowe perspektywy, sam bym tak chciał, a biedaka Cwela wysłano na służbę. Później wydymali go ludzie, którzy zamiast do takiej na przykład Warszawki, gdzie co najwyżej mecze by obstawiał, przydzielili go do naszej pipidówy i jako jedyny pies policyjny w okolicy pewnie będzie do wszystkiego.
-A na końcu wydymali go dając mu Pajaca za partnera- Weszła Tomkowi w słowo Anka, po czym błyskawicznie schowała się za krzesłem, bez patrzenia wiedząc, że w jej stronę leci celnie rzucony dziurkacz. Przekomarzanie i dalszą rozmowę przerwał im dzwonek telefonu. Tomek podniósł słuchawkę. Chwilę słuchał w milczeniu, a coraz bardziej zmarszczone brwi mężczyzny powiedziały Ance, że coś się stało.
-Okej, zaraz będziemy.- Tomasz odłożył słuchawkę i spojrzał na partnerkę.- Mamy trupa. W bloku na Jaśminowej dwa piętra nad moją matką. Zbieraj się, jedziemy.

-Dobra, poskładajmy to teraz do kupy.
Tomek podszedł do niewielkiej, powieszonej na ścianie tablicy, niezbyt czystą gąbką zmazał obsceniczne rysunki i niecenzuralne słowa- efekty ich wspólnej radosnej twórczości i wziął do ręki kredę.
-Nasz trup nazywa się Damian Wybicki. Zwłoki znalazła żona, Justyna Wybicka.
-Podejrzana numer jeden- dodała Anka.
-Od dwóch miesięcy w separacji, są w trakcie sprawy rozwodowej. Kobieta przyszła po swoją pocztę i znalazła męża leżącego na podłodze. Policyjny patolog stwierdził że śmierć nastąpiła 19 godzin wcześniej. Trzeba jeszcze zrobić sekcję, lecz sądząc po nienaturalnym ułożeniu ciała, wymiotach i fakcie że bezpośrednią przyczyną było uduszenie, patolog uważa że gość zażył dużą dawkę strychniny. Wyniki sekcji powinny być za godzinę.
-Nie znaleźliśmy śladów włamania, bałaganu, walki, ani jakiegokolwiek dowodu, że w mieszkaniu była osoba trzecia.
-Sąsiedzi z klatki schodowej, w tym moja matka, jak zwykle nic nie widzieli, nic nie słyszeli.
-Nie mamy żadnego punktu zaczepienia, przyczepmy się więc do żony.- Podsumowała ich wnioski Anka. -Przejdźmy do spraw osobowo-poznawczych. Jak długo byli małżeństwem i dlaczego są w separacji?
-Nie układało się ponoć już od dawna. Gość był typem egoisty i furiata, ona wygląda mi na pewną siebie pańcię. Dobrze ubrana, z paznokciami, rzęsami i tymi tam, permanentnymi, czy coś. Pracuje w tej firmie na Podmiejskiej, zajmującej się produkcją stalowych kołnierzy na eksport. On był hydraulikiem z zawodu, czasem brał robotę z branży, ale chyba tylko jako przykrywkę. Znany nam z donosów, rzekomo handlował narkotykami, ściągał długi, jeździł na saksy, nigdy nie złapany na gorącym uczynku. Dzieci nie mieli. Tylko tyle wiemy na razie.
-Czekaj, czekaj...- zamyśliła się Anka.- Czy to nie ten, oskarżony o zabicie psa? Brutalne pobicie i wyrzucenie przez okno?
Tomek skrzywił się z niechęcią.
-Ten sam. Nie dopatrzono się znamion przestępstwa, zdarzenie uznano za wypadek i odłożono do szuflady bez dna.
-Coś nie bardzo w to wierzysz?
Pracowali razem od dobrych kilku lat i Anka czytała z twarzy, oczu i tonu głosu Tomka jak z otwartej księgi. Mężczyzna ciężko westchnął.
- Moja matka w to nie wierzy. Mieszka w końcu w tej samej klatce i twierdzi że Wybicki często bił, szarpał i w ogóle źle traktował psa. Nienawidziła typa z całego serca.
-Twoja matka? Przecież ona nie zna takiego uczucia! To dobro wcielone, w odróżnieniu od swego syna.
Tomasz nie zareagował na docinek, co jednoznacznie świadczyło o powadze sytuacji.
- Po umorzeniu tamtej sprawy nie odzywała się do mnie przez miesiąc, tak jakbym miał tam coś do gadania. Powiem ci, że jestem zaniepokojony. Morderca musiał przechodzić obok drzwi matki. Jezu! 19 godzin? Byłem wczoraj na Jaśminowej z zakupami. Może mijałem go na schodach?!
Na chwilę oboje zamilkli. Tomek usiłował przypomnieć sobie każdą minutę wczorajszego dnia, a Anka zamyśliła się nad rolą przypadku w życiu. Pierwsza ocknęła się kobieta.
- No, ale wróćmy do meritum. Jaki motyw mogłaby mieć żona?
-Za wcześnie jeszcze na jakiekolwiek wnioski. Na pierwszy rzut oka, żaden. Nie utrzymywali właściwie kontaktów, nie mają wspólnych zobowiązań finansowych ani towarzyskich. Nie przychodzi mi na myśl ani żadna ich wspólna płaszczyzna, ani motyw.
-Okej, zostawmy żonę.- postanowiła Anka.- Inni kandydaci na trucicieli?
-No ba! Całe mnóstwo. Zastraszani dłużnicy, oszukani kolesie po fachu, niezadowoleni klienci, zdesperowani wspólnicy... Wymieniać dalej?
-Nie, błagam.- Jęknęła Anka. -Nie wymieniaj, bo dnia nam zabraknie. Jednym słowem czeka nas prześwietlenie i przepytanie całego miejscowego półświatka, tropiąc potencjalnego mordercę jednego spośród nich samych.- Odsunęła Cwela śpiącego spokojnie pod biurkiem, włączyła komputer i z cierpiętniczą miną zapatrzyła się w wyskakujące na monitorze dane.- Bosko, kuźwa!


Kathy-Na pochyłe drzewo...
Montana- i Salomon nie naleje. Hej, jak tam?
Kathy- Cześć Prezeskocico. Sprawa załatwiona pomyślnie. Podziękuj Delfinowi za przesyłkę, była znakomitej jakości. Aha, grający na flecie już się pojawili.
Montana- Serio? Szybko jakoś, a przecież to był szczur-samotnik. Potrzebujesz czegoś?
Kathy- Nie, wszystko pod kontrolą.
Montana- Okej, przekażę reszcie dobrą nowinę. Do następnego.
Kathy- Pa.


Systematyczne godziny tresury zaczynały przynosić efekty. Cwel siedział grzecznie u stóp Tomasza, choć głowa szczeniaka kręciła się na wszystkie strony a nos węszył zapamiętale, bo wokół unosiły się pasjonujące wonie. Pies pociągnął na próbę smycz, lecz policjant zdecydowanym szarpnięciem przywołał zwierzę do porządku. Cwel ziewnął szeroko, wywalił ozór i zaczął ziać zarówno z gorąca, jak i z nudy. Zerknął na swego pana rozmawiającego z interesująco woniejącym osobnikiem.
-Panie, ja tam nic nie wiem.- Zapachniało pasztetową i przetrawionym winem.- Słyszałem to i owo, ale na własne oczy nie widziałem. I mówię od razu, że do żadnego sądu się nie wybieram. Czasu nie mam. Żniwa trza skończyć, łąka czeka na skoszenie. Panie, mowy nie ma!
Rolnik zmierzył policjanta nieprzyjaznym spojrzeniem.
-Spokojnie, nikt na razie nie mówi o sądach. Proszę mi opowiedzieć o tym Stefańczyku. Podobno miał problemy z Wybickim.
Gospodarz przeniósł wzrok na swój traktor, zerknął na Cwela, splunął siarczyście i zapatrzył się w dal.
-Ja tam nic nie widziałem, ale ponoć faktycznie grubo było. Cztery lata temu Stefańczyk pożyczył od Gaucza 300 tysięcy. Rok był wtedy cienki, pszenicę grad wybił, świnie zachorowały, weterynarz kazał całe stado wybić, w banku kredyty, w domu dzieciaki i żona w ciąży, chłop miał nóż na gardle. Nie wiem jaka tam umowa między nimi była, ale Stefańczyk zaklina się, że kasę co do złotówki, plus umówiony procent oddał. Gaucz to jednak hiena w krawacie, panie. Zabrał ciągnik, przejął 20 hektarów. Mówiłem Stefańczykowi, żeby z hieną biznesów nie kręcił, ale mnie nie słuchał. To tera ma!
Zebrał ślinę i jeszcze raz splunął. Spojrzał w końcu w oczy policjantowi.
-Sam Gaucz jednak to małe piwo. Chuderlawy, niski, byle chłop od nas dałby mu radę z zamkniętymi oczami i związanymi rękami do tego. Problemem był jego goryl, ten Wybicki. Ten to, panie, sumienia nie miał. Zwierz po prostu. Ponoć straszył, że jak Stefańczyk kasy nie da to mu dzieci zamorduje a mięso Chińczykom sprzeda. Wywiózł go kiedyś do lasu i pętlę na drzewo zarzucił. Dziurę w ziemi kazał kopać. Bydlak, panie! Nie dziwota, że Stefańczyk...
Przerwał przestraszony i znów spojrzał w dal.
-Ale ja tam nic nie wiem. Ja nic nie wiem.



Każdy człowiek jest zadowolony, gdy w ciągu godzin pracy nieoczekiwanie zyskuje przerwę. Każdy niewinny człowiek. Justyna Wybicka była bardzo niezadowolona i sam ten fakt sprawiał że Anka traktowała kobietę podejrzliwie.
-Oczywiście mogę zabrać panią na komendę i tam przesłuchać, w obecności kamer, kolegów i żądnych sensacji innych skazanych. Woli pani tę wersję?
Justyna wydęła usta i założyła nogę na nogę.
-No dobrze. Co chce pani wiedzieć?
Dyskretnym ruchem policjantka włączyła dyktafon.
-Jak długo byliście małżeństwem?
- Cztery lata.
-I co spowodowało decyzję o rozstaniu?
-No cóż, nic specjalnego.- Wybicka wzruszyła ramionami.-Namiętność się wypaliła, miłości chyba nigdy nie było, coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie. Damian nie dał mi dziecka więc poświęciłam się pracy, on miał własne sprawy, które niespecjalnie mnie interesowały i jakoś tak samo wyszło.
-Jakie sprawy?
-No, przecież mówię, że mnie nie interesowały. Jakieś biznesy.
-Ale pieniądze z biznesów już panią interesowały?- Anka próbowała wyprowadzić kobietę z równowagi w nadziei, że padną jakieś nieprzemyślane słówka, Wybicka jednak nie dawała zbić się z tropu.
-No oczywiście. Jako księgowa nie zarabiam kokosów, a w końcu mąż ma przecież jakieś obowiązki. Zamiast czasu i zainteresowania dawał mi prezenty i szmal, a ja w końcu przyzwyczaiłam się do takiego stylu życia, i nie tęskniłam za innym.
-Jednak w końcu postanowiła się pani rozwieść. Co się zmieniło?
Ze skórzanej torebki Wybicka wyciągnęła puder oraz małe, kieszonkowe lusterko. Przez chwilę wpatrywała się w swoje oblicze udając że poprawia makijaż.
- Zaczęłam się go bać.- Kobieta ściszyła głos.-Był coraz bardziej agresywny. Krzyczał, wpadał w szał nie wiadomo dlaczego, raz mnie uderzył. Nie wiem, może brał narkotyki, albo dopalacze? –Chusteczką wytarła pojedynczą łzę.- Przestał dawać mi kasę, o prezentach nie mówiąc. Złożyłam więc pozew o rozwód z winy męża.
-Jak zareagował?
-Właściwie to olał.- Wybicka była tym faktem wyraźnie oburzona.- Stwierdził tylko że w sądzie mnie zniszczy i wyszedł na kolejne ze swoich spotkań.
-Więc to pani zniszczyła jego?
-Skąd!- oburzyła się Wybicka.- Pewnie załatwił go jeden ze wspólników.
-Ale śmierć męża nie zasmuciła pani specjalnie.- Drążyła Anna.
-O tyle, o ile.- Przyznała wdowa.-Nie kochałam go. Nie muszę szarpać się w sądzie, dziedziczę po nim z nikim się nie dzieląc.- Spojrzała w oczy policjantki.- Wiem jak to wygląda, ale ja nie zabiłam Damiana. Czy jestem podejrzana?
Anna potrzymała chwilę Wybicką w niepewności.
-Na razie nie.- Odpowiedziała w końcu.- Proszę jednak nie opuszczać miasta aż do wyjaśnienia sprawy.
Złość w oczach kobiety powiedziała Ance więcej niż wszystkie wyartykułowane do tej pory słowa.

Prawie równocześnie wjechali na podjazd przed budynkiem komendy. Podekscytowana Anna poczekała na Tomka w drzwiach.
-Mam mordercę!
-Mamy truciciela!- W tym samym momencie zawołał Tomasz.
-Co?
Całe popołudnie przerzucali się argumentami i domniemanymi dowodami. Anka była prawie przekonana o winie Wybickiej, a Tomasz, po rozmowie z podejrzanie zestresowanym Stefańczykiem, jemu wkładał do ręki katowski topór.

Tymczasem w sieci wrzało.

Konwaliowa-Kto pod kim dołki kopie...
Montana- Ten jest kowalem własnego losu. Cześć Konwalia, co tam?
Konwaliowa- Przesyłam Wam linka z naszej lokalnej prasy. O tym szczurze z pasieki. Uważam, że wendeta musi być, co za parszywe bydlę!
Kathy- Przeczytałam, zgadzam się z Konwalią. Tylko czy to nie za szybko?
Montana- Kocice, co sądzicie?
Puma- Trochę szybko, ale sam się szczur prosi o deratyzację!
Delfin- I w sumie łatwa akcja. Marija robiła ostatnio remont, na pewno zostało jej trochę pianki montażowej.
Marija- Mam. Mogę wysłać w każdej chwili. Też jestem za.
Napakowana- Potwierdzam. Bilka załatwisz proszki?
Bilka- Owszem. Jutro mam dyżur.
Montana- Dobra dziewczyny, zatwierdzam akcję. Zapraszam do Dzikich Kotów, obgadamy szczegóły. Pamiętajcie kocice, żeby usunąć archiwa. Mrau!



Anka gryzła końcówkę ołówka.
-Z jednej strony to jest zbyt oczywiste, z drugiej, wyjaśnione zabójstwo zazwyczaj okazuje się oczywiste, a mordercą jest członek rodziny. Nie ma co udziwniać.
Tomek rzucił Cwelowi gumową piłeczkę. Pies energicznie zanurkował pod biurko.
-Niby tak.- Westchnął ciężko i wziął od psa zaślinioną zabawkę. - Mój trop okazał się niewypałem. Stefańczyk spłacił dług Gauczowi. Część uzyskał z banku a większość założył za niego szwagier. Sprawdziłem i bank i tego szwagra. Stefańczyk jest czysty, niestety.
-Wybicka nie ma alibi. -Anna zmieniła ołówek na czerwony marker.- Twierdzi że cały czas była w domu, bo akurat tego dnia poczuła się niedysponowana i wzięła wolne. Dziwne, nie? Poza tym strasznie wnerwiło ją, gdy oznajmiłam że ma zakaz wyjazdu poza granice miasta.
Pies zaskomlał niecierpliwie. Tomek ponownie rzucił piłką, prawie strącając z szafki zakurzoną paprotkę.
-Idźmy tym tropem. Dlaczego się wnerwiła?
-A ja wiem? Może miała umówioną wizytę u fryzjera w Szczecinie? Albo kosmetyczkę w Gorzowie?
-A może z jakiegoś powodu chciała się ewakuować?
-Dobra, sprawdźmy czy zabukowała jakiś bilet, zrobiła gdzieś przedpłatę kartą kredytową, zarezerwowała hotel, czy coś w ten deseń. I przydałoby się jeszcze raz ją wymaglować. Przycisnę ją jutro, dziś niech się podenerwuje.- Policjantka odłożyła pogryziony marker.- Dobra, ja lecę na chatę bo moje bliźniaki zapomną jak wygląda matka, a ty leć do szefa po pozwolenia na internetowy research.

Około 1.15 w nocy Ankę obudził dzwonek telefonu. Spojrzała na wyświetlacz i skrzywiła się ujrzawszy twarz Tomasza.
-No hej- spać nie możesz?
W słuchawce zabrzmiał podniecony głos jej partnera.
-Bingo! Dzień po morderstwie pani Wybicka zarezerwowała wycieczkę na Dominikanę w biurze podróży „Niagara”. Dla dwóch osób. Kasa plus kochanek- to niezłe motywy, nie? Chyba ją mamy!

Miesiąc później


Dzikie koty z pastelowymi pazurami
08.06- środa.
Cześć kochane Kocice, przyszedł czas na kolejną eksplorację. Zanim zaczniemy chciałam pogratulować Konwaliowej udanej akcji, działając razem jesteśmy najlepszym pod płotem zespołem deratyzacyjnym. Sądząc z mediów nawet grający na fletach byli pod wrażeniem, hrehrehre. Przechodząc do meritum: słyszałyście na pewno o zmotoryzowanym szczurze, który kilka razy przejechał po żywym psie a swymi dokonaniami nagranymi telefonem pochwalił się w necie. Grający na fletach szybko go zgarnęli, ale dyrygenci wypuścili, stwierdzając niepoczytalność. Cóż, wyleczymy go z niej. Kogo mamy na Dolnym Śląsku? Wasza Montana.
Hasło na jutro: nie taki diabeł straszny, odzew: jak baba z wozu.

Konwaliowa- Dzięki Prezeskocico. Jednak bez pomocy naszej Bilki byłoby trudno. To był wielki kawał szczura.
Bilka- Cała przyjemność po mojej stronie. W końcu na coś przydaje się ta cała farmacja.
Napakowana- Brawo koteczki! Teraz zastanówmy się nad nowym wyzwaniem.
Kathy-Dla tego szczura musimy wymyślić coś wybitnie spektakularnego. Mój syn jest flecistą, mogę mu buchnąć lizaka i bloczek mandatowy.
Montana- OK. Możemy udać tajniaka i zatrzymać szczura w jakimś ustronnym miejscu.
Delfin-Przywiązać do drzewa w wielkim mrowisku?
Marija- Mój wnuk ma wiertarkę udarową. Wywiercimy w szczurku parę dziurek?
Kathy- Śmierć tysiąca cięć. Przywiążemy do drzewa i będziemy...
Bilka- No, to ciekawe, co będziemy Kathy?
Montana- Pewnie wywaliło ją z neta.
Napakowana- Albo zupa z gara wykipiała hrehrehre.
Montana- Dobra Kociczki, ostrzymy pazurki i wysilamy łebki. Do pogadania za tydzień. W razie czegoś pilnego skrzynka kontaktowa ta co zawsze. Spadamy z płota. Mrau!

-Powiem ci Pajac, że to jest żałosne.
Po spisaniu zeznań świadków i zainkasowaniu prawa jazdy pijanemu kierowcy Anna i Tomasz wracali do komendy policji.
-Nie zdziwię się, jak stary na stałe przeniesie nas do drogówki. Dobrze że choć Cwel robi postępy, bo my spapraliśmy sprawę Wybickiego na cacy!
Tomasz zerknął w lusterko i wyprzedził ciągnącego się przed nimi golfa.
-Życie, co zrobisz.- Policjant wzruszył ramionami.- W sumie nie ma czego żałować, to była gnida. Co za różnica kto go kropnął?
-Cóż za profesjonalizm! Policjant idealny! Stefańczyk żyje sobie jak pączek w maśle, a Wybicka śmieje się z nas na tej cholernej Dominikanie.
-W końcu okazała się niewinna, to i pojechała.
-Kurde, a wszystko wskazywało na nią. Kto by pomyślał że kochanek okaże się przyjaciółką detektywem, a rozwiązanie problemów- kompromitującymi zdjęciami małżonka.
Skręcali już na policyjny parking, gdy odezwała się komórka Tomasza. Mężczyzna słuchał chwilę w milczeniu, po czym skręcił gwałtownie kierownicę, włączył koguta i zawrócił na miasto.
-Co jest?
-Dzwoniła moja matka. Jest w histerii. Chyba wykańcza się ten jej kot.
-Jezu!
-Ona kocha go nad życie. – Głos Tomasza zadrżał.- I powiem ci, że dopiero teraz, kiedy mam Cwela, rozumiem ją.

Po kilku chwilach byli na miejscu. Pokonując po kilka schodów naraz wpadli do mieszkania starszej pani.
-Mamo?
-Boże, synu! Heathcliff się dusi! Co chwilę traci przytomność! Szybko, musimy jechać do weterynarza!
Maryna Pajacykow już była ubrana. Podpierając się laską stała niepewnie na osłabionej po niedawnym złamaniu nodze i przytulała zapłakaną twarz do transportera, w którym nieruchomo leżał stary kocur.
-Już mamo, już. Wezmę kota i pojadę sam, przecież nie zejdziesz ze schodów!
-Mowy nie ma.- Kobieta otarła twarz i podeszła do drzwi.- Może to jego ostatnie chwile. Muszę być z nim do końca. Weź mnie na ręce, Ania zniesie transporter z Heathcliffem. Szybko!
Nie tracąc czasu na zbędne dyskusje policjanci podporządkowali się woli załamanej kobiety. Sporym problemem okazało się umieszczenie starszej pani na fotelu pasażera, bo za żadne skarby świata nie chciała puścić klatki z ledwie żywym kotem.
-Dobra.- Tomasz przejął inicjatywę.- Anka przesuń fotel na maksa do tyłu i wróć do domu. Włącz sobie kompa, telewizor, poczytaj czy coś. My lecimy.
Rzucił partnerce klucze od mieszkania matki i z piskiem opon ruszył w kierunku niedalekiej lecznicy.

Anka weszła do pokoju i ciężko usiadła w fotelu. Całym sercem współczuła biednej kobiecie i miała szczerą nadzieję że uda się uratować kota. Wzięła do ręki leżące na stoliku czasopismo i przerzuciła kilka stron. Po kwadransie wstała i zerknęła przez okno. Nic. Usiadła przy biurku. Migająca lampka informowała o włączonym komputerze. Kliknęła. Na monitorze ukazała się startowa strona jakiegoś bloga. Na drewnianym płocie siedziały koty z kolorowymi pazurami. Odruchowo przesunęła kursor myszki. Zaczęła czytać. Jezu! Kathy? Heathcliff? Coś zaskoczyło w jej głowie. Wichrowe wzgórza! Jezu! Wszystkie puzzle nagle wskoczyły na miejsce i ułożyły się w nieprawdopodobną perspektywę.

Patrząc na pusty transporter i zapłakaną twarz pani Maryny Pajacykow, Anka wiedziała, że Heathcliff biega już za Tęczowym Mostem. Niewyraźna mina Tomka i rozpacz jego matki mówiły same za siebie. Kobieta usiadła w swój wózek i zapatrzyła się w dal. Tomasz niespokojnie zerknął na zegarek. Policjantka podeszła do swego partnera.
-Jedź. Ja z nią trochę posiedzę, nie powinna teraz zostać sama, a kobieta zawsze lepiej zrozumie kobietę.
-Na pewno?
-Na pewno. Jedź.
Uściskawszy matkę Tomek wyszedł z mieszkania cicho zamykając za sobą drzwi. Anka skierowała się do kuchni i przygotowała dwie filiżanki herbaty. Gdy wróciła zastała Marynę w tym samym miejscu, z tym samym pustym spojrzeniem. Odstawiła filiżanki na stół i położyła swą rękę na spracowanej dłoni kobiety. Starsza pani z wdzięcznością podniosła wzrok.
-Pani Maryno.- Cichym, acz stanowczym głosem odezwała się policjantka.- Proszę mi powiedzieć jak zabiła pani Damiana Wybickiego?

-Nie!- Blada twarz Tomka zrobiła się jeszcze bledsza.
-Niestety. Przyznała się do wszystkiego. Zaczaiła się przy drzwiach. Gdy usłyszała kroki sąsiada otworzyła drzwi i poprosiła o pomoc przy cieknącym kranie, który wcześniej celowo zepsuła wyciągając uszczelkę. W ramach podziękowania poczęstowała go ciastkiem nadzianym strychniną, którą z kolei dostała przesyłką kurierską od jednej z tych kocic, u której akurat przeprowadzano w piwnicy deratyzację.
-Matko jedyna!
-To nie wszystko. Te same kocice załatwiły gościa, który pod Krosnem zniszczył pasiekę, wstrzykując w otwory wylotowe uli piankę montażową. Uśpiły gościa jakimiś prochami, związały, a gdy się ocknął zrobiły mu to samo. Zapakowały mu piankę w usta i nos i patrzyły jak się dusi.
-Jezu!
-Mało tego.
-Nie, błagam! Jeszcze coś?- Twarz Tomasza była bielsza niż najbielsze prześcieradło.
-Twoja matka zamierzała wziąć udział w kolejnym morderstwie. Chciała ukraść ci lizaka i wysłać na Śląsk, gdzie te piekielne kocice szykowały kolejną akcję.
-Boże, Anka. Moja niepełnosprawna, stara matka jest wielokrotną morderczynią! I co ja mam teraz zrobić?!
Policjantka podeszła do załamanego partnera, obiema rękami objęła jego twarz i spojrzała w oczy.
-Nic.
-Co?
-Nic nie zrobimy. One, te emerytki, wymierzały sprawiedliwość. Czekały aż tymi szczurami zajmie się policja. Zazwyczaj czekały na darmo. Ci zwyrodnialcy albo odchodzili wolno, albo dostawali śmieszne kary finansowe.
-Nic?- Tomasz wciąż był w szoku.
-Nic. Co byś zrobił, gdyby jakiś oprych skrzywdził Cwela? Skatował i wyrzucił przez okno? Założył worek na głowę i udusił? Spalił żywcem?
-Zabiłbym gnoja!

-No właśnie. I dlatego nie zrobimy nic. A twoja matka obiecała mi na wszystkie świętości, że Kathy zniknie na zawsze. I jestem pewna, że słowa dotrzyma.



Epilog

Maryna Pajacykow szykowała sobie kolację. Czarny kocur leżał na jej kolanach wygrzewając bolące stawy kobiety.
-Co tam Kmicic? Masz chęć na wątróbeczkę?
Kot zamiauczał twierdząco.
-Masz skarbie, jedz. Świeżutka, od Kica, nie jakieś ochłapy z marketu.
Kot zajął się konsumpcją a starsza pani z kanapką w dłoni zasiadła przy komputerze.

Montana-Kto rano wstaje...
Oleńka- Ten leje jak z cebra. Cześć kocice! Co dziś mamy na tapecie?