a
wtorek, 5 marca 2019
Propozycja-akwizycja
My- Polacy, jako naród, mamy najróżniejsze opinie w świecie. Niemcy żartują nieśmiesznie, że przyjeżdżają do nas na wakacje pociągami, bo ich auta już tu są. Czesi nabijają się, że upijamy się częściej od nich, choć statystycznie na jednego Polaka przypada o wiele mniej napojów wyskokowych rocznie, niż na Czecha. Ale cóż- kto próbował czeskiego piwa i porównał jego moc z naszym, ten wcale się temu nie dziwi. Włosi uważają, że jesteśmy bardzo pobożnym narodem- pewnie za przyczyną nieodżałowanego Jana Pawła Drugiego, a dla odmiany Anglicy krytykują Polaków za rasizm i nietolerancję. Wszyscy jednak zgadzają się, że nasza gościnność nie ma sobie równych.
Natchniona wolnym popołudniem i piękną, prawie wiosenną pogodą postanowiłam zrobić porządki. Oprócz pogody natchnął mnie również fakt, że ponad godzinę szukałam w szufladach jakiegoś dokumentu. Nie mogłam go znaleźć, więc mamrocząc pod nosem przekleństwa wyrzuciłam ze złością wszystkie papiery na środek pokoju. Chcąc nie chcąc, musiałam je posegregować, a przy okazji powstał wielki stos papierzysk do wyrzucenia. Oprócz starych faktur i rachunków, w stosie tym znalazła się cała fura zapomnianych zaproszeń, które przeglądałam z coraz większym zdumieniem i rozbawieniem.
Było tam zaproszenie na pokaz niesamowitych garnków w niewiarygodnie niskiej cenie- 3000 nowych złotych polskich. Za sztukę. Chyba były to garnki- samowarki ;) Na degustację żywności przechowywanej w tajemniczych pojemnikach, które to wydłużały trzykrotnie świeżość włożonych weń produktów. Na prezentację cudownej pościeli, która leczy ciało i duszę podczas snu. Najciekawsze było zaproszenie od firmy medycznej, która namawiała do kupna fotela masującego, bezzwłocznie usuwającego wszelkie bóle kręgosłupa, zapobiegającego osteoporozie i leczącego bezsenność. Każdy uczestnik pokazu miał otrzymać w prezencie pieluchomajtki w odpowiednim rozmiarze- od S do XXL. Domyślam się, że fotel ten tak doskonale relaksował, że masowany osobnik ignorował nawet fizjologiczne potrzeby. Do kosza na śmieci trafiły też zaproszenia na degustację pieczywa bezglutenowego upieczonego w maszynie do robienia chleba i sałatek owocowo-warzywnych z produktów krojonych specjalnym, niezabijającym witamin nożem. Nie skorzystałam również- o głupia ja!- z kosmetyków na bazie naturalnego kollagenu. A szkoda, bo przy kupnie towaru za minimum 500 złotych, dostałabym w prezencie piękny, plastikowy grzebień do włosów. Nie rozumiem, jak mogłam przegapić taką okazję!
Siłą rzeczy, podczas przeglądania tony makulatury, pomyślałam o zaproszeniach i ofertach składanych telefonicznie. Zaproszeniach do banku, gdzie specjalnie dla mnie przygotowano umowę kredytową. Propozycjach pomocy przy uzyskaniu odszkodowania. Za co? A nieważne- za coś się zawsze znajdzie ;) Ofertach ubezpieczenia od wszelkich wypadków- najbardziej inspirująca była polisa na wypadek pogryzienia przez wściekłego psa! Najkorzystniejszych ofertach pakietów internetowo-komórkowo-tabletowo-smartphonowo-palmtopowo-icotamjeszcze.
Dziś jestem konkretna - dziękuję i się rozłączam, ale zanim się nauczyłam, każdy telefon, dzwoniący zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie, był zmorą. Kilka minut upływało, zanim przepraszając i tłumacząc, czekając aż akwizytor zrobi przerwę na wzięcie oddechu, udało mi się wejść w słowo elokwentnego rozmówcy, by z lekkim wyrzutem sumienia stwierdzić, że nie jestem zainteresowana nabyciem saturatora ze źródlaną wodą. I nie, naprawdę nie chcę pieniędzy, które mi proponuje.
Swoją drogą współczuję pracownikom tych akwizytorskich firm- ciężki kawałek chleba. Kilka razy na minutę ktoś posyła ich do diabła, nie raz i nie dwa słyszą pewnie rynsztokowe bluzgi.
Białe nie zawsze jest białym, a czarne czarnym.
Gościnność i hojność. Cechy kojarzące się jak najbardziej pozytywnie, a jednak umiejące utrudnić życie a nawet doprowadzić do szewskiej pasji. Kultura osobista- wypada ją mieć, okazuje się jednak, że czasem przeszkadza. Z kolei odrobina egoizmu, a nawet chamstwa, wychodzi niekiedy człowiekowi na dobre.
środa, 23 stycznia 2019
Natura próżni nie lubi
Fatalnie zaczął się dla mnie ten rok. Prawie równie fatalnie, jak zakończył zeszły. Ale to już wiecie.
Dzień po świętach Saba zakończyła swe życie, a w kolejny wieczór Sonia dała susa przez płot i, pomimo wielkiej pomocy ludzi-znajomych i całkiem obcych, wszelki ślad po niej zaginął. Nie będę pisała o tym co przeżyłam i wciąż przeżywam. Ile łez wylałam i nie przespałam nocy. Każda z Was wie to doskonale i równie doskonale rozumie. Nie dziwicie się więc pewnie wcale, że nie mam chęci ani do pisania, ani czytania, ani w ogóle do niczego. Snuję się jak jakieś zombie, a dni mijają prawie nie różniąc się od siebie.
Paradoksalnie najgorsze są te dni słoneczne, z rześkim, zimowym powietrzem, bielą i iskrzeniem śniegu, zapraszające do spaceru. Patrzę przez okno i wspominam jak łaziłyśmy sobie po polach, ganiałyśmy po lesie, czy po prostu bawiłyśmy się na własnym podwórku. Patrzę przez okno, a łzy same ciekną mi po policzkach. Jerzy zerka na mnie ze współczuciem, proponuje spacer, czy jakąś wyprawę za miasto, lecz wiem, że to nic nie da. Spróbowałam raz- przez całą drogę wyłam jak syrena. Każde miejsce przypominało mi jakąś sytuację z którymś z psów w roli głównej. Brakowało mi ich zimnych nosów, merdających ogonów, odciśniętych w śniegu łap, wesołego szczekania i w ogóle... Do dupy z takim spacerem.
Stoję więc w oknie i obserwuję ptaki. Choć zima nie jest u nas jakoś szczególnie śnieżna ani mroźna, ptaki przylatują całymi stadami. W przeważającej ilości sikorki i mazurki. Czasem trafi się kos z żółtym dziobem, zięba błyśnie niebieską czapeczką czy rudzik wypnie pomarańczową pierś. Na pniu starej węgierki kilka razy przysiadł dzięcioł. Regularnie odwiedzają mnie też sroki- ciekawe czy któraś z nich to Klara?[pamiętacie sroczkę "wypadniętą" z gniazda?] Odkąd nie ma psów śmielej siadają na trawie i szukają jakichś smakołyków. Nie raz i nie dwa widzę jak podrywają się do lotu trzymając w dziobach niezauważonego przeze mnie, lub zapomnianego orzecha włoskiego. Amatorów orzechów jest zresztą więcej. Któregoś razu wypatrzyłam szczura, który spokojnie, bezstresowo, z orzechem w pyszczku maszerował do swej kryjówki wśród opałowego drewna. Stałe widoki, przewidywalne dni. A jednak...
Dzisiejszego poranka odwiedził mnie jeszcze ktoś. Siedzę sobie przy stole, popijam kawę i usiłuję wmówić sobie, że te otręby z jogurtem są naprawdę zajebiste, gdy nagle w karmniku zapanował popłoch. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie ptaki poderwały się równocześnie i zgodnie przeniosły na czubek śliwki.
Zaintrygowana, wyostrzyłam zmysł wzroku. Pod ptasią stołówką zauważyłam jakiś podejrzany ruch. Nie znam się na kotach, moją miłością zawsze były psy, wiem jednak, że trójkąt: pies, kot i ptak, niekoniecznie musi być udany, poderwałam się więc z krzesła, aby w lodówce poszukać czegoś smaczniejszego niż sikorka. Z kawałkiem smażonej piersi z wczorajszego obiadu wyszłam na taras. Szaro-rudy cień śmignął za choinkę. Postałam chwilkę, pomachałam kąskiem, aby smakowita woń rozeszła się po okolicy i próbowałam przywołać gościa zachęcającym: kici- kici. Żadne z moich działań nie przekonały futrzastego gościa do ujawnienia się. Położyłam więc kąsek na podłodze tarasu, wróciłam do domu i, łapiąc po drodze komórkę, zajęłam strategiczne miejsce przy drzwiach balkonowych. Po kilku chwilach kot przycupnął sobie jak gdyby nigdy nic, na podłodze altanki.
Jednak zapach kusił ;)
Zachęcony bezruchem przysiadł sobie na tarasie, udając, że ten kawałek kurczaka w ogóle go nie rusza, w każdej chwili gotowy zwiać.
W końcu chapnął smakołyk i popatrzył mi prosto w oczy.
Chciałam poczęstować go jeszcze jedną porcyjką, wstawałam z podłogi bardzo powoli, ale na mój pierwszy ruch kot zniknął bezszelestnie niczym duch i tylko tłusty ślad po kurczaku świadczył o jego niedawnej obecności.
Ciekawe czy jeszcze wróci.
Mimochodem, rozmyślając i wybierając zdjęcia na których cokolwiek widać, naszły mnie dwie wiekopomne i odkrywcze myśli:
Po pierwsze- natura próżni nie lubi. Wystarczyło kilka raptem tygodni i już miejsce psa próbuje zagarnąć kot.
Po drugie- muszę umyć okno...
Dzień po świętach Saba zakończyła swe życie, a w kolejny wieczór Sonia dała susa przez płot i, pomimo wielkiej pomocy ludzi-znajomych i całkiem obcych, wszelki ślad po niej zaginął. Nie będę pisała o tym co przeżyłam i wciąż przeżywam. Ile łez wylałam i nie przespałam nocy. Każda z Was wie to doskonale i równie doskonale rozumie. Nie dziwicie się więc pewnie wcale, że nie mam chęci ani do pisania, ani czytania, ani w ogóle do niczego. Snuję się jak jakieś zombie, a dni mijają prawie nie różniąc się od siebie.
Paradoksalnie najgorsze są te dni słoneczne, z rześkim, zimowym powietrzem, bielą i iskrzeniem śniegu, zapraszające do spaceru. Patrzę przez okno i wspominam jak łaziłyśmy sobie po polach, ganiałyśmy po lesie, czy po prostu bawiłyśmy się na własnym podwórku. Patrzę przez okno, a łzy same ciekną mi po policzkach. Jerzy zerka na mnie ze współczuciem, proponuje spacer, czy jakąś wyprawę za miasto, lecz wiem, że to nic nie da. Spróbowałam raz- przez całą drogę wyłam jak syrena. Każde miejsce przypominało mi jakąś sytuację z którymś z psów w roli głównej. Brakowało mi ich zimnych nosów, merdających ogonów, odciśniętych w śniegu łap, wesołego szczekania i w ogóle... Do dupy z takim spacerem.
Stoję więc w oknie i obserwuję ptaki. Choć zima nie jest u nas jakoś szczególnie śnieżna ani mroźna, ptaki przylatują całymi stadami. W przeważającej ilości sikorki i mazurki. Czasem trafi się kos z żółtym dziobem, zięba błyśnie niebieską czapeczką czy rudzik wypnie pomarańczową pierś. Na pniu starej węgierki kilka razy przysiadł dzięcioł. Regularnie odwiedzają mnie też sroki- ciekawe czy któraś z nich to Klara?[pamiętacie sroczkę "wypadniętą" z gniazda?] Odkąd nie ma psów śmielej siadają na trawie i szukają jakichś smakołyków. Nie raz i nie dwa widzę jak podrywają się do lotu trzymając w dziobach niezauważonego przeze mnie, lub zapomnianego orzecha włoskiego. Amatorów orzechów jest zresztą więcej. Któregoś razu wypatrzyłam szczura, który spokojnie, bezstresowo, z orzechem w pyszczku maszerował do swej kryjówki wśród opałowego drewna. Stałe widoki, przewidywalne dni. A jednak...
Dzisiejszego poranka odwiedził mnie jeszcze ktoś. Siedzę sobie przy stole, popijam kawę i usiłuję wmówić sobie, że te otręby z jogurtem są naprawdę zajebiste, gdy nagle w karmniku zapanował popłoch. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie ptaki poderwały się równocześnie i zgodnie przeniosły na czubek śliwki.
Zaintrygowana, wyostrzyłam zmysł wzroku. Pod ptasią stołówką zauważyłam jakiś podejrzany ruch. Nie znam się na kotach, moją miłością zawsze były psy, wiem jednak, że trójkąt: pies, kot i ptak, niekoniecznie musi być udany, poderwałam się więc z krzesła, aby w lodówce poszukać czegoś smaczniejszego niż sikorka. Z kawałkiem smażonej piersi z wczorajszego obiadu wyszłam na taras. Szaro-rudy cień śmignął za choinkę. Postałam chwilkę, pomachałam kąskiem, aby smakowita woń rozeszła się po okolicy i próbowałam przywołać gościa zachęcającym: kici- kici. Żadne z moich działań nie przekonały futrzastego gościa do ujawnienia się. Położyłam więc kąsek na podłodze tarasu, wróciłam do domu i, łapiąc po drodze komórkę, zajęłam strategiczne miejsce przy drzwiach balkonowych. Po kilku chwilach kot przycupnął sobie jak gdyby nigdy nic, na podłodze altanki.
Jednak zapach kusił ;)
Zachęcony bezruchem przysiadł sobie na tarasie, udając, że ten kawałek kurczaka w ogóle go nie rusza, w każdej chwili gotowy zwiać.
W końcu chapnął smakołyk i popatrzył mi prosto w oczy.
Chciałam poczęstować go jeszcze jedną porcyjką, wstawałam z podłogi bardzo powoli, ale na mój pierwszy ruch kot zniknął bezszelestnie niczym duch i tylko tłusty ślad po kurczaku świadczył o jego niedawnej obecności.
Ciekawe czy jeszcze wróci.
Mimochodem, rozmyślając i wybierając zdjęcia na których cokolwiek widać, naszły mnie dwie wiekopomne i odkrywcze myśli:
Po pierwsze- natura próżni nie lubi. Wystarczyło kilka raptem tygodni i już miejsce psa próbuje zagarnąć kot.
Po drugie- muszę umyć okno...
czwartek, 27 grudnia 2018
Ten cholerny tęczowy most...
Wydawać by się mogło, że ponad 15 lat to aż nadto. Szczególnie jeśli życie było spokojne, udane i w kochającym domu. Odeszła. Zbyt wcześnie. Zawsze byłoby zbyt wcześnie. Różnie radzimy sobie z bólem i żalem. Jeden jak wściekły rąbie drewno, drugi zamknął się w kiblu i udaje że nie ryczy, ja oglądam zdjęcia i wspominam. Całe stosy zdjęć i tysiące wspomnień. Żegnaj Sabinko- obyś za tęczowym mostem była równie szczęśliwa, jak tu- razem z nami.
Śpij malutka...
Śpij malutka...
niedziela, 23 grudnia 2018
Najlepsze prezenty
Uwielbiam przedświąteczny czas!
Lubię zapach choinki, pieczonych pierników i obieranych mandarynek. No... może lekko marszczę nos gdy smażę ryby.
Nie przeszkadzają mi tłumy w marketach ani korki na ulicach. Stojąc w kilometrowej kolejce do kasy obserwuję ludzi i dziwi mnie, że tak się miotają, denerwują, przeklinają i krzywią. Skoro tak bardzo się męczą, dlaczego nie zrobili zakupów wcześniej? Nie zamówili online? W dzisiejszych czasach mamy mnóstwo możliwości. Słucham opowieści jak to jedna rąk nie czuje od lepienia pierogów, druga ma już dość i najchętniej przespałaby całe te święta, a trzecia jęczy, że brakuje jej jeszcze pięciu prezentów. Jezu! Po cholerę aż tak bardzo utrudniamy sobie życie?
Nasza rodzina już dawno ogarnęła świąteczny temat i nie przejmujemy się faktem, że choć święta jeszcze się nawet nie zaczęły, w słoju z piernikami już widać dno.
Gospodarz domu zmienia się co roku. Żarciowo dzielimy się po równo a losowanie prezentów robimy na wspólnym obiedzie, na którym, też tradycyjnie, spotykamy się zawsze pierwszego listopada po wizycie na cmentarzu. I tak już od wielu lat. Bez spinki, zarabiania się i stresu.
Spotykamy się godzinkę wcześniej, dziewczyny szykują jedzenie, panowie rozkładają stół, dzieci nakrywają do uroczystej kolacji, psy kręcą się pod nogami czyhając na okazję. Skłamałabym twierdząc że wszystko idzie jak z płatka. Nie ma aż tak dobrze. Dwa razy posolona woda, spalone naleśniki, przewrócona choinka czy stłuczony talerz zdarza się prawie zawsze. Wrzaski na dzieci, gromy na mężów, czasem nawet jakaś łza spływająca po policzku... Wszystko jednak przestaje być istotne gdy zasiadamy przy stole. Dzieląc się opłatkiem zapominamy o krzywdach i wzajemnie życzymy sobie wszystkiego najlepszego. Po kolacji najmłodsze z dzieci- czyli u nas Michalinka, nurkuje pod choinkę i każdemu wręcza prezent od Mikołaja. Choć w zdecydowanej większości wiemy co znajdziemy w ozdobnym pudełku, ochoczo bierzemy udział w corocznej pantomimie. Zachwycona mina, okrzyk radości i gorące podziękowania dla hojnego świętego. Jest wesoło i gwarno. Na białym obrusie rośnie plama po czerwonym barszczu, w wodzie rozpada się zapomniany pieróg, dzieci wycierają umorusane czekoladą buźki w świeżo wyprane kuchenne ścierki, panowie rozsiadają się wygodne w sofach i włączają telewizor a panie nadrabiają zaległości w plotkach. No, po prostu zwyczajne święta ; )
W miarę możliwości od razu korzystamy z prezentów. Przelewamy herbatę do kubka z reniferem, zakładamy kapcie z kolorowymi pomponami, do przegródki nowego portfela wrzucamy łuskę z grzbietu świątecznego karpia. Otwarcie okazujemy radość z prezentu i cieszymy się patrząc na zadowoloną minę obdarowanego przez nas.
Bo nie rozumiem pojęcia; nietrafiony prezent. Co z tego, że nie potrzebny nam kolejny wyciskacz do czosnku? Że mamy całą szufladę skarpetek i krawatów? Nie nosimy plastikowej biżuterii ani nie lubimy perfum Calvina Kleina? Przecież to wcale nie o to chodzi! Nie chodzi o zwiększenie stanu posiadania, o porównanie co, kto i za ile, o domysły i domniemania. Chodzi o sam fakt, że ktoś zechciał nas czymś obdarować. Że istnieje ktoś, kto chciał nam zrobić przyjemność. Kto poświęcił chwilę, zastanowił się, zadał sobie trud, miał chęć i ją zrealizował. Bo smutną rzeczą jest uświadomienie sobie, że nie ma nikogo kto zechciałby wręczyć nam tę przysłowiową parę skarpet, ale jeszcze smutniejsze gdy sami nie mamy komu tych skarpet podarować.
Wesołych, rodzinno- przyjacielskich Świąt Bożego Narodzenia, kochani! Obyśmy zawsze mieli z kim świętować!
Lubię zapach choinki, pieczonych pierników i obieranych mandarynek. No... może lekko marszczę nos gdy smażę ryby.
Nie przeszkadzają mi tłumy w marketach ani korki na ulicach. Stojąc w kilometrowej kolejce do kasy obserwuję ludzi i dziwi mnie, że tak się miotają, denerwują, przeklinają i krzywią. Skoro tak bardzo się męczą, dlaczego nie zrobili zakupów wcześniej? Nie zamówili online? W dzisiejszych czasach mamy mnóstwo możliwości. Słucham opowieści jak to jedna rąk nie czuje od lepienia pierogów, druga ma już dość i najchętniej przespałaby całe te święta, a trzecia jęczy, że brakuje jej jeszcze pięciu prezentów. Jezu! Po cholerę aż tak bardzo utrudniamy sobie życie?
Nasza rodzina już dawno ogarnęła świąteczny temat i nie przejmujemy się faktem, że choć święta jeszcze się nawet nie zaczęły, w słoju z piernikami już widać dno.
Gospodarz domu zmienia się co roku. Żarciowo dzielimy się po równo a losowanie prezentów robimy na wspólnym obiedzie, na którym, też tradycyjnie, spotykamy się zawsze pierwszego listopada po wizycie na cmentarzu. I tak już od wielu lat. Bez spinki, zarabiania się i stresu.
Spotykamy się godzinkę wcześniej, dziewczyny szykują jedzenie, panowie rozkładają stół, dzieci nakrywają do uroczystej kolacji, psy kręcą się pod nogami czyhając na okazję. Skłamałabym twierdząc że wszystko idzie jak z płatka. Nie ma aż tak dobrze. Dwa razy posolona woda, spalone naleśniki, przewrócona choinka czy stłuczony talerz zdarza się prawie zawsze. Wrzaski na dzieci, gromy na mężów, czasem nawet jakaś łza spływająca po policzku... Wszystko jednak przestaje być istotne gdy zasiadamy przy stole. Dzieląc się opłatkiem zapominamy o krzywdach i wzajemnie życzymy sobie wszystkiego najlepszego. Po kolacji najmłodsze z dzieci- czyli u nas Michalinka, nurkuje pod choinkę i każdemu wręcza prezent od Mikołaja. Choć w zdecydowanej większości wiemy co znajdziemy w ozdobnym pudełku, ochoczo bierzemy udział w corocznej pantomimie. Zachwycona mina, okrzyk radości i gorące podziękowania dla hojnego świętego. Jest wesoło i gwarno. Na białym obrusie rośnie plama po czerwonym barszczu, w wodzie rozpada się zapomniany pieróg, dzieci wycierają umorusane czekoladą buźki w świeżo wyprane kuchenne ścierki, panowie rozsiadają się wygodne w sofach i włączają telewizor a panie nadrabiają zaległości w plotkach. No, po prostu zwyczajne święta ; )
W miarę możliwości od razu korzystamy z prezentów. Przelewamy herbatę do kubka z reniferem, zakładamy kapcie z kolorowymi pomponami, do przegródki nowego portfela wrzucamy łuskę z grzbietu świątecznego karpia. Otwarcie okazujemy radość z prezentu i cieszymy się patrząc na zadowoloną minę obdarowanego przez nas.
Bo nie rozumiem pojęcia; nietrafiony prezent. Co z tego, że nie potrzebny nam kolejny wyciskacz do czosnku? Że mamy całą szufladę skarpetek i krawatów? Nie nosimy plastikowej biżuterii ani nie lubimy perfum Calvina Kleina? Przecież to wcale nie o to chodzi! Nie chodzi o zwiększenie stanu posiadania, o porównanie co, kto i za ile, o domysły i domniemania. Chodzi o sam fakt, że ktoś zechciał nas czymś obdarować. Że istnieje ktoś, kto chciał nam zrobić przyjemność. Kto poświęcił chwilę, zastanowił się, zadał sobie trud, miał chęć i ją zrealizował. Bo smutną rzeczą jest uświadomienie sobie, że nie ma nikogo kto zechciałby wręczyć nam tę przysłowiową parę skarpet, ale jeszcze smutniejsze gdy sami nie mamy komu tych skarpet podarować.
Wesołych, rodzinno- przyjacielskich Świąt Bożego Narodzenia, kochani! Obyśmy zawsze mieli z kim świętować!
wtorek, 6 listopada 2018
Mrówka octowa
Dziś był dzień octów. Niczym mróweczka przelewałam, wyparzałam i odcedzałam. Uzyskałam kilka dobrych litrów domowych octów. W kuchni śmierdziało starymi skarpetami, blaty zawalone były kawałkami gaz i papierowymi filtrami do kawy, pomarszczyły mi się od wody opuszki palców, ale kilkanaście butelek żywego octu wyniosłam do piwnicy. Czynności dnia nie były, jak powinno by się było wydawać, upierdliwe, lecz wręcz ekscytujące, ponieważ domowy ocet robiłam po raz pierwszy w życiu.
Zaczęłam wczesnym latem. W związku z wybitnym urodzajem jabłek dostałam całe wiadro lekko przejrzałych już papierówek. Jeść ich za bardzo się nie dało, bo miały smak, nomen omen, papierowy. Zrobiłam kilka jabłeczników,jeden ryż z jabłkami i garnek kompotu, lecz owoców zostało jeszcze pół wiadra. Nie chciało mi się bawić ze słoikami [bo wiedziałam, że na mojej jabłonce zbiory będą bardzo udane] a żal było wyrzucić. U którejś z blogowych koleżanek znalazłam wpis o octach i zainspirowałam się nim- tego właśnie podświadomie szukałam!
Pokroiłam jabłka na cząstki, zalałam posłodzoną wodą i ...już! Teraz wystarczyło już tylko dać działać siłom Natury. Do boju ruszyły bakterie i drożdże. W słoiku przykrytym kilkoma warstwami ręcznika papierowego nastąpił proces fermentacji, jabłka zaczęły buzować a w kuchni zapachniało tanim winem. Po jakichś trzech tygodniach zbrązowiałe owoce opadły na dno, odcedziłam jabola i rozpoczęła się fermentacja octowa- czyli marnej jakości alkohol zaczął zamieniać się w wysokiej jakości ocet.
Po miesiącu ocet był gotowy, a po kolejnym zużyty ;) Do picia z wodą, do galaretki z kurczaka, do różnych winegretów, ale też do płukania włosów, przemywania twarzy i umycia mikrofalówki. Nikogo więc pewnie nie zdziwi, że gdy sezon jabłkowy zaczął się naprawdę, ponownie nastawiłam ten cudowny płyn. Teraz jednak, jako doświadczona mrówka octowa, postanowiłam zaszaleć. Nastawiłam ocet z jabłek, zielonych winogron i jesiennych malin. Jabłka i maliny zalałam osłodzoną wodą, a z winogron postanowiłam zrobić ocet winny na bazie samego soku.
Słoje stały sobie pod zlewem, buzowały, fermentowały, podśmierdywały i dochodziły. Po odcedzeniu zostawiłam je nieco dłużej w słojach i to był bardzo dobry pomysł. Ocet malinowy cudownie pachnie i jest przejrzyście klarowny. Ocet winny wyszedł nieco mętny, ale zarąbisty w smaku. Kwaśno-słodki, aromatyczny zostawia w ustach posmak świeżych owoców. A w słoju z octem jabłkowym czekała mnie niespodzianka. Podczas przelewania coś plasnęło na sito. Przezroczysta, galaretowata masa- skarb octowników i dowód, że ocet jest naprawdę doskonały- matka octowa.
Pieczołowicie włożyłam ją do małego słoika, zalałam octem i odłożyłam na przyszły rok produkcyjny, bo z całą pewnością będę bawiła się w te klocki ponownie.
Podobno żywy ocet można robić ze wszystkiego; owoców, warzyw, ziół, kwiatów [czarnego bzu, czeremchy, nagietka]. Można też mieszać różne składniki [np. owoce róży i tymianek] i wytwarzać octy jedyne w swoim rodzaju, według własnego smaku i gustu. Ogranicza nas chyba jedynie własna wyobraźnia.
Flaszki z octem wyniosłam do piwnicy, mogą stać nawet kilka lat. W mniejsze buteleczki przelałam ilość potrzebną na kilka dni i ustawiłam na honorowym miejscu. A co, niech patrzą i podziwiają! ;)
Wiem, że wiele z Was robi przeróżne cudeńka, a Wasze blogi są dla mnie nieocenionym źródłem pomysłów. Z jakich dzieł jesteście szczególnie dumne?
Zaczęłam wczesnym latem. W związku z wybitnym urodzajem jabłek dostałam całe wiadro lekko przejrzałych już papierówek. Jeść ich za bardzo się nie dało, bo miały smak, nomen omen, papierowy. Zrobiłam kilka jabłeczników,jeden ryż z jabłkami i garnek kompotu, lecz owoców zostało jeszcze pół wiadra. Nie chciało mi się bawić ze słoikami [bo wiedziałam, że na mojej jabłonce zbiory będą bardzo udane] a żal było wyrzucić. U którejś z blogowych koleżanek znalazłam wpis o octach i zainspirowałam się nim- tego właśnie podświadomie szukałam!
Pokroiłam jabłka na cząstki, zalałam posłodzoną wodą i ...już! Teraz wystarczyło już tylko dać działać siłom Natury. Do boju ruszyły bakterie i drożdże. W słoiku przykrytym kilkoma warstwami ręcznika papierowego nastąpił proces fermentacji, jabłka zaczęły buzować a w kuchni zapachniało tanim winem. Po jakichś trzech tygodniach zbrązowiałe owoce opadły na dno, odcedziłam jabola i rozpoczęła się fermentacja octowa- czyli marnej jakości alkohol zaczął zamieniać się w wysokiej jakości ocet.
Po miesiącu ocet był gotowy, a po kolejnym zużyty ;) Do picia z wodą, do galaretki z kurczaka, do różnych winegretów, ale też do płukania włosów, przemywania twarzy i umycia mikrofalówki. Nikogo więc pewnie nie zdziwi, że gdy sezon jabłkowy zaczął się naprawdę, ponownie nastawiłam ten cudowny płyn. Teraz jednak, jako doświadczona mrówka octowa, postanowiłam zaszaleć. Nastawiłam ocet z jabłek, zielonych winogron i jesiennych malin. Jabłka i maliny zalałam osłodzoną wodą, a z winogron postanowiłam zrobić ocet winny na bazie samego soku.
Słoje stały sobie pod zlewem, buzowały, fermentowały, podśmierdywały i dochodziły. Po odcedzeniu zostawiłam je nieco dłużej w słojach i to był bardzo dobry pomysł. Ocet malinowy cudownie pachnie i jest przejrzyście klarowny. Ocet winny wyszedł nieco mętny, ale zarąbisty w smaku. Kwaśno-słodki, aromatyczny zostawia w ustach posmak świeżych owoców. A w słoju z octem jabłkowym czekała mnie niespodzianka. Podczas przelewania coś plasnęło na sito. Przezroczysta, galaretowata masa- skarb octowników i dowód, że ocet jest naprawdę doskonały- matka octowa.
Pieczołowicie włożyłam ją do małego słoika, zalałam octem i odłożyłam na przyszły rok produkcyjny, bo z całą pewnością będę bawiła się w te klocki ponownie.
Podobno żywy ocet można robić ze wszystkiego; owoców, warzyw, ziół, kwiatów [czarnego bzu, czeremchy, nagietka]. Można też mieszać różne składniki [np. owoce róży i tymianek] i wytwarzać octy jedyne w swoim rodzaju, według własnego smaku i gustu. Ogranicza nas chyba jedynie własna wyobraźnia.
Flaszki z octem wyniosłam do piwnicy, mogą stać nawet kilka lat. W mniejsze buteleczki przelałam ilość potrzebną na kilka dni i ustawiłam na honorowym miejscu. A co, niech patrzą i podziwiają! ;)
Wiem, że wiele z Was robi przeróżne cudeńka, a Wasze blogi są dla mnie nieocenionym źródłem pomysłów. Z jakich dzieł jesteście szczególnie dumne?
piątek, 2 listopada 2018
Hipokryta w lustrze
Mimo że zaczął się już listopad pogoda wciąż sprzyja spacerom. Słonko świeci, widoki przecudne i te liście szeleszczące tajemniczo przy każdym kroku... Chyba właśnie z powodu tego szelestu na spacerową trasę najchętniej wybieram teraz drogę prowadzącą do lasu. Idę sobie, szuram, wdycham jesienne zapachy i obserwuję ostatnie klucze odlatujących żurawi. Gdy nie chce mi się już patrzeć w obłoki, opuszczam wzrok i wypatruję brązowych łebków podgrzybków. Czasem trafi się kilka pysznych kapeluszy, innym razem w koszyku lądują kolorowe liście, szyszka, kilka żołędzi, ciekawa gałązka, czy inne skarby, które nie wiadomo po co tacham do domu. Nie raz i nie dwa oprócz grzybów i kasztanów niosę puszkę po piwie, pustą butelkę czy porwaną reklamówkę.
Oczywiście w spacerze towarzyszą mi psy, które w nosie mają moje znaleziska, i węsząc z zapałem w przetrzebionych z liści krzaczorach, szukają własnych. Nie chcecie wiedzieć jakich...
Szłyśmy więc sobie wszystkie trzy przez las, każda z nosem skierowanym w inną stronę, gdy nagle zatrzymał mnie niezadowolony i rozkazujący głos:
- Ja tam nie mam nic przeciwko psom, ale te kupy to proszę sprzątnąć!
Z niewielkiego młodniaka wynurzyła się pańcia z kilkoma grzybami w koszyku i niezadowoloną miną na twarzy. – Gdyby każdy tak lekceważąco podchodził do tych spraw, to utonęlibyśmy w morzu nieczystości i udusili ze smrodu!- Zbulwersowała się, zmarszczyła z obrzydzeniem nos i głęboko zaciągnęła się trzymanym w ręku papierosem. Przyznam- zrobiło mi się głupio. Faktycznie- własne podwórko sprzątam z psich kup, ale o podwórku Matki Natury to już nie pomyślałam a tłumaczenie, że lisich odchodów też raczej nikt nie sprząta byłoby raczej żenujące. Wstyd się przyznać, ale gdy jakaś psia mina trafi się bezpośrednio na drodze to po chamsku wykopywałam ją w pole lub na pobocze. Już miałam rzucić się w krzaki gdzie któraś z moich suk pewnie wygięła grzbiet w pałąk i choćby gołymi rękami zakopać dowody zbrodni, gdy kobieta zgasiła papierosa o pień starego dębu, wzięła zamach i wyrzuciła peta wprost w młodnik, z którego wyszła. Jeszcze raz zmierzyła mnie wzrokiem, z dezaprobatą pokręciła głową i odeszła wyciągając z koszyka paczkę czipsów. Stanęłam jak wryta. Przeszło mi przez myśl, że chyba wiem gdzie znajdzie się puste opakowanie i na złość kobiecie postanowiłam zostawić psie kupy własnemu losowi, przekonana że i tak zutylizują się szybciej niż beztrosko wyrzucony niedopałek.
Kolejne minuty spaceru upłynęły mi na wymyślaniu inwektyw na babsko. Że wścibska, wredna, chamska, a nade wszystko hipokrytka! Jak można upominać ludzi, pouczać ich i krytykować a samemu robić tak samo, albo jeszcze gorzej.
Gdy już się nawściekałam, przyszedł czas na lekką konsternację. Cóż... jeszcze kilka lat temu sama paliłam i zdarzało się, że pet lądował na chodniku lub w jakichś krzakach...
Odkryłam smutną prawdę: tak naprawdę wszyscy jesteśmy w większym, lub mniejszym stopniu hipokrytami! Ilu z nas krzyczy na dzieci za coś co sami robimy nagminnie? Krytykuje innych za czyny, które sam popełnia? Publicznie wypowiada słowa, których wstydzi się w domowym zaciszu? Bo tak wypada, tak bezpieczniej, tak mówią inni...
Sami się oszukujemy. Wegetarianin kupuje buty lub torebkę ze skóry. Bojowniczka o prawa zwierząt wklepuje w policzki krem testowany na laboratoryjnych myszach. Wróg myślistwa chętnie skosztuje kiełbasy z dzika a przeciwnik przemysłowych hodowli obżera się parówkami.
Kandydat na wójta przed wyborami zakłada fanpejdża na fejsbuku i zaprasza do znajomych całą wieś, po wyborach zapomina o nowych znajomych, a strona znika. Ksiądz wyklina dzieci, które chodzą po domach prosząc o cukierka i obiecując psikusa, a nie widzi nic złego we własnym kolędowaniu. Przykłady można mnożyć bez końca. Każdy z nas zna jakiegoś hipokrytę, był świadkiem popełnionej hipokryzji i hipokryzję pewnie popełnił.
Więc może warto pomyśleć, zanim kogoś obsmarujemy i obrzucimy błotem? Ściągnąć maskę politycznej poprawności i spojrzeć najpierw na siebie? Zastanowić się co jest belką, a co źdźbłem i którą z tych rzeczy hołubimy pod własną skórą?
Oczywiście w spacerze towarzyszą mi psy, które w nosie mają moje znaleziska, i węsząc z zapałem w przetrzebionych z liści krzaczorach, szukają własnych. Nie chcecie wiedzieć jakich...
Szłyśmy więc sobie wszystkie trzy przez las, każda z nosem skierowanym w inną stronę, gdy nagle zatrzymał mnie niezadowolony i rozkazujący głos:
- Ja tam nie mam nic przeciwko psom, ale te kupy to proszę sprzątnąć!
Z niewielkiego młodniaka wynurzyła się pańcia z kilkoma grzybami w koszyku i niezadowoloną miną na twarzy. – Gdyby każdy tak lekceważąco podchodził do tych spraw, to utonęlibyśmy w morzu nieczystości i udusili ze smrodu!- Zbulwersowała się, zmarszczyła z obrzydzeniem nos i głęboko zaciągnęła się trzymanym w ręku papierosem. Przyznam- zrobiło mi się głupio. Faktycznie- własne podwórko sprzątam z psich kup, ale o podwórku Matki Natury to już nie pomyślałam a tłumaczenie, że lisich odchodów też raczej nikt nie sprząta byłoby raczej żenujące. Wstyd się przyznać, ale gdy jakaś psia mina trafi się bezpośrednio na drodze to po chamsku wykopywałam ją w pole lub na pobocze. Już miałam rzucić się w krzaki gdzie któraś z moich suk pewnie wygięła grzbiet w pałąk i choćby gołymi rękami zakopać dowody zbrodni, gdy kobieta zgasiła papierosa o pień starego dębu, wzięła zamach i wyrzuciła peta wprost w młodnik, z którego wyszła. Jeszcze raz zmierzyła mnie wzrokiem, z dezaprobatą pokręciła głową i odeszła wyciągając z koszyka paczkę czipsów. Stanęłam jak wryta. Przeszło mi przez myśl, że chyba wiem gdzie znajdzie się puste opakowanie i na złość kobiecie postanowiłam zostawić psie kupy własnemu losowi, przekonana że i tak zutylizują się szybciej niż beztrosko wyrzucony niedopałek.
Kolejne minuty spaceru upłynęły mi na wymyślaniu inwektyw na babsko. Że wścibska, wredna, chamska, a nade wszystko hipokrytka! Jak można upominać ludzi, pouczać ich i krytykować a samemu robić tak samo, albo jeszcze gorzej.
Gdy już się nawściekałam, przyszedł czas na lekką konsternację. Cóż... jeszcze kilka lat temu sama paliłam i zdarzało się, że pet lądował na chodniku lub w jakichś krzakach...
Odkryłam smutną prawdę: tak naprawdę wszyscy jesteśmy w większym, lub mniejszym stopniu hipokrytami! Ilu z nas krzyczy na dzieci za coś co sami robimy nagminnie? Krytykuje innych za czyny, które sam popełnia? Publicznie wypowiada słowa, których wstydzi się w domowym zaciszu? Bo tak wypada, tak bezpieczniej, tak mówią inni...
Sami się oszukujemy. Wegetarianin kupuje buty lub torebkę ze skóry. Bojowniczka o prawa zwierząt wklepuje w policzki krem testowany na laboratoryjnych myszach. Wróg myślistwa chętnie skosztuje kiełbasy z dzika a przeciwnik przemysłowych hodowli obżera się parówkami.
Kandydat na wójta przed wyborami zakłada fanpejdża na fejsbuku i zaprasza do znajomych całą wieś, po wyborach zapomina o nowych znajomych, a strona znika. Ksiądz wyklina dzieci, które chodzą po domach prosząc o cukierka i obiecując psikusa, a nie widzi nic złego we własnym kolędowaniu. Przykłady można mnożyć bez końca. Każdy z nas zna jakiegoś hipokrytę, był świadkiem popełnionej hipokryzji i hipokryzję pewnie popełnił.
Więc może warto pomyśleć, zanim kogoś obsmarujemy i obrzucimy błotem? Ściągnąć maskę politycznej poprawności i spojrzeć najpierw na siebie? Zastanowić się co jest belką, a co źdźbłem i którą z tych rzeczy hołubimy pod własną skórą?
niedziela, 29 lipca 2018
Jak to wół w cielaka się bawił...
Karty kalendarza zmieniają się w mgnieniu oka, wiosny zamieniają się w zimy, a zimy w kolejne lata na karku. Przybywa zmarszczek i kilogramów, ubywa za to sprawności. Czasem zdarza się, że do głowy wpadają świetne, wydawałoby się, pomysły, ich realizacja jednak skłania do nieciekawych przemyśleń i wyciągnięcia interesujących wniosków.
Jako że wakacje w pełni na kilka nocek przyjechały do mnie siostrzenice. Aby atrakcji było co niemiara, rozłożyłam w ogrodzie namiot, jadłyśmy śniadania wprost z trawnika, obserwowałyśmy gwiazdy w środku nocy i robiłyśmy kupę fajnych rzeczy, których rodzice zazwyczaj zabraniają.
Gdy dziewczynki pojechały, wpadłam na genialną myśl- tę noc spędzę w namiocie jak za starych dobrych czasów!
Z nostalgią i łezką w oku wspomniałam sobie nasze biwaki, spontaniczne wyjazdy nad jezioro, zapach spalonych kiełbasek i opowieści snute przy ognisku- im więcej gadającej wody, tym ciekawszych i bardziej niesamowitych ;)
Dodatkowym plusem tego pomysłu był fakt, że nie musiałam od razu składać namiotu i sprzątać pobojowiska ;)
Oczami wyobraźni widziałam jak przez okienko w dachu namiotu mrugają do mnie gwiazdy a świerszcze śpiewają kołysanki. Maciejka słodkim zapachem otula mnie do snu, a śpiew ptaków budzi o świcie. Noo... o świcie to przesada- o ósmej gdzieś tak.
Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Do betów w namiocie dorzuciłam ulubionego jaśka i gdy przyszła pora wtarabaniłam się do środka. Ułożyłam się wygodnie i spojrzałam w niebo. Gwiazdy mrugały, świerszcze śpiewały, maciejka otulała... Coś kłuło w tyłek i gniotło pod łopatką... Zmieniłam pozycję. Usłyszałam niuchanie i drapanie w ściankę namiotu. Sońka. Wpuściłam psinę do środka. Ułożyła się grzecznie w nogach i pochrapywała leciutko. Słuchając jej oddechu, cykania świerszczy i cichych odgłosów nocy czułam jak Morfeusz zaczyna kołysać mnie w swych szerokich ramionach. Już miałam oddać się w całości bogu snu, gdy tuż przy moim uchu odezwało się upierdliwe bzzzzz, bzzzzzzz... O żesz! Gdy wpuszczałam Sonię nie zaciągnęłam do końca zamka w drzwiach i cholerny komar wprosił się na nockę. Na wyżerkę właściwie. Wymacałam latarkę i po kilku chwilach ubiłam dziada. No, znów błoga cisza. Korzystając z zamieszania Sonia podpełzła do góry i wpakowała łeb na mojego jaśka. Nawet byłabym skłonna podzielić się z nią poduszką, gdyby nie to, że z upału ziajała całą paszczą prosto w moją twarz. Jezu! Wywaliłam bydlę z namiotu. Obrażona poszła do swojej budy, przylazła za to babka Saba. Udałam że mnie nie ma. Po kilku minutach też się chyba obraziła, bo poszła na swoje legowisko, wysikawszy się najpierw tuż obok mojej głowy. Mało brakowało bym wydarła się na maksa, gdy coś obrzydliwego przelazło mi po lewym policzku. Świerszcze darły się jak opętane, jakiś walnięty kundel wył do księżyca, na ogródkach działkowych nieopodal domu ruda tańczyła jak szalona, a Sławomir imprezował w Zakopanem. Rany! Na domiar złego znów coś wlazło na moje czoło, a pod tyłkiem zmaterializowała się jakaś szyszka.
O nie! Za jakie grzechy mam tak cierpieć? Zabrałam kołdrę, wpakowałam pod pachę jaśka i wróciłam do wygodnego łóżeczka. Zasłoniłam roletę, żeby gwiazdy razem ze swoim łysym kumplem w pełni nie dawały mi po oczach, zamknęłam okno, aby odgrodzić się od hałasów i ,w końcu szczęśliwa, usnęłam w jednej sekundzie.
Jaki z tego wniosek, moi mili?
Co pasuje smrodom- nie zawsze na dobre wyjdzie wojewodom!
Jako że wakacje w pełni na kilka nocek przyjechały do mnie siostrzenice. Aby atrakcji było co niemiara, rozłożyłam w ogrodzie namiot, jadłyśmy śniadania wprost z trawnika, obserwowałyśmy gwiazdy w środku nocy i robiłyśmy kupę fajnych rzeczy, których rodzice zazwyczaj zabraniają.
Gdy dziewczynki pojechały, wpadłam na genialną myśl- tę noc spędzę w namiocie jak za starych dobrych czasów!
Z nostalgią i łezką w oku wspomniałam sobie nasze biwaki, spontaniczne wyjazdy nad jezioro, zapach spalonych kiełbasek i opowieści snute przy ognisku- im więcej gadającej wody, tym ciekawszych i bardziej niesamowitych ;)
Dodatkowym plusem tego pomysłu był fakt, że nie musiałam od razu składać namiotu i sprzątać pobojowiska ;)
Oczami wyobraźni widziałam jak przez okienko w dachu namiotu mrugają do mnie gwiazdy a świerszcze śpiewają kołysanki. Maciejka słodkim zapachem otula mnie do snu, a śpiew ptaków budzi o świcie. Noo... o świcie to przesada- o ósmej gdzieś tak.
Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Do betów w namiocie dorzuciłam ulubionego jaśka i gdy przyszła pora wtarabaniłam się do środka. Ułożyłam się wygodnie i spojrzałam w niebo. Gwiazdy mrugały, świerszcze śpiewały, maciejka otulała... Coś kłuło w tyłek i gniotło pod łopatką... Zmieniłam pozycję. Usłyszałam niuchanie i drapanie w ściankę namiotu. Sońka. Wpuściłam psinę do środka. Ułożyła się grzecznie w nogach i pochrapywała leciutko. Słuchając jej oddechu, cykania świerszczy i cichych odgłosów nocy czułam jak Morfeusz zaczyna kołysać mnie w swych szerokich ramionach. Już miałam oddać się w całości bogu snu, gdy tuż przy moim uchu odezwało się upierdliwe bzzzzz, bzzzzzzz... O żesz! Gdy wpuszczałam Sonię nie zaciągnęłam do końca zamka w drzwiach i cholerny komar wprosił się na nockę. Na wyżerkę właściwie. Wymacałam latarkę i po kilku chwilach ubiłam dziada. No, znów błoga cisza. Korzystając z zamieszania Sonia podpełzła do góry i wpakowała łeb na mojego jaśka. Nawet byłabym skłonna podzielić się z nią poduszką, gdyby nie to, że z upału ziajała całą paszczą prosto w moją twarz. Jezu! Wywaliłam bydlę z namiotu. Obrażona poszła do swojej budy, przylazła za to babka Saba. Udałam że mnie nie ma. Po kilku minutach też się chyba obraziła, bo poszła na swoje legowisko, wysikawszy się najpierw tuż obok mojej głowy. Mało brakowało bym wydarła się na maksa, gdy coś obrzydliwego przelazło mi po lewym policzku. Świerszcze darły się jak opętane, jakiś walnięty kundel wył do księżyca, na ogródkach działkowych nieopodal domu ruda tańczyła jak szalona, a Sławomir imprezował w Zakopanem. Rany! Na domiar złego znów coś wlazło na moje czoło, a pod tyłkiem zmaterializowała się jakaś szyszka.
O nie! Za jakie grzechy mam tak cierpieć? Zabrałam kołdrę, wpakowałam pod pachę jaśka i wróciłam do wygodnego łóżeczka. Zasłoniłam roletę, żeby gwiazdy razem ze swoim łysym kumplem w pełni nie dawały mi po oczach, zamknęłam okno, aby odgrodzić się od hałasów i ,w końcu szczęśliwa, usnęłam w jednej sekundzie.
Jaki z tego wniosek, moi mili?
Co pasuje smrodom- nie zawsze na dobre wyjdzie wojewodom!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















